Скачать fb2
Dysfunkcja rzeczywistości: Początki

Dysfunkcja rzeczywistości: Początki

Аннотация

    Zdumiewający wszechświat edenistów — poddanych genetycznej modyfikacji ludzi połączonych telepatyczną więzią ze swymi inteligentnymi statkami i żywymi światami; wzmocnionych nanotechnologicznie międzygwiezdnych pilotów i wojowników… oraz przerażających starożytnych obcych tajemnic, które wykraczają poza ludzkie pojmowanie. Na Joshuy Calvercie, właścicielu kosmolotu „Lady Macbeth” ciąży przekleństwo fartu; na Ione Saldana, lordzie ruin, ciąży przekleństwo jej królewskiego pochodzenia; na kolonistach uwięzionych w cuchnących dżunglach świata zwanego Lalonde ciąży przekleństwo ich wiary; na całych planetach po prostu ciąży przekleństwo… Płytka danych pochodząca od dawno wymarłego gatunku Laymilów jest jedynym kluczem do zagadki nie znanego nauce zjawiska, inwazji, o jakiej nie słyszała historia. Laymile zwali je „dysfunkcją rzeczywistości”. Ale równie dobrze mogli je nazwać piekłem.


Peter F. Hamilton Dysfunkcja rzeczywistości: Początki

1

    Przestrzeń rozwarła się w pięciu miejscach przed lekkim krążownikiem „Beezlingiem”. Człowiek patrzący w bezdenną czeluść mógłby dostrzec cząstkę prawdziwej, pustej nieskończoności.
    Quasimaterialna struktura tuneli czasoprzestrzennych stanowiła w istocie rzeczy strefę nie wypuszczającą fotonów, z której całkowite ciemności zdawały się wylewać na zewnątrz, aby pokalać rzeczywisty wszechświat. Nagle obce statki wyłoniły się zza zasłony mroku z przyspieszeniem 6 g, ustawiając się na trajektoriach przechwytu. Znacznie się różniły wyglądem od jednostek garissańskiej floty, których pozycję w przestrzeni śledzili na bieżąco: miały zgrabne, opływowe kształty kropli wody. Były większe i niepokojąco potężne. Żywe.
    Usadowiony wygodnie w opancerzonym i szczelnie zamkniętym module dowodzenia w samym sercu „Beezlinga”, kapitan Kyle Prager spokojnie odczytywał dane astronawigacyjne, gdy nagle komputer pokładowy wszczął alarm, informując datawizyjnie o bliskości intruzów. Neuronowy nanosystem przekazywał wprost do mózgu Pragera dane zbierane przez zespoły zewnętrznych sensorów okrętu. Tutaj, w rozległej pustce międzygwiezdnej przestrzeni, nawet prędkość światła nie wystarczała do zapewnienia efektywnej wymiany informacji. Kapitan polegał wyłącznie na infralokacji, śledząc niewyraźne różowe plamki rozszyfrowywane przez programowe deskryptory. Sprzęt zakłócający zamontowany w zasobnikach obcych okrętów skutecznie pochłaniał i rozpraszał sygnały radarowe „Beezlinga”.
    Programy bojowe przechowywane w nanosystemowych klastrach pamięci Kyle’a uzyskały teraz status nadrzędności. Kapitan przesłał do komputera pokładowego ciąg datawizyjnych instrukcji, czekając w napięciu na kolejne informacje. Obliczone trajektorie pięciu przybyszów pojawiły się pod postacią szkarłatnych wektorów, których odcinki przecinały przestrzeń ku nieuchronnemu, złowieszczemu spotkaniu z „Beezlingiem” i jego dwiema fregatami eskortowymi. Obce okręty nadal przyspieszały, lecz ich napędy odrzutowe nie wydzielały spalin. Kyle Prager zdrętwiał ze strachu.
    — Jastrzębie — zawyrokował.
    W sąsiednim fotelu Tane Ogilie, oficer węzłowy okrętu, jęknęła żałośnie.
    — Skąd wiedzieli?
    — Agenci Wywiadu Sił Powietrznych Konfederacji nigdy nie śpią — odparł Kyle Parker. — Domyślili się, że zechcemy wziąć natychmiastowy odwet. Pewnie monitorują ruchy naszej floty i mają nas stale na oku. — Ponure myśli chodziły mu po głowie.
    Widział w wyobraźni, jak komory utrzymania antymaterii mrugają wokół niego niczym diabelskie czerwone gwiazdki.
    W całej Konfederacji jedna sprawa nie budziła kontrowersji: antymateria mogła okazać się zgubą dla ludzkości. Na wszystkich planetach i asteroidach, gdzie znajdowały się osiedla ludzkie, ostro potępiano jej użycie.
    Gdyby dopadł ich teraz okręt Sił Powietrznych Konfederacji, Prager jako kapitan otrzymałby natychmiastowy wyrok śmierci, a jego załoga — bilet w jedną stronę na podróż do którejś z planet karnych.
    Nie mieli oczywiście wyboru: „Beezling” potrzebował fantastycznego dopalacza bazującego na antymaterii, bez porównania silniejszego od urządzeń spotykanych w napędach termojądrowych statków adamistów. Wkrótce w silniki na antymaterię zostałyby wyposażone także okręty Omutańskich Sił Powietrznych. Mają je, bo i my je mamy. My je mamy, bo i oni je mają. Jeden z najstarszych (i najbardziej przewrotnych) argumentów w dziejach.
    Pragerowi opadły ramiona, z rezygnacją przyjmował swój los.
    Znał ryzyko i je akceptował, a przynajmniej tak wmówił sobie i admiralicji.
    Śmierć nadeszłaby szybko, bez bólu, a załoga w normalnych okolicznościach zostałaby przy życiu. Dostał jednak wyraźne rozkazy. Nie można nikogo dopuścić do „Alchemika”, którego przewoził „Beezling”, a już szczególnie podróżujących jastrzębiami edenistów: wystarczy, że mieli tę swoją technobiotykę.
    — Otoczyło nas pole dystorsyjne — oznajmiła Tane Ogilie. Mówiła dźwięcznym, pełnym napięcia głosem. — Żaden skok nie wchodzi już w rachubę.
    Kyle Prager zastanawiał się krótką chwilę, jakie to uczucie dowodzić jastrzębiem, sprawować niepodzielną, nie wymagającą najmniejszego wysiłku władzę na pokładzie statku. Ech, pozazdrościć!
    Aż trzy nieprzyjacielskie okręty ścigały „Beezlinga”, gdy tymczasem fregaty „Chengho” i „Gomban” uciekały każda przed jednym myśliwym.
    Matko Boska, taka taktyka wyraźnie wskazuje, że wiedzą, co wieziemy!
    Odtworzył w pamięci kody samozniszczenia, sprawdzając całą procedurę przed przesłaniem komputerowi pokładowemu datawizyjnego polecenia. Rzecz była prosta: wystarczyło odłączyć zasilanie systemu zabezpieczeń komór utrzymania antymaterii w silniku napędowym, aby okoliczną przestrzeń wypełniło twarde promieniowanie i jasność dorównująca wybuchowi nowej.
    Mógłbym zaczekać, aż jastrzębie podejdą bliżej, niechby i im się dostało. Chociaż… szkoda załóg, ludzi, którzy muszą słuchać rozkazów.
    Filigranowy obraz trzech okrętów pościgowych powiększył się niespodziewanie w podczerwieni, teraz był znacznie jaśniejszy i bardziej wyraźny. Każdy z nich rozłożył osiem migotliwych płatków energii; ostre, błyszczące końcówki rozproszyły się momentalnie w przestrzeni. Programy analityczne dostarczyły Pragerowi danych, zmaterializowała się projekcja wektorów lotu łączących wszystkie dwadzieścia cztery myśliwce bezpilotowe z „Beezlingiem” łukowatymi, świetlistymi smugami. Ciągnęły za sobą pióropusze radioaktywnych spalin. Przyspieszenie sięgało 40 g. Napęd na antymaterię.
    — Odpalili osy bojowe! — wykrzyknęła ochryple Tane Ogilie.
    — To nie są zwykłe jastrzębie — warknął Kyle Prager, dusząc w sobie wściekłość. — To pieprzone czarne jastrzębie na usługach Omuty! — Rozkazał datawizyjnie komputerowi pokładowemu wykonać unik, uaktywniając w szaleńczym pośpiechu procedury obronne „Beezlinga”. Sprawdził czas w neuronowym nanosystemie: od pojawienia się nieprzyjaciela upłynęło siedem sekund. Naprawdę tylko tyle? Ale nawet jeśli tak, jego reakcja była żałośnie powolna na arenie, gdzie milisekundy stanowiły najcenniejszą walutę. Przyjdzie im za to zapłacić, może nawet życiem.
    Za pomocą sygnałów dźwiękowych, optycznych i datawizyjnych „Beezling” ostrzegał przed wzrastającym przeciążeniem. Załoga siedziała zapięta w pasach, lecz tylko Bóg wiedział, co się teraz działo z cywilami, których mieli na pokładzie.
    Kiedy okręt płynnie przyspieszał, błonowe suplementy nanoniczne twardniały w jego ciele — wspierały organy wewnętrzne w walce z przeciążeniem, nie dopuszczały do uszkodzenia w kręgosłupie, zapewniały nie zakłócony dopływ krwi do mózgu, zapobiegały zamroczeniu. Okręt zatrząsł się gwałtownie podczas odpalania własnego zespołu os bojowych. Ich przyspieszenie osiągnęło 8 g i ciągle rosło.
    W pizednim module załogowym doktor Alkad Mzu analizowała na bieżąco sytuację „Beezlinga”, który z przyspieszeniem 1,5 g pędził ku nowym współrzędnym skoku. Neuronowy nanosystem przetwarzał pierwotne dane, kompilując obrazy napływające z zewnętrznych czujników okrętu i rzutując na nie wektory lotu. Poza siatkówkami oczu odsłonił jej się nowy widok, zakłócany błyskami i cieniami zjaw, póki nie zamknęła powiek.
    „Chengho” i „Gombari” przybrały postać jaskrawych smug błękitno — białego światła, w blasku wyrzucanych przez nie spalin gasły gwiazdy.
    Lecieli w zwartym szyku. „Chengho” znajdował się w odległości dwóch tysięcy kilometrów, „Gombari” — troszkę więcej niż trzech tysięcy. Alkad wiedziała, że statki potrzebują najnowocześniejszych urządzeń astronawigacyjnych, aby mogły się wynurzyć vv oddaleniu mniejszym niż pięć tysięcy kilometrów po skoku na odległość dziesięciu lat świetlnych. Garissa nie szczędziła pieniędzy na wyposażenie swej floty w najwyższej jakości oprzyrządowanie.
    Pieniędzy, którymi powinno się raczej subsydiować uniwersytet lub wspomóc służbę medyczną. Garissa me była szczególnie bogatym światem. Alkad wolała nie pytać, gdzie Departament Obrony zdobył tak olbrzymie ilości antymaterii.
    — Następny skok za mniej więcej trzydzieści minut — oznajmił Peter Adul.
    Alkad odwołała przekaz datawizyjny. Sensoryczna wizualizacja lotu okrętów rozmyła się, zastąpiona widokiem spartańskiego, szarozielonego kompozytu ścian kabiny. Peter stał przy otwartej grodzi w ciemnym turkusowym kombinezonie z miękkimi wkładkami, chroniącymi stawy przed potłuczeniami w stanie nieważkości. Choć uśmiechał się ujmująco, dostrzegła troskę w jego jasnych, żywych oczach.
    Peter miał trzydzieści dwa lata, metr osiemdziesiąt wzrostu i jeszcze ciemniejszą karnację niż jej hebanowa skóra. Pracował na uniwersytecie na wydziale matematyki i od osiemnastu miesięcy był jej narzeczonym. Nie należał do lekkoduchów i zawsze mogła liczyć na jego wsparcie. Wydawał się nie przejmować tym, że nie dorównuje jej inteligencją — rzadko spotykała się z taką postawą — choć sam też szczycił się błyskotliwym umysłem.
    Miała zostać potępiona jako konstruktorka „Alchemika”, ale i to mu w niczym nie przeszkadzało. Co więcej, odwiedził wraz z mą supertąjną bazę wojskową na planetoidzie, gdzie pomagał rozwikłać pewne matematyczne problemy związane z budową urządzenia.
    — Myślałem, że spędzimy je razem — dodał.
    Uśmiechnęła się szeroko i wyśliznęła spod siatki ochronnej, gdy usiadł obok niej na skraju fotela amortyzacyjnego.
    — O nie, dzięki. Zawodowi piloci mogą się obłapiać podczas korekty toru lotu, ale mnie to nie bierze. — Do kabiny wdzierały się różnorodne szumy i buczenia, członkowie załogi rozmawiali po cichu na swych stanowiskach, od strony wąskich luków przejściowych dolatywały przytłumione słowa. „Beezlinga” budowano z myślą o transporcie wyposażenia „Alchemika”, zatem szczególną uwagę zwracano na wytrzymałość i niezawodność okrętu; wygoda załogi zajmowała odległe miejsce na liście konstrukcyjnych priorytetów.
    Alkad przerzuciła stopy poza krawędź fotela (siła ciężkości „przyssała” je natychmiast do podłogi) i przysunęła się do Petera, wdzięczna za jego obecność i troskę.
    Otoczył ją ramieniem.
    — Dlaczego, gdy ocieramy się o śmierć, burzą się w nas hormony?
    Przywarła z uśmiechem do jego ciała.
    — A co takiego jest w facetach, że jeśli tylko nie śpią, burzą się w nich hormony?
    — Rozumiem, że nie chcesz.
    — Bo nie chcę — odparła twardo. — Po pierwsze, nie ma tu drzwi, a po drugie, przy tym przeciążeniu łatwo coś sobie uszkodzić. Zresztą po powrocie będziemy mieli na to mnóstwo czasu.
    — Racja. — Jeśli wrócimy. Nie odważył się jednak powiedzieć tego na glos.
    Wtedy właśnie rozległ się alarm. Dopiero po sekundzie otrząsnęli się z zaskoczenia.
    — Wskakuj na fotel! — ryknął Peter, kiedy raptownie wzrosło przyspieszenie okrętu.
    Alkad za wszelką cenę starała się oderwać stopy od podłogi. Wydawały się zrobione z uranu, nieprawdopodobnie ciężkie.
    Mięśnie i ścięgna prężyły się, kiedy próbowała wykonać jakikolwiek ruch.
    No, dalej. Zrób to. To tylko twoje nogi. Matko Boska, przecież tyle razy podnosiłaś nogi! Ciągnij!
    Impulsy nerwowe obejść nanosystemowych pobudzały mięśnie ud do wytężonej pracy. Zdołała wciągnąć jedną nogę na fotel. W tym czasie przyspieszenie sięgnęło 7 g. Lewa noga pozostawała wciąż poza fotelem, stopa ślizgała się po podłodze pokładu, kiedy ogromny ciężar uda groził uszkodzeniem stawu kolanowego.
    Doszło do spotkania dwóch wrogich rojów os bojowych; atakujące i broniące się myśliwce bezpilotowe pękały, rozsyłając grad podpocisków. Strumienie skoncentrowanej energii krzyżowały się chaotycznie w przestrzeni. Impulsy z przyrządów do prowadzenia walki radioelektronicznej rozbiegały się we wszystkich kierunkach, szalejąc w całym spektrum fal elektromagnetycznych, próbując odchylić, popędzić, oszukać, wprowadzić zamęt w szykach nieprzyjaciela. Sekundę później przyszła kolej na rakiety oraz kule kinetyczne, które rozbłyskiwały niczym wystrzały antycznych strzelb. Wystarczyło minimalne draśnięcie, a przy tak zawrotnych prędkościach zarówno pocisk, jak i trafiony obiekt detonował wśród postrzępionych pióropuszy plazmy. Dochodziło do eksplozji paliwa termojądrowego, intensywnych rozbłysków niebieskobiałego światła z fioletowymi grzywami wyładowań koronowych.
    Konflikt zaogniała dodatkowo antymateria, powodując jeszcze większe wybuchy w tej jonowej nawałnicy.
    Szeroka na trzysta kilometrów mgławica eksplozji następujących między „Beezlingiem” a jego prześladowcami miała soczewkowate kształty; rozpierana przez gęste cykloniczne zagęszczenia, buchała na krawędziach gigantycznymi słupami ognia. Nie zbudowano dotąd sensora, który zdołałby zorientować się w takim chaosie.
    „Beezling” zakręcił gwałtownie. Cewki odchylające silników pokazywały, na co je stać, gdy okręt zmieniał kurs, żeby zdążyć wlecieć w strefę chwilowo wolną od wybuchów. Z wyrzutni umieszczonych w dolnym kadłubie krążownika wystrzeliła druga gromada os bojowych, by zaraz napotkać na swej drodze formację odpaloną z czarnego jastrzębia.
    Zaledwie Peter stoczył się z fotela amortyzacyjnego i grzmotnął o podłogę kabiny, poczuł olbrzymie przyspieszenie. Patrzył bezradnie, jak lewa noga Alkad poddaje się z wolna miażdżącej sile ciężkości; jej jęk wzbudzał w nim poczucie winy. Kompozytowe pokrycie pokładu napierało na jego plecy, szyja cierpiała potworne katusze. Połowę gwiazd, które widział, stanowiły iskierki bólu, resztę — datawizyjny stek bzdur. Komputer pokładowy sprowadzał arenę działań bitewnych do zgrabnych, uporządkowanych rysunków, które walczyły o lepsze z seriami metabolicznych ostrzeżeń. Nie potrafił nawet skupie na nich myśli. Miał na głowie ważniejsze problemy… na przykład jak, do cholery, dźwignąć klatkę piersiową i złapać oddech.
    Nagle zmienił się kierunek siły ciężkości. Peter oderwał się od pokładu i uderzył o ścianę kabiny. Zęby przebiły wargę, nos pękł z obrzydliwym chrupnięciem. Przeraził się, gdy ciepła krew zalała mu usta. Jaka rana zagoi się w takich warunkach? Jeśli nic się nie zmieni, pewnie wykrwawi się na śmierć.
    Po chwili siła ciężkości znów wróciła do normalnego stanu, rzucając nim o pokład. Wrzasnął, wstrząśnięty i obolały. Przekaz datawizyjny z komputera pokładowego przeistoczył się w dziwnie spokojny, powleczony morą deseń czerwonych, zielonych i nie bieskich linii. Po brzegach wdzierała się ciemność.
    Drugie starcie os bojowych odbyło się już na szerszym froncie.
    Po obu stronach czujniki i procesory dostawały zadyszki, zdezorientowane wyładowaniami w mgławicy i ogromem wypromieniowywanej energii. Wciąż nowe eksplozje rozbłyskiwały na tle tej scenerii zniszczenia. Kilka os bojowych przeciwnika przedarło się przez kordon obronny. Trzecia grupa obrońców opuściła „Beezlinga”.
    Sześć tysięcy kilometrów dalej, gdzie „Chengho” opędzała się od roju os bojowych wystrzelonych przez swego jedynego prześladowcę, wybuchy nuklearne powołały do życia drugą mgławicę.
    Gorzej było z „Gombari”; nadlatujące pociski roztrzaskały komory utrzymania antymaterii fregaty. Gdy zabiysła efemeryczna gwiaz da, filtry czujników „Beezlinga” zabrały się gorączkowo do pracy. Kyle Prager utracił datawizyjny obraz połowy wszechświata. Nie widział jeszcze czarnego jastrzębia, który zaatakowałby fregatę, otwierając równocześnie wlot tunelu czasoprzestrzennego, aby w nim zniknąć i tym sposobem uciec przed bąblem śmiercionośnego promieniowania.
    A tymczasem osa bojowa zbliżająca się do „Beezlinga” z przyspieszeniem 46 g przeanalizowała formację mechanicznych obrońców, która pędziła jej na spotkanie. Do boju przystąpiły rakiety i urządzenia zakłócające działanie systemów teleelektrycznych, prowadząc przez dziesiątą część sekundy strategię zmiennych uników i zasadzek. Napastnik się przebił, tylko jeden obrońca pozostał między nim a okrętem kosmicznym; leciał wprawdzie w jego kierunku, lecz wolno: dopiero co opuścił prowadnicę wyrzutni, jego przyspieszenie wynosiło zaledwie 20 g.
    Kyle Prager uzyskał dane dotyczące rozwoju sytuacji. Pozycje czarnych jastrzębi i trajektorie ich lotu. Rezultaty działań myśliwców bezpilotowych. Ewentualne rezerwy. Wszystko to brał pod uwagę jego umysł wspomagany programem taktycznym. Dowódca powziął decyzję: połowę pozostających w odwodzie os przeznaczył do zadań ofensywnych.
    Huknęło jak w dzwonie, kiedy wystrzeliły.
    W odległości stu pięćdziesięciu kilometrów od upatrzonej zdobyczy procesory sterujące nacierającej osy bojowej obliczyły, że zanim dopadnie okręt, zostanie jednak przechwycona. Dokonała więc szybkiego przeglądu dostępnych opcji i jedną z nich wybrała.
    W odległości stu dwudziestu kilometrów wydała polecenie odcięcia zasilania swoich siedmiu komór utrzymania antymaterii.
    W odległości dziewięćdziesięciu kilometrów wyłączyło się pole magnetyczne pierwszej z nich. Olbrzymie przyspieszenie zrobiło swoje: bryła zamarzniętej antymaterii uderzyła w tylną ściankę.
    Na długo przed tym, jak doszło do zetknięcia, wyłączyło się pole magnetyczne drugiej komory. W ciągu stu pikosekund wszystkie zostały odłączone od zasilania, co dało w efekcie falę uderzeniową o z góry założonym kształcie.
    W odległości osiemdziesięciu ośmiu kilometrów bryły antymaterii unicestwiły w procesie anihilacji równoważną ilość materii i nastąpiło wyzwolenie tytanicznej energii. Wytworzona w ten sposób włócznia plazmy, tysiąckroć gorętsza niż wnętrze gwiazdy, pędziła w kierunku „Beezlinga” z prędkością relatywistyczną.
    Kiedy strumień zdysocjowanych jonów ugodził w okręt, zespoły czujników i panele termozrzutu momentalnie wyparowały.
    Generatory sił wiążących molekuły robiły, co mogły, aby nie dopuścić do uszkodzenia krzemowego kadłuba okrętu, lecz wobec tak dzikiej napaści ich wysiłek okazał się daremny. Przebicie nastąpiło jednocześnie w kilkunastu miejscach. Do wnętrza wlała się plazma, przetaczając się po złożonych, delikatnych systemach niczym płomień lampy lutowniczej po kryształkach śniegu.
    Okrutny los nie oszczędził tego dnia „Beezlinga”. Jeden ze strumieni plazmy trafił w zbiornik z deuterem, stopił piankę izolacyjną i tytanową powłokę. Ciecz kriogeniczna, poddana działaniu wysokiego ciśnienia, przeszła do swego naturalnego stanu gazowego, rozrywając zbiornik i rozrzucając na wszystkie strony odłamki. Ośmiometrowy fragment kadłuba odgiął się na zewnątrz, a pomiędzy zdartymi krzemowymi strzępami trysnął ku gwiazdom wulkaniczny gejzer deuteru.
    Eksplozje os bojowych nadal zalewały najbliższą przestrzeń powodzią światła i cząstek elementarnych. Niczym ranny ptak, „Beezling” kręcił się bezwładnie z dziurawym kadłubem i uszkodzonym napędem w samym centrum coraz szerszego obłoku zniszczeń.
    Dowódcy trzech atakujących czarnych jastrzębi obserwowali, jak ostatnia gromada os bojowych „Beezlinga” obiera kurs na ich okręty i przecina przestrzeń w akcie zemsty. Tysiące kilometrów dalej ich towarzysz zaliczył decydujące trafienie, unieruchamiając „Chengho”. A tymczasem osy „Beezlinga” pokonały już połowę dystansu dzielącego je od celu.
    Komórki modelowania energii wywarły ogromny nacisk na strukturę przestrzeni i czarne jastrzębie wśliznęły się w otwarte tunele, domykając za sobą wloty. Osy bojowe „Beezlinga” zgubiły ślad swoich niedoszłych ofiar; procesory sterujące skanowały przestrzeń w coraz większym promieniu, na próżno starając się odnaleźć zaginione sygnały. Myśliwce bezpilotowe mknęły więc dalej i dalej, pozostawiając za sobą unieruchomiony okręt wojenny.

* * *

    Powrót do rzeczywistości nie byt aż taki przyjemny, nawet jeśli oznaczał, że doktor Alkad Mzu ciągle żyła. Ból lewej nogi przyprawiał o mdłości. Pamiętała trzask pękającej kości, gdy staw kolanowy wreszcie nie wytrzymał. Potem nastąpiły gwałtowne zmiany sił bezwładności, równie męczące co wymyślne tortury zadawane przez kata. Neuronowy nanosystem w znacznej mierze uśmierzył ból, lecz ostatnie wstrząsy „Beezlinga” sprawiły, że wokół niej zamknęła się błogosławiona pustka.
    Matko Boska, jakim cudem udało się nam przetrwać?
    A przecież była świadoma tego, że jeśli misja zakończy się fiaskiem, to śmierć się o nią upomni. Dzięki pracy na garissańskim uniwersytecie wiedziała, jak wielkie energie wchodzą w grę podczas wykonywanego przez statek skoku ZTT i z czym wiązałaby się jakakolwiek niestabilność w węzłach modelujących. Doświadczona załoga nie wydawała się tym szczególnie przejmować… albo też potrafiła lepiej skrywać swe uczucia. Wiedziała również, że jest raczej mało prawdopodobne, aby zostali przechwyceni przez okręt omutańskiej floty, kiedy już „Beezling” wynurzy się przy docelowej gwieździe. Jednakże nawet to nie byłoby aż takie złe: gdyby osa bojowa przedarła się przez pole obronne „Beezlinga”, koniec nastąpiłby błyskawicznie. Liczyła się nawet z ewentualnością, że „Alchemik” ulegnie awarii… Ale coś takiego? Osaczona w bezkresnej pustce, nie przygotowana fizycznie ani psychicznie, by jednak o włos uniknąć śmierci. Jakżeż Matka Boska mogła pozwolić na taką okropność? Chyba że i ona lękała się „Alchemika”…
    Szczątkowe wykresy wdzierały się z uporem w jej skołatane myśli. Odcinki wektorów schodziły się w odległości trzydziestu siedmiu tysięcy kilometrów w punkcie o współrzędnych zakładanego skoku. Omuta była maleńką, trudną do zauważenia gwiazdką, dokładnie w jednej linii z punktem skoku. Jeszcze dwa takie przemieszczenia i dotarliby do obłoku Oorta miejscowego układu — sfery wypełnionej chmurami pyłu lodowego i jądrami drzemiących komet, która wyznacza granicę oddziaływania pola grawitacyjnego słońca. Zbliżali się z kierunku galaktycznej północy, daleko od płaszczyzny ekliptyki, aby uniknąć zdemaskowania.
    Pomagała zaplanować tę misję. Wygłaszała swoje uwagi w sali pełnej wysokich rangą oficerów, którzy wyraźnie okazywali zdenerwowanie w jej towarzystwie. Ten syndrom dotykał coraz szersze grono ludzi w tajnej bazie wojskowej, w miarę jak postępowały jej prace.
    Alkad dała Konfederacji całkiem nowy powód do strachu — coś, co pod względem siły rażenia dystansowało nawet antymaterię: pogromcę gwiazd. Świadomość tego w równym stopniu przygnębiała, co przerażała. Musiała pogodzić się z myślą, że po wojnie miliardy mieszkańców planet będą zerkać w gwiazdy w oczekiwaniu na moment, kiedy migoczące światełko zwane Omutą zgaśnie na nocnym niebie. Przypominając sobie jej imię — imię osoby przeklętej na wieki.
    Wszystko dlatego, że w swej głupocie nie przywiązywałam wagi do błędów popełnianych w przeszłości. Podobnie jak ci wszyscy naiwni marzyciele na przestrzeni dziejów zamotani w swe kuszące, zgrabne równania, których prostota, wyodrębniona z chaosu elegancja, nie daje wyobrażenia o perfidnych, krwawych zastosowaniach, będących ich końcowym urzeczywistnieniem. Jakbyśmy nie mieli dość broni. Nic jednak nie zmieni ludzkiej natury, zawsze chcemy wybić się ponad innych, powiększyć trwogę o kolejny stopień. Tylko po co?
    Trzysta osiemdziesiąt siedem dorad: ogromnych asteroid o wnętrzach wypełnionych niemal czystym metalem. Krążyły wokół czerwonego karła dwadzieścia lat świetlnych od Garissy i dwadzieścia dziewięć od Omuty. Statki zwiadowcze z obydwu zamieszkanych układów natknęły się na nie prawie równocześnie. Nikt nigdy się nie dowie, kto rzeczywiście był pierwszy. Oba rządy uznały je za swoją własność: bogactwo nagromadzone w samotnych bryłach metalu stanowiłoby nie lada gratkę dla planety, której przedsiębiorstwa dałyby sobie radę z urobkiem tak wielkiej ilości rudy.
    Początkowo zdarzały się drobne zatargi, dochodziło do incydentów. Wysyłane ku doradom statki badawcze i poszukiwawcze padały ofiarą „piratów”. Konflikt, którego nie dało się uniknąć, przybierał na sile. Już nie tylko statkom groziło niebezpieczeństwo, ale też ich macierzystym portom na asteroidach. Z czasem zbyt dużą pokusą okazały się miejscowe zakłady przemysłowe.
    Zgromadzenie Ogólne Konfederacji podjęło próbę mediacji, jednak nadaremnie.
    Obie strony wezwały pod broń wszystkie swoje rezerwy. Zaczął się werbunek niezależnych przewoźników wraz z ich szybkimi okrętami wyposażonymi w wyrzutnie os bojowych. Aż wreszcie, przed miesiącem, Omutanie użyli bomby z ładunkiem antymaterii przeciwko osiedlu przemysłowemu na jednej z asteroid w układzie Garissy. Zginęło pięćdziesiąt sześć tysięcy ludzi, kiedy pękła kopuła biosfery i zostali wyssani w przestrzeń. Ci, co ocaleli — osiemnaście tysięcy cierpiących z powodu zgniecionych i napełnionych wodą płuc, raptownej dekompresji naczyń włoskowatych i obrażeń skóry — postawili na nogi całą służbę medyczną planety. Ponad siedem tysięcy poszkodowanych odesłano na dysponujący trzema tysiącami łóżek wydział medycyny uniwersytetu.
    Alkad miała okazję zobaczyć zamęt i ogrom bólu; jęki i rzężenia zdawały się nie mieć końca.
    I oto wybiła godzina zemsty. Wszyscy bowiem wiedzieli, że następnym etapem będzie bombardowanie planety. Alkad Mzu, zgoła nieoczekiwanie, odkryła w sobie skłonność do skrajnego szowinizmu, który wyparł akademicką powściągliwość, jaką dotąd kierowała się w życiu. Grożono przecież jej światu.
    Jedyną skuteczną metodą obrony mógł być atak na Omutę, i to atak totalny. Dowództwo Floty poparło jej działania, pełne hipotetycznych założeń, co w końcu doprowadziło do powstania sprawnego urządzenia.
    „Chciałbym coś zrobić, żebyś nie musiała się tak zamartwiać” — powiedział Peter w dniu odlotu, kiedy oboje oczekiwali w mesie oficerskiej kosmodromu na podstawienie wahadłowca.
    „A ty byś nie miał wyrzutów sumienia?” — burknęła z irytacją.
    Nie miała ochoty na rozmowę, ale nie chciała też milczeć.
    „Owszem, choć mniejsze niż ty. Obwiniasz się za cały ten konflikt. A nie powinnaś. Tobie i mnie, nam wszystkim, każdemu mieszkańcowi tej planety taki los przypadł po prostu w udziale”.
    „Ciekawe, ilu despotów i wodzów żądnych łupu wypowiedziało już podobne słowa?”
    Udało mu się przybrać minę po części smutną, po części współczującą.
    Alkad ujęła jego dłoń z uczuciem ulgi.
    „Tak czy inaczej, dziękuję, że ze mną lecisz. Wątpię, czy zniosłabym sama obecność tych żołnierzy”.
    „Wszystko pójdzie dobrze, zobaczysz — rzekł cicho. — Rząd nie wyjawi żadnych szczegółów, a zwłaszcza nazwiska wynalazcy”.
    „To znaczy, że będę mogła spokojnie wrócić do pracy? — zapytała z goryczą w głosie. — Jakby nigdy nic?” — Wiedziała, że to niemożliwe. Agencje wywiadowcze działające z ramienia połowy rządów w Konfederacji dowiedzą się, kim jest, o ile już nie wiedziały. O jej losie nie zadecyduje byle minister na niewiele znaczącej politycznie Garissie.
    „»Nic«to za dużo powiedziane — odparł. — Ale uniwersytet przetrwa. Studenci. Przecież dla nich żyjemy, prawda? Musimy to wszystko ochronić, wywiązać się z naszego prawdziwego powołania”.
    „Tak — rzekła, jakby ten argument przesądzał sprawę. Wyjrzała przez okno. Przebywali blisko równika, gdzie słońce Garissy powlekało niebo nieskazitelną bielą. — Mają tam teraz październik. W kampusie ludzie brną po kolana w pierzynkach. Zawsze uważałam, że to cholernie kłopotliwe nasiona. Komu przyszło do głowy zakładać rdzennie afrykańską kolonię na świecie, który w trzech czwartych znajduje się w strefie umiarkowanej?”
    „Ejże, nikt już dzisiaj nie twierdzi, że musi nam być najlepiej w tropikalnym piekle, ten mit dawno się zestarzał. Liczy się tylko nasza społeczność. Poza tym lubię zimę. A ty byś się nie wściekała, gdyby i tam przez okrągły rok panowały tak dokuczliwe upały?”
    „Racja”. Zaśmiała się półgębkiem.
    Westchnął, patrząc na nią uważnie.
    „Alkad, naszym celem nie jest sama Omuta, ale ich gwiazda. Będą mieli szansę. Dużą szansę”.
    „Na Omucie mieszka siedemdziesiąt pięć milionów ludzi. Zabraknie im światła i ciepła”.
    „Konfederacja pomoże. Do diabła, kiedy Wielkie Rozproszenie osiągało pułap, deportowano z Ziemi ponad dziesięć milionów ludzi tygodniowo”.
    „Tamte wielkie statki kolonizacyjne wyszły już z użycia”.
    „Nawet dzisiaj Rząd Centralny na Ziemi co tydzień daje kopa milionowi ludzi. Nie zapominaj też o tysiącach wojskowych transportowców. To się da zrobić”.
    Pokiwała głową w milczeniu, zdając sobie sprawę z beznadziejności całej sytuacji. Konfederacja nie zdołała nawet doprowadzić do podpisania porozumienia pokojowego między dwiema podrzędnymi planetami, kiedy tego chcieliśmy. Czy Zgromadzenie Ogólne jest w stanie skoordynować zbiórkę skąpo użyczanych środków od ośmiuset sześćdziesięciu autonomicznych układów słonecznych?
    Promienie słońca wlewające się przez okno mesy przybrały mdły czerwony odcień i zaczęły gasnąć. Oszołomiona Alkad pomyślała, czy to aby nie sprawka „Alchemika”. Programy stymulacyjne pomagały jej otrząsnąć się z szoku. Uświadomiła sobie, że znajduje się w stanie nieważkości, a kabina tonie w wątłej różowawej poświacie lampek alarmowych. Wokół niej unosili się ludzie. Załoga „Beezlinga” szeptała przyciszonymi, stroskanymi głosami. Coś ciepłego i wilgotnego przywarło do jej policzka.
    Uniosła instynktownie rękę. W jej polu widzenia przepływał rój połyskujących w świetle ciemnych plamek. Krew!
    — Peter? — Miała wrażenie, że krzyczy, lecz jej głos był prawie niesłyszalny. — Peter!
    — Spokojnie, spokojnie — odezwał się jeden z członków załogi. Menzul? Chwycił ją za ramiona, aby nie uderzyła o coś w ciasnej przestrzeni.
    Dostrzegła Petera. Wisiało nad nim dwóch członków załogi.
    Całą twarz miał obłożoną nanoopatrunkiem, przypominającym grubą zieloną warstwę polietylenu.
    — Matko miłosierna!
    — Wyliże się — uspokoił ją szybko Menzul. — Mogło być gorzej. Pakiet opatrunkowy da sobie z tym radę.
    — Co się właściwie stało?
    — Dopadł nas dywizjon czarnych jastrzębi. Eksplozja antymaterii wyrąbała dziurę w kadłubie. Dostaliśmy mocno po dupie.
    — Co z „Alchemikiem”?
    Menzul wzruszył beznamiętnie ramionami.
    — W jednym kawałku. Chociaż to teraz bez znaczenia.
    — Jak to? — Mimo że zadała to pytanie, wcale nie chciała poznać odpowiedzi.
    — Przez tę dziurę w kadłubie straciliśmy trzydzieści procent węzłów modelujących. Jesteśmy okrętem wojennym, możemy skoczyć przy dziesięcioprocentowym ubytku, ale trzydzieści procent… Ugrzęźliśmy na dobre. Siedem lat świetlnych od najbliższego zamieszkanego układu.

* * *

    W tym czasie znajdowali się dokładnie trzydzieści sześć i pół lat świetlnych od Garissy, ich ojczystej gwiazdy typu G3. Gdyby skierowali ocalałe czujniki optyczne „Beezlinga” na nikłe, mrugające w oddali diamentowe światełko i gdyby te czujniki miały wystarczającą zdolność rozdzielczą, to po trzydziestu sześciu latach, sześciu miesiącach i dwóch dniach zobaczyliby krótkotrwały rozbłysk obserwowanego punktu — znak, że omutańskie okręty najemnicze zrzuciły na ich rodzimą planetę piętnaście bomb z ładunkiem antymaterii. Siła każdej z nich odpowiadała w przybliżeniu uderzeniu meteorytu, który zmiótł niegdyś dinozaury z powierzchni Ziemi. Atmosfera Garissy uległa nieodwracalnym zniszczeniom. Zerwały się potężne huragany, zdolne pustoszyć świat przez wiele tysiącleci. Same w sobie nie niosły jeszcze zagłady; na Ziemi od z górą pięciu wieków zamknięte arkologie chroniły ludzi przed zabójczym klimatem rozregulowanym wskutek efektu cieplarnianego. Jednak w odróżnieniu od uderzenia meteorytu, gdzie uwolniona energia ma charakter czysto termiczny, bomby wyemitowały ilość promieniowania porównywalną z niewielkim rozbłyskiem słonecznym. Radioaktywny opad, jaki w ciągu ośmiu godzin rozniosły po planecie szalejące burze, zniszczył wszelkie formy życia. Po dwóch miesiącach zginęły ostatnie organizmy.

2

    Ojczysta ziemia Lisylfów krążyła w galaktyce znacznie oddalonej od tej, która nosiła w sobie zarodek przyszłej ludzkiej Konfederacji. Nie była to bynajmniej planeta, ale księżyc, jeden z dwu dziestu dziewięciu satelitów obiegających gazowego nadolbrzyma: potężną kulę niedoszłej gwiazdy, brązowego karła o średnicy dwustu tysięcy kilometrów. Gdy przestał wychwytywać materię, wciąż brakowało mu masy do zainicjowania syntezy termojądrowej, aczkolwiek na skutek kontrakcji grawitacyjnej wypromieniowywał znaczne ilości ciepła. Ta strona, która powinna być właściwie pogrążona w mroku, fluoryzowała blisko dolnej granicy widma widzialnego; mętna bursztynowa poświata ulegała waha niom na rozległych przestrzeniach, które przysłaniały raz po raz gęste zwały chmur rozdmuchiwanych nad globem przez szalejące cyklony. Natomiast tam, gdzie panował dzień i padały cytrynowe promienie słońca typu K4, pasma burzowe uzyskiwały łagodne, łososiowe lśnienie.
    Dużych księżyców było pięć, przy czym księżyc Lisylfów — czwarty z kolei, jeśli liczyć od górnych warstw powłoki gazowej otaczającej nadolbrzyma — jako jedyny posiadał atmosferę. Pozostałe dwadzieścia cztery były jałowymi skałami: przechwyconymi asteroidami, śmieciami wytworzonymi podczas formowania się układu słonecznego; średnica największego z nich liczyła siedemset kilometrów. Pierwszy z księżyców, glob o spieczonej powierzchni, którego rudy metali wyparowały niczym lotne składniki komety, szybował już tysiąc kilometrów nad chmurami, podczas gdy ostatni — okryta lodową skorupą asteroida — krążył po orbicie wstecznej w odległości pięciu i pół miliona kilometrów.
    W najbliższej przestrzeni panowały skrajnie niekorzystne warunki do życia. Rozległa magnetosfera nadolbrzyma więziła i kierowała strumienie naładowanych cząstek w taki sposób, że powstał zabójczy pas promieniowania, w którym na częstotliwościach radiowych panował jednostajny szum. Trzy wielkie księżyce, poruszające się bliżej nadolbrzyma niż ojczysty świat Lisylfów, znajdowały się wewnątrz obszaru wysokiej radiacji i były całkowicie jałowe. Najbliższy z nich łączyła z jonosferą planety gigantyczna rura strumienia magnetycznego, wzdłuż której pulsowały kolosalne energie. Ten utworzył na swej ścieżce również torus plazmy, najgęstszy pierścień cząstek w rozległych objęciach magnetosfery. Natychmiastowa śmierć dla żywej tkanki.
    Związany siłami pływowymi ze swą macierzystą planetą, świat Lisylfów zataczał kręgi siedemdziesiąt tysięcy kilometrów nad rubieżami jej magnetosfery, poza zasięgiem zgubnego promieniowania. Gdy sporadyczne zakłócenia pola magnetycznego nadolbrzyma skutkowały bombardowaniem wierzchnich warstw atmosfery księżyca elektronami i protonami, wstęgi jaskrawych zórz ślizgały się i wiły w milczeniu po rdzawym firmamencie.
    W skład atmosfery wchodziła mieszanka azotowo — tlenowa z dodatkiem licznych związków zawierających siarkę, przy niespotykanie wysokiej wilgotności. Gęste mgły i wielowarstwowe układy chmur były zjawiskiem codziennym. Dzięki bliskości silnego źródła promieniowania podczerwonego rozwinął się klimat tropikalny. Nagrzane, wilgotne masy powietrza parły nieustannie od półkuli jaśniejszej ku ciemniejszej, gdzie się ochładzały, wypromieniowując w przestrzeń nadmiar ciepła. Potem powracały w postaci burz, omiatających oba bieguny. Warunki atmosferyczne nigdy się nie zmieniały: bezustannie wiało i padało, aczkolwiek siła podmuchów i deszczów ulegała pewnym wahaniom w zależności od położenia ciała na orbicie. Noc zapadała tylko w jednym miejscu i o jednym czasie: po ciemniejszej stronie, kiedy nadolbrzym znajdował się w dolnej koniunkcji, a powłoka piekielnie czerwonych chmur zasłaniała na jaśniejszej półkuli krótkotrwały przebłysk słońca.
    Cykl ten ulegał zachwianiu tylko raz na dziewięć lat, gdy innego rodzaju siła wywierała wpływ na zrównoważony stan rzeczy. Następowała wówczas koniunkcja czterech księżyców, przez co na powierzchni globu szerzył się chaos, dotykały go ogromne zniszczenia, pustoszyły nawałnice o biblijnym wręcz okrucieństwie. Ciepło i światło rozdmuchały iskrę życia na tym świecie, podobnie jak na minadach innych, rozrzuconych po całym kosmosie.
    Nie było tu jednak żadnych mórz ani oceanów, gdy pierwszy wędrujący wśród gwiazd zarodek spadł na dziewiczą glebę i wrył się w bulgoczące, muliste wody, bogate w różnorodne związki chemiczne. Szalejące żywioły wygładziły powierzchnię planety, krusząc góry, miażdżąc wszelkie wypukłości. Ziemię pokrywały parujące jeziora, rzeki i zalewiska powodziowe, stale zasilane ulewnymi deszczami. Na razie brakowało wolnego tlenu: powiązany był z węglem. Zwarta warstwa białych chmur sprawiała, że promieniowanie podczerwone niełatwo umykało w przestrzeń, nawet pośrodku ciemnej strony globu. Panowały nader wysokie temperatury.
    Jak zwykle, pierwsze narodziły się glony: rozpędzane w powietrzu przez niestrudzone prądy konwekcyjne, tworzyły na wodzie gęste zawiesiny, spływając korytami rzek i strumieni, aby zainfekować jeziora. W czasie kilku epok geologicznych glony przeobrażały się i adaptowały do środowiska, z czasem wykorzystując docierające do nich światło jako dodatkowe źródło energii.
    Sukces, kiedy już został osiągnięty, wywołał istną lawinę zdarzeń, gdyż rozegrały się na przestrzeni zaledwie tysiącleci. Tlen zaczął być wydzielany do atmosfery, a węgiel pochłaniany. Spadła temperatura. Nasiliły się deszcze, zrzedły więc zwały chmur i pokazało się niebo. Rozpoczął się proces ewolucji.
    W ciągu milionów lat różne formy życia radziły sobie z dziewięcioletnim cyklem rządzącym planetą. Burze i huragany w żaden sposób nie zagrażały jednokomórkowym amebom, które pływały niemrawo w rzekach i jeziorach; nie przejmowały się też nimi prymitywne, wpełzające na kamienie porosty. Jednakże komórki dryfujące w wodzie zaczęły się z wolna formować w symbiotyczne kolonie i specjalizować do odrębnych zadań. W jeziorach pojawiły się galaretowate twory, bezrozumne, kierowane instynktem, o nieefektywnym metabolizmie, coś na kształt zdolnych do ruchu porostów. Jednakże to był dopiero początek. Narodziny i śmierć zastępowały stopniowo podział komórkowy jako podstawową formę rozmnażania. Organizmy zaczęły podlegać mutacjom, co czasem wychodziło im na dobre, lecz znacznie częściej skutkowało różnego rodzaju ułomnościami. Bezlitosna natura prędko eliminowała nieudane osobniki. Nastąpiła wreszcie dywergencja rozwoju, początek dla milionów gatunków. Wydłużały się łańcuchy DNA, chemiczne receptury dalszego przeobrażania się i ślepych uliczek ewolucji. Stworzenia potrafiące już pełzać wychodziły na brzegi jezior — szybko jednak je uśmiercały obecne w powietrzu trujące związki chemiczne. Ale okazały się uparte.
    Życie kształtowało się harmonijnie, zgodnie z powszechnym wzorcem, chociaż dostosowanym do miejscowych warunków. Nie zdarzały się epoki lodowcowe, mogące odmienić kierunki rozwoju, jakie wytyczyły sobie tutejsze istoty, żadne zaburzenia nie powodowały radykalnych zmian klimatycznych. Jedynie okresowe burze, pojawiające się nieodmiennie w dziewięcioletnich odstępach, wpływały istotnie na życie planety. Uwzględniały je cykle rozrodcze zwierząt, z ich nadejściem kończyła się wegetacja roślin.
    Na planecie rozpleniła się dżungla. Krajobraz wypełniły mokradła i bujna zieleń, olbrzymie paprocie porastały świat od bieguna do bieguna, same oplecione i duszone w objęciach pnączy, które z determinacją sięgały ku otwartemu niebu. Pływające wodorosty przeobraziły pomniejsze jeziora w rozległe trzęsawiska.
    Kwiaty o wyzywających kolorach zwracały uwagę ptaków i owadów, słupki z zalążkami w osłonkach ze stwardniałych płatków fruwały w powietrzu jak latawce. Nie rosły oczywiście drzewa, które potrzebowałyby dziesięcioleci, by osiągnąć dojrzałość.
    Wykształciły się dwie zasadniczo różniące się od siebie linie rozwojowe roślin, dla których terminator stanowił nieprzekraczalną granicę, będącą zarazem swoistym polem bitwy. Rośliny z zaciemnionej strony globu przystosowały się do żółtego światła słońca, uodpornione na towarzyszące koniunkcjom długie noce i niskie temperatury. Cieplejsza półkula była krainą wiecznie skąpaną w czerwonym świetle, lecz porastające ją rośliny o czarnych liściach — choć wyższe, silniejsze i bardziej żywotne — nie umiały opanować drugiej strony globu. Noc je zabijała, samo żółte światło nie wspomagało w sposób wystarczający ich intensywnej fotosyntezy, a rozproszone w gęstej atmosferze wątłe czerwone promienie nie docierały daleko, gasły całkowicie już kilkaset kilometrów za terminatorem.
    Zwierzęta, mniej wrażliwe od roślin, wędrowały swobodnie po świecie. Nie pojawiły się nigdy odpowiedniki dinozaurów, gdyż dorastanie tak ogromnych stworzeń musiałoby trwać bardzo długo. Jeśli nie liczyć odpowiedników ptaków — jaszczurkowatych stworzeń o błoniastych skrzydłach — większość zwierząt osiągała niewielkie rozmiary, przypominając wyglądem o swym wodnym pochodzeniu.
    Wszystkie były zmiennocieplne, czuły się najlepiej w mulistych strumieniach i bajorach pełnych wodorostów. Nie bez powodu zachowały po przodkach tę cechę, jako że tam właśnie składały jaja, grzebiąc je bezpiecznie w mule, aby w ten sposób mogły przetrwać furię burzy. Gdy huragany nawiedzały ziemię, życie trwało ukryte w nasionach, jajach i sporach, a kiedy po kilku tygodniach znowu nastawał spokój, było już przygotowane do natychmiastowego wzrostu.
    W tak nieprzyjaznym świecie życie może ewoluować dwojako. Istnieją przegrani: rozrzucone po niezliczonych planetach kosmosu, słabe i anemiczne stworzenia, nie wychylające się ze swych kryjówek i wąskich nisz ekologicznych, zatrzymane na wczesnym etapie ewolucji; sam niedorozwój zapewnia im przetrwanie. Istnieją również stworzenia niepokorne, nie znoszące myśli o porażce, walczące zębami, pazurami i mackami z każdą przeciwnością losu; stworzenia, na które nieprzyjazne środowisko działa niczym ewolucyjna ostroga. Linia podziału jest cienka. Mogłoby się zdarzyć, że niszczycielski żywioł, dotykający świat raz na osiem lat, przywiódłby życie do ruiny. Ale dziewięć lat… Czas ten okazał się wystarczający nie tylko do zapewnienia przetrwania, ale i wyzwolenia w mieszkańcach bagien bojowego ducha, pragnienia dalszych osiągnięć.
    Lisylfy marzyły o sukcesie. Upłynęło zaledwie osiemdziesiąt milionów lat, odkąd życie poczęło się na ich ziemi, a one już stanęły na szczycie drabiny ewolucyjnej, zdolne wyjść poza własne ciało.
    Ich dziewięcioletni cykl rozwoju rozpoczyna się od stadium ryby, gdy wykluwają się z czarnego skrzeku, którego pakiety ukryte są w mule. Jeden lęg dostarcza milionów dwucentymetrowych, oślizgłych istot, dryfujących powoli w wodzie. Większość z nich pada ofiarą szybszych, bezwzględnych drapieżników, same z kolei żerują na gnijących szczątkach roślin, których w bród znajdują w szlamie. W ciągu trzech lat rosną i zmieniają kształty; tracą ogon, uzyskując w zamian czepny organ umożliwiający im przylgnięcie do dna jeziora. Z jajowatych ciał, dochodzących teraz do wysokości dziewięćdziesięciu centymetrów, wyrasta u góry dziesięć macek. Sześćdziesięciocentymetrowe macki są gładkie, pozbawione przyssawek, z ostrymi zakrzywionymi rożkami na końcu; są również szybkie, zdolne eksplodować niczym kłębowisko rozwścieczonych pytonów, aby zaskoczyć i pochwycić ofiarę.
    Dorosłe osobniki, gdy wypełzną z wody, przemierzają wzdłuż i wszerz dżunglę. Skrzela przystosowują się do oddychania ciężkim, odurzającym powietrzem, macki stają się lepiej umięśnione, zdolne udźwignąć ciężar ciała poza przytulnym środowiskiem wodnym. I jedzą, przetrząsając splątane podszycie ruchliwymi mackami w poszukiwaniu czarnych, pomarszczonych, przypominających orzechy bulw, które leżą rozsiane po ziemi od czasu huraganów. Bulwy składają się z komórek nasączonych chemiczną matrycą pamięci, zawierają ogromne ilości informacji, całą wiedzę zebraną przez Lisylfy w ciągu minionych wieków. Przynoszą zrozumienie, natychmiastowy przeskok do stanu samoświadomości, uaktywniają telepatyczne centra ich mózgów. Obecnie, skoro już wykroczyły poza prymitywny, zwierzęcy poziom egzystencji, Lisylfy mają sobie wiele do powiedzenia.
    Charakter gromadzonej przez nie wiedzy jest w głównej mierze filozoficzny, tym niemniej rozwinięte są również gałęzie matematyki. Wszystko, co sobie przyswoiły, pochodzi z obserwacji i gruntownych rozważań, a każde pokolenie jest bogatsze o nowe doświadczenia. Ciemniejsza strona świata działa na nie jak magnes, tam też się zbierają, żeby patrzeć w gwiazdy. Połączone telepatyczną więzią oczy i umysły pełnią funkcję gigantycznego, wielosegmentowego teleskopu. Technologia i ekonomia to pojęcia nieznane. Nie wytwarza się urządzeń mechanicznych, nie gromadzi dóbr materialnych; bogactwem jest wiedza. Moc obliczeniowa połączonych mózgów dalece wykracza poza potencjał jakiegokolwiek elektronicznego systemu komputerowego, ponadto ich zdolności percepcyjne nie ograniczają się jedynie do skromnego zakresu widzialnego fal elektromagnetycznych.
    Po przebudzeniu podejmują naukę. Taki jest cel ich istnienia.
    W swej cielesnej powłoce przebywają bardzo krótko, jeśli wziąć pod uwagę ogrom wszechświata, którego są cząstką, i wspaniałość gazowego nadolbrzyma z jego różnorodnymi satelitami. Natura obarczyła je zadaniem zdobywania wiedzy. Jeżeli życie ma sens, utrzymywały, to musi on się przejawiać w dążeniu do osiągnięcia całkowitego zrozumienia. W tym względzie bodźce natury i racje rozumowe stworzyły harmonijną całość.
    W dziewiątym roku od wyklucia cztery najbliższe księżyce układają się ponownie w jednej linii, przez co w magnetosferze nadolbrzyma powstaje zakłócenie, swoiste przedłużenie rury strumienia magnetycznego. Pobudzone cząstki jonosfery, które tą drogą docierają do torusa plazmy pierwszego księżyca, mogą teraz ulecieć dalej, do drugiego satelity, a potem do trzeciego, jeszcze dalej, opuszczając na dobre magnetosferę. Niektóre padają na świat Lisylfów.
    Nie jest to zwarty, ukierunkowany strumień; w koronie o kształcie grzyba protony, elektrony i neutrony nie mają już tej energii, jaką posiadały, kiedy wzburzone siły wyrzucały je poza pierwszy księżyc, lecz w obszarze wpływów gazowego nadolbrzyma wszystko odbywa się na ogromną skalę. Gdy w ciągu dziesięciu godzin świat Lisylfów przedziera się przez niewidzialną chmurę jonów rozproszonych poza liniami sił pola magnetycznego, docierająca do atmosfery energia wystarcza, aby naruszyć równowagę krążących spokojnie prądów konwekcyjnych.
    Pod koniec wspólnego dla całej przyrody sezonu godowego glob dotyka wielka powódź. Lisylfy wraz ze swymi mniej rozwinięty krewniakami zdążyły złożyć jaja i ukryć je w mule na dnie jezior. Rośliny zakwitły i rozrzuciły nasiona po świecie. Powstała już tylko perspektywa śmierci.
    Kiedy w górze rozbrzmiewa łoskot pierwszych błękitnych wyładowań, Lisylfy zaprzestają analiz i dociekań, ładując zdobytą wiedzę do pustych komórek bulw, które niczym wielkie krosty wyrosły im u podstawy macek.
    Wycie nawałnicy to jakby wrzask cierpiącego świata. Metrowej grubości łodygi drzewiastych paproci pękają w potężnych podmuchach wichury. Gdy jedna paproć pada, pozostałe niby kostki domina podążają w jej ślady. Z góry kręgi zniszczeń przypominają skutki bombardowania. Żywioł rozrywa chmury, których puszyste strzępy miotają się szaleńczo w kleszczach małych, dzikich trąb powietrznych. Beztrosko hasają minitajfuny, równając dżunglę z ziemią.
    Przez cały ten czas Lisylfy pozostają niewzruszone, przytwierdzone do podłoża dzięki czepnym organom, choć wokoło fruwają chmary połamanych liści i gałązek. Bulwy, nareszcie wypełnione ich bezcennym dziedzictwem, odpadają jak dojrzałe owoce. Przeleżą trzy lata ukryte wśród traw i korzeni.
    Jaśniejsza półkula jest świadkiem cudownych zjawisk świetlnych. Wysoko nad rozbitymi chmurami zorza polarna tworzy welon na niebie, mgiełkę z błyszczącej — rzecz by można — masy perłowej, przetykanej tysiącami długich, feerycznych scyntylacji, co przypomina rój olbrzymich meteorytów. Dochodzi do koniunkcji, trzy księżyce ustawiają się w jednej linii, skąpane w niesamowitej luminescencji, będącej efektem działalności monstrualnych cyklonów omiatających powierzchnię nadolbrzyma.
    Strumień cząstek osiągnął maksymalny pułap. Fale energii wdzierają się w niższe warstwy umęczonej atmosfery. Lisylfy z utęsknieniem czekały na tę chwilę. Moc pobudza umysły, umożliwia przejście kolejnej metamorfozy. Niegdyś bulwy wyrwały je ze świata zwierząt, teraz nadmiar energii nadolbrzyma pozwala im przekroczyć próg transcendencji. Porzucają skorupę materialnego ciała, wypuszczając się z prędkością światła wzdłuż strumienia cząstek z nadzieją na wieczne podróżowanie gwiezdnymi szlakami.
    Wyzwolone umysły przez kilka dni oblatują gromadnie opuszczony świat. Obserwują, jak ustają burze, łączą się rozpierzchnięte chmury, a prądy konwekcyjne zaczynają się toczyć zwyczajnymi ścieżkami. Lisylfy pozbyły się cielesnej powłoki, aczkolwiek w ich ideologii, skrystalizowanej w ciągu ziemskiej egzystencji, mc się nie zmieniło. Za cel swojego istnienia obrały sobie zdobywanie doświadczeń i tak też pozostało, z tą jednak różnicą, że teraz nie muszą się ograniczać do jednego świata i pobieżnych spojrzeń w gwiazdy. Skoro otworzył się przed nimi cały wszechświat, chcą poznać wszystkie jego tajemnice.
    Zaczynają oddalać się od dziwnego świata, który był ich kolebką, z początku ostrożnie, później coraz pewniej, rozchodząc się w przestrzeni niczym gromada pełnych entuzjazmu duchów.
    Pewnego razu powrócą w to miejsce — wszystkie pokolenia Lisylfów, które kiedykolwiek wywędrowały. Do tego czasu wypali się, oczywiście, główna gwiazda układu, będą bowiem podróżować, póki nie osiągną granic kurczącego się już wtedy kosmosu, podążając wraz z supergromadami galaktyk w kierunku czarnej zagęszczonej masy pośrodku wszechświata — kosmicznego jaja, które upomni się o wszystko, co kiedyś utraciło. Wówczas znowu będą razem: odbędzie się wiec wokół wypalonych resztek gwiazdy, wspólna dyskusja nad zebraną wiedzą i poszukiwanie nieuchwytnego ostatecznego zrozumienia. Kiedy już je osiągną, objawi im się to, co wciąż na nich czeka, a zarazem — być może — sposób przeskoczenia na jeszcze wyższy poziom egzystencji.
    Lisylfy będą prawdopodobnie jedynymi istotami, które przetrwają końcową rekonfigurację obecnego wszechświata.
    Nim to jednak nastąpi, zdecydowane są wyłącznie patrzeć i wyciągać wnioski. Ingerencja w niezliczone dramaty życia i przeobrażenia materii, które zamierzają poznawać dzięki wyostrzonym zmysłom, byłaby przecież sprzeczna z ich naturą.
    Tak im się przynajmniej wydaje.

3

    „Iasius” raz jeszcze odwiedził Saturna, tym razem po to, aby umrzeć.
    Trzysta pięćdziesiąt tysięcy kilometrów ponad blado — beżową powłoką chmur gazowego olbrzyma otworzył się terminal tunelu czasoprzestrzennego, skąd do rzeczywistej przestrzeni wypadł jeden jastrząb. Czujniki rozmieszczone na strategiczno — obronnych platformach satelitarnych patrolujących strefę dozwolonego wyjścia statków kosmicznych błyskawicznie wykryły jarzący się w podczerwieni korpus „Iasiusa”, omiatając go falami radarowymi. Gdy statek przedstawił się i przywitał afinicznie z najbliższym habitatem, sensory satelitarne przestały się nim interesować, podejmując swoją wachtę.
    Załoga na czele z kapitanem korzystała z wyczulonych zmysłów technobiotycznego statku, podziwiając ozdobioną cudownymi pierścieniami planetę, choć wszystkim było ciężko na sercu na myśl o tym, co wkrótce miało nastąpić. Przelatywali akurat nad szerokim sierpem oświetlonej półkuli gazowego olbrzyma.
    Pierścienie rozciągały się z przodu i nieco niżej, z pozoru nieruchome, a jednak drgające, jakby między dwie szyby dostały się drobinki pyłu. Gdy tak migotały w blasku słońca, ich majestatyczne piękno zaprzeczało smutnemu powodowi, dla którego tutaj wrócili.
    Afiniczna refleksja „Iasiusa” dotknęła ich umysłów.
    — Nie smućcie się — rzekł bezgłośnie technobiotyczny statek — ponieważ ja się nie smucę. Będzie, co ma być. Pomogliście mi znaleźć sens w życiu. Za to wam dziękuję.
    Sama w swojej kabinie kapitan Athene płakała już nie tylko w duchu: czuła łzy także na policzkach. Była wysoka — jak każda z kobiet wywodzących się z owych stu rodzin, w których genetycy skoncentrowali się na zwiększeniu siły i odporności ciała, tak aby nowe generacje mogły sprostać niemałym wymaganiom lotów kosmicznych. Drobiazgowo zaplanowana ewolucja obdarzyła ją ładną, pociągłą twarzą (teraz pooraną zmarszczkami) oraz grzywą kasztanowych włosów, które straciły już młodzieńcze lśnienie na rzecz matowej siwizny. W swej nieskazitelnie błękitnej oficjalnej tunice promieniowała iście królewską pewnością siebie, co zjed nywało jej całkowite zaufanie załogi. Jednakże teraz opuścił ją spokój ducha, wyraziste fiołkowe oczy odzwierciedlały wzbiera jące w sercu cierpienie.
    — Athene, proszę, nie.
    — Nic na to nie poradzę — załkała w myślach. — To takie niesprawiedliwe. Powinniśmy wspólnie z tym skończyć, powinni nam pozwolić.
    Dreszczem przejęła ją czuła, słodka pieszczota, jaką nie mógłby obdarzyć nawet najbardziej zmysłowy kochanek. Doświadczała jej każdego dnia w ciągu tych wszystkich stu osiemdziesięciu lat.
    Jedyna prawdziwa miłość. Z żadnym z trzech mężów nie łączyły jej tak bliskie więzi emocjonalne jak z „Iasiusem”, ani też — musiała przyznać, choć zakrawało to wręcz na bluźnierstwo — z żadnym z ośmiorga dzieci, a przecież trójkę nosiła we własnym łonie.
    Pozostali edeniści rozumieli ją i okazywali współczucie; połączeni jedną wspólną więzią afiniczną, nie mogli taić swoich uczuć czy prawdy. Serdeczna zażyłość łącząca jastrzębie i ich kapitanów była w stanie pokonać każdą przeszkodę, jaką napotkaliby we wszechświecie. Z wyjątkiem śmierci, dobiegł ją szept gdzieś z głębin umysłu.
    — Mój czas nadszedł — rzekł filozoficznie „Iasius”. Można było wyróżnić pewien cień ukontentowania w jego niemym głosie.
    Gdyby jastrząb miał płuca, pomyślała Athene, pewnie teraz by westchnął.
    — Wiem — odparła melancholijnie. W ciągu ostatnich tygodni stawało się to coraz bardziej oczywiste. Wszechpotężne niegdyś komórki modelowania energii teraz ostatnim wysiłkiem otwierały wlot tunelu czasoprzestrzennego. Podczas gdy pół wieku temu doświadczali uczucia, jakby jednym zręcznym manewrem mogli przemierzyć galaktykę, teraz oboje cieszyli się skrycie, jeżeli planowany skok na odległość piętnastu lat świetlnych przeniósł ich w miejsce oddalone o rok świetlny bliżej niż punkt o wyznaczonych współrzędnych. — Cholerni genetycy. Czy zrównanie życia jastrzębia i człowieka jest dla nich aż takie trudne?
    — Może pewnego dnia sprawią, że statek będzie żył tak długo jak jego dowódca, choć dostrzegam pewną prawidłowość w losie, jaki nam przypadł. Ktoś przecież musi być matką dla naszych dzieci. Będziesz równie dobrą matką, jak byłaś kapitanem. Wiem to na pewno.
    Niezachwiane przekonanie, jakie dało się wyczuć w tym mentalnym glosie, przywołało uśmiech na jej twarz. Lepkie rzęsy strząsnęły nieco wilgoci.
    — Wychowywać dziesięć szkrabów w moim wieku. Kto to widział?
    — Poradzisz sobie. Będzie im się dobrze wiodło. Jestem szczęśliwy.
    — Kocham cię, „Iasiusie”. Gdybym mogła powtórnie przeżyć życie, nie zmieniłabym w nim ani jednej sekundy.
    — A ja tak.
    — Niby co? — zapytała zaskoczona.
    — Przez jeden dzień chciałbym być człowiekiem. Zobaczyć, jak to jest.
    — Możesz mi wierzyć, że zarówno przyjemności, jak i cierpienia są grubo przesadzone.
    „lasius” zachichotał. Światłoczułe komórki sterczące z kadłuba statku na kształt pęcherzy zlokalizowały habitat Romulus; o jego masie powiedziały „Iasiusowi” delikatne zaburzenia w przestrzennym polu dystorsyjnym, generowanym przez komórki modelowania energii. Świadomość jastrzębia zarejestrowała zwartą konstrukcję habitatu, pokaźny pyłek umieszczony na zewnętrznej krawędzi pierścienia F. Pokaźny, lecz w środku wydrążony — technobiotyczny cylinder z polipa długości czterdziestu pięciu kilometrów i szerokości dziesięciu. Stanowił jedną z pierwszych baz dla jastrzębi, zawiązany wspólnym wysiłkiem stu rodzin jeszcze w roku 2225. Obecnie wokół Saturna krążyło sześćdziesiąt podobnych habitatów wraz z pomocniczymi stacjami przemysłowymi, których liczba stanowiła przekonywający dowód na to, jak ważną rolę w ekonomii edenistów pełniły technobiotyczne statki.
    Jastrząb ożywił komórki modelowania, ogniskując energię w nieskończoności; miejsca geometryczne tak wybierał, aby przestrzeń poza kadłubem uległa dystorsji, lecz nie otworzył się wlot tunelu. Płynęli na fali dystorsyjnej w kierunku habitatu niczym pędzący do brzegu żeglarz, szybko przyspieszając do 3 g. Drobna manipulacja polem spowodowała pojawienie się wewnątrz statku siły skierowanej przeciwnie do siły ciężkości, dzięki czemu załodze mogło się wydawać, że przyspieszenie wynosi 1 g. Wygodna i bezproblemowa podróż, nie to, co w statkach adamistów z ich termojądrowymi napędami.
    Athene wiedziała, że nigdy już nie będzie czuć się tak dobrze na pokładzie innego jastrzębia. Z „Iasiusem” mogła niemal namacalnie doświadczyć otaczającej ich nicości, kiedy mknęli przez próżnię; podobnych wrażeń doświadczał zapewne wioślarz na wiejskiej rzeczce, zanurzając dłoń w spokojnej wodzie. Pasażerowie nie mogli liczyć na takie doznania. Pasażerowie byli mięsem.
    — Na co czekasz? — zwróciła się do statku. — Wołaj.
    — W porządku.
    Uśmiechnęła się, wyczuwając jego zapał.
    I „Iasius” zawołał. Wykorzystał cały swój potencjał afiniczny, wydając okrzyk radości i smutku, którym objął sferyczną przestrzeń o promieniu trzydziestu jednostek astronomicznych. Witał się z przyjaciółmi.
    Jak w przypadku każdego jastrzębia, żywiołem „Iasiusa” były kosmiczne otchłanie; z trudnością manewrował w zasięgu silnego pola grawitacyjnego. Miał kształty dwuwypukłej soczewki: sto dziesięć metrów średnicy i pośrodku trzydzieści metrów grubości. Ciemnogranatowy kadłub zbudowany był z twardego polipa; w próżni warstwa zewnętrzna stopniowo wyparowywała, zastępowana na bieżąco nowymi komórkami z kariokinetycznej warstwy wewnętrznej, gdzie zachodził podział komórek. Dwadzieścia procent masy statku stanowiły wyspecjalizowane organy: zespół pęcherzy pokarmowych, pompy sercowe obsługujące rozległą sieć naczyń włoskowatych, komórki neuronowe — a wszystko to starannie umieszczone w cylindrycznej komorze pośrodku ciała. Pozostałe osiemdziesiąt procent organizmu jastrzębia tworzyły gęste plastry komórek modelowania energii, zdolne wygenerować przestrzenne pole dystorsyjne wykorzystywane w obu sposobach pokonywania odległości. Właśnie owe komórki podlegały najszybszemu obumieraniu. Podobnie jak ludzkie neurony, nie potrafiły się w pełni zregenerować, co determinowało długość życia statku.
    Wiek jastrzębi rzadko przekraczał sto dziesięć lat.
    Zarówno górna, jak i dolna powierzchnia kadłuba miała szerokie, umiejscowione w połowie między środkiem a krawędzią statku koliste wgłębienie, gdzie wbudowano urządzenia mechaniczne. Dolne wgłębienie wyposażone było głównie w konstrukcje kratowe dla zabezpieczenia ładunku; w sieci składanych tytanowych prętów widniały gdzieniegdzie szczelnie zamknięte moduły systemów pomocniczych. Pomieszczenia załogi rozlokowano we wgłębieniu górnej powierzchni kadłuba; srebrzystobiały toroid wypełniały kajuty wypoczynkowe, kabiny, niewielki hangar dla aeroplanu, generatory termonuklearne, zbiorniki paliwowe, urządzenia regulacji składu powietrza. Wszystko, co niezbędne dla ludzi.
    Athene po raz ostatni spacerowała głównym korytarzem toroidu. W towarzystwie obecnego męża Sinona spełniała swoją świętą powinność, zapoczątkowując wzrost dzieci mających w przyszłości kapitanować na statkach następnego pokolenia. Zygot było dziesięć: gamety Athene zapłodnione plemnikami trzech mężów i dwóch niezapomnianych kochanków. Od momentu poczęcia zarodki przebywały w kapsule zerowej, chronione przed entropią, czekając na ten właśnie dzień.
    Sinon dał nasienie tylko dla jednego dziecka. Gdy jednak szedł obok Athene, nie czuł wcale żalu. Wywodził się z pierwszych stu rodzin, więc kilku jego przodków było kapitanami, podobnie jak dwójka przyrodniego rodzeństwa. To, że jedno z jego własnych dzieci dostąpiło tego przywileju, w zupełności mu wystarczało.
    Gładkie, bladozielone ściany korytarza o sześciokątnym przekroju lśniły od wewnątrz. Athene i Sinon kroczyli na czele milczącej procesji, którą tworzyła siedmioosobowa załoga. Ciszę mącił jedynie szum powietrza nawiewanego z góry przez kratki. Dotarli wreszcie do tego fragmentu korytarza, gdzie kompozytowy pas dolnej płaszczyzny ściany łączył się bezszwowo z kadłubem, odsłaniając owalny skrawek granatowego polipa. Athene przystanęła naprzeciwko.
    — Nadaję temu jaju imię „Oenone” — oznajmił „Iasius”.
    Polip wybrzuszał się w środku, pęczniejąca powłoka stawała się cieńsza i przezroczysta. Pod spodem ukazała się świeża czerwona tkanka, zwieńczenie łodygi o grubości ludzkiej nogi, która wnikała do samego rdzenia statku. Nabrzmiały wierzchołek pękł i na posadzkę korytarza wyciekła gęsta, żelowa maź. Mięsień zwierający na czubku czerwonej łodygi rozszerzył się, zaskakująco podobny do otwartych bezzębnych ust. Ciemna wewnętrzna rura pulsowała wolno.
    Athene uniosła kulisty, bladoróżowy technobiotyczny sustentator o średnicy pięciu centymetrów, utrzymujący wewnątrz stałą temperaturę. Zgodnie z danymi wskaźników kapsuły zerowej, przechowywana w niej zygota wykazywała cechy żeńskie. Ojcem był właśnie Sinon. Pochyliła się i wepchnęła ją delikatnie do otworu.
    — Nadaję temu dziecku imię Syrinx.
    Sustentator został połknięty z cichym siorbnięciem. Zwieracz się zacisnął, a łodyga cofnęła i wkrótce zniknęła im z oczu. Sinon poklepał Athene po ramieniu. Uśmiechnęli się do siebie z dumą.
    — Będą razem dorastać — stwierdził radośnie „Iasius”.
    — Tak.
    Athene ruszyła dalej. Należało zapoczątkować wzrost jeszcze czterech zygot, a sylwetka Romulusa powiększała się nieubłaganie.
    Habitaty Saturna wyrażały swój żal, usłyszawszy zawołanie „Iasiusa”. Jastrzębie z całego układu słonecznego odpowiadały z szacunkiem i przyjacielską pociechą; te, które nie wybierały się w rejs handlowy, porzucały dotychczasowe zajęcia, gromadząc się w napięciu wokół Romulusa.
    „Iasius” zakręcił łagodnie wokół nieobrotowego doku przy północnej czapie biegunowej habitatu. Athene zamknęła oczy; obraz z pęcherzy sensorowych jastrzębia rozwinął się w jej umyśle z ponadludzką wyrazistością. Niebawem poza krawędzią kadłuba statku wyrosła czapa biegunowa. Niczym ściana urwiska zbliżała się rozległa, delikatnie fakturowana połać brunatnego polipa z czterema koncentrycznie ułożonymi półkami, jakby przed wiekami rozbiegły się tu fale i zamarzły w ruchu.
    Jastrząb doganiał drugą półkę, oddaloną o dwa kilometry od osi, naśladując ruch obrotowy habitatu. Statkom adamistów zaopatrzonym w tradycyjne silniki brakowało zwrotności, aby wylądować na takiej półce, więc siadały tutaj tylko jastrzębie.
    „Iasius” przeleciał ponad krawędzią i na chwilę zawisł nad długim szeregiem przypominających grzyby cokołów cumowniczych, zanim wypatrzył wolne miejsce. Mimo swoich gabarytów lądował z gracją kolibra.
    Kiedy rozproszyło się pole dystorsyjne, przeciążenie zmalało do 0,5 g. Athene przyglądała się wielkiemu autobusowi na spłaszczonych oponach, który toczył się wolno w stronę technobiotycznego statku, unosząc na podobieństwo słoniowej trąby rękaw przewodu śluzowego.
    — Chodź już — ponaglił ją Sinon, walcząc ze wzruszeniem.
    Dotknął jej łokcia, zdając sobie doskonale sprawę, że pragnęłaby odbyć razem z „Iasiusem” ten ostatni lot.
    Kiwnęła niechętnie głową.
    — Masz rację — powiedziała na głos.
    — Przykro mi, że to ci nie ulży w bólu.
    Smutny uśmiech zadrżał na jej ustach, gdy pozwalała mu się wyprowadzić z kajuty. Autobus zatrzymał się przy krawędzi jastrzębia. Rękaw śluzy wydłużał się, sunąc po górnym kadłubie w stronę toroidu załogi.
    Sinon przeniósł uwagę z żony na stado jastrzębi dostosowujących swą prędkość do obrotów habitatu. Czekało ich tam już blisko siedemdziesiąt, przy czym w polu widzenia pojawiały się wciąż nowe, spóźnione trochę statki, które porzuciły swoje załogi na innych półkach. Nie dało się odfiltrować fal emocji, jakie napływały od czekających jastrzębi — Sinon czuł, jak krew szumi mu w żyłach.
    Dopiero jednak, gdy wraz z Athene dotarł do przejścia prowadzącego bezpośrednio do komory śluzowej, zauważył pewną nieprawidłowość w stadzie. „Iasius” zainteresował się usłużnie ekscentrycznym statkiem.
    — Ależ to czarny jastrząb! — zdumiał się Sinon.
    Wśród soczewkowatych kształtów przyciągał wzrok swą dziwną nieforemnością. Spłaszczona łza, nieco asymetryczna, z grzbietową wypukłością górnego kadłuba grubszą niż ta na podbrzuszu.
    Od tego, co wydawało się Sinonowi dziobem, mierzył do rufy pełne sto trzydzieści metrów. Błękitny polipowy korpus pocięty był zwichrowanymi, purpurowym pręgami.
    Rozmiary wyróżniające czarne jastrzębie oraz ich nietypowe konfiguracje, które tak odbiegały od standardów zwyczajnych jastrzębi (czasami nazywano to ewolucją) brały się z tego, że kapitanowie wymagali od nich jak największej sprawności. Zależało im zwłaszcza na ich zwiększonej wartości bojowej, pomyślał Sinon z goryczą. Ceną było zazwyczaj krótsze życie statku.
    — A, to ten „Udat” — stwierdził „Iasius” beznamiętnie. — Jest szybki i potężny. Godny kandydat.
    — Wybór należy do ciebie — odparła Athene używając trybu jednokanałowej rozmowy afinicznej, aby nie usłyszał jej nikt z załogi. Miała szkliste oczy, kiedy się zatrzymali przy wewnętrznej grodzi komory śluzowej.
    Sinon przybrał cierpiętniczą minę, po czym wzruszył ramionami i ruszył przez rękaw do autobusu, zostawiając ją po raz ostatni sam na sam ze statkiem.
    W korytarzu wzmógł się szum, jakiego nigdy wcześniej nie słyszała, odgłos świadczący o podnieceniu „Iasiusa”. Kiedy jednak położyła dłoń na lśniącej kompozytowej ścianie, nie wyczuła niczego, żadnego drżenia ani wibracji. Czyżby wyobraźnia płatała jej figla? Odwróciła się i rzuciła okiem na wnętrze toroidu, swojskie korytarze i kabiny. Na ich cały świat.
    — Żegnaj — wyszeptała.
    — Zawsze będę cię kochał.

* * *

    Autobus toczył się ślamazarnie po półce w stronę ściany polipowego urwiska, by u jego podstawy wpiąć swój nochal do metalowej śluzy. W publicznym zakresie afinicznym rozbrzmiał gromki śmiech „Iasiusa”: statek czuł dziesięć jaj, które w jego ciele płonęły chęcią do życia, z niecierpliwością oczekując narodzin. Bez ostrzeżenia poderwał się z cokołu, prosto ku gromadzie swoich pobratymców. Rozpierzchły się, zaskoczone i podniecone.
    Tym razem nie musiał zmniejszać przeciążenia w toroidzie załogi, przejmować się wrażliwymi ludźmi. Żadnych sztucznych granic bezpieczeństwa. „Iasius” z łatwością osiągnął 9 g podczas ostrego zakrętu, następnie wyrównał trajektorię lotu, śmigając pomiędzy czapą habitatu a gigantycznym metalowym ramieniem przeciwbieżnego doku. Kiedy wyszedł z cienia półki, mdłe szarobiałe promienie słońca oświetliły kadłub. Przed nim wisiał Saturn, pocięty na części ostrą jak brzytwa linią pierścieni. Z przyspieszeniem 12 g technobiotyczny statek kierował się ku opasującym planetę wstęgom lodowych kryształków i prymitywnych drobin; fala czołowa pola dystorsyjnego odgarniała na boki wszelki pył. Z tyłu pędziły rozentuzjazmowane jastrzębie — w świetle przypominały kropkowany warkocz komety.
    W pomieszczeniach załogi metal wyginał się, poddawany niespotykanym naprężeniom. W opuszczonych kajutach i korytarzach rozlegały się przeciągłe zgrzyty, kompozytowe umeblowanie łamało się i przewracało; każdy jego fragment uderzał z siłą młota, pozostawiając głęboką wklęsłość. Woda tryskająca z popękanych rur zalewała kuchnię i kabiny, marszcząc się osobliwie, kiedy „Iasius” dokonywał drobnych korekt kursu.
    Wleciał wreszcie w obszar pierścieni; pole widzenia narządów optycznych kurczyło się gwałtownie, w miarę jak gęstniała otaczająca statek zamieć. „Iasius” zakręcił, dostosowując kurs do kierunku, w jakim krążyły po orbicie cząsteczki, wciąż jednak trzymał się pod kątem, wciąż się przybliżał do masywnej sylwety gazowego olbrzyma. Była to pyszna zabawa — omijanie większych kawałków, sztyletowatych fragmentów lodu błyszczących zimnym światłem, matowych głazów, czarnych jak sadza brył niemal czystego węgla. Technobiotyczny statek śmigał zwinnie, wykonując spirale, nurkując, opasując wielkie pętle, nie zwracając w swym zapale uwagi na przeciążenia i nadwerężenie bezcennych komórek modelowania. W pierścieniu było pod dostatkiem energii — dostarczały mu jej silne podmuchy wiatru słonecznego, promieniowanie kosmiczne, tętniący strumień magnetyczny planety. „Iasius” wchłaniał to wszystko swym polem dystorsyjnym, skoncentrowane w potężny, zwarty strumień, który komórki modelowania absorbowały i kierowały w dowolną stronę.
    Kiedy dotarł do przerwy Enckego, nadmiar energii pozwalał mu już wzbudzić pierwsze jajo. „Iasius” wydał dziki okrzyk triumfu. Odpowiedziały mu pozostałe jastrzębie. Podążały za nim wytrwale, próbując naśladować nagłe, zygzakowate zwroty „Iasiusa”, usiłując nie zboczyć ze ścieżki, jaką dla nich utworzył w materii pierścienia, zaciekle odbijając cząsteczki wirujące po jego przejściu. Przywódca stada ciągle się zmieniał, nikt bowiem nie mógł dorównać „Iasiusowi” prędkością ani beztroską odwagą. Jastrzębie często dawały się zaskoczyć furiackim manewrom — spóźnione z zakrętem, błąkały się we mgle nie poruszonych cząsteczek. Odbywał się sprawdzian zręczności i siły. Nawet szczęście odgrywało tu pewną rolę: było cechą wartą przekazania następnemu pokoleniu.
    Kiedy „Iasius” zawołał po raz pierwszy, najbliżej znajdował się „Hyale”, zaledwie dwieście kilometrów z tyłu. Przyśpieszył, a „Iasius” dał mu szansę: nieco zwolnił i trzymał się stałego kursu. Nastąpiło spotkanie, „Hyale” zwinnie przybliżył się na odległość dziesięciu metrów. Oba kadłuby idealnie do siebie pasowały. Materia pierścienia rozbiegała się na boki jak śnieg przed czubami nart.
    Za pomocą więzi afinicznej „Hyale” rozpoczął przekazywanie swego strukturalnego wzorca, software’owe DNA napełniło „Iasiusa” rozkosznym uczuciem spełnienia. „Iasius” uwzględnił dane „Hyale’a” w matrycy energetycznej, którą wstrzyknął do pierwszego jaja.
    „Acetes” ocknął się przepełniony zdumieniem i radością, ożywiony wzburzonymi strumieniami mocy. Każda komórka doznawała zachwytu, marząc już o dorosłości.
    „Iasius” wysłał w przestrzeń falę zadowolenia.
    „Acetes” został wystrzelony w zimną próżnię. Roztrzaskane odłamki kadłuba „Iasiusa” wirowały w przestrzeni, ciemnoczerwona dziura w granatowej powłoce kurczyła się z oszałamiającą prędkością.
    — Wolność! — zaśpiewało jajo. — Jestem wolny!
    Wisiał nad nim olbrzymi ciemny korpus. Siły, jakich nie potrafił zrozumieć, choć je wyczuwał, zaprzestawały z wolna dzikich harców. Wszechświat wydawał się złożony z drobnych odprysków materii, przenikanych przez świecące wstęgi energii. Nieopodal z przerażającą prędkością przelatywały jastrzębie.
    — Tak, jesteś wolny — oznajmił „Hyale”. — Witam w życiu.
    — Co to za miejsce? Kim jestem? Czemu nie mogę ruszać się jak ty? — „Acetes” usiłował połączyć w swoim rozstrojonym umyśle strzępy wiedzy, będące ostatnim darem „Iasiusa”.
    — Cierpliwości — doradził mu „Hyale”. — Będziesz rósł, będziesz się uczył. Informacje, które posiadasz, z czasem się zintegrują.
    „Acetes” otworzył z ostrożnością kanały więzi afinicznej, zdolny teraz odbierać sygnały z całej strefy Saturna. Natychmiast powitały go chóralnie habitaty; jeszcze gorętszą falą napłynęły pozdrowienia dorosłych edenistów, przemieszane z piskami podnieconych dzieci. Dodawali mu również otuchy jego krewniacy: niedorosłe, dojrzewające wewnątrz pierścieni jastrzębie.
    Przestał się miotać w przestrzeni i zawisł przy dolnym kadłubie „Hyale’a”, chłonąc otoczenie niewprawnymi zmysłami. „Hyale” zaczął zmieniać trajektorię ich lotu, aby przemieścić jajo na stałą orbitę wokół gazowego olbrzyma, gdzie przez osiemnaście lat miało dorastać do pełnych rozmiarów.
    A „Iasius” gnał już dalej w stronę powłoki chmur, żłobiąc ciemną bruzdę w pierścieniach, wielce wymowną dla każdej istoty zaopatrzonej w odpowiednie narządy optyczne. Zanim jeszcze opuścił pierścień A, zgromadził dość energii do ożywienia następnych dwóch jaj, „Briseisa” i „Epopeusa”. „Hesperus” wyszedł na świat jeszcze w przerwie Cassiniego. „Graeae”, „bcion”, „Laocoón” i „Merope” przebudzili się w pierścieniu B, a odprowadziły je te jastrzębie, które użyczyły im swoich wzorców strukturalnych.
    „Udat” dopędził „Iasiusa” niedaleko wewnętrznej krawędzi pierścienia B. Był to długi, morderczy lot, zdolny nadwątlić rezerwy mocy nawet czarnego jastrzębia, najtrudniejsza z możliwych próba zręczności. „Iasius” wszakże znowu zawołał, pragnąc raz jeszcze połączyć się w parę. „Udat” pokonał szybko dzielącą ich odległość, aż naszły na siebie oba pola dystorsyjne, a kadłuby się niemal zetknęły. Kanałem więzi afinicznej przesłał własny wzorzec strukturalny, doznając przy tym uczucia błogiego zadowolenia.
    — Dziękuję — rzekł „Iasius” na koniec. — Mam przeczucie, że ten będzie szczególny. Wydaje się powołany do wielkich rzeczy.
    Jajo wystrzeliło jak z katapulty wśród licznych odprysków polipa. Gdy „Iasius” się oddalił, „Udat” wyhamował swym polem dystorsyjnym lot zaintrygowanego, pełnego entuzjazmu maleństwa. Skonsternowany czarny jastrząb nie zdążył nawet zapytać, co miało oznaczać to ostatnie tajemnicze stwierdzenie.
    — Witam w życiu — rzekł „Udat” oficjalnie, gdy udało mu się wreszcie powstrzymać ruch wirowy siedmiometrowej bryłki.
    — Dziękuję — odparł „Oenone”. — Dokąd teraz?
    — Na wyższą orbitę. Tu jest za blisko planety.
    — Aha! — Nastąpiła pauza, gdy młodzik zaczął badać niewprawnie najbliższą okolicę. Po chwili zdołał wprowadzić niejaki ład w splątane myśli. — A co to takiego planeta?
    Ostatnie jajo, „Priam”, wyskoczyło poniżej wąskiego obrzeża pierścienia B. Około trzydziestu jastrzębi, które towarzyszyły dotąd „Iasiusowi” w jego eskapadzie, teraz zawróciło. I tak zbliżyły się niebezpiecznie blisko warstwy chmur wypełniających trzecią część nieba. Na tej wysokości zaznaczał się już destruktywny wpływ grawitacji wichrzącej obrzeża pól dystorsyjnych i ograniczającej tym samym ich możliwości manewrowe.
    „Iasius” niezmiennie opadał; na niższej, szybszej orbicie dystansował pozostałe statki. Jego pole dystorsyjne zaczęło szwankować, ostatecznie rozproszone przez siły grawitacyjne pięćset kilometrów od powierzchni gazowego olbrzyma.
    Wreszcie ukazał się terminator, gdzie czarne zaciemnienie pożerało błąkające się w ciszy chmury. Blade widmowe cętki przepływały przez zawirowania i wierzchołki, nikły w gęstszych warkoczach amoniaku; światełka to gasły, to znów chwiejnie rozbłyskiwały. „Iasius” wleciał w strefę nocy, mrok rozprzestrzeniał się wkoło niczym groźny żywioł. Saturn przestał być planetą, obiektem astronomicznym: wielki glob rozrastał się z każdą chwilą. Technobiotyczny statek parł w dół pod coraz ostrzejszym kątem. Z przodu błyszczała pojedyncza ognista smuga, wyraźna w czujnikach optycznych. Przebiegający przez zaciemnioną półkulę równik, owo zamarznięte i jałowe pustkowie, promieniał majestatycznym pięknem.
    „Iasius” spadał w gęstym, ciemnym deszczu cząsteczek pierścienia wyłapywanych przez pajęcze macki jonosfery — zdradziecko namiętna pieszczota, gdyż pozbawiała je prędkości, możliwości ucieczki, a na koniec życia. Kiedy wlatywały w objęcia jonosfery, wokół nich płonęły lodowate obłoki wodorowe, emitując sztandary spektralnego światła. W miarę jak zniżały swój lot, narastał opór atmosfery, sprawiając, że początkowo błyszczące niczym węgle w palenisku, stopniowo uzyskiwały rozżarzoną koronę; słoneczne iskry ciągnęły za sobą stukilometrowe warkocze smug kondensacyjnych. Lot trwający miliony lat kończył się pięknym spektaklem, gdy siła olśniewającego uderzenia rozrzucała grad migocących, szybko gasnących odłamków. Wszystko, co pozostawało, to cienki ślad czarnej sadzy, natychmiast zamazywany przez rozhukane cyklony.
    „Iasius” dotarł do górnych warstw jonosfery. Błyski ginących cząsteczek pierścienia oświetlały dolny kadłub. Przy krawędziach pojawiła się drżąca poświata. Polip zaczął się zwęglać i łuszczyć, pomarańczowe płatki uciekały w dal. Wskutek przegrzania wyspecjalizowanych komórek receptorowych technobiotyczny statek tracił zewnętrzne sensory. Coraz gęstsze chmury wodoru tłukły o kadłub. Statkiem zaczęło trząść, uderzyły w niego szalejące ponaddźwiękowe wichry. „Iasius” obrócił się górnym kadłubem do dołu. Ten nagły zwrot wpłynął niekorzystnie na ptasi lot jastrzębia: kiedy tępe czoło statku nurzało się w wodorze, zadziałały potężne siły hamujące. Na całej powierzchni kadłuba wybuchały dzikie, niebezpieczne płomienie, wykruszały się szerokie płaty polipa. „Iasius” spływał bezradnie w stronę palącej rzeki światła.
    Orszak jastrzębi patrzył na to w skupieniu ze swej bezpiecznej orbity tysiąc kilometrów wyżej, śpiewając cichą pieśń żałobną.
    Uhonorowały odejście „Iasiusa” pojedynczym okrążeniem planety, po czym rozszerzyły swe pola dystorsyjne i ruszyły w drogę powrotną do Romulusa.

* * *

    Załoga „Iasiusa” oraz kapitanowie jastrzębi biorących udział w locie godowym spędzili ten czas w okrągłej, przeznaczonej tylko do tego celu sali. Kojarzyła się Athene ze średniowiecznymi kościołami, które zwiedzała podczas krótkich wycieczek na Ziemię, były tu podobne wysklepione stropy i ozdobne kolumny, panował nastrój dostojeństwa — pomimo śnieżnobiałych ścian z polipa i antycznej marmurowej Wenus w fontannie zamiast ołtarza.
    Stojąc w otoczeniu swej załogi, wciąż miała w pamięci rozpaloną rysę równika i ostatnią łagodną emanację spokoju, którą odebrała w momencie, gdy powłoka plazmy zamykała „Iasiusa” w swym morderczym uścisku.
    Skończyło się.
    Kapitanowie przystawali niedaleko jeden po drugim i składali gratulacje, dotykając jej umysłu, okazując zrozumienie i pewne współczucie. W żadnym razie ubolewanie; takie spotkania miały być afirmacją życia, świętowaniem narodzin młodego pokolenia.
    A „Iasius” ożywił wszystkie dziesięć jaj; niektóre jastrzębie, wciąż nosząc w sobie kilka jaj, ginęły przedwcześnie na równiku.
    O tak, „Iasiusowi” należało się uznanie.
    — Patrz, kto tu idzie — rzekł Sinon z pewną niechęcią.
    Athene odwróciła wzrok od dowódcy statku „Pelion” i dostrzegła Meyera, który lawirował w tłumie w jej kierunku. Dowódca „Udata” był barczystym, dobiegającym czterdziestki mężczyzną z czarnymi, krótko przystrzyżonymi włosami. W odróżnieniu od jedwabistych, błękitnych tunik kapitanów jastrzębi miał na sobie praktyczny szarozielony, jednoczęściowy kombinezon i buty w tym samym kolorze. Kiwał lekko głową w odpowiedzi na formalne pozdrowienia zgromadzonych.
    — Jeśli nie możesz powiedzieć nic miłego, to lepiej się nie odzywaj — napomniała Athene Sinona w trybie jednokanałowym.
    Nie chciała, żeby coś zakłóciło żałobną ceremonię, poza tym czuła odrobinę sympatii do kogoś, kto, jak Meyer, musiał czuć się tu obco.
    Stu rodzinom nie stanie się żadna krzywda, jeżeli pojawi się ktoś odmienny w ich gronie. Wolała jednak schować tę myśl w najgłębszych pokładach swego umysłu, zdając sobie doskonale sprawę, jak ta sfora tradycjonalistów zareagowałaby na podobną herezję.
    Meyer zatrzymał się przed nią i szybkim ruchem pochylił głowę. Przewyższała go o dobre pięć centymetrów, a przecież sama należała do najniższych edenistów na sali.
    — Kapitanie… — zaczęła. Odchrząknęła z zażenowaniem.
    Ależ strzeliła głupstwo: więź afiniczna łączyła go tylko z „Udatem”. Pojedynczy symbiont neuronowy, zintegrowany z rdzeniem kręgowym, zapewniał mu niezakłócony kontakt z bliźniaczym symbiontem „Udata”, co jednak nie mogło się równać z dziedzicznymi zdolnościami afinicznymi edenistów. — Kapitanie Meyer, gratuluję statku. Wykonał wspaniały lot.
    — Dziękuję za miłe słowa, kapitanie. Czuję się zaszczycony, że wziąłem w tym udział. Masz powody do dumy: wszystkie jaja zostały ożywione.
    — Owszem. — Uniosła kielich białego wina, pijąc jego zdrowie. — Co cię zatem sprowadza do Saturna?
    — Handel. — Zerknął podejrzliwie na rzeszę edenistów. — Przywiozłem z Kulu partię sprzętu elektronicznego.
    Athene miała ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem; jego świeżość była środkiem tonicznym, jakiego właśnie potrzebowała.
    Lekceważąc zdumione spojrzenia ludzi, wsunęła mu dłoń pod ramię i razem odeszli na bok.
    — Przecież widać, że wśród nich czujesz się nieswojo. A ja już jestem za stara, żeby się przejmować, ile wyroków za naruszenie regulaminu lotów ciąży nad twoją głową. „Iasius” i ja dawno już z tym skończyliśmy.
    — Służyłaś w Siłach Powietrznych Konfederacji?
    — Tak. Większość z nas otarła się o służbę we Flocie. Nam, edenistom, wszczepiono silne poczucie obowiązku.
    Uśmiechnął się szeroko, wpatrzony w swój kieliszek.
    — Stanowiliście pewnie przerażający duet. Cóż to był za lot godowy!
    — Stare dzieje. A co z tobą? Chcę usłyszeć wszystko o życiu na krawędzi noża. O zuchwałych eskapadach niezależnego przewoźnika, pokątnych układach, szaleńczych lotach. Jesteś bajecznie bogaty? Mam kilka wnuczek, które chętnie wydałabym za mąż.
    Meyer parsknął śmiechem.
    — Nie masz żadnych wnuczek. Jesteś zbyt młoda.
    — Bzdura. Nie musisz być taki szarmancki. Niektóre z dziewcząt są starsze od ciebie. — Cieszyła się, że zdołała naciągnąć go na zwierzenia. Z przyjemnością słuchała jego opowieści, gdy mówił o swych kłopotach ze spłatami kredytu zaciągniętego na zakup „Udata” i złościł się na kartele właścicieli statków. Był niczym analgetyk na czarną, pustą szczelinę, jaka otworzyła się w jej w sercu i co do której miała pewność, że nigdy się nie zasklepi.
    A kiedy odszedł — po zakończeniu ceremonii i pożegnaniu gości — położyła się na łóżku w swoim nowym domu i wczuła w obecność dziesięciu młodych gwiazdek, płonących jasno na dnie jej świadomości. „Iasius” miał rację: nadzieja będzie żyć wiecznie.

* * *

    Przez następne osiemnaście lat „Oenone” unosił się biernie wewnątrz pierścienia B, gdzie pozostawił go „Udat”. Pływające wkoło cząstki podlegały niekiedy nagłym zakłóceniom — podczas interakcji z magnetosferą gazowego olbrzyma ziarenka pyłu układały się w niezwykłe wzory, podobne do szprych potężnego koła.
    Najczęściej jednak były posłuszne prostszym prawom mechaniki nieba i wirowały potulnie, bez odchyleń, wokół swego grawitacyjnego pana. „Oenone” wcale się tym wszystkim nie przejmował, nigdy bowiem nie brakowało mu pokarmu.
    Zaraz po odlocie czarnego jastrzębia jajo zaczęło wchłaniać fale energii i drobiny materii, które omiatały jego skorupę. W ciągu pięciu miesięcy najpierw się wydłużało, a później pęczniało, gdy z ciała wykształcały się dwie bulwy. Jedna z nich spłaszczyła się w zwyczajny soczewko waty kształt jastrzębia, druga pozostała sferyczna, choć wklęśnięta w miejscu, gdzie w przyszłości miał się rozwinąć dolny kadłub technobiotycznego statku. Wyrastały delikatne wici przewodów organicznych, działające na zasadzie mechanizmu indukcyjnego; w magnetosferze przepływał przez nie silny prąd elektryczny, zasilając wewnętrzne narządy trawienne.
    Ziarenka lodu i węglowe okruchy wraz z całą gromadą innych minerałów były wsysane w pory rozsiane na powierzchni skorupy i przetwarzane na gęste, bogate w proteiny płyny, które odżywiały mnożące się komórki głównego kadłuba.
    W samym rdzeniu kuli produkującej pokarm zaczęła się rozwijać zygota o imieniu Syrinx, umieszczona w analogicznym do łona organie, oplatana pękiem narządów krwiotwórczych.
    Człowiek i jastrząb dorastali razem przez rok, kiedy umacniała się między nimi więź silniejsza nawet od tej łączącej edenistów.
    Przekazane im przez „Iasiusa” fragmenty pamięci oraz instynkty nawigacyjne stanowiły ich wspólne dziedzictwo. W ciągu życia każde będzie wiedzieć, gdzie w danym momencie przebywa drugie. Intuicja zawsze im podpowie tę samą trajektorię lotu czy strategię wykonania skoku.
    Dokładnie rok po ostatnim locie „Iasiusa” „Volscen” odwiedzi! niedorosłego jastrzębia, który krążył z zadowoleniem w pierścieniu. Z kuli produkującej pokarm wykluło się — wraz z całym zespołem peryferyjnych organów — zgrabnie zapakowane egzołono, które odebrała załoga „Volscena”.
    Athene czekała z niecierpliwością w komorze śluzowej na organiczny pakunek. Ciemna, pofałdowana muszla miała rozmiary ludzkiego torsu; miejscami była oszroniona, tam gdzie podczas krótkotrwałego pobytu w otwartej przestrzeni zamarzły płyny.
    W atmosferze „Volscena” szybko zaczęły topnieć, tworząc na zielonym kompozytowym pokładzie kleiste kałuże.
    Athene wyczuwała w środku umysł dziecka, cichy i zadowolony, do pewnego stopnia zaciekawiony. Przysłuchała się szmerom w paśmie afinicznym w poszukiwaniu owadzich sygnałów technobiotycznego procesora nadzorującego stan pakunku. Rozkazała mu otworzyć powłokę łona.
    Powłoka podzieliła się na pięć segmentów, które rozchyliły się na kształt płatków kwiatu. Na zewnątrz wylał się płyn pomieszany ze śluzem. Pośrodku znajdował się mlecznobiały worek połączony z resztą organów za pomocą lepkich przewodów. Pulsował rytmicznie. Niemowlak był niczym cień; poruszył się nerwowo, gdy po raz pierwszy padło na mego światło. Płyny owodniowe wylały się z bulgotem i worek zaczął się kurczyć. Błona płodowa odpadała płatami.
    — Jak się czuje? — zapytał „Oenone” z niepokojem. Ton tej myśli obudził w wyobraźni Athene wizerunek dziesięcioletniego chłopca z wytrzeszczonymi oczami.
    — Po prostu doskonale — odparł Sinon łagodnie.
    Syrinx uśmiechnęła się na widok pochylających się nad nią ciekawskich dorosłych, po czym kopnęła nóżkami w powietrzu.
    Athene nie mogła ukryć rozbawienia, patrząc na pogodnego dzieciaka. W ten sposób wszystko jest prostsze, pomyślała. Gdy mają jeden rok życia, o wiele łatwiej im znieść zmianę otoczenia.
    I żadnego bólu, krwi — zupełnie tak, jakbyśmy same nie były powołane do rodzenia.
    — Oddychaj — pouczyła dziewczynkę.
    Synnx przeżuła i wypluła z ust kleistą masę. Zwiększywszy maksymalnie wrażliwość afiniczną, Athene poczuła, jak do płuc niemowlaka wpływa chłodne powietrze. Było dla niego dziwne i nieprzyjemne, a światła i kolory napawały strachem po sennych, pastelowych obrazach pierścieni, do których był przyzwyczajony.
    Malec zaniósł się płaczem.
    Athene, pocieszając dziecko słowami i myślami, odłączyła od pępka technobiotyczną pępowinę i dźwignęła je ze śliskich pozostałości worka. Sinon kręcił się naokoło z ręcznikiem do wytarcia dziewczynki, promieniał dumą i troską. Załoga „Volscena” zaczęła porządkować pokład, szykując się do wyrzucenia za śluzę lepkich resztek pakunku. Athene zakołysała niemowlakiem i ruszyła korytarzem w stronę kajuty mającej tymczasowo pełnić funkcję pokoju dziecinnego.
    — Jest głodna — stwierdził „Oenone”. Syrinx natychmiast podchwyciła tę myśl.
    — Nie marudźcie — odrzekła Athene. — Zostanie nakarmiona, ale najpierw trzeba ją ubrać. Poza tym jest jeszcze sześć dzieciaków do odebrania. Będzie musiała nauczyć się czekać na swoją kolej.
    Syrinx wydała przeciągły mentalny jęk sprzeciwu.
    — Oj, czuję, że będzie z ciebie niezłe ziółko.

* * *

    I tak też się stało, choć to samo można byłoby powiedzieć o każdym z jej rodzeństwa. Athene zamieszkała w okrągłym, jednokondygnacyjnym domu, w którym pomieszczenia otaczały pierścieniem główny dziedziniec. Ściany zrobiono z polipa, a gięty dach z jednego wielkiego arkusza przezroczystego kompozytu, który dało się w każdej chwili uczynić matowym. Całość powstała na zamówienie emerytowanego kapitana przed dwustu laty, kiedy panowała moda na krągłości i łuki. W skład domu nie wchodził ani jeden płaski element.
    Dolina, gdzie go wybudowano, nosiła w sobie cechy typowe dla wnętrza Romulusa: miała niskie, pofałdowane zbocza, bujną tropikalną roślinność, strumyk zasilający kilka jezior. Wśród gałęzi oplecionych lianami starych drzew pomykały kolorowe ptaszki, a powietrze przesycał zapach kwitnących łąk. Dolina była niczym ukryta w dziczy rajska enklawa, nasuwała skojarzenia z Puszczą Amazońską sprzed epoki industrializacji, chociaż — jak w przypadku wszystkich habitatów edenistów — każdy centymetr kwadratowy był tu drobiazgowo zaplanowany i utrzymany.
    Syrinx oraz jej bracia i siostry mogli do woli hasać po dolinie, jak tylko nauczyli się chodzić. Nic złego nie mogło się przytrafić dzieciom (właściwie nikomu), skoro przez cały czas nad wszystkim czuwała osobowość habitatu. Athene i Sinon mieli, rzecz jasna, pomoc — zarówno ludzi najętych do opieki nad dziećmi, jak i wywodzące się z małp technobiotyczne serwitory. Mimo to czuli się zmęczeni pracą.
    Gdy Syrinx podrosła, odziedziczyła po matce kasztanowe włosy i nieco skośne, szmaragdowe oczy, po ojcu natomiast wzrost i długie ramiona. Żadne z rodziców nie czuło się odpowiedzialne za jej impulsywność. Sinon starał się ze wszystkich sił nikogo nie faworyzować, jednakże całe potomstwo wkrótce odkryło (i wykorzystywało do swych chytrych celów), że nie potrafi niczego odmówić swej córce ani długo się na nią gniewać.
    W wieku pięciu lat po raz pierwszy usłyszała we śnie szepty.
    Nie wypowiadane przez „Oenone”, ale Romulusa odpowiedzialnego za jej edukację. Osobowość habitatu pełniła rolę nauczyciela, kierując nieprzerwany strumień informacji do jej uśpionego mózgu; proces odbywał się interaktywnie, co pozwalało habitatowi zadawać nieme pytania i powtarzać wszystko, czego nie przyswoiła sobie za pierwszym razem. Poznała różnicę między edenistami i adamistami, ludźmi wyposażonymi w gen więzi afinicznej i tymi zwyczajnymi, „oryginałami”, których kod genetyczny został zmodyfikowany, ale nie rozszerzony. Nadmiar wiedzy rozbudzał w mej wielką ciekawość. Romulus nie narzekał; okazywał bezbrzeżną cierpliwość swej półmilionowej populacji.
    — Głupia różnica — zwierzyła się pewnej nocy, leżąc w łóżku. — Wszyscy adamiści mogliby mieć więź afiniczną, gdyby tylko chcieli. Pustka w głowie, jakie to musi być straszne! Nie mogłabym żyć bez ciebie.
    — Jeśli ktoś nie chce czegoś zrobić, nie wolno go przymuszać — odpowiedział „Oenone”.
    Przez chwilę podziwiali wspólnie panoramę pierścieni. Tej nocy „Oenone” krążył wysoko nad oświetloną półkulą szafranowego olbrzyma, który ukazywał się w kształcie półksiężyca spod mglistych obłoków cząsteczek, co zawsze fascynowało Syrmx. Niekiedy całymi nocami obserwowała, jak olbrzymie armie chmur toczą z sobą wojnę.
    — Jakie to głupie z ich strony — upierała się.
    — Pewnego dnia odwiedzimy światy adamistów, wtedy zrozumiemy.
    — Och, gdybyśmy tak mogli zaraz wyruszyć. Szkoda, że jeszcze nie dorosłeś.
    — Już niedługo, Syrinx.
    — Ale ten czas się dłuży.
    — Osiągnąłem już szerokość trzydziestu pięciu metrów.
    Trudniej było o cząsteczki w tym miesiącu. Jeszcze tylko trzynaście lat.
    — Jejku, to przecież cała wieczność — odparła z żalem sześciolatka.
    Z założenia edeniści mieli tworzyć w pełni egalitarną społeczność. Każdy posiadał swój udział w zasobach przemysłowych, technicznych i kapitałowych habitatu, każdy też (dzięki więzi afinicznej) miał prawo głosu przy podejmowaniu kluczowych decyzji. Innego rządu me było. Jednakże we wszystkich habitatach Saturna dowódcy jastrzębi należeli do swego rodzaju elity, wybrańców losu. Zwykłe dzieci nie okazywały im wrogości — nie dopuściliby do tego ani dorośli, ani osobowość habitatu, każdą zaś wrogość łatwo było wytropić w afinicznej wspólnocie. Odbywały się wszakże pewne podchody; bądź co bądź, dowódcy mieli dobrać sobie kiedyś członków załogi spośród najlepszych przyjaciół. Dlatego też grupy dzieciaków skupiały się nieodmiennie wokół osób niedorosłych kapitanów.
    W wieku sześciu lat Syrinx była najlepszą pływaczką spośród rodzeństwa; długie pająkowate ramiona dawały jej bez wątpienia przewagę w wodzie. Grupa dzieci, której przewodziła, większość czasu spędzała w dolinie wokół strumieni i jezior na pływaniu lub budowaniu tratw i czółen. Wtedy to odkryli, jak zmylić wiecznie czujnego Romulusa: nadużywając więzi afinicznej, generowali urojone, sielankowe obrazy w komórkach sensytywnych, które pokrywały każdą odsłoniętą powierzchnię polipa.
    Rok później Syrinx wyzwała brata Thetisa na zawody mające być sprawdzianem ich nowo nabytych zdolności. Obie dziecięce drużyny popłynęły na prymitywnych tratwach przecinającym dolinę strumieniem. Synnx i jej młodociane kohorty dotarły aż do wielkiego słonowodnego zbiornika, otaczającego dolne krawędzie południowej czapy biegunowej. Drągi stały się zbędne na stumetrowej głębinie. Dryfowali tak w błogiej konspiracji, póki nie przygasła osiowa tuba świetlna. Dopiero wtedy odpowiedzieli na rozpaczliwe afiniczne wezwania rodziców.
    — Nie powinnaś była tego robić — napomniał ją „Oenone” poważnie. — Nawet nie mieliście z sobą kamizelek ratunkowych.
    — Przynajmniej było zabawnie. A jak później pędziliśmy łodzią oficerską Służb Ratowniczych! Tryskały fontanny wody, wiatr dmuchał w oczy!
    — Zamierzam porozmawiać z Romulusem na temat cech twojej moralnej odpowiedzialności. Wątpię, czy się poprawnie zintegrowały. Wiedz, że Athene i Sinon bardzo się o ciebie martwili.
    — Przecież wiedziałeś, że nic mi się nie stanie. A więc i mama musiała wiedzieć.
    — Jest coś takiego, co się nazywa dobre wychowanie.
    — Wiem. I przykro mi, naprawdę. Jutro będę grzeczna, słowo. — Przetoczyła się na plecy, podciągając kołderkę pod brodę. Sufit był przezroczysty, co pozwalało jej dostrzec za chmurami wątłą, srebrzystą księżycową poświatę tuby świetlnej habitatu. — Wyobrażałam sobie, że kieruję tobą, a nie tą głupią tratwą.
    — Naprawdę?
    — Tak. — Ogarnęła ich wyjątkowa radość, kiedy ich myśli pocałowały się na wszystkich poziomach świadomości.
    — Po prostu próbujesz przeciągnąć mnie na swoją stronę — oskarżył ją „Oenone”.
    — Jasne, że tak. Inaczej nie byłabym sobą. Myślisz, że jestem okropna?
    — Myślę, że będę się cieszył, kiedy już dorośniesz i nauczysz się odpowiedzialności.
    — Przepraszam. Od dzisiaj żadnych wycieczek na tratwach. Poważnie. — Zachichotała. — Ale przynajmniej był ubaw!
    Sinon umarł, gdy dzieci miały po jedenaście lat. Sam dożył stu sześćdziesięciu ośmiu. Synnx płakała wiele dni, mimo że uczynił wszystko, aby przygotować ją na taką ewentualność.
    „Nigdy was nie opuszczę — powiedział rozżalonej gromadce zebranej wokół łóżka. Syrinx i Pomona zerwały na łące świeże anielskie trąbki i włożyły je do wazonów. — My, edeniści, trwamy dalej. Stanę się cząstką osobowości habitatu… Będę patrzył, co się z wami dzieje, w każdej chwili możemy porozmawiać. A zatem nie smućcie się i nie bójcie. Śmierć nie jest czymś, czego można by się bać, nie dla nas. Popatrzę też z przyjemnością, jak dorastasz i obejmujesz dowództwo statku — zwrócił się prywatnie do Syrinx. — Jeszcze zostaniesz najlepszym kapitanem w historii, spryciarko, zobaczysz”.
    Uśmiechnęła się nieznacznie, po czym wtuliła w jego kruche ciało, czując gorącą, mokrą od potu skórę i słysząc w myślach, jak stęka bezdźwięcznie przy zmianie ułożenia.
    Tamtej nocy wysłuchiwała wraz z „Oenone” wspomnień uciekających z jego obumierającego mózgu — oszałamiającego zestawu obrazów, zapachów i bodźców emocjonalnych. To wtedy po raz pierwszy dowiedziała się o jego tajonym, związanym z „Oenone” zmartwieniu, okruchu nie rozstrzygniętej wątpliwości co do niezwykłego rodzica młodego jastrzębia. Troska ojca zdawała się unosić w przyciemnionej sypialni niby jedna z owych zjaw, dzięki którym wyprowadzała w pole komórki receptorowe habitatu.
    — Widzisz, spryciarko, mówiłem ci, że nigdy cię nie opuszczę. Nie ciebie.
    Uśmiechnęła się w pustce, gdy usłyszała w głowie charakterystyczny ton jego myśli. Oprócz tatusia nikt jej tak nigdy nie nazywał. W tle pobrzmiewał osobliwy gwar, jakby gdzieś daleko za nim tysiące osób prowadziły ściszone rozmowy.
    Jednakże następnego ranka widok jego owiniętego białym całunem ciała, wynoszonego z domu na pogrzeb w gaju, przytłoczył ją tak, że nie umiała powstrzymać łez.
    — Jak długo będzie żył we wspólnocie habitatu? — zapytała matkę po krótkiej uroczystości pogrzebowej.
    — Jak długo zechce — odpowiedziała wolno Athene. Nigdy nie okłamywała dzieci, lecz zdarzały się chwile, kiedy żałowała, że musi być tak cholernie szlachetna. — W większości ludzie we wspólnocie zachowują swoją integralność przez kilka stuleci, potem stopniowo wtapiają się w wieloskładnikową osobowość habitatu. A zatem nawet wtedy coś po nich pozostaje. Tak czy inaczej, to o wiele lepszy los od zbawienia w niebie, które religie adamistów proponują swoim wyznawcom.
    — Opowiedz mi o religii — poprosiła Syrinx osobowość habitatu jeszcze tego samego dnia. Siedziała przy ogrodzie, zajęta obserwowaniem żwawych, brązowych rybek, które dostrzegała wśród lilii w toni otoczonego kamieniami stawu.
    — To zorganizowana forma oddawania czci bóstwu, mająca zwykle swe źródło wśród pierwotnych kultur. Większość religii postrzega Boga jako mężczyznę, ponieważ wszystkie one wywodzą się z czasów sprzed emancypacji kobiet. Co daje wyobrażenie o ich pokrętności.
    — Ale ludzie wyznają je do dzisiaj?
    — Owszem, większość adamistów zachowała swoje wierzenia. W ich kulturze obecnych jest kilka religii, lecz dominują obrządki chrześcijańskie i sekty muzułmańskie. Wszyscy jednak wyznają pogląd, jakoby w zamierzchłej przeszłości na Ziemi żyli prorocy, obiecując pewną formę wiecznego zbawienia dla tych, którzy będą postępować zgodnie z naukami tychże proroków.
    — Aha. W takim razie dlaczego edeniści w to nie wierzą?
    — Nasza kultura niczego nie zabrania, pod warunkiem, że nie krzywdzi większości. Możesz oddawać cześć dowolnemu bóstwu, jeśli sobie tego życzysz. Najważniejszym powodem, dla którego żaden edenista nie wybiera tej drogi, jest nasza doskonale stabilna osobowość. Rozpatrujemy koncepcję Boga i spirytualizmu z punktów widzenia opartych na logice i zasadach fizyki.
    Poddana rygorystycznej, naukowej analizie religia nie wytrzymuje próby argumentów. Nasza wiedza w dziedzinie kosmologii kwantowej jest dziś na tyle ugruntowana, że możemy zdecydowanie odrzucić wiarę w istnienie Boga. Wszechświat to wyłącznie naturalne zjawisko, chociaż niebywale złożone. Nie powstał pod wpływem żadnego zewnętrznego aktu woli.
    — A więc nie mamy duszy?
    — Koncepcja duszy również jest ułomna. Pogańscy kapłanie żerowali na ludzkim strachu przed śmiercią, obiecując im życie wieczne, w którym otrzymają nagrodę, o ile będą wiedli cnotliwe życie na ziemi. Wobec powyższego wiara w duszę także jest indywidualnym wyborem każdego człowieka. Ponieważ jednak edeniści po śmierci trwają nadal jako część osobowości habitatu, żaden z nich nie był skłonny uznać tego szczególnego aspektu wiary za słuszny. Edeniści wiedzą, że ich istnienie nie kończy się z chwilą fizycznej śmierci. Techniczne założenia naszej kultury poniekąd wyparły religię.
    — A co z tobą? Masz duszę?
    — Nie. Mój umysł jest przecież sumą wielu indywidualności. Nigdy też nie byłem stworzeniem bożym. Jestem całkowicie sztuczny.
    — Ale żyjesz.
    — Owszem.
    — Gdyby więc były dusze, też byś ją chyba miał?
    — Celna uwaga. A czy ty wierzysz, że są dusze?
    — No, niezupełnie. To wydaje się trochę dziwne. Ale rozumiem, dlaczego adamiści tak łatwo wierzą. Gdybym sama nie miała możliwości przenieść wspomnień do habitatu, też chciałabym wierzyć, że mam duszę.
    — Świetne spostrzeżenie! Właśnie zdolność do transferu wspomnień spowodowała, że w roku 2019 papież Eleonora obłożyła zbiorową klątwą chrześcijańskich edenistów. Nasz protoplasta WingCit Czong był pierwszym człowiekiem, który przekazał swoje wspomnienia warstwie neuronowej habitatu, a wtedy papież potępiła jego czyn i ogłosiła świętokradztwem, próbą uniknięcia sądu bożego. W następstwie tego uznano gen więzi afinicznej winnym zbrukania boskiego dziedzictwa; Watykan bał się wystawienia wiernych na zbyt dużą pokusę. Rok później muzułmanie wydali dekret o podobnej treści, zakazując wiernym wszczepiania dzieciom wspomnianego genu. To wtedy powstały pierwsze zręby kultur edenistów i adamistów.
    Ci ostatni wyrzekli się stosowania naszych wynalazków. Bez afinicznej kontroli pożytek z technobiotycznych organizmów jest niewielki.
    — Twierdzisz, że są różne religie. Ale czy może być wielu bogów? Chyba musi istnieć tylko jeden stwórca? Jest w tym jakaś sprzeczność.
    — Znowu trafna uwaga. Kilka wielkich wojen na Ziemi toczyło się z powodu tejże niejasności. Każda religia mówi, że to ona jest tą właściwą. A w gruncie rzeczy wszystkie uzależnione są całkowicie od siły przekonań wyznawców.
    Syrinx dała za wygraną i wsparła głowę na rękach, przyglądając się rybkom przepływającym pod różowymi liliami. Wszyst ko, co usłyszała, wydawało jej się nieprawdopodobne.
    — Co ty na to? — zapytała „Oenone”. — Wyznajesz jakąś religię?
    — Nie widzę potrzeby modlić się do bóstwa. Wiem, czym jestem. Wy, ludzie, wręcz uwielbiacie komplikować sobie życie.
    Syrirw wstała i wygładziła czarną sukienkę żałobną. Wystraszone ryby zanurkowały w głębinę.
    — Wielkie dzięki.
    — Kocham cię — rzekł „Oenone”. — Przykro mi, że czujesz smutek z powodu Sinona. Zawsze dbał, abyś była szczęśliwa.
    Bądź taka dalej.
    Koniec ze smutkiem, postanowiła. Tatuś ze mną porozmawia, kiedy tylko zechcę. Rany, to musi oznaczać, że mam już w pełni zintegrowaną osobowość. Świetnie.
    Gdyby jeszcze nie czuła tak bolesnego ucisku w piersi… mniej więcej tam, gdzie biło jej serce.

* * *

    Kiedy skończyła piętnaście lat, jej nauka skoncentrowała się głównie na przedmiotach związanych z dowodzeniem statkiem.
    Poznawała inżynierię systemów napędowych, prawo kosmiczne Konfederacji, astronawigację, technobiotyczne organy podtrzymania życia, mechanikę, dynamikę płynów, nadprzewodnictwo, termodynamikę, fizykę jądrową. Wraz z „Oenone” wysłuchiwała długich wykładów na temat zdolności i ograniczeń jastrzębi. Uczestniczyła też w zajęciach praktycznych, jak: wkładanie kombinezonów, drobne naprawy w warunkach słabej grawitacji, wycieczki aklimatyzacyjne na zewnętrzne półki jastrzębi, żmudne powtarzanie procedur obowiązujących na pokładzie statku.
    W stanie nieważkości czuła się jak ryba w wodzie. Modyfikacje genetyczne zwiększyły umiejętność poruszania się w takich warunkach wszystkich edenistów, a członkowie stu rodzin poszli nawet krok dalej, wzmacniając i pogrubiając swe błony wewnętrzne, aby mogły wytrzymać duże przyspieszenia. Edeniści niechętnie się godzili na nanoniczne suplementy, chyba że nie mieli innego wyjścia.
    W tym czasie zaczęła tracić zbędny tłuszcz (choć nikt jej nigdy nie uważał za grubą) i wyraźnie nabierać kształtów dorosłej osoby.
    II Starannie zmodyfikowane geny przodków obdarzyły ją pociągłą twarzą z lekko wklęsłymi policzkami, podkreślającymi silnie zaznaczone kości, oraz szerokimi ustami, na które w dowolnej chwili mógł wypłynąć najbardziej czarujący uśmiech. Wzrostem dorównywała prawie wszystkim braciom, figura nabierała kobiecych kształtów. Pozwalała włosom opadać do połowy pleców, wiedząc, że to ostatnia ku temu okazja: gdy zaczną się loty operacyjne, będzie musiała ostrzyc się na krótko. Na statku długie włosy stanowiły w najlepszym przypadku przeszkodę, w najgorszym zali grożenie.
    W wieku siedemnastu lat przeżyła trwającą miesiąc przygodę miłosną z Auliem, mężczyzną czterdziestoczteroletnim, co nie wróżyło dobrze ich związkowi, lecz zarazem było niezwykle romantyczne. Bez najmniejszych skrupułów oddawała się uciechom; nic sobie nie robiła z plotek i oburzenia przyjaciół i rodziny, doświadczając nowych, upajających doznań w ramionach pomysłowego kochanka. A był to ktoś, kto naprawdę umiał korzystać z dobrodziejstw nieważkości.
    Owiane legendą dokonania seksualne nastoletnich edenistów były czymś, czego najbardziej im zazdrościli adamiści. Albowiem ci pierwsi dzięki ulepszonym systemom immunologicznym nie musieli obawiać się chorób, a więź afiniczna skutecznie zapobiegała scenom zazdrości czy przemocy psychicznej. Naturalna żądza nie była niczym wstydliwym; dorastająca młodzież chciała się wyszumieć, choć zdarzały się też nierzadko autentyczne zauroczenia.
    Skoro zaś nawet kandydaci na pilotów mieli dziennie tylko pięć godzin zajęć z inżynierii i technologii, a nocą ich młode organizmy zadowalały się sześcioma godzinami snu, resztę czasu spędzali na poszukiwaniu wrażeń miłosnych, jakie zadziwiłyby nawet starożytnych Rzymian.

* * *

    Wreszcie nadszedł dzień jej osiemnastych urodzin. Syrinx nie mogła się przemóc, aby tego ranka wyjść z domu. Athene miała jak zwykle pogodny wyraz twarzy i nawet najbardziej wytężone podsłuchiwanie nie mogło wyjawić dziewczynie uczuć matki. Syrinx dobrze jednak wiedziała, jak bardzo musi cierpieć na widok wszystkich dziesięciorga dzieci przygotowujących się do odejścia.
    Po oficjalnym śniadaniu długo się wahała, lecz Athene ponagliła ją do wyjścia z kuchni, całując przelotnie.
    — To cena, którą wszyscy płacimy — powiedziała. — A wierz mi, że warto.
    Całe rodzeństwo wdziało kombinezony i wyszło na wewnętrzną półkę północnej czapy, przemieszczając się długimi skokami w czterokrotnie słabszym polu grawitacyjnym. Przed śluzami kręciło się mnóstwo ludzi, przeważnie z obsługi technicznej i załóg jastrzębi usadowionych na cokołach. Wszyscy niecierpliwie oczekiwali przybycia nowych statków. Nagły zalew domysłów — również osób, które pozostały w habitacie — zaskoczył Syrinx, lecz pozwolił jej przynajmniej przezwyciężyć własne zdenerwowanie.
    — To ja powinienem się denerwować — żachnął się „Oenone”.
    — Niby czemu? Tobie wszystko przychodzi naturalnie.
    — Ha!
    — Jesteś gotów?
    — A gdybyśmy tak się wstrzymali? Może jeszcze trochę urosnę?
    — Nie rośniesz od dwóch miesięcy. Jesteś już wystarczająco duży.
    — Tak, Syrinx — odparł statek potulnie, aż się uśmiechnęła.
    — Daj spokój i pamiętaj, że też miałam wątpliwości przed związkiem z Hazatem. Później okazało się, że jest fantastycznie!
    — Wątpię, czy można porównywać seks z lotem kosmicznym. Poza tym nie nazwałbym tego wątpliwościami, bardziej już niecierpliwością. — Dał się wyróżnić ton urazy w mentalnym głosie jastrzębia.
    Synnx wsparła ręce na biodrach.
    — Bierz się do roboty.
    Przez ostatni miesiąc „Oenone” czerpał energię elektryczną z kuli produkującej pokarm; gdy faza wzrostu nareszcie dobiegła końca, obciążenie kabli indukcyjnych przez narządy kuli pokarmowej zmniejszyło się zasadniczo, co pozwoliło statkowi rozpocząć długi proces ładowania komórek modelujących. Teraz poziom energii wzrósł w nich na tyle, że mogły już wzbudzić pole dystorsyjne umożliwiające jastrzębiowi pobieranie energii bezpośrednio z przestrzeni. Gdyby pole dystorsyjne okazało się defektywne, komórki straciłyby moc i trzeba byłoby podjąć akcję ratunkową. W przeszłości kilka takich akcji skończyło się niepowodzeniem.
    Pewność Syrinx i jej pełne zachęty myśli dodawały otuchy jastrzębiowi, który zaczął oddzielać się od kuli pokarmowej. Włókniste rurki pękały wzdłuż linii naprężeń. Ciepłe płyny tryskające w przestrzeń, działając jak prymitywne silniki odrzutowe, przyczyniały się do wzrostu ciśnienia w pozostałych rurkach. Przewody organiczne rwały się i zaraz zasklepiały, ich końce miotały się w obłoku parujących płynów. Gdy zerwała się ostatnia rurka, kula wystrzeliła w dal jak przekłuty balon.
    — Widzisz? To łatwe — rzekła Syrinx. Oboje wspólnie przypomnieli sobie, podobne do miraży, wspomnienia jastrzębia zwanego „Iasiusem”. Ażeby wygenerować pole dystorsyjne, należało po prostu zainicjować przepływ energii przez komórki modelujące… o, właśnie w ten sposób. Energia zaczynała płynąć w labiryntowym plastrze komórek, ulegając zagęszczeniu, w ciągu nanosekund osiągając niewyobrażalne wartości.
    Rozwinęło się pulsujące dziko pole dystorsyjne.
    — Tylko spokojnie — napomniała łagodnie Syrinx. Fluktuacje pola wyraźnie się zmniejszyły. Ustabilizowało się, zmieniło kształt, koncentrując promieniowanie z lokalnej przestrzeni w jeden życiodajny strumień, absorbowany przez komórki modelowania. Ku gwiazdom pomknęły fale niebiańskiego uczucia radości.
    — Tak! Udało się! — Uścisnęli się w myślach. Edeniści i jastrzębie składali im serdeczne gratulacje. Syrinx zorientowała się w sytuacji: wszystkie statki rodzeństwa wygenerowały stabilne pole dystorsyjne. Jakby dzieci Athene mogły się nie spisać!
    „Oenone” i Syrinx zaczęli eksperymentować, modyfikować kształt pola, zmieniać jego natężenie. Jastrząb wykonał pierwsze ruchy. Wynurzył się spomiędzy pierścieni w pustą przestrzeń, zdolny wreszcie zobaczyć czystą sferę gwiazd. Syrinx odniosła wrażenie, jakby wiatr dmuchał jej w twarz, targając włosy. Była starożytnym żeglarzem — stała na drewnianym pokładzie okrętu, który pruł fale bezkresnego oceanu.
    Trzy godziny później „Oenone” wśliznął się w lukę między północną czapą Romulusa a przeciwbieżnym dokiem. Ruszył łukiem, ścigając półkę.
    Syrinx dostrzegła, jak wyłania się znienacka na tle przesuwających się w tle gwiazd.
    — Widzę cię! — Nareszcie się doczekała.
    — A ja ciebie — odparł czule „Oenone”.
    Skoczyła z radości trzy metry ponad półkę.
    — Uważaj — ostrzegł jastrząb.
    Tylko się roześmiała.
    Statek minął krawędź i zawisł nad najbliższym cokołem. Kiedy usiadł, puściła się ku niemu szalonym biegiem, krzycząc dziko i wymachując rękami dla zachowania równowagi. Smukły granatowy korpus jastrzębia pokrywała delikatna purpurowa siatka.

4

    Pierścień Ruin tworzył wąskie, lecz gęste halo grubości trzech kilometrów i szerokości siedemdziesięciu, a znajdował się w odległości pięciuset osiemdziesięciu kilometrów od gazowego olbrzyma Mirczusko. Większość jego cząsteczek składowych, wskutek przygnębiająco niskiego albedo, miała smutną szarą barwę. Mgiełki drobinek — przeważnie pyłu rozrzucanego podczas zderzeń większych okruchów — napotykało się na płaszczyźnie ekliptyki w odległości najwyżej stu kilometrów od głównego pasma. Tak skromne wymiary czyniły Pierścień Ruin obiektem zgoła nieistotnym w skali astronomicznej, a jednak wywarł doniosły wpływ na historię ludzkości. Samym swoim istnieniem doprowadził najbogatsze królestwo w dziejach niemalże do granicy politycznego przewrotu, a ponadto postawił wszystkie koła naukowe Konfederacji przed tajemnicą, której po stu dziewięćdziesięciu latach od odkrycia Pierścienia nadal nie udało się zgłębić.
    Łatwo mógł go przeoczyć „Ethlyn”, statek zwiadowczy Królewskiej Floty Powietrznej Kulu, który odwiedził ten układ w roku 2420.
    Organizowanie misji badawczych kosztowało wszakże tak wiele, że nawet jeśli stwierdzano poza wszelką wątpliwość, iż wokół gwiazdy nie krąży żadna terrakompatybilna planeta, to nie ograniczano się do powierzchownych oględzin. Poza tym kapitanów statków badawczych wybierano spośród ludzi o dociekliwej naturze.
    Robot pomiarowy wystrzelony z „Ethlyna” na orbitę Mirczuska wykonał standardowe przeloty rozpoznawcze w pobliżu siedmiu księżyców o średnicach przekraczających sto pięćdziesiąt kilometrów (obiekty mniejsze zostały sklasyfikowane jako asteroidy), po czym rozpoczął analizę dwóch pierścieni opasujących gazowego olbrzyma. Ów wewnętrzny nie zawierał niczego nadzwyczajnego czy bodaj ciekawego: szeroki na dwadzieścia tysięcy kilometrów, rozpięty na orbicie oddalonej od planety o trzysta siedemdziesiąt tysięcy kilometrów — zwyczajne skupisko lodu, węgla i skalnych okruchów. Jednakże w widmie spektralnym pierścienia zewnętrznego pojawiło się kilka zaskakujących linii emisyjnych, na dodatek zajmował on podejrzanie wysoką orbitę.
    Kiedy achromatyczne obrazy przesyłane z optycznych sensorów robota zaczęły się rozszczepiać, wszelki ruch na pokładzie „Ethlyna” gwałtownie ustał: załoga porzuciła rutynowe zajęcia, aby przyjrzeć się odkryciu. Pierścień o całkowitej masie równej średniej wielkości księżycowi składał się wyłącznie z roztrzaskanych habitatów obcej rasy. W celu gruntownego przeszukania układu wysłano natychmiast wszystkie rezerwowe roboty. Rezultaty okazały się jednak deprymująco negatywne. Nie znaleziono żadnego innego habitatu, żadnych ocalałych ofiar katastrofy. Następne poszukiwania, przeprowadzone przez niewielką flotyllę statków badawczych Kulu, również nie przyniosły spodziewanych efektów. Nie natrafiono na najdrobniejszy ślad ojczystego świata ksenobiotycznej rasy; z pewnością nie zamieszkiwała żadnej z planet tutejszego układu słonecznego ani układów sąsiednich. Jej początki i śmierć stanowiły nierozwikłaną zagadkę.
    Budowniczowie rozbitych habitatów zostali nazwani Laymilami, choć nawet tę nazwę odkryto dopiero po sześćdziesięciu siedmiu latach. Wydawać by się mogło, że tak wielka ilość szczątków zarzuci archeologów i specjalistów od obcych kultur nadmiarem materiału badawczego, lecz przeszło siedemdziesiąt tysięcy habitatów — na tyle szacowano ich liczbę — uległo totalnemu zniszczeniu, od którego to zdarzenia upłynęło w dodatku dwa tysiące sześćset lat. Po pierwszej, niemal równoczesnej detonacji nastąpiła seria mniejszych zderzeń, reakcja łańcuchowa trwała dziesięciolecia. Kamyki i głazy rozbijały w proch ogromne fragmenty powłok, co dopełniało dzieła zagłady. Dekompresja wybuchowa rozerwała żywą tkankę roślin i zwierząt, pozostawiając paskudnie wypatroszone trupy na pastwę ostrych rupieci, które ćwiartowały ciała. I nawet po tym, jak sto lat później nastał względny spokój, próżnia wciąż bezlitośnie wysysała materię, z powierzchni przedmiotów parowały cząsteczki, aż pozostały jedynie chude, widmowe szkielety dawnych kształtów.
    Jeszcze tysiąc lat rozpadu, a szukanie jakichkolwiek szczątków po Laymilach nie miałoby sensu. Ale póki co, odzyskiwano cenne artefakty, choć było to niebezpieczne, frustrujące i zazwyczaj słabo opłacalne zajęcie. Program badania Laymilów uruchomiony w Tranquillity — technobiotycznym habitacie krążącym siedem tysięcy kilometrów nad Pierścieniem Ruin — uzależniony był od zbieraczy wykonujących całą brudną robotę.
    A zbieraczami, którzy zapuszczali się w Pierścień Ruin, kierowały rozmaite pobudki; byli tacy (zwykle żółtodzioby), co szukali przygód, drudzy nie mieli wyboru, jeszcze inni uważali to za swą ostatnią szansę na zgarnięcie dużej forsy. Wszyscy łudzili się nadzieją, że trafi im się kiedyś wielkie znalezisko. Nienaruszone artefakty Laymilów osiągały wysokie ceny na kolekcjonerskim rynku: źródło unikatowych przedmiotów obcej rasy było ograniczone i kurczyło się, więc muzea i prywatni zbieracze wychodzili ze skóry, aby je zdobyć.
    Nie opracowano żadnej technologii wydobywczej, mogącej pomóc w przeszukiwaniu zawartości Pierścienia, odsiewać klejnoty od plew. Zbieracz musiał wdziać kombinezon, wyjść pomiędzy fruwające odłamki i badać je drobiazgowo rękami i oczami. Większość z nich zarabiała dosyć, by się utrzymać z tego interesu. Niektórym powodziło się lepiej niż innym. Szczęściarze, mawiano. Co roku znajdowali parę naprawdę intrygujących okazów — dzięki nim przez kilka miesięcy mogli pławić się w luksusie. Niektórym dopisywało wyjątkowe szczęście, raz po raz powracali ze szczątkami, jakie kolekcjonerzy czy naukowcy po prostu musieli mieć.
    Niektórzy mieli szczęście wręcz niepojęte.

* * *

    W razie konieczności Joshua Calvert przyjąłby członkostwo drugiej kategorii, chociaż miał o sobie dużo lepsze mniemanie. W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy wydobył z Pierścienia sześć przyzwoitych artefaktów: dwie rośliny w całkiem dobrym stanie, dwie płytki obwodu drukowanego (kruche, ale się sprzedały), połowę niewielkiego zwierzaka oraz — prawdziwa zdobycz — nietknięte jajo wysokości siedmiu centymetrów. Wszystko to przyniosło mu siedemset pięćdziesiąt tysięcy fuzjodolarów (waluta edemstów wymienialna w całej Konfederacji). Większości zbieraczy taka suma pozwoliłaby wycofać się z interesu. W Tranquinity ludzie potrząsali głowami, dziwiąc się, dlaczego on ciągle wraca do Pierścienia. Mimo dwudziestu jeden lat dzięki takim pieniądzom Joshua mógłby hulać do końca życia.
    Dziwili się, gdyż nie rozumieli, że nienasycona żądza spala go od wewnątrz, tętni w jego żyłach niczym wartki prąd wody, pobudza do działania każdą komórkę ciała. Gdyby mieli pojęcie o tej przepotężnej sile, może dostrzegliby rąbek jego niespokojnej natury, przyczajonej sposobem drapieżnika za maską czarującego uśmiechu i chłopięcego uroku. On pragnął dużo, dużo więcej niż trzy czwarte miliona. Prawdę mówiąc, dopiero pięć milionów dałoby mu względne zadowolenie.
    Nie obchodził go tak naprawdę wysoki standard życia. Dni upływające na próżniactwie, czuwaniu nad miesięcznym budżetem, ograniczone dywidendami z rozsądnych inwestycji? Dla niego to brzmiało jak przedwczesna śmierć, trwanie w marazmie, los totalnych nieudaczników.
    Joshua dobrze wiedział, ile uroków życie ma do zaoferowania.
    Jego ciało było doskonale przystosowane do warunków nieważkości, a to dzięki kombinacji pożytecznych cech fizjologicznych, jakie przypadły mu w dziedzictwie dzięki zapobiegliwości przodków rozmiłowanych w kosmicznych wojażach. Ale najważniejszy był umysł, sprzężony z najbardziej buntowniczą cechą człowieka: tęsknotą do niezbadanych przestrzeni. Wczesne dzieciństwo upłynęło mu na wysłuchiwaniu wielokrotnie powtarzanych opowieści ojca o przygodach dowódcy statku: szmuglowaniu kontrabandy, wyprowadzaniu w pole dywizjonów Sił Powietrznych Konfederacji, potyczkach, najmowaniu się do działań wojennych na rzecz zwaśnionych rządów i korporacji, przemierzaniu otchłani kosmosu, a także o dziwnych planetach, baśniowych ksenobiontach, chętnych kobietach w portach rozrzuconych po wszystkich skolonizowanych zakątkach galaktyki. Nie było takiej planety, księżyca czy zamieszkanej asteroidy, której by nie zbadali i zaludnili zmyślonymi społecznościami, zanim staruszek dobrał wreszcie właściwą mieszaninę alkoholu i narkotyków, zdolną przedrzeć się przez oblężone umocnienia jego organów. Każdej nocy, odkąd skończył cztery lata, Joshua śnił, że sam wiedzie takie życie. Życie, które Marcus Calvert schrzanił, skazując syna na nudną egzystencję gdzieś w prowincjonalnym habitacie. Chyba żeby…
    Pięć milionów fuzjodolarów — tyle kosztowałaby naprawa statku ojca… aczkolwiek mogłaby kosztować więcej, zważywszy na to, w jakim zaniedbaniu pozostawała „Lady Makbet” przez te wszystkie lata. Tyle kosztowałoby opuszczenie tego cholernego zacofanego habitatu. Odzyskanie prawdziwego życia, swobody i niezależności.
    Zbieranie rupieci wydało mu się dobrą drogą, alternatywą do zaprzedania duszy bankierom. Pieniądze czekały na niego tutaj, w Pierścieniu; wystarczyło sięgnąć. Czuł delikatne, natarczywe łaskotanie na dnie świadomości — tak wzywały go artefakty Laymilów.
    Niektórzy mówili o szczęściu.
    Joshua mógłby się z nimi spierać. Wiedział jednak w dziewięciu przypadkach na dziesięć, kiedy trafia mu się większy łup.
    Tak było i tym razem. Już od dwóch dni przebywał w Pierścieniu, brnąc ostrożnie przez bezkresną szarą zamieć, przetaczającą się za przednią szybą kosmolotu, przyglądając się poszczególnym odłamkom i odrzucając je jeden po drugim. Szukał niestrudzenie.
    Habitaty Laymilów były zaskakująco podobne do Tranquillity i habitatów edenistów; stanowiące owoc inżynierii biologicznej polipowe cylindry długości pięćdziesięciu kilometrów i średnicy dwudziestu były tylko bardziej pękate niż konstrukcje projektowane przez ludzi. Dowód na to, że technologiczne rozwiązania nie różniły się, jak kosmos długi i szeroki. Także dowód na to, że Laymilowie byli, przynajmniej na tym etapie, zupełnie zwyczajną rozwiniętą rasą. Jednakże nawet najdrobniejsza przesłanka nie wyjaśniała, co doprowadziło do jej nagłego końca. Wszystkie te cudowne habitaty uległy zniszczeniu w ciągu zaledwie kilku godzin. Narzucały się tylko dwa logiczne wyjaśnienia: zbiorowe samobójstwo albo czyjś’ atak. Żadna z tych opcji nie nastrajała do miłych przemyśleń; rodziły się różne ponure wizje, zwłaszcza wśród zbieraczy, którzy raz po raz zanurzali się w Pierścień Ruin, gdzie otaczały ich namacalne świadectwa tamtych nieznanych wydarzeń sprzed przeszło dwóch i pół tysiąca lat. Poszukiwanie trzeciego rozwiązania stanowiło ulubiony temat pogawędek w gronie zbieraczy, lecz Joshua nie zaprzątał sobie tym głowy.
    Osiemdziesiąt metrów przed nim wisiał jeden z większych odłamów skorupy habitatu; z grubsza owalny, w najszerszym miejscu miał ćwierć kilometra. Obracał się wolno wzdłuż swej dłuższej osi, przy czym każdy obrót zajmował mu siedemnaście godzin.
    Z jednej strony osłonięty był brudnożółtą zewnętrzną pokrywą, twardą krzemową powłoką przypominającą kadłuby statków adamistów. Naukowcy z Tranquillity nie potrafili wydedukować, czy była to wydzielina wewnętrznych polipowych warstw habitatu; jeśli tak, inżynieria biologiczna Laymilów stała na jeszcze wyższym poziomie niż technobiotyka edenistów. Ponad krzemem przekładały się czterdziestopięciometrowe pokłady różnorodnego polipa, wyblakłe i pociemniałe pod wpływem próżni. Na wierzchu zalegała sześciometrowa warstwa gleby, zamarznięta i stopiona na twardą jak beton masę. Cała porastająca ją niegdyś roślinność została wytargana z podłoża w chwili pęknięcia skorupy habitatu; ryczące tajfuny porwały trawę i drzewa, szerząc zagładę przez kilka sekund swego istnienia. Każdy centymetr kwadratowy powierzchni znaczyły ślady maleńkich kraterów uderzeniowych — rezultat trwającego tysiąclecia bombardowania kamykami i ziarnami pyłu.
    Joshua przypatrywał się bryle w zamyśleniu poprzez piaskową mgiełkę, która rozmywała jej kontury. W swej trzyletniej karierze zbieracza widział setki podobnych fragmentów skorupy, jałowych i bezwładnych. Ale ten bezsprzecznie coś w sobie chował.
    Przełączył implanty wzrokowe na najwyższą rozdzielczość, zawęził pole widzenia i przyjrzał się uważnie powierzchni gleby.
    Piksel po pikselu neuronowy nanosystem tworzył kartograficzne odwzorowanie obiektu.
    Z gleby sterczały jakieś fundamenty. Konstrukcje architektoniczne Laymilów miały zawsze geometryczne formy, wyłącznie płaszczyzny i kąty proste. Nikt jeszcze nie trafił na okrągłą ścianę.
    I w tym przypadku nic nie odbiegało od normy, jeśli jednak wziąć pod uwagę kontury najniższej kondygnacji, budynek musiał być większy od wszystkich pomieszczeń mieszkalnych, jakie Joshua do tej pory przebadał.
    Odwołał teraz kartograficzną projekcję i przesłał komputerowi pokładowemu datawizyjne instrukcje. Zespoły odrzutowych silników sterujących w ogonie kosmolotu bluznęły gorącymi strugami jonów i lśniący pojazd zaczął posuwać się ostrożnie w stronę fundamentów. Joshua wyśliznął się z fotela pilota, gdzie od pięciu godzin siedział wpięty w pasy. Przeciągnął się wolno, po czym przeszedł leniwie z kabiny pilota do głównej kajuty.
    Kiedy jeszcze kosmolot pełnił wyznaczoną mu funkcję wahadłowca kursującego na orbitę, kajuta mieściła piętnaście foteli. Obecnie Joshua wykorzystywał pojazd wyłącznie do wypadów w Pierścień Ruin, usunął więc fotele, a zamontował prowizoryczny, dostosowany do warunków nieważkości prysznic, kuchnię i zestaw przyrządów gimnastycznych. Choć miał genetycznie zmodyfikowany organizm, potrzebował jakiejś formy ćwiczeń; jego mięśnie nie uległyby atrofii w nieważkości, ale na pewno by osłabły.
    Zaczął zdejmować jednoczęściowy kombinezon. Miał smukłe i dobrze umięśnione ciało, klatkę piersiową trochę szerszą od przeciętnej (wskutek pogrubionych błon wewnętrznych) oraz taką przemianę materii, że mógł pić i jeść be żadnych problemów żołądkowych. Modyfikacje genetyczne w jego rodzinie skupiły się głównie na usprawnieniach przydatnych w stanie nieważkości, została mu więc twarz nieco koścista i o zbyt wysuniętej szczęce, aby mogła uchodzić za przykład klasycznego piękna. Brązowe włosy zapuścił za kark, czego nie powinien robić astronauta. Implanty wzrokowe miały ten sam szaroniebieski kolor co jego oryginalne tęczówki.
    Gdy już rozebrał się do naga i wysikał do specjalnej rurki, włożył skafander, próbując uniknąć bolesnych potłuczeń podczas wyciągania ekwipunku z rozmaitych szafek. Pełna trudno dostępnych zakamarków kajuta miała tylko sześć metrów długości. Każde poruszenie zdawało się wprawiać coś w ruch; potrącone folie do owijania jedzenia trzepotały się niczym gigantyczne srebrne motyle, okruszyny naśladowały roje pszczół. Po powrocie na kosmodrom będzie musiał przeprowadzić gruntowne porządki, filtry systemu regulacji składu powietrza nie zostały przecież zaprojektowane do zmagania się z taką ilością brudu.
    W stanie nieaktywnym programowalny amorficzny skafander z silikonu, wykonany w Państwowym Instytucie Przemysłowym (Sil) na Lunie, składał się z grubego kołnierza wysokości siedmiu centymetrów, wewnętrznej rurki respiratora oraz przymocowanej z dołu czarnej kuli wielkości piłki futbolowej. Joshua nałożył kołnierz na szyję i wsunął w usta końcówkę rurki, żując ją, aż wreszcie leżała wygodnie. Upewniwszy się, że niczego nie dotyka, puścił uchwyt poręczy i przesłał kod aktywacji do procesora sterującego skafandrem.
    Skafander kosmiczny Sil był standardowym wyrobem przemysłu kosmonautycznego jeszcze przed narodzeniem Joshuy. Ten owoc myśli technicznej jedynego czysto komunistycznego społeczeństwa w Konfederacji produkowany był w lunarnych zakładach i na licencji w każdym uprzemysłowionym systemie planetarnym. Idealnie chronił ludzką skórę przed wrogą próżnią, umożliwiał wydalanie potu i w rozsądnych granicach zabezpieczał właściciela przed promieniowaniem. Pozostawiał również pełną swobodę ruchów.
    Kula zaczęła zmieniać kształt. Lgnęła do skóry niby lepka, gumowa rękawiczka, przeistaczając się w oleistą ciecz i opływając ciało. Joshua zamknął oczy, kiedy ślizgała się po głowie. Rozmieszczone na kołnierzu sensory optyczne przekazywały datawizyjny obraz bezpośrednio do neuronowego nanosystemu.
    Pancerz, który osłaniał nową skórę Joshuy, teraz czarną i lśniącą, zdolny wytrzymać dosłownie każde kinetyczne uderzenie, jakie mu groziło w Pierścieniu Ruin, był matowym egzoszkieletem z węgla monolitycznego z wbudowanym plecakiem manewrowym na ciekły gaz. Skafander Sil nie pękłby bez względu na to, co by w niego trafiło, lecz ciało mogłoby odczuć boleśnie siłę ciosu.
    Przypinając narzędzia do pasa, Joshua raz jeszcze sprawdził stan skafandra i pancerza. Nie dopatrzył się żadnej usterki.
    Zaraz po wyjściu z kosmolotu przesłał zewnętrznej grodzi datawizyjny rozkaz aktywacji kodów ryglujących. Nic nie zabezpieczało komory śluzowej przed bombardowaniem cząsteczkami, a przecież wewnątrz działało kilka stosunkowo delikatnych urządzeń. Prawdopodobieństwo nieszczęścia było znikome, lecz co roku znikało w Pierścieniu pięciu czy sześciu zbieraczy artefaktów.
    Znał kilku takich, w tym nawet pilotów statków kosmicznych, którzy machali ręką na procedury, wiecznie utyskując na wymogi bezpieczeństwa ustanowione przez Komisję Astronautyczną Konfederacji.
    Nie musiał się martwić o resztę kosmolotu. Gdy złożyły się skrzydła, wyglądał niczym opływowa piętnastometrowa igła, zaprojektowany z myślą o zajmowaniu minimum miejsca w hangarze statku kosmicznego. Kadłub z karbotanu był twardy, lecz do prac w Pierścieniu Ruin Joshua powlókł go grubą warstwą kremowej pianki. Wyżłobiło się już w niej kilkadziesiąt długich rys, gdzieniegdzie widniały małe poczerniałe kratery.
    Joshua skierował się teraz w stronę fragmentu skorupy i strzelił strumieniem z dysz plecaka manewrowego. Sylwetka kosmolotu zaczęła się kurczyć z tyłu. Tutaj, w otwartej przestrzeni, błyszczący kształt wydawał się zbyt kruchy, lecz on nie miał do dyspozycji innego środka transportu. Umocowane wokół ogona i pokryte pianką dodatkowe zbiorniki z materiałem pędnym i wysokowydajne ogniwa z matrycą elektronową wyglądały jak dziwaczne narośle rakowe.
    Prochy Pierścienia Ruin dryfowały leniwie niczym burza śnieżna w zwolnieniu, średnio dwie lub trzy drobiny na metr sześcienny.
    Były to przeważnie resztki gleby i polipa — łamliwe, skamieniałe odłamki. Jedne odskakiwały od pancerza, drugie na nim pękały.
    Spotykało się również inne obiekty: poskręcane kawałki metalu, kryształki lodu, gładkie zaokrąglone kamienie, kłęby wyginających się miarowo kabli. Nic jednak nie świeciło; najbliższa gwiazda typu F3, oddalona o miliard siedemset milionów kilometrów, zapewniała co najwyżej blady, monochromatyczny obraz, niewiele polepszony przez układy wzmacniające sensorów. Mirczusko jawiło się jako nieciekawy szarozielony kolos, niewyraźny niczym słońce wschodzące ponad warstwą chmur.
    Za każdym razem, gdy wychodził w pustkę, Joshuę uderzała absolutna cisza. W kosmolocie zawsze coś dźwięczało: szumiały i buczały urządzenia regulujące skład powietrza, dobiegały nagłe trzaski od zwijanych lub rozwijanych osłon dysz silników sterujących czy bulgoty z prowizorycznej instalacji wodnej. Głosy te były jego nieodłącznymi, dodającymi otuchy towarzyszami. Tutaj wszakże zagłębiał się w nicość. Skóra skafandra zatkała mu uszy, wytłumiając nawet odgłos oddychania. Gdyby się skoncentrował, mógłby dosłyszeć bicie własnego serca niczym fale uderzające o odległe brzegi. Walczył z uczuciem duszności, z wrażeniem kurczącego się wszechświata.
    Pięć metrów dalej na lewo dryfowało wśród rupieci coś większego, długi kształt podobny do pióra. Joshua zmienił ogniskową sensorów skafandra, zadowolony z tej zmiany. Był to kompletny konar drzewa. Widlaste gałęzie w najciemniejszym odcieniu szarości zwężały się do patyczków obrośniętych wydłużonymi, trójkątnymi listkami. Koniec, gdzie konar odłamał się od pnia, najeżony był ostrymi płatami drewna.
    Joshua przekazał datawizyjne polecenie do plecaka manewrowego i zatoczywszy łuk, pochwycił gałąź. Złapał ją opancerzoną dłonią pośrodku, ale równie dobrze mógłby próbować pochwycić wyschniętą rzeźbę z piasku. Drewno rozsypało się w palcach na maleńkie cząstki. Dreszcz przebiegł po gałęziach, poruszając kanciastymi liśćmi, jakby nagle dmuchnął wiatr. Wytężył odruchowo słuch, chcąc złowić szelest listowia, szybko jednak znalazł się w samym centrum rozszerzającej się chmury popiołu. Patrzył z żalem na to zdarzenie, póki nie uprzytomnił sobie, że należy odpiąć od pasa pojemniczek na próbki i upolować kilka płatków.
    Dysze znowu bluznęły; skotłowały chmurę i przeniosły go w mniej zanieczyszczony obszar. Do fragmentu skorupy pozostało dwadzieścia metrów. Zląkł się nagle, gdyż zdało mu się, że spada z nieba na ziemię. Na pół sekundy odłączył się od danych napływających z sensorów kołnierza, przedefiniowując w myślach swoje położenie w przestrzeni. Kiedy obraz powrócił, odłam skorupy był już pionową ścianą urwiska, a on zbliżał się do niej z boku. Od razu poczuł się lepiej.
    Podłoże tonęło w głębokim cieniu, aczkolwiek dzięki rozproszonemu światłu Mirczuska żaden skrawek bryły nie był całkowicie czarny. Joshua widział teraz wyraźnie fundamenty — ściany z czarnego szkła ułamane na wysokości metra nad zamarzniętym bagniskiem matowej gleby. Największe pomieszczenie wyłożone było niegdyś mozaikową posadzką, lecz zachowała się jedynie czwarta część płytek. Zatrzymał się siedem metrów przed mroczną powierzchnią skorupy, potem ruszył w bok. Kiedy włączył światła pancerza, białe punktowe snopy wydobyły z ciemności skomplikowany deseń zielonych, szkarłatnych i liliowoniebieskich płytek.
    Z jego miejsca przypominały gigantyczną łapę z ośmioma pazurami. W blasku dwóch bliźniaczych promieni skrzyły się zakrzepnięte na nich strużki wody.
    Joshua zapisał obraz do pliku w wolnej komórce pamięci neuronowego nanosystemu. Zgarnąłby za tę mozaikę, jak oceniał, ze trzydzieści tysięcy fuzjodolarów, jeśli zdołałby wydłubać setki płytek i przy tym ich nie uszkodzić. Mało prawdopodobne. A wodę, czy cokolwiek to było, należałoby wpierw zeskrobać lub odparować. Ryzykowne. Gdyby nawet opracował wygodną metodę, praca zajęłaby tydzień. Nie tego dotyczył ów dzwonek alarmowy, który wcześniej podświadomie usłyszał.
    Dysze znów zapłonęły.
    Ślizgając się nad kikutami ścian, zaczął odtwarzać w pamięci wygląd budowli: kiedyś musiał to być swego rodzaju gmach publiczny. Pomieszczenie z mozaiką pełniło zapewne funkcję sali recepcyjnej; jedną ze ścian dzieliły cztery przerwy rozmieszczone w równych odległościach, gdzie dawniej zapewne były drzwi wejściowe. Od pozostałych trzech ścian odbiegały korytarze, każdy z dziesięcioma niedużymi przyległymi pomieszczeniami. Na końcu się rozwidlały — dalsze korytarze, dalsze przyległe pomieszczenia. Czyżby biura? Nie dało się tego określić po tym, jak budynek poderwał się do lotu i umknął w kosmos. Ale gdyby miał to być wytwór człowieka, Joshua nazwałby go biurowcem.
    Podobnie jak większość zbieraczy, Joshua wyrobił sobie osobisty pogląd na Laymilów. Na dobrą sprawę, nie różnili się aż tak bardzo od ludzi. Dziwne trój symetryczne kształty: trzy ręce, trzy nogi, trzy sękate, wężowe głowy. Nieco niżsi od ludzi. Osobliwa fizjologia: trzy płcie, samica składająca jajo i dwa zapładniające ją samce. W najważniejszych aspektach przypominali jednak człowieka: jedli i wydalali, wychowywali potomstwo, budowali maszyny i stworzyli cywilizację techniczną, może nawet przeklinali szefów i wychodzili po pracy na drinka. Wszystko odbywało się zupełnie normalnie, aż pewnego dnia napotkali coś, z czym nie mogli sobie poradzić. Coś, co miało dość siły, aby zniszczyć ich w ciągu paru godzin lub sprawić, że zniszczyli samych siebie.
    Joshua zadrżał wewnątrz perfekcyjnie wyregulowanego skafandra SIL Oto jak wpływał na człowieka zbyt długi pobyt w Pierścieniu Ruin: skłaniał go do rozmyślań. Dobrze więc, nazwijmy zlepek kwadratowych pomieszczeń biurami i pomyślmy, czym się charakteryzują biura człowieka. Przepłacani, bezkompromisowi biurokraci ślęczą bez końca nad stertami informacji.
    Ależ tak, centralny bank informacji!
    Joshua przerwał swą chaotyczną wędrówkę wokół wystrzępionych fundamentów i zbliżył się do pierwszego lepszego „biura”.
    Niskie, czarne ściany wyznaczały kwadrat o boku pięciu metrów.
    W odległości dwóch metrów od podłoża Joshua zatrzymał się i zawisł nieruchomo. Gaz z dysz manewrowych wzbudzał maleńkie zawirowania pyłu nad siatką delikatnych szczelinek pokrywającą nierówną powierzchnię polipa.
    Rozpoczął poszukiwania od kąta; tam nastawił sensory, aby każdorazowo obejmowały pół metra kwadratowego, po czym uruchomił plecak manewrowy i przemieścił się w bok. Neuronowy nanosystem czuwał w trybie podrzędności nad modułem inercjalnego naprowadzania, pozwalając mu skupić uwagę na starożytnym kawałku polipa. Program poszukiwania przenosił go z miejsca na miejsce, przy czym każdy badany wycinek zachodził na pięć centymetrów na poprzedni.
    Wciąż musiał przypominać sobie o skali, inaczej miałby wrażenie latania samolotem nad szarymi pustynnymi wydmami. Głębokie, wyschnięte wąwozy były w rzeczywistości rysami, muliste oazy oznaczały miejsca, w które trafiły cząsteczki błota roztopione pod wpływem energii kinetycznej i natychmiast zamarzały.
    Większą część jego pola widzenia zajął okrągły otwór o średnicy centymetra. Wewnątrz błysnęło coś metalowego… spiralna, wiodąca w dół pochylnia. Otwór na sworzeń. Natrafił na drugi podobny; tym razem sworzeń tkwił w środku, choć został urwany u góry. Jeszcze dwa otwory, oba z ułamanymi sworzniami. I wtedy znalazł to, czego szukał. Otwór o średnicy pięciu centymetrów.
    Strzępiaste końce kabli kiwały się niczym liście wodorostów. Z łatwością rozpoznał włókna światłowodowe; tolerancje wymiarowe różniły się od tych, do jakich przyzwyczaiły go standardy określone przez Kulu Corporation, lecz gdyby nie to, równie dobrze mogłyby stanowić produkt człowieka. Dowodziły istnienia zbudowanego pod ziemią systemu telekomunikacyjnego, który musiał być, rzecz jasna, połączony z centralnym bankiem informacji. Tylko gdzie go szukać?
    Joshua uśmiechnął się wokół rurki respiratora. Hol wejściowy umożliwiał dostęp do wszystkich części budynku, więc czemu nie do kanałów konserwacyjnych? Rzecz tak oczywista, że nie musiał nawet myśleć. Przeznaczenie… albo coś w tym rodzaju. Zatrząsł się ze śmiechu i podniecenia. To było to, wielkie znalezisko. Przepustka do prawdziwego wszechświata. W klubach i barach Tranquillity, gdzie zwykle przesiadywali zbieracze artefaktów, przez długie lata będzie się opowiadać z zazdrością i respektem o Joshui i jego odkryciu. Nareszcie mu się powiodło!
    Datawizyjne polecenie przesłane plecakowi manewrowemu oddaliło Joshuę od fundamentu „biura”. Sensory skafandra zmniejszyły stopień powiększenia, przywracając mu po serii szybkich migawek normalne pole widzenia. Plecak obrócił go o dziewięćdziesiąt stopni, tak że miał przed sobą mozaikę. Z dysz trysnęły kremowe wstęgi gazu.
    Wtedy to zobaczył. Plamę podczerwieni wynurzającą się spoza pierścienia Ruin. Niemożliwe, a jednak. Kolejny zbieracz. Przypadek wykluczony.
    Początkowe zaskoczenie ustąpiło złości połączonej z obawą.
    Zapewne go namierzyli. Co wcale nie musiało być takie trudne, jeśli się nad tym zastanowić. Wystarczyło wejść na orbitę dwadzieścia kilometrów nad płaszczyzną Pierścienia i stamtąd obserwować, czy nie ukaże się w podczerwieni ślad silników odrzutowych zwiastujący zbliżanie się zbieraczy do pilnowanych sektorów. Niezbędne były oczywiście najnowocześniejsze czujniki, z jakich korzysta wojsko, aby dostrzec cokolwiek poprzez zwały rupieci. Prowadziło to do wniosku, że ktoś działał z zimną krwią według z góry ułożonego planu. Ktoś, kto był zdecydowany dopiąć swego bez względu na przeszkody, nie wzdragałby się przed wyeliminowaniem zbieracza po przechwyceniu jego kosmolotu.
    Joshua powoli otrząsnął się ze złości.
    Ciekawe, ilu zbieraczy nie powróciło do bazy w ciągu ostatnich lat?
    Skierował czujniki kołnierza na rosnącą sylwetkę statku. Powiększył obraz. Różowa plama w otoczeniu jaśniejszej mgiełki spalin z napędu odrzutowego. Dało się jednak rozróżnić kontury.
    Standardowa dwudziestometrowa, sześciokątna kratownica międzyorbitalnego holownika z kulistym modułem mieszkalnym z tyłu oraz zbiornikami i ogniwami zasilającymi, rozmieszczonymi w przedziałach ładunkowych wokół części silnikowej.
    Nie istniały dwa jednakowe statki zbieraczy. Składano je z możliwie najtańszych komponentów, jakie akurat wpadły pod rękę.
    To pomagało w identyfikacji. Każdy znał statki przyjaciół, więc i Joshua nie miał problemów z rozpoznaniem „Madeeira”, którego pilotowali Sam Neeves i Octal Sipika. Obaj byli od niego dużo starsi; od dziesięcioleci przetrząsali Pierścień, tworząc jeden z nielicznych dwuosobowych zespołów.
    Sam Neeves: rumiany, jowialny, sześćdziesięciopięcioletni mężczyzna, któremu retencja płynów w sposób znaczny wypięła tułów — efekt lat spędzonych w stanie nieważkości. W przeciwieństwie do Joshuy jego ciało nie zostało poddane genetycznym zabiegom przystosowującym je do długotrwałego przebywania w warunkach zerowej grawitacji, aby więc zahamować postęp atrofii, musiał dozbroić się w mnóstwo wewnętrznych suplementów nanonicznych. Joshua mile wspominał wieczory spędzone z Samem jeszcze w czasach, kiedy wprawiał się do zbierania artefaktów i słuchał z przejęciem wszelkich wskazówek i niestworzonych historii. Ostatnio wręcz podziwiał Sama, ten zaś traktował go jak swego protegowanego. Zaczęły jednak padać niezbyt uprzejme pytania. Jak to się dzieje, że tak często trafia w dziesiątkę? Tyle artefaktów w krótkim czasie. Ile naprawdę za nie dostał? Gdyby kto inny w ten sposób go nagabywał, kazałby mu się odwalić. Ale Sam to co innego. Nie można przecież traktować w ten sposób starego, dobrego Sama.
    Starego, dobrego, pieprzonego Sama.
    „Madeeir” dostosował szybkość do poruszającego się fragmentu skorupy. Migotliwy welon spalin rozwiał się z wolna, kiedy przestał pracować główny napęd. Obraz zaczął się wyostrzać, przybywało szczegółów. Następowały topazowe rozbłyski silników korekcyjnych, gdy statek zbliżał się ostrożnie. Znajdował się już tylko trzysta metrów za kosmolotem.
    Plecak manewrowy chlusnął gazem i zatrzymał Joshuę tuż nad mozaiką, stale w cieniu skorupy.
    Neuronowy nanosystem poinformował o wychwyceniu fali nośnej o częstotliwości komunikacyjnej. Joshua zdążył jeszcze przesłać datawizyjny zakaz odzewu do transpondera w skafandrze, nim został nadany sygnał wywoławczy. Na razie nie mogli go zobaczyć, lecz niebawem czujniki wykryją w podczerwieni ślad jego skafandra, tym bardziej że wyłączyli główny napęd statku.
    Obrócił się tak, aby żeberka odprowadzające ciepło z plecaka manewrowego były skierowane na skorupę, a nie na „Madeeira”. Zastanawiał się, co mu pozostało. Pognać do kosmolotu? Jeżeli się do nich zbliży, w mig go zlokalizują ich czujniki. Schować się za załomem skorupy? Jedynie odwlecze w czasie nieunikniony koniec; skrzela regeneratora pobierałyby dwutlenek węgła z wydychanego powietrza jeszcze przez dziesięć dni, zanim ogniwa zasilające wymagałyby doładowania, lecz Sam i Octal wreszcie by go schwytali — wiedzieli, że nie może sobie pozwolić na dalekie spacery w przestrzeni. Dzięki Bogu, że śluza była zamknięta i zaryglowana. Bez względu na to, jak dobrym sprzętem do cięcia dysponowali, wdarcie się do środka powinno zająć im sporo czasu.
    — Joshua, synku, jesteś tam? — Na skutek zakłóceń przekaz datawizyjny Sama był bardzo niewyraźny, pełen upiornych jęków i trzasków. — Twój transponder nie odpowiada. Masz jakieś kłopoty? Hej, Joshua! Mówi Sam! Co z tobą?
    Chcieli ustalić jego lokalizację, nadal go jednak nie widzieli.
    Ale to już długo nie potrwa. Musiał się gdzieś schować, wyjść poza zasięg ich czujników. Wtedy pomyśli, co dalej. Przełączył sensory skafandra z powrotem na podgląd mozaiki. Na dendrytowych wąsach lodu błyskały czasem iskierki, refleksy płomieni korekcyjnych silników odrzutowych „Madeeira”. Omiotło go koherentne promieniowanie mikrofalowe; radiolokacja rzadko zdawała egzamin w Pierścieniu Ruin, cząstki zachowywały się tutaj jak staroświeckie plewy. To, że sięgali po urządzenia, które miały minimalne szansę go wykryć, dowodziło, jak sprawa jest poważna.
    Po raz pierwszy w życiu strach zajrzał mu w oczy. A to pobudziło mózg do tytanicznego wysiłku.
    — Joshua? Odezwij się, Joshua, tu mówi Sam. Gdzie jesteś?
    Wstążki wody zamarzniętej na płytkach przypominały rozbudowany system rzeczny. Joshua zajrzał w pośpiechu do przechowywanego w nanosystemie pliku wizyjnego, aby prześledzić uważnie deseń na mozaice. Brudny lód najgrubszą warstwą zalegał w jednym z kątów, w strefie wierzchołków, pęknięć i dolin zasłoniętych nieprzejrzanym cieniem. Polecił plecakowi przenieść go ostrożnie właśnie w to miejsce, starając się zużyć jak najmniej gazu i nie kierować żeberek na „Madeeira”.
    — Joshua, zaczynamy się martwić. Co z tobą? Możemy ci jakoś pomóc?
    „Madeeir” zbliżył się do kosmolotu na odległość stu metrów.
    Płomienie bluzgające z zespołów korekcyjnych unieruchomiły statek na tej pozycji. Joshua dotarł do poszarpanych, strzelających na kilka metrów w górę krystalicznych „stalagmitów”. Był przeświadczony o swej słuszności; trysnęła tu kiedyś woda, wyciekając z rur, kanałów czy z czegokolwiek, co biegło w podziemnych czeluściach. Złapał za jeden ze stalagmitów. Pancerna rękawica okręciła się niebezpiecznie na śliskim, twardym jak stal lodzie, lecz udało mu się zmniejszyć impet ciała.
    Pełzanie wokół smukłych stożków w poszukiwaniu dużej rozpadliny było ciężką i powolną pracą. Ilekroć chciał ruszyć ręką albo nogą, musiał się czegoś mocno chwycić. Chociaż przełączył sensory na najwyższą rozdzielczość, podłoże uparcie strzegło swej tajemnicy. Był zmuszony obmacywać rękami powierzchnię, metr po metrze, korzystając ze wskazań systemu inercjalnego naprowadzania przy posuwaniu się w stronę środka, gdzie — jak wskazywała logika — powinno być pęknięcie. Jeśli w ogóle było. Jeśli dokądś prowadziło. Jeśli, jeśli, jeśli…
    Zanim znalazł szparę na tyle głęboką, że ręka nie sięgała do dna, musiały upłynąć trzy męczące minuty, w ciągu których spodziewał się lada moment usłyszeć rechotliwy, szyderczy śmiech Sama i poczuć palący żar laserowego promienia. Badał palcami krawędzie, czekając, aż neuronowy nanosystem złoży zrozumiały obraz z wrażeń dotykowych. Wizualizacja zmaterializowana w jego umyśle pokazała mu jamę długą zaledwie na trzy metry, na czterdzieści centymetrów szeroką, z pewnością jednak ciągnącą się gdzieś głębiej. Wejście do środka, lecz zbyt małe, aby mógł z niego skorzystać.
    Wyobraźnia podsuwała mu obrazy pościgu, jaki pośpiesznie organizowali Sam i Octal. A z ośrodka, gdzie rodziły się zwykle jego osobliwe przeczucia, dobiegało teraz ostrzeżenie, że nie ma czasu błądzić w poszukiwaniu szerszej szczeliny. To było to, jego jedyna nadzieja.
    Odepchnął się z powrotem nad samą gardziel i wpełzł bezpiecznie między pomarszczone skiby lodu. Odpiął od pasa induktor termiczny. Był to ciemnopomarańczowy walec długości dwudziestu centymetrów, idealnie pasujący kształtem do jego rękawicy. Podobnych używali wszyscy zbieracze artefaktów: dzięki regulowanemu polu indukcyjnemu narzędzie świetnie się nadawało do uwalniania przedmiotów uwięzionych w lodzie lub przytwierdzonych do fragmentów skorupy.
    Joshua czuł, jak szybko bije mu serce, gdy przesyłał datawizyjnie profil pola procesorowi sterującemu induktorem oraz polecał nanosystemowi wpłynąć na węzeł zatokowy i złagodzić działanie adrenaliny. Skierował induktor na środekjamy, wziął głęboki oddech, napiął mięśnie i uruchomił program, który wcześniej zapisał w neuronowym nanosystemie.
    Światła pancernego skafandra zalały intensywnie białym blaskiem niewielkie zlodowaciałe zagłębienie. Dostrzegł mroczne, bezkształtne zjawy przyczajone w ciemnym lodzie. Zamarznięte zwały, ułożone w prostych płaszczyznach, odwzajemniały się sensorom kołnierza tęczowymi smugami. Snop światła wdarł się głęboko do wnętrza skorupy, lecz mimo swej mocy nie dotarł do dna.
    Równocześnie ze światłami włączył się induktor termiczny, pobudzając do fluoryzowania lodowy szyb metrowej szerokości, zamieniony natychmiast w przymglony, czerwony walec. Joshua nastawił urządzenie na tak dużą moc, że lód w niecałe dwie sekundy przeszedł ze stanu stałego w ciekły i gazowy. Koło niego przetoczył się słup gęstej pary, wyrzucając w przestrzeń mnóstwo twardych odłamków. Joshua z trudem utrzymał się w miejscu, kiedy krawędź strumienia szarpnęła pancerzem skafandra.
    — Widzę cię, Joshua! — zadudnił mu w głowie drwiący śmiech Sama.
    Induktor termiczny skończył pracę. Sekundę później pęd pary na tyle zmalał, aby ukazać mu wycięty w lodzie tunel. Błyszczące ściany odbijały światło skafandra jak pofalowany chrom. Tunel kończył się dziesięć metrów niżej polipową pieczarą. Joshua obrócił się wokół swego środka bezwładności i zanurkował głową naprzód, okładając pięściami wciąż bulgoczący lód, szukając rozpaczliwie jakichkolwiek wypukłości na śliskiej powierzchni.
    Gdy jego buty znikały w czeluści, laserowa wiązka z „Madeeira” uderzyła w skorupę. Stalagmity rozsypały się od razu pod wpływem olbrzymiej energii, lód wyparował na przestrzeni dziesięciu metrów kwadratowych. Buchnęła podobna do grzyba chmura sinej pary, pędząc przed sobą rój stopionych szczątków. Czerwony promień lasera zgasł po chwili.
    — Dostałem gówniarza! — rozeszło się w eterze triumfalne zawołanie Sama Neevesa.
    Chmara odłamków oprószyła powleczony pianką kadłub kosmolotu, a chwilę później dotarła do „Madeeira”, odbijając się niemrawo od alitynowych prętów. Momentalnie zapłonęły silniki korekcyjne, stabilizując pozycję statku.
    Kiedy rozproszyła się skłębiona para, „Madeeir” ponownie zogniskował komplet czujników na drżącym fragmencie skorupy.
    Wśród fundamentów budynku nie został bodaj skrawek lodu; palący promień lasera rozsypał także mozaikę, nawet część niskich resztek ścian uległa unicestwieniu pod wpływem fali podmuchowej. Kolista połać polipa mieniła się wątłym cynobrem. Właśnie siła lasera ocaliła Joshuę. Pierwszy strumień fotonów trafił w podeszwy pancerza, topiąc buty z węgla monolitycznego i wrzynając się w twardą błonę skafandra SIL Nawet cudowna lunarna technologia nie mogła się oprzeć takiemu naporowi. Skóra uległa zwęgleniu, ciało spieczeniu, kości się osmaliły. Jednakże para, która tak gwałtownie wybuchła, znacznie osłabiła niszczycielską moc lasera. Rozszalały gaz zniekształcił również wiązkę, a oprócz tego wdarł się w głąb tunelu, oczyszczając go z wszelkich przeszkód.
    Joshua wyleciał z dziury w stropie polipowej pieczary, rąbnął o podłoże i odbił się, młócąc bezradnie rękami. Pod wpływem bólu w stopach omal nie stracił przytomności. Blokada analgetyczna, jaką nanosystem utworzył w korze mózgowej, pękała pod naporem impulsów nerwowych. Krew ciekła po podeszwach, wypływając z arterii, których nie skauteryzowało ciepło. Skafander Sil przemieszczał molekuły, opływał spalone nogi, zatykał pęknięte naczynia krwionośne. Joshua znów uderzył o strop. Obwody nanosystemowe wizualizowały schemat fizjologiczny ciała, pozbawioną skóry postać z intensywnie czerwonymi stopami. Składnie zestawione informacje — nie będące ani dźwiękiem, ani obrazem — trafiały prosto do jego świadomości, powiadamiając o rozległości obrażeń. Właściwie to wolałby tego nie widzieć: straszne szczegóły działały prawie jak środek wymiotny.
    Para ciągle przenikała do wnętrza, podnosząc ciśnienie. Teraz już słyszał bolesny skowyt zawieruchy. Chwiejne, żrące macki czerwonego światła dźgały na oślep poprzez dziurę w stropie. Ponownie grzmotnąwszy o polip, Joshua stłukł sobie łokieć. Siniaki, wirowanie i ból wywoływały torsje. Żołądkiem targały spazmy, lecz skafander Sil błyskawicznie odprowadzał kwasowe płyny. Wrzasnął z rozpaczą, gdy gorzkie wymiociny wypełniły mu usta; w tych warunkach nie mógł racjonalnie myśleć. Nanosystem zorientował się jednak w sytuacji: wytłumił wszystkie zewnętrzne sygnały nerwowe, polecił procesorowi sterującemu skafandrem podać mu duży haust chłodnego, czystego tlenu oraz wykorzystał całą moc plecaka manewrowego, aby położyć wreszcie kres wariackim oscylacjom.
    Warunki zmieniły się po dziesięciu sekundach. Kiedy powtórnie zwrócił uwagę na obrazy z sensorów, czerwone światło nie rozjaśniało już pieczary, a para pędziła z powrotem do góry. Prądy uniosły go wolno pod sam strop. Wyciągnął rękę, aby się czegoś uchwycić. Palce zacisnęły się automatycznie na metalowej rurce podpiętej do polipa.
    Joshua szybko oprzytomniał, po czym omiótł wnętrze jaskini sensorami kołnierza. Nie dostrzegł jej krańców. W gruncie rzeczy, nie była to wcale jaskinia, a raczej lekko zakręcony korytarz. Pod stropem biegł pęk dwudziestu jednakowych rurek. Wszystkie urywały się blisko dziury swojskim wachlarzem postrzępionych kabli światłowodowych.
    Neuronowy nanosystem domagał się jego uwagi, dane medyczne szturmowały synapsy. Przejrzał je pobieżnie, walcząc z nawrotem mdłości. Podeszwy stóp spłonęły do samej kości. Nanosystemowy program medyczny proponował kilka opcji dalszego postępowania. Joshua wybrał najprostszą: odłączył nerwy poniżej kolan, wstrzyknął do organizmu dawkę antybiotyków z apteczki przy skafandrze oraz przełączył program uspokajający w tryb nadrzędności, aby uporządkować myśli.
    Czekając, aż lekarstwa zaczną działać, przyjrzał się baczniej korytarzowi. Polip popękał w wielu miejscach, woda i kleista ciecz wlała się do środka, by zamarznąć na ścianach w długich strugach, co nadało wnętrzu wygląd zimowej groty. Teraz wrzały; na skutek działania uciekającej pary krucha powierzchnia przeszła na moment w stan płynny, pieniąc się jak kiepskie piwo. Kiedy kierował światła skafandra w głąb szczelin, dostrzegał rury biegnące równolegle z korytarzem. Instalacje wodne, arterie pokarmowe, ciągi kanałowe — cokolwiek to było, przypominało wyposażenie habitatów. Habitaty edenistów były oplecione siecią takich właśnie przewodów.
    Przywołał przed oczy odczyty inercjalnego systemu naprowadzania, żeby uwzględnić korytarz w konstruowanym na bazie danych modelu skorupy. Gdyby krzywizna korytarza zachowała dotychczasową miarę, wylot nastąpiłby już po trzydziestu metrach.
    Joshua ruszył zatem w przeciwną stronę, obserwując rurki. Innej drogi nie miał.
    Tunel dwukrotnie się rozgałęział. Dalej dochodziło się do zbiegu pięciu korytarzy. Większość ścian skuły lody, zwykle pełne gładkich wybrzuszeń. Kilka razy przejście było całkowicie zablokowane, a raz musiał nawet użyć induktora. Rurki niejednokrotnie chowały się pod oszronionymi falami. Tutaj, na dole, zniszczenia były nie mniejsze niż gdzie indziej w habitacie. Powinien uważać.
    Półkulista komora mogła niegdyś mieścić centralny bank informacji dla znajdujących się powyżej biur, lecz dzisiaj nie dało się tego stwierdzić z całą pewnością. Rurki, które doprowadziły go aż tutaj, wpełzały do środka poprzez otwarte sklepione przejście, potem rozdzielały się w najwyższym punkcie, trzy metry nad jego głową, by zbiec następnie na dół wzdłuż okrągłych ścian niczym srebrne wręgi. Swego czasu zgromadzono tu wielką ilość sprzętu elektronicznego, wiele szarych kolumn mniej więcej metrowej wysokości z rzędami żeberkowych radiatorów — odpowiedników budowanych przez człowieka regałów z modułami procesorowymi. Niektóre z nich były jeszcze widoczne, choć mocno wyżarte przez próżnię, a ich delikatna, skomplikowana zawartość — nieodwracalnie zdruzgotana, zważywszy na żałosne szczątki sterczące z rumowiska. Zapadła się tutaj niemal połowa stropu, a zwał polipowych odłamków zakrzepł w kształcie niepokojąco wypukłej ściany, jakby lawina wstrzymała się w połowie zejścia.
    Gdyby przywrócono tu kiedyś grawitację, całość natychmiast by runęła. Jakiekolwiek siły szalały w tej komorze, gdy rozlatywał się habitat, dokonały potwornych zniszczeń.
    Może tego właśnie chcieli, dumał. Doprowadzić do całkowitej ruiny. Zatrzeć wszelkie dowody.
    Plecak manewrowy obracał go dookoła, umożliwiając dokładne zbadanie otoczenia. Nad łukiem wejścia pełznął jęzor lepkiej, brunatnej cieczy, skradając się po ścianie, póki spadek temperatury nie zamienił go w twardą, półprzeźroczystą masę. Pod szorstką powierzchnią widoczne były miejscami regularne kontury.
    Joshua podfrunął bliżej, próbując nie zwracać uwagi na fale słabości, jakie promieniowały na resztę ciała od zmaltretowanych stóp. Kiedy wędrował korytarzem, dręczył go, mimo programu uspokajającego, rwący ból głowy, czasem też znienacka drżały mu kończyny. Neuronowy nanosystem powiadamiał, że ciepłota kory mózgowej spadła o jeden stopień. Doznał chyba lekkiego szoku. Po powrocie do kosmolotu będzie musiał bezzwłocznie skorzystać z nanonicznych pakietów medycznych. Uśmiechnął się gorzko. Po jakim powrocie? Prawie zapomniał o Samie i Octalu.
    Miał wszakże rację w kwestii zamarzniętej cieczy. Patrząc z bliska przy włączonych światłach skafandra, mógł rozróżnić wyraźny kształt jednej z szarych kolumn z układami elektronicznymi. To właśnie na niego tam czekała; czekała cierpliwie od przeszło dwóch i pół tysiąca lat, odkąd Chrystus został przybity do krzyża na prymitywnej, nie oświeconej Ziemi — wspaniale zabezpieczona w brudnym lodzie przed podstępnym rozpadem, który nękał Pierścień Ruin. Tyle układów scalonych, tyle kryształów pamięci, a wszystko to uśpione w oczekiwaniu na strumień elektronów.
    Jego wielkie znalezisko!
    Teraz już musiał tylko wrócić do Tranquillity.
    Nikt nie przesyłał żadnych danych w paśmie komunikacyjnym, kiedy Joshua przycupnął przy końcu korytarza; blok nadawczo — odbiorczy skafandra wyłapywał jedynie zwyczajne trzaski i szumy emitowane przez Mirczusko. Po wycofaniu się z polipowej komory Joshua doświadczył dziwnego uczucia radości, mogąc znów zobaczyć Pierścień Ruin. Wnet jednak zaczął tracić nadzieję. Zamiast niej czuł, jak mimo programów uspokajających, które wprawiały umysł w lekkie otępienie, narasta w nim rozpaczliwa determinacja.
    Z tego miejsca nie dało się dojrzeć kosmolotu ani „Madeeira”: czternaście metrów dzieliło zakończenie korytarza od wierzchniej warstwy glebowej. Patrząc w dół tej robaczej jamki w ścianie urwiska, Joshua widział trzydzieści pięć metrów niżej żółtobrunatną krzemową powłokę. Wolał nie myśleć o sile, która zdołała wyrwać kawał tej grubości z tą samą łatwością, z jaką on odgryzał kęs bułki.
    Na tę część powierzchni bryły padały promienie słońca. Blado — cytrynową poświatę ożywiały migotliwe, ruchliwe cienie, rzucane przez gromady przelatujących cząsteczek. System inercjalnego naprowadzania wyświetlił mu przed oczami wektor kierunkowy w postaci jasnego, pomarańczowego tunelu, rozciągniętego do jakiegoś niewidocznego punktu w Pierścieniu Ruin. Joshua przesłał charakterystykę trajektorii plecakowi manewrowemu; zapaliły się natychmiast dysze, odrzucając go delikatnie od wylotu korytarza, pchając w ciszy wzdłuż wyimaginowanego tunelu.
    Dopiero gdy oddalił się na półtora kilometra od swej kryjówki w popękanej skorupie, zmienił kierunek i pod dużym kątem względem dotychczasowego kursu ruszył w stronę słońca. Plecak działał bez przerwy, Joshua więc coraz szybciej oddalał się od Mirczuska.
    Wyższa orbita wiązała się z dłuższym czasem obiegu wokół planety. Kiedy się zatrzymał, nadal znajdował się w tym samym położeniu kątowym co „Madeeir” i odłam skorupy, lecz pięć kilometrów wyżej. Na niższej, szybszej orbicie statek i skorupa zaczęły go wyprzedzać.
    Nawet ich nie widział. Pięciokilometrowa warstwa cząsteczek tworzyła dla sensorów równie skuteczną przeszkodę co emisja z wojskowych urządzeń zakłócających. Neuronowy nanosystem wyświetlał mu graficzną nakładkę, na której czerwone kółeczko oznaczało bryłę skorupy — gdyby nie ona, przepadłby z kretesem.
    Nigdy jeszcze nie oddalił się tak od kosmolotu, nigdy tak boleśnie nie doskwierała mu samotność.
    Blok nadawczo — odbiorczy opancerzonego skafandra zaczął odbierać pierwsze strzępy datawizyjnej rozmowy Sama i Octala, niezrozumiałe serie kodu cyfrowego z osobliwym efektem pogłosu.
    Ucieszony z tej miłej odmiany, Joshua spróbował odszyfrować sygnały. Jego wszechświat wydawał się zapełniać liczbami, ulegającymi nagłym przeobrażeniom konstelacjami bezbarwnych cyfr, gdy jeden po drugim ładował kolejne programy porównawcze, szukając prawidłowości.
    — …niemożliwe. Zostały wzmocnione dla bezpieczeństwa przy lądowaniu, trudno powiedzieć… na planecie. Induktor termiczny tylko by wyżarzył… — Był to przekaz datawizyjny Octala, rejestrowany w bloku nadawczo — odbiorczym skafandra. Octal miał pięćdziesiąt dwa lata, a więc był młodszy od Neevesa, który pewnie siedział sobie wygodnie na statku, kierując pracą kolegi zabierającego się do splądrowania kosmolotu.
    Dreszcz przebiegł po piersi Joshuy. Chłód panujący w otoczeniu gazowego olbrzyma zaczynał przenikać powłokę skafandra SIL.
    Przekaz Sama:
    — …na ogonie, gdzie zbiorniki… wszystko większe będzie musiało…
    Przekaz Octala:
    — Już jestem. Widzę jakąś platformę załadunkową, której… nie może być…
    To cichli, to przebijali się przez zakłócenia, wymieniając opinie, czasem się sprzeczając. Sam sprawiał wrażenie przekonanego, że Joshua chowa na pokładzie jakieś cenne znalezisko. On tymczasem słuchał tego oszołomiony, gdy „Madeeir” dryfował w dal.
    Wszystko toczyło się tak wolno, jakby czas się rozciągnął.
    Opodal przesunęła się gruda czystego lodu wielkości dłoni. Wewnątrz zakrzepła pomaranczowoturkusowa rybka o trzech oczach i trójkątnym, podobnym do dzioba pyszczku. Patrzyła zdumiona, jak gdyby świadoma strasznego losu, płynąc wzdłuż swej wiekuistej drogi migracyjnej. Po chwili zniknęła z pola widzenia Joshuy — był zbyt odrętwiały, aby spróbować ją pochwycić. Przepadła na zawsze.
    Zapadł w drzemkę, z której wyrwał go dopiero program inercjalnego naprowadzania, ostrzegając, iż „Madeeir” wysunął się już znacznie do przodu. Dysze plecaka manewrowego zaczęły wyrzucać długie, poskręcane smugi gazu, hamując Joshuę i przesuwając go na niższą orbitę, tak by mógł łukiem opaść za ogon „Madeeira”.
    Przekaz Sama:
    — …odpowiedź komputera pokładowego… fotonowy punkt sprzężenia…
    Przekaz Octala:
    — …nic tu po nożu rozszczepieniowym. Powtarzam ci, że ta pieprzona grodź jest z węgla monolitycznego… Czemu nie chcesz mnie słuchać, debilu…
    Przekaz Sama:
    — …cholernego gnojka… znajdę jego ciało… poćwiartuję na…
    Plecak manewrowy przemieścił Joshuę bezpośrednio za „Madeeira”; z odległości kilometra statek jawił mu się w rozmazanych, różowych zarysach. Chwilę patrzył na jego obraz, przesłaniany raz za razem chmurami cząsteczek, potem zszedł na niższą orbitę, tym razem opadając tylko kilkaset metrów. Prawidła mechaniki nieba pchały go w stronę statku irytująco wolno.
    Zbliżał się wyłącznie w strefie martwej dla czujników — w stożku stanowiącym przedłużenie obrysu napędu odrzutowego. Aby uniknąć zdemaskowania, wystarczyło mu — szczególnie wśród śmieci Pierścienia Ruin — odgrodzić się korpusem maszynowni silnikowej od sensorów sterczących z modułu mieszkalnego. Miał jeszcze tę przewagę, że uważali go za trupa. Na pewno nie będą się rozglądać za czymś tak niepozornym jak plamka skafandra.
    Najgorzej było pokonać ostatnie sto metrów. Zdecydowanie przyspieszył, gnając na złamanie karku w stronę bliźniaczych wylotów dysz napędu odrzutowego. Gdyby teraz uruchomili silniki…
    Joshua wskoczył pomiędzy dwa pękate, dzwonowate kształty i zakotwiczył się w labiryncie ciągu napędowego. Silniki rakietowe „Madeeira”, choć nie znał ich marki, niewiele się różniły od napędu jego własnego kosmolotu. Ciecz robocza (zazwyczaj związek węglowodorowy) pompowana była do komory aktywatora, gdzie kolosalne wyładowanie ogniw zasilających podgrzewało ją do temperatury około siedemdziesięciu pięciu tysięcy stopni Kelvina. Był to prosty układ z nielicznymi częściami ruchomymi, rzadko ulegający awarii i łatwy do naprawy. Zbieracze nie potrzebowali niczego lepszego, w Pierścieniu Ruin nie musieli rozwijać dużych prędkości. Joshua nie znał nikogo, kto by używał silników termojądrowych.
    Z najwyższą ostrożnością zaczął się przesuwać koło krzyżakowych przegubów, uważając, aby nie zawadzić o nic stopami.
    Przewody zasilające od razu rzucały się w oczy: kable nadprzewodzące miały grubość ludzkiego ramienia. Wyciągnął zza pasa nóż rozszczepieniowy. Dziesięciocentymetrowe ostrze zabłysło widmową żółcią, niezwykle jasną w ponurej maszynowni. Kable łatwo się poddały.
    Kolejna krótka wspinaczka doprowadziła Joshuę do kanciastych zbiorników okrytych płaszczem izolacyjnym z nultermu. Zatrzymał się przy jednym z nich i zdarł spory płat warstwy izolacyjnej. U spodu gładka, srebrzysta powierzchnia zbiornika łączyła się bezszwowo z obudową turbopompy. Wetknął induktor termiczny w szczelinę pręta wspornikowego, posmarował go żywicą epoksydową, aby się nie ześliznął, po czym przekazał datawizyjnie procesorowi ciąg instrukcji.

* * *

    Po dziesięciu minutach induktor włączył pole termoindukcyjne. Joshua zaprogramował go do wytworzenia wąskiego strumienia dziesięciocentymetrowej szerokości i trzymetrowej długości.
    Strumień przebiegał głównie wewnątrz zbiornika, gdzie zaczął zamieniać w parę płynny gaz węglowodorowy. Rosnące ciśnienie szybko osiągnęło wartość krytyczną.
    Metalowa powłoka zbiornika nie mogła się długo opierać takiej energii. Jej struktura molekularna zachowywała spójność przez blisko dwadzieścia sekund, zanim ogromny wzrost temperatury na tak małej powierzchni zaczął rozrywać wiązania walencyjne.
    Metal stał się elastyczny, wybrzuszał się rozpierany bezlitosnym ciśnieniem wewnątrz zbiornika.
    W ciasnej kabinie „Madeeira” Sam Neeves wytrzeszczył oczy z przerażenia, kiedy datawizyjne syreny alarmowe rozbrzmiały w jego głowie. Ujrzał skomplikowane schematy statku z pulsującymi czerwienią sekcjami paliwowymi. Programy awaryjne przesłały strumienie binarnych poleceń do maszynowni silnikowej, co jednak nie zahamowało wzrostu ciśnienia.
    Zdawał sobie sprawę, że każda usterka powinna już być naprawiona. Miał wszakże do czynienia z czymś innym, zbiornik został przecież poddany działaniu olbrzymiej energii. Kłopoty przyszły z zewnątrz, nosiły znamiona sabotażu.
    — Joshua! — ryknął w bezsilnej wściekłości.
    Po dwudziestu pięciu sekundach maksymalnego wydatkowania energii wyczerpała się matryca elektronowa induktora termicznego. Zanikło pole. Zniszczeń już jednak nic nie mogło naprawić.
    Wybrzuszenie na zbiorniku żarzyło się intensywną czerwienią.
    W końcu pękło. Maszynownię ogarnęła tryskająca fontanna wzburzonego gazu. Po całym wnętrzu fruwały skrawki płaszczy termoizolacyjnych, topiły się konstrukcje kompozytowe i elektroniczne moduły, pryskał deszcz ognistych kropel. „Madeeir” przechylił się raptownie, obracając równocześnie wokół swej dłuższej osi, kiedy o ścianę kadłuba uderzył iście rakietowy wystrzał ze zbiornika.
    — Cholera jasna! — warknął Sam Neeves. — Octal! Octal, na miłość boską, wracaj tu natychmiast!
    — Co się dzieje?
    — Joshua nas wyruchał! Lepiej się pospiesz! System kontroli reakcji nie da rady ustabilizować statku!
    Mówiąc to, odbierał datawizyjne informacje, z których jasno wynikało, że zespoły korekcyjne przegrywają bój o utrzymanie „Madeeira” w nieruchomej pozycji. Spróbował włączyć główny napęd, jedyne silniki zdolne skompensować dziki impuls z uszkodzonego zbiornika. Nadaremnie.
    Medyczny program monitorujący neuronowego nanosystemu zadziałał na węzeł zatokowy Neevesa, uspokajając strwożone serce. Adrenalina wręcz szumiała mu w głowie.
    Czujniki i kable sterujące wysiadały w niewiarygodnym tempie. Rozległe obszary na schemacie Sama powlekły się złowieszczą czernią. Rozmieszczone na przedzie statku sensory rejestrowały coraz większy obraz zbliżającego się fragmentu skorupy.
    Joshua obserwował całe zdarzenie ze względnie bezpiecznego schronienia za oddalonym o trzysta metrów głazem. „Madeeir” spadał na powierzchnię skorupy niczym największa we wszechświecie pałeczka perkusisty, z której końca wylewał się mrugający iskrami gaz, nakreślając w przestrzeni rozedrgany łuk.
    — Zaraz uderzymy! — przekazał datawizyjnie Sam Neeves.
    Joshua przeżył chwilę grozy, kiedy „Madeeir” przelatywał obok kosmolotu. Teraz zmierzał na spotkanie z odłamem skorupy habitatu.
    Joshua wstrzymał oddech. Powinien uderzyć, pomyślał, naprawdę powinien. Jednakże rotacja, którą nabył statek, ocaliła go od katastrofy. „Madeeir” okręcił się wokół brzegu polipowego urwiska niczym obiekt zamocowany na niewidzialnym zawiasie; moduł mieszkalny zaledwie o pięć metrów minął krawędź skorupy. Przy tej prędkości rozbiłby się na kawałki jak szkło.
    Joshua westchnął, kiedy ustąpiło zdenerwowanie napinające każde ścięgno w jego ciele. Zasłużyli na śmierć, lecz ta sprawa mogła jeszcze poczekać. Teraz musiał dobrze pomyśleć, jak się wykaraskać z tej kabały. Gdzieś na dnie jego świadomości czuł stłumiony ból nóg. Neuronowy nanosystem informował o obecności toksyn we krwi, przypuszczalnie źródłem zanieczyszczeń były właśnie spalone stopy.
    „Madeeir” zagłębiał się tymczasem w gęstsze warstwy Pierścienia Ruin, teraz dwieście metrów za bryłą skorupy. Pióropusz spalin wyraźnie zmalał.
    W pościgu za statkiem zza krawędzi krzemowego urwiska wychynęła maleńka perłowoszara plamka. Octal bał się pozostać sam na sam z kosmolotem Joshui. Gdyby jednak spokojnie pomyślał, mógłby dopuścić się sabotażu na pojeździe, do którego nie umiał się wedrzeć.
    Mimo wszystko powinieneś dziękować losowi, pocieszył się Joshua.
    Plecak manewrowy wypchnął go poza głaz. Rezerwa gazu spadła do pięciu procent. Akurat wystarczy, żeby dotrzeć do kosmolotu.
    Choć tak czy inaczej, Joshua znalazłby jakiś sposób, gdyby pojemnik okazał się pusty. Dzisiaj był przecież dzieckiem szczęścia.

5

    Quinn Dexter czekał jak ostatni głupiec na wstrząs i widok zimnej pustki — po tym zamierzał poznać, że jego podróż naprawdę się zaczyna. Tak się oczywiście nie stało. Zawleczono go do kapsuły zerowej o wymiarach trumny, jednej z tysięcy umieszczonych w trójwymiarowej sieci w przestronnym module mieszkalnym międzygwiezdnego transportowca kolonizacyjnego. Nienawykły do nieważkości, wściekły na deprymującą chwiejność przy każdym poruszeniu, Quinn pozwalał się popychać, jakby był jakąś paczką. Kłujący w szyję kołnierz paralizatora kory mózgowej sprawiał, że wszelkie myśli o ucieczce należały do sfery fantazji.
    Aż do chwili, kiedy bezszelestnie zatrzasnęło się nad nim wieko kapsuły, nie przyjmował do wiadomości, iż wszystko to dzieje się naprawdę. Łudził się, że Banneth użyje swoich wpływów i wyciągnie go z kłopotów. Banneth wniknęła w struktury administracyjne Kanadyjskiego Stanu Rządu Centralnego niczym najwyższy kapłan w dziewicę. Jedno jej słowo, jedno kiwnięcie głową i znów odzyskałby wolność. Ale stało się inaczej. Wychodziło na to, że i bez Quinna dadzą sobie radę. Wielu tak zwanych młodych wykolejeńców z arkologii Edmonton pewnie już teraz współzawodniczyło o schedę po Quinnie, zabiegając o uwagę Banneth, jej łóżko i uśmiech tudzież wysoką pozycję w hierarchii sekty Nosiciela Światła. Młodzieńcy z ikrą, lepiej od niego trzymający fason. Młodzieńcy, którzy będą raczej kroczyć dumnym krokiem, niż pocić się ze strachu przy wwożeniu do Edmonton przesyłki Banneth z niesamowitymi nanoukładami do sekwestrowania ludzi.
    Którzy nie będą na tyle tępi, aby rzucać się do ucieczki, gdy na stacji kolejki wakacyjnej zatrzyma ich patrol policji.
    Nawet gliniarze uznali Quinna za wariata: pękali ze śmiechu, wlokąc jego ogłuszone, wstrząsane drgawkami ciało do Gmachu Sprawiedliwości w Edmonton. Kartonowe pudełko uległo oczywiście samozniszczeniu, gwałtownie uwolniona energia zamieniła nanoukłady w nierozpoznawalne grupy rozpadających się molekuł. Uniknął zarzutu szmuglerstwa, lecz oskarżenie o stawianie oporu podczas aresztowania wystarczyło sędziemu, aby skazać go na zesłanie.
    Quinn próbował nawet pokazać jednemu z członków załogi znak rozpoznawczy sekty, odwrócony krzyż, zaciskając palce, aż pobielały mu knykcie. „Pomóż mi!” Facet jednak nie zauważył albo nie zrozumiał. Czy tam, między gwiazdami, zakładano w ogóle sekty Jasnego Brata?
    Zamknęło się wieko kapsuły.
    Banneth miała go w nosie, uzmysłowił sobie z goryczą. Na Bożego Brata, po tylu latach wiernej służby! I jak ohydnych seksualnych ekscesów od niego żądała! „Moje małe słoneczko — mruczała, kiedy pieprzył i jego pieprzono. Ile bólu zniósł z dumą podczas inicjacji, zanim został starszym akolitą. Pomagał rekrutować swoich przyjaciół, potem wydawał ich w ręce Banneth. Te wszystkie nużące godziny, spędzone na załatwianiu najbanalniejszych spraw sekty. Nawet ta cisza po tym, jak go aresztowano, nawet cięgi zebrane na komisariacie. Banneth wypięła się na niego i tyle. A nie powinna.
    Po latach włóczęgostwa, jako zwyczajny wykolejony dzieciak, potrzebował dopiero sekty, aby się przekonać, kim jest w istocie: prostym, stuprocentowym zwierzęciem. To, co z nim zrobili — to, co robili ze wszystkimi — było wyzwoleniem, spuszczeniem ze smyczy wężowej bestii, która czaiła się w duszy każdego człowieka. Cóż za wspaniałe uczucie poznać samego siebie! Gdy można dać komukolwiek wycisk tylko dlatego, że ma się na to ochotę.
    Życie od razu nabiera smaku.
    Z tej właśnie przyczyny niżsi rangą członkowie sekty okazywali mu ślepe posłuszeństwo — przepełnieni strachem, szacunkiem i podziwem. Był kimś więcej niż tylko przywódcą zgromadzenia. Był zbawcą. Za kogoś takiego on uważał Banneth.
    Teraz jednak Banneth uważała go za słabeusza i opuściła w potrzebie. A jeżeli Banneth znała prawdziwą siłę Quinna, jego niezłomną wiarę we własne możliwości? Tylko nieliczni w sekcie z taką jak on żarliwością czcili Noc. Czyżby dostrzegła w nim zagrożenie?
    Całkiem prawdopodobne, to mogło tłumaczyć jej zachowanie.
    Wszyscy się go bali, tej jego czystości. I, na Bożego Brata, mieli słuszność.
    Uniosło się wieko kapsuły.
    — Jeszcze cię dostanę — syknął przez zaciśnięte zęby. — Nie spocznę, póki mi nie zapłacisz. — Już to sobie wyobrażał: Banneth zgwałcona za pomocą jej własnych nanoukładów do sekwestracji; czarne, połyskliwe włókna wgryzają się w korę mózgową jak robaki, z obsceniczną zapalczywością szturmują nagie synapsy.
    A Quinn będzie w posiadaniu kodów dostępu, sprowadzi potężną Banneth do roli marionetki z krwi i kości. Ale świadomej! Zawsze świadomej tego, co każe się jej wykonywać. O, tak!
    — Marudny? — prychnął ktoś ochrypłym głosem. — A co powiesz na to, koleś?
    Quinn poczuł, jak głęboko do kręgosłupa wbija mu się rozpalona do czerwoności igła. Krzyknął bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Plecy wygięły się konwulsyjnie, wypychając go z kapsuły.
    Roześmiany człowiek złapał Quinna, zanim ten wyrżnął o znajdującą się trzy metry dalej przegrodę kratową. Nie był to ten sam mężczyzna, który zamykał go przed kilkoma sekundami. A może dniami? Tygodniami?…
    Na Jasnego Brata, pomyślał Quinn, jak długo leciałem? Chwycił się kraty spoconymi rękami i przycisnął czoło do zimnego metalu. Nadal byli w stanie nieważkości. Jego żołądek trząsł się jak galareta.
    — Będziesz się stawiał, zesłańcu? — zapytał nadzorca.
    Quinn potrząsnął przecząco głową, zrezygnowany.
    — Nie. — Na samo wspomnienie niedawnej męczarni drżały mu dłonie. Na Jasnego Brata, ależ zabolało! Lękał się, czy neuronowe bombardowanie nie uszkodziło implantów. Cóż by to była za ironia losu, gdyby po pokonaniu tylu przeszkód teraz zwyczajnie wysiadły. Dwa otrzymane od sekty nanowszczepy były najlepsze w swoim rodzaju, najbardziej niezawodne i niezwykle kosztowne. Oba przemycił niezauważenie mimo rutynowej kontroli na Ziemi. I musiał, już bowiem samo posiadanie układu podrabiania bioelektrycznego modelu człowieka załatwiłoby mu natychmiastowy przydział na planetę więzienną.
    Fakt, iż został mu w ogóle powierzony, tylko potwierdzał, jak wielką wiarę sekta pokładała w nim i w jego zdolnościach. Skopiowanie bioelektrycznego modelu po to, by móc opróżnić czyjś dysk kredytowy, oznaczało w dłuższej perspektywie konieczność pozbycia się ofiary. Młodsi członkowie sekty mogliby mieć skrupuły. Ale nie Quinn. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy załatwił siedemnaście osób.
    Pobieżne sprawdzenie stanu układów pokazało jednak, że wszczepy wciąż działają poprawnie.
    — Grzeczny chłopczyk. A teraz idziemy. — Mężczyzna złapał go za ramię i zaczął frunąć wzdłuż kraty, machając nonszalancko wolną ręką.
    Mijali przeważnie opuszczone kapsuły. Kontury jeszcze innych Quinn dostrzegał po drugiej stronie przegrody. W wątłym świetle kładły się długie, szare cienie. Rozglądając się bacznie wokół siebie, Quinn zaczynał rozumieć, jak musi czuć się mucha, jeśli wpadnie nieopatrznie do instalacji klimatyzacyjnej.
    Po opuszczeniu głównego modułu mieszkalnego przebyli kilka długich korytarzy o okrągłym przekroju. Spotykali kolonistów i członków załogi. Jedna z rodzin skupiła się dokoła czteroletniej dziewczynki, która zaciskała kurczowo palce na obręczy uchwytu.
    Żadne namowy rodziców nie umiały jej skłonić do ustąpienia.
    Przeszli przez śluzę do długiego, cylindrycznego pomieszczenia, gdzie w rzędach stało kilkaset foteli, przeważnie już zajętych.
    Kosmolot, zgadywał Quinn. Opuścił Ziemię na brazylijskiej wieży orbitalnej, gdzie wysiadł po dziesięciogodzinnej podróży zatłoczonym wahadłowcem w kompanii pozostałych dwudziestu pięciu skazańców. Wtem przyłapał się na myśli, że nic nie wie o miejscu swego wygnania. Podczas trwającej pięćdziesiąt sekund rozprawy sądowej słowem nie wspomniano o jego docelowej planecie.
    — Gdzie my właściwie jesteśmy? — spytał swego stróża. — Co to za planeta?
    Mężczyzna zmierzył go ironicznym spojrzeniem.
    — Lalonde. A co, nikt cię nie uprzedził?
    — Nie.
    — Aha. Ale wierz mi, że mogłeś trafić gorzej. Lalonde to świat kolonizowany przez eurochrześcijańskie grupy etniczne, otwarty trzydzieści lat temu. Zdaje mi się, że jest tu mała społeczność Tyrataków, lecz większość osadników to ludzie. Jakoś się urządzisz. Tylko weź sobie do serca moją dobrą radę: nie wkurzaj nadzorcy zesłańców.
    — Rozumie się. — Bał się zapytać, kim są ci Tyratakowie.
    Pewnie jakieś ksenobionty. Myśl o nich napawała go nieokreśloną obawą, bądź co bądź nie wyściubiał dotąd nosa poza arkologię i stacje wakacyjnej kolejki. A teraz od niego wymagano, aby zamieszkał na otwartej przestrzeni pod bokiem gadających zwierzaków. Jasny Bracie!
    Mężczyzna zaciągnął Quinna na tyły kosmolotu, gdzie zdjął mu kołnierz i kazał poszukać wolnego miejsca. W ostatniej sekcji siedziała grupa mniej więcej dwudziestu osób, wśród których przeważali nieopierzeni młodzieńcy, wszyscy w podobnych stalowoszarych jednoczęściowych kombinezonach roboczych, jaki i jemu wydano. Na rękawach jasnymi, szkarłatnymi literami wypisano IVT, co oznaczało transport skazańców. Wykolejeńcy. Quinn z miejsca ich rozpoznał — wydało mu się, że spogląda w lustro odzwierciedlające jego własną przeszłość. Ujrzał siebie, jaki był przed rokiem, zanim wstąpił do sekty Jasnych Braci — zanim jego życie nabrało sensu.
    Quinn zbliżył się do reszty z palcami ułożonymi od niechcenia w znak odwróconego krzyża. Żadnej reakcji. Trudno. Zapiął się pasem obok mężczyzny o bladym obliczu i krótko przystrzyżonych płowych włosach.
    — Jackson Gael — odezwał się jego sąsiad.
    Quinn kiwnął nieznacznie głową i wymruczał swoje imię. Jackson Gael wyglądał na dziewiętnaście, najwyżej dwadzieścia lat; szczupłe ciało i wzgardliwa mina znamionowały ulicznego zawadiakę, twardego i nieskomplikowanego. Quinn zastanawiał się przez chwilę, co takiego przeskrobał, że tu trafił.
    Włączyły się głośniki i pilot oświadczył, iż za trzy minuty nastąpi rozłączenie, co zajmujący przednie rzędy koloniści przyjęli z ogromnym aplauzem. Ktoś zaczął grać na mikrosyntezatorze; skoczna melodia denerwowała Quinna.
    — Ale jaja — rzekł Jackson Gael. — Patrz na nich, jak się garną. Naprawdę uwierzyli w ten kit o wytyczaniu nowych granic, który wcisnęła im spółka założycielska. I pomyśleć, że przyjdzie nam spędzić resztę życia z tymi patałachami.
    — Mów za siebie — stwierdził Quinn pod wpływem impulsu.
    — Co ty powiesz? — Jackson wyszczerzył zęby. — Skoro jesteś taki bogaty, to czemuś nie dał w łapę kapitanowi, żeby cię wysadził w Nowej Kalifornii lub w Kulu?
    — Nie jestem bogaty. Ale tu nie zostaję.
    — Kapuję. Gdy już odbędziesz karę, wypłyniesz jako gruba ryba, może w branży kupieckiej. Wierzę ci. Co do mnie, nie będę się wychylał. Postaram się, żeby przydzielili mnie na jakąś farmę, gdzie doczekam końca robót. — Mrugnął okiem. — Wśród tych gamoni przyuważyłem parę fajnych laleczek. Jakież będą samotne w tej dziczy w swoich kruchych domeczkach. Ludzie po pewnym czasie zaczynają widzieć w lepszym świetle takich jak my. Może się jeszcze nie zorientowałeś, ale wśród skazańców jest bardzo mało kobitek.
    Quinn gapił się na niego z konsternacją.
    — Końca robót?
    — A jak, końca robót. Nie wiesz, człowieku, na co cię skazali?
    Myślałeś, że puszczą nas samopas, gdy dolecimy na planetę?
    — Nic mi nie powiedzieli — rzekł Quinn. Czuł, jak otwiera się w nim czarna otchłań rozpaczy. Dopiero teraz zaczął sobie uświadamiać skalę swej ignorancji w kwestii wszechświata otaczającego arkologię.
    — Facet, musiałeś komuś nieźle zaleźć za skórę — powiedział Jackson. — Dałeś się podejść jakiemuś politykowi?
    — Nie. — Nie był to polityk, ale ktoś znacznie gorszy i działający z nieskończenie większym wyrachowaniem. Patrzył, jak ostatnia rodzina kolonistów wynurza się ze śluzy, ta z przerażoną czteroletnią dziewczynką, która głośno płakała z rękoma zarzuconymi na szyję ojca. — Mówiłeś coś o robotach?
    — Słuchaj, kiedy już zejdziemy na ląd, dla mnie, dla ciebie i dla reszty zesłańców rozpocznie się dziesięć lat ciężkich robót.
    Sam rozumiesz, Towarzystwo Rozwoju Lalonde zapłaciło za nasz przelot z Ziemi i teraz chce zwrotu kosztów. Z tego powodu najlepsze lata życia upłyną nam na przerzucaniu gówna za tych kolonistów. Służba dla społeczności, tak to się ładnie nazywa.
    W gruncie rzeczy jesteśmy tylko bandą skazańców, Quinn, co tu dużo gadać. Budujemy drogi, wycinamy drzewa, kopiemy latryny.
    Każdą bez wyjątku parszywą pracę, którą trzeba będzie wykonać, zwalą na nasze karki. Rób, co ci każą, jedz, co ci rzucą na talerz, i noś, co ci włożą na plecy, a wszystko za piętnaście franków miesięcznie, czyli mniej więcej pięć fuzjodolarów. Witaj w raju pionierów, Quinn.

* * *

    Kosmolot McBoeing BDA-9008 nie był luksusową maszyną, zaprojektowano go bowiem do operacji na planetach rolniczych w początkowym stadium zasiedlenia, odludnych i prymitywnych koloniach, gdzie niełatwo o części zamienne, a konserwacją zajmują się nieudacznicy i żółtodzioby na swym pierwszym kontrakcie. Mocna, zwarta konstrukcja typu delta, zaprojektowana w jednym z osiedli asteroidalnych Nowej Kalifornii, miała długość siedemdziesięciu pięciu metrów i sześćdziesięciometrową rozpiętość skrzydeł. Nie było żadnych okien dla pasażerów, jedynie wąski pas przezrocza w kabinie pilota. Kadłub z żaroodpornego stopu berylu i boru migotał w ostrym świetle słońca — oddalonej o sto trzydzieści dwa miliony kilometrów gwiazdy typu F.
    Kiedy odłączyły się uszczelnienia, małe strumyczki szarego gazu trysnęły z komory śluzowej. Zaczepy cofające się do wnętrza statku gwiezdnego uwolniły kosmolot.
    Pilot włączył silniki sterujące i odsunął maszynę od ogromnej bryły statku. Z daleka McBoeing przypominał ćmę odlatującą od balonika. Gdy odległość wzrosła do pięciuset metrów, wówczas drugie, dłuższe już odpalenie silników sterujących skierowało kosmolot w stronę planety.
    Lalonde było światem, który ledwo co zasługiwał na miano terrakompatybilnego. Ze względu na niewielkie nachylenie osi obrotu do płaszczyzny orbity i uciążliwą bliskość jasnego słońca, na planecie dominował gorący i wilgotny klimat, wieczne tropikalne lato. Spośród sześciu kontynentów tylko Amarisk na półkuli południowej został oddany pod osadnictwo przez spółkę założycielską. Człowiek nie mógł zapuszczać się do strefy równikowej bez stosownych kombinezonów z regulacją temperatury. Przez leżący na północy Wyman, jedyny kontynent w polarnej strefie klimatycznej, nieustannie przewalały się straszliwe burze, gdy gorące i chłodne masy powietrza ścierały się z sobą wokół jego brzegów. Skarlałe czapy lodowe pokrywały mniej niż piątą część tej powierzchni, jaka była normą dla terrakompatybilnej planety.
    Gdy kosmolot przecinał gładko atmosferę, krawędzie natarcia jarzyły się mdłą czerwienią. W dole błyszczał spokojny lazurowy przestwór oceanu, upstrzonego gdzieniegdzie malutkimi atolami i łańcuchami wysp wulkanicznych. Niemal połowę pola widzenia zasłaniały bielutkie, skłębione obłoki powstające wskutek niemiłosiernego upału. Na Lalonde prawie każdego dnia padało. Między innymi dlatego spółce założycielskiej udało się zebrać potrzebne fundusze: ciepłe powietrze w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza stwarzało idealne warunki do uprawy wielu odmian roślin, dzięki czemu farmerzy mogli liczyć na szybkie ich dojrzewanie i obfite plony.
    McBoeing wyhamował do prędkości poddźwiękowej, zszedł z pułapu gęstych chmur i zakręcił w stronę zachodniego wybrzeża Amariska. Kontynent o powierzchni przeszło ośmiu milionów kilometrów kwadratowych rozciągał się od podmokłych równin na zachodzie do długiego pasma gór fałdowych na wschodzie. Owa kraina dżungli ustępującej stepom jedynie na południu, gdzie panowały niższe, subtropikalne temperatury, mieniła się szmaragdowo w promieniach południowego słońca.
    W dole pod kosmolotem morze było zamulone aż na osiemdziesiąt kilometrów od bagnistego wybrzeża, dokąd sięgała brudna, brązowa plama; wskazywała na ujście Juliffe, której źródła znajdowały się prawie dwa tysiące kilometrów w głębi lądu, u podnóża gór czuwających nad wschodnim wybrzeżem. Pod względem rozległości dorzecza śmiało mogłaby rywalizować z ziemską Amazonką. Wyłącznie z tego powodu spółka założycielska postanowiła na jej południowym brzegu zbudować stołeczne (i na razie jedyne) miasto planety — Durringham.
    McBoeing przeleciał nisko ponad nadbrzeżnymi trzęsawiskami, wysuwając podwozie i ustawiając się stożkowatym nosem w stronę odległego o trzydzieści kilometrów pasa startowego. Jedyny kosmodrom na Lalonde położony był w odległości pięciu kilometrów od Durringham, gdzie na wyciętej w puszczy polanie ułożono pojedynczy pas z prefabrykowanych metalowych krat, zbudowano centrum kontroli ruchu lotniczego oraz hangary z wyblakłych ezystakowych paneli.
    Kosmolot lądował wśród pisku opon. Spod kół buchnął gęsty dym, gdy komputer pokładowy włączył hamulce. Nos opadł i maszyna się zatrzymała. Potem zaczęła cofać się ku hangarom.

* * *

    Obcy świat. Nowy początek. Wynurzywszy się z dusznego wnętrza kabiny kosmolotu, Gerald Skibbow popatrzył z podziwem na okolicę. Widok zwartej ściany dziewiczej dżungli, próbującej wedrzeć się na teren lotniska, umocnił go tylko w przeświadczeniu, że podjął słuszną decyzję. Zanim zszedł po schodkach, uścisnął gorąco swoją żonę Loren.
    — O rany, tylko popatrz! Drzewa, najprawdziwsze drzewa!
    Miliony, tryliony drzew! Cały świat porośnięty drzewami. — Kiedy zaczerpnął głęboko oddechu, mina trochę mu zrzedła. Tutejsze powietrze było tak gęste, że można by je ciąć nożem. Na oliwkowym kombinezonie pojawiały się duże plamy potu. I jeszcze ten zapach zgnilizny, jakby nieco siarkowy. Ale do diabła z nim, przynajmniej oddychał naturalnym powietrzem, nie skażonym siedmioma wiekami zanieczyszczeń przemysłowych. I to się naprawdę liczyło. Lalonde było krainą spełniających się marzeń, światem niezbrukanym, na którym dzieci mogły dzięki pracy osiągnąć właściwie wszystko.
    Zaraz za nim dreptała po schodkach Marie z lekko nadąsaną piękną buzią; marszczyła nos, wdychając zapach dżungli. Ale on się tym nie przejmował, miała wszak siedemnaście lat — młodzieży wszystko wydaje się w życiu nie na miejscu. Po dwóch latach wyrośnie z tego.
    Paula, jego najstarsza, dziewiętnastoletnia córka, rozglądała się z zadowoleniem. Stała u boku niedawno poślubionego męża, Franka Kavy, który położył jej rękę na ramionach opiekuńczym gestem i z uśmiechem podziwiał krajobraz. Oboje napawali się tą szczególną chwilą pierwszego kontaktu z nowym światem. Frankowi niczego nie brakowało: był idealnym zięciem, nie stronił od ciężkiej pracy. Każde gospodarstwo, które Frank pomagałby prowadzić, musiałoby dobrze prosperować.
    Płytę ze stłuczonych i ubitych kamieni przed hangarem pokrywały kałuże. Obok schodów sześciu urzędników LDC, Towarzystwa Rozwoju Lalonde, odbierało od pasażerów karty podróżne, sprawdzając je w blokach procesorowych. Po zweryfikowaniu danych imigrant dostawał kartę obywatelstwa i dysk kredytowy z walutą Rządu Centralnego zamienioną na miejscowe franki — pieniądz lokalny, nie uznawany nigdzie indziej w Konfederacji.
    Gerald przewidział, że tak właśnie się stanie, ukrył więc w zanadrzu dysk kredytowy Banku Jowiszowego z trzema i pół tysiącem fuzjodolarów. Kiwnął z podziękowaniem po otrzymaniu nowej karty i nowego dysku, a wtedy urzędnik wskazał mu drogę do mamuciego hangaru.
    — Trochę tu organizacja szwankuje — mruknęła Loren, sapiąc ciężko. Musieli odstać piętnaście minut, zanim dostali swoje karty.
    — A co, chcesz już wracać? — zakpił Gerald. Uniósł kartę obywatelstwa, szczerząc zęby.
    — Nie, bo nie poleciałbyś ze mną. — Oczy jej się śmiały, lecz w głosie brakowało przekonania.
    Gerald nie zwrócił na to uwagi.
    W hangarze dołączyli do oczekujących tam ludzi, którzy zabrali się z orbity wcześniejszym kursem. Tam też urzędnik LDC nadał całej gromadzie nazwę Grupy Przesiedleńczej nr 7. Ich opiekunka z Biura Alokacji Gruntów oznajmiła, że za dwa dni wyruszą statkiem na przydzielony im kawałek ziemi. Do czasu wypłynięcia będą spać w przejściowej sypialni w Durringham. Ponadto udadzą się do miasta piechotą, choć dla najmłodszych dzieci zostanie podstawiony autobus.
    — Tato! — syknęła Marie przez zęby, kiedy wśród tłumu dały się słyszeć głośne utyskiwania.
    — Co znowu? Nie masz nóg? Przecież większość czasu spędzałaś w sali gimnastycznej w dziennym klubie.
    — To było tylko kształtowanie mięśni — odparła. — Nie harówka w saunie.
    — Przywykniesz.
    Marie zamierzała już ostro odpowiedzieć, lecz dostrzegła wyraz jego oczu. Wymieniła nieco stroskane spojrzenie z matką, po czym wzruszyła ramionami.
    — Dobra.
    — A co z naszym bagażem? — zapytał ktoś opiekunkę.
    — Zesłańcy wyładują wszystko z kosmolotu — odpowiedziała. — Już czeka ciężarówka, która zawiezie wasz dobytek do miasta, a potem prosto na statek.
    Gdy koloniści wymaszerowali do Durringham, jeden z członków obsługi naziemnej kosmodromu zagonił do pracy Quinna i pozostałych więźniów. Tak więc jego pierwszym doświadczeniem na Lalonde było trwające dwie godziny taszczenie zaplombowanych kompozytowych pojemników z ładowni kosmolotu i układanie ich na ciężarówkach. Była to męcząca praca, toteż zesłańcy szybko rozebrali się do spodenek. Quinn prawie nie odczuł zmiany, pot zdawał się oblepiać jego skórę nieścieralną warstwą.
    Ktoś’ im powiedział, że przyciąganie ziemskie na Lalonde jest tylko minimalnie słabsze od standardowego. Tego również miał nie odczuć.
    Mniej więcej po kwadransie pracy zauważył, że naziemna obsługa kosmodromu rozsiadła się w cieniu hangaru. Tylko zesłańcami nikt się nie przejmował.
    Wylądowały jeszcze dwa McBoeingi BDA-9008, przywożąc kolejną grupę kolonistów z parkującego na orbicie statku. Jeden z kosmolotów wystartował, zabierając do zwolnionych pomieszczeń transportowca pracowników LDC. Wracali do domu, skończyły im się kontrakty. Quinn przystanął, żeby popatrzeć, jak ciemny, kanciasty kształt szybuje w niebo, by zniknąć na wschodzie. Ten widok wzbudził gniewną zazdrość w jego sercu. I nadal nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Mógłby rzucić się do ucieczki, tutaj i zaraz, w stronę tej zatrważającej połaci nieujarzmionej puszczy poza obrębem portu. Ale przecież to kosmodrom był miejscem, dokąd chciałby uciekać. Wyobrażał też sobie, jak osadnicy traktują zbiegłych zesłańców. Może i wykazał się głupotą, dając się wywieźć na tę planetę, ale nie był naiwny.
    Przeklinając pod nosem, wywlókł z ładowni McBoeinga kolejną skrzynię z narzędziami stolarskimi i zaniósł ją do ciężarówki.
    Gdy zesłańcy uporali się z wyładunkiem i rozpoczęli długą wędrówkę do Durringham, z zachodu napłynęły chmury, przynosząc ciepły, rzęsisty deszcz. Quinn wcale się nie zdziwił, gdy stwierdził, że jego szary kombinezon nie jest nieprzemakalny.

* * *

    Biuro kierownika Działu Rejestracji Imigrantów mieściło się w budynku administracyjnym przylegającym do centrum kontroli ruchu lotniczego na kosmodromie. Była to wydłużona, prostokątna budowla z płaskim dachem, zmontowana z ezystakowych paneli nałożonych na metalowy szkielet. Powstała przed dwudziestu pięciu laty, kiedy przybyli pierwsi osadnicy. Ojej wieku świadczyły smętne, surowe wykończenia. Pomieszczenia biurowe na Lalonde nie znały nawet konstrukcji z programowalnego silikonu, pomyślał Darcy posępnie; zaprojektowane na Lunie struktury dawały przynajmniej namiastkę komfortowego życia. Jeśli kiedykolwiek oszczędzano przy zakładaniu kolonii, to na pewno na Lalonde.
    W biurze działała jednak zasilana z ogniw słonecznych klimatyzacja. Temperatura była tu na szczęście niższa, lecz wilgotność powietrza pozostawała bez zmian.
    Darcy siedział na kanapie, zajęty przeglądaniem kart podróżnych, których pozbyła się najświeższa tura kolonistów w zamian za nowe obywatelstwo i dyski kredytowe. Statek przywiózł pięć i pół tysiąca ludzi z Ziemi — pięć i pół tysiąca straceńców, marzycieli i kryminalistów rozpuszczonych po świecie, aby mogli zniszczyć kolejną planetę w imię szczytnych ideałów. Po sześćdziesięciu latach w służbach wywiadowczych edenistów Darcy nie umiał myśleć o adamistach inaczej. I tacy się upierają, że to oni są normalni, pomyślał zgryźliwie. Co i rusz wymawiają ci bezbożne zdziwaczenie.
    Wprowadził zapis kolejnej karty do bloku procesorowego, zerkając przelotnie na hologram. Dość przystojny dwudziestojednoletni mężczyzna o kamiennej twarzy i oczach pałających nienawiścią i strachem. Quinn Dexter, zesłaniec. Chwiejący się na kolanie Darcy’ego blok procesorowy nie rozpoznał imienia.
    Odrzucił kartę na rosnący stos jej podobnych. Sięgnął po następną.
    — Nigdy mi tego nie wytłumaczyłeś — odezwał się Nico Fnhagen zza biurka. — Czego wy właściwie szukacie?
    Darcy podniósł wzrok. Nico Frihagen pełnił na Lalonde funkcję registratora, choć był to zbyt szumny tytuł jak dla osoby zatrudnionej w dziale administracji cywilnej, która przez większość czasu grzebie w papierkach. Zbliżał się już do sześćdziesiątki, miał klasyczne słowiańskie rysy, obwisłe policzki i przerzedzone włosy z łysiną na czole. Darcy podejrzewał, że jego przodkowie dość wstrzemięźliwie korzystali z dobrodziejstw genetycznych modyfikacji. Rozleniwiony służbista popijał z puszki piwo, które na pewno nie było rozlewane na tej planecie, a więc zostało skradzione z bagażu któregoś niczego nie podejrzewającego kolonisty.
    Personel kosmodromu robił złote interesy, grabiąc mienie nowych osadników. Nico Frihagen był ważnym ogniwem tego szwindlu: karty podróżne kolonistów zawierały listę wszystkiego, co z sobą przywozili.
    Owa gorliwość, z jaką wpychał nos do koryta, czyniła z registratora idealnego partnera dla agentów edenistów. Za okrągłe pięćset fuzjodolarów miesięcznie Darcy i jego współpracowniczka Lori przeglądali personalia imigrantów bez potrzeby szukania dostępu do cywilnych banków danych kolonii.
    Szczegóły dotyczące imigrantów były dość ubogie; Towarzystwo Rozwoju Lalonde nie przejmowało się, kto zasiedla planetę, byleby pokrył koszty przelotu i uiścił opłatę rejestracyjną. Towarzystwo miało określić wysokość dywidendy nie wcześniej niż za sto lat, kiedy liczba ludności osiągnie sto milionów, a rozwinięte ośrodki przemysłowe zastąpią dominujące na początku rolnictwo. Planety zawsze wymagały długoterminowych inwestycji.
    Jednakże Darcy i Lori wytrwale przekopywali się przez zwały informacji. Rutynowa procedura. Poza tym ktoś mógłby stać się nieostrożny.
    — Skąd to nagłe zainteresowanie? Pytano cię o to? — zabrała głos Lori z drugiego końca kanapy. Siedemdziesięciotrzyletnia kobieta z prostymi, kasztanowymi włosami wyglądała na znacznie młodszą od Frihagena. Nie miała wysmukłej figury, tak charakterystycznej dla większości edenistów, w czym też przypominała Darcy’ego, dzięki czemu oboje świetnie się nadawali do tajnych działań operacyjnych.
    — Nie. — Nico Frihagen potrząsnął puszką. — Ale siedzicie w tym już od trzech lat, do licha, pewnie nawet dłużej, niż przypuszczam. Nie o forsę wam chodzi, dla takich jak wy pieniądze niewiele znaczą. Czas jest dla was cenniejszy. A to znaczy, że musicie szukać kogoś naprawdę ważnego.
    — Niezupełnie — odparła Lori. — Nie poszukujemy konkretnej osoby, ale człowieka o pewnych cechach.
    — Niezły wykręt — pochwalił ją Darcy bezgłośnie.
    — I oby to mu wystarczyło — odpowiedziała.
    Nico Frihagen pociągnął głęboki haust piwa.
    — Jakich cechach?
    Darcy uniósł swój osobisty blok procesorowy.
    — Tutaj zapisane są wszystkie parametry. Dostępne dla każdego, kto chce się zapoznać ze szczegółami. Myślisz, Nico, że chcesz się z nimi zapoznać?
    — Nie. Tak tylko się zastanawiałem. Krążą pewne pogłoski, to wszystko.
    — Jakie pogłoski, Nico?
    Nico Frihagen wyjrzał przez okno, aby popatrzeć na brygadę zesłańców zajętych rozładunkiem McBoeinga BDA-9008.
    — Chodzi o jakichś osadników, którzy zaginęli bez śladu w górze rzeki. Kilka rodzin z hrabstwa Schuster. Szeryfowie bezskutecznie przetrząsali okolicę; żadnych śladów walki, żadnych ciał.
    Tylko opuszczone domy.
    — Gdzie leży to całe hrabstwo Schuster? — zdziwiła się Lori.
    Darcy wysłał pytanie do technobiotycznego procesora w swym bloku, zaraz też ujrzał przed oczami błyszczącą mapę dorzecza Juliffe. Hrabstwo Schuster lśniło bursztynową poświatą — zajmowało rozległy obszar ziemi o kształcie zbliżonym do prostokąta; granica hrabstwa na pewnym odcinku przebiegała wzdłuż rzeki Quallheim, jednego z setek dopływów Juliffe.
    — Jak już powiedział Nico, daleko w górze rzeki. Ponad tysiąc kilometrów stąd. To ziemie niedawno przekazane pod osadnictwo.
    — Może jakieś wielkie zwierzę? Krokolew lub nawet coś, czego nie odkryła ekipa dokonująca analizy ekosystemu?
    — Może. — Darcy jednak w to nie wierzył. — A więc jakie słyszałeś pogłoski, Nico? Co mówią ludzie?
    — Niewiele, na razie mało kto o tym wie. Gubernator wolałby wyciszyć całą sprawę, żeby nie wybuchły zamieszki wokół wsi Tyrataków. Założyli osiedla po drugiej stronie sawanny graniczącej z hrabstwem Schuster. Szeryf okręgowy nie złożyła oficjalnego doniesienia ze strachu, żeby nie obarczono ich winą. Gospodarstwa zaklasyfikowano jako opuszczone.
    — Kiedy to się stało? — spytała Lori.
    — Ze dwa tygodnie temu.
    — Trudno cokolwiek stwierdzić — powiedziała Lori.
    — To wystarczająco odludne miejsce. Mógłby tam się zaszyć.
    — Przyznaję. Ale na co mu garstka prymitywnych farmerów?
    — Nie sposób zgadnąć.
    — Przekonamy się na miejscu?
    — Niby o czym? Że gospodarstwa naprawdę są opuszczone? Nie możemy wałęsać się po dżungli w poszukiwaniu kilku rodzin, które złamały warunki kontraktu. A niech to, gdybyś mnie zapędził w środek tej dziczy, pewnie też chciałabym dać nogę.
    — Nadal twierdzę, że to dziwne. Jeżeli użalali się na swój los, miejscowy szeryf powinien o tym wiedzieć.
    — Owszem. Ale nawet jeśli zaraz wyruszymy, podróż do hrabstwa Schuster zajmie nam dwa lub trzy tygodnie. A po miesiącu wszelkie ślady będą już zatarte. Czyżbyś był aż tak dobrym tropicielem w dżungli?
    — Można wyciągnąć z kapsuły zerowej Abrahama i Catlin.
    Niech przeprowadzą zwiad.
    Darcy rozważał poszczególne opcje. Abraham i Catlin, ich orły, miały udoskonalone zmysły, mimo to jednak posyłanie ich bez chociażby podstawowej znajomości terenu, na którym przebywać mogliby zaginieni, wydawało się pozbawione sensu. Przetrząśnięcie samego tylko hrabstwa Schuster potrwałoby z pół roku. Dysponując większą liczbą agentów, pewnie by się zgodził, ale nie w przypadku, gdy mogli liczyć tylko na siebie. Inwigilacja przybywających na Lalonde imigrantów była kontrowersyjnym działaniem, opartym na nie potwierdzonym meldunku sprzed blisko czterdziestu lat, jakoby Laton zakupił kopię oryginalnego raportu ekipy badającej tutejsze warunki ekologiczne. Zapuszczanie się na tej jednej podstawie na dzikie tereny nie wchodziło w rachubę.
    — Nie — odmówił niechętnie. — Jak znajdziemy świeży trop, wtedy je wypuścimy. Za miesiąc przylatuje statek gwiezdny z Jospoola. Poproszę kapitana o wykonanie szczegółowych zdjęć hrabstwa Schuster.
    — W porządku, ty tu jesteś szefem.
    Przesłał mentalny wizerunek uśmiechu. Tak długo już z sobą pracowali, że rangi miały dla nich jedynie symboliczne znaczenie.
    — Dzięki za informację — zwrócił się Darcy do Frihagena.
    — Przyda wam się na coś?
    — Możliwe. Twoją przysługę na pewno docenimy.
    — Dziękuję. — Nico Frihagen uśmiechnął się blado i łyknął piwa.
    — Odrażająca szumowina — zauważyła Lori.
    — Będziemy ci jeszcze bardziej wdzięczni, jeśli dasz nam znać o dalszych zaginięciach — rzekł Darcy.
    Nico Frihagen przechylił puszkę w jego stronę.
    — Będę się starał.
    Darcy wybrał kolejną kartę podróżną. Na górze widniało nazwisko Marie Skibbow; atrakcyjna nastolatka uśmiechała się do niego wyzywająco z hologramu. Rodziców czeka więc kilka piekielnych lat, pomyślał. Za przybrudzonym oknem gęste, szare chmury zbierały się nad zachodnim widnokręgiem.

* * *

    Szeroki pas drogi łączącej Durringham z kosmodromem, wysypanej bladoróżowymi okruchami skalnymi, przecinał na przestrzał zwartą dżunglę. Ojciec Horst Elwes maszerował w stronę stolicy na tyle raźno, na ile mu pozwalały opuchnięte stopy; podejrzewał, że całe pięty ma już pokryte pęcherzami. Raz po raz kierował badawcze spojrzenie na chmury gromadzące się ponad rozkołysanymi wierzchołkami drzew, mając nadzieję, że deszcz się wstrzyma, póki nie dotrą do przejściowej sypialni.
    Spośród kamyków unosiły się wiotkie pasemka pary. Panował nieznośny upał, wąska szczelina w puszczy zdawała się zachowywać jak soczewka dla promieni słońca. Na skraj drogi wdzierał się kobierzec krzaczastej trawy. Wegetacja przebiegała na Lalonde w iście zawrotnym tempie. Powietrze wypełniały trele ptaków, ich dźwięczne szczebiotanie nigdy nie milkło. To pewnie gniazdółki, pomyślał, szperając w pamięciowym leksykonie miejscowych stworzeń, w który wyposażył go kościół, nim opuścił Ziemię. Miały rozmiary zbliżone do ziemskich bażantów i jaskrawe, szkarłatne upierzenie. Jadalne, lecz nie polecane — informowała Horsta owa sztuczna pamięć.
    Na drodze panował słaby ruch. Wysłużone ciężarówki przetaczały się w obu kierunkach, wożąc drewniane klatki i staroświeckie kompozytowe skrzynie wyładowane najczęściej sprzętem kolonistów.
    Pracownicy kosmodromu jeździli na motorowerach o szerokich oponach z głębokim bieżnikiem, piszcząc klaksonami i pokrzykując do dziewcząt. Także kilka furmanek minęło ich z turkotem.
    Horst patrzył z nie ukrywanym podziwem na rosłe zwierzęta. Nigdy me odwiedził zoo w arkologii na Ziemi. Czyż to nie dziwne, że spotykał je po raz pierwszy na planecie odległej o ponad trzysta lat świetlnych od ich miejsca narodzin? I jak udawało im się wytrzymać w tym skwarze mimo grubej sierści?
    Grupa numer 7, do której należał, liczyła pięćset osób. Wszyscy wyruszyli jednocześnie zwartą gromadą pod przewodnictwem urzędniczki LDC, gawędząc wesoło. Teraz jednak, po przejściu pierwszych kilometrów, rozciągnęli się markotni w wydłużoną linię. Horst człapał w ogonie. Stawy zaczynały protestować i trzeszczeć, czuł olbrzymie pragnienie, jakkolwiek powietrze było przesycone wilgocią. Większość mężczyzn pościągała koszule i bluzy kombinezonów, zawiązując je w pasie. Podobnie zrobiło kilka kobiet. Zauważył, że wszyscy tubylcy na motorowerach noszą szorty i cieniutkie podkoszulki. Również ich opiekunka nosiła lekką odzież.
    Przystanął, przez chwilę zdumiony tym, ile krwi odpływa mu z policzków, a następnie przekręcił o pełne dziewięćdziesiąt stopni zaczep uszczelniający pod szyją. Przód bluzy otworzył się natychmiast, odsłaniając cienki, niebieskawy podkoszulek, teraz zabarwiony przez pot na ciemniejszy odcień. Ten lekki, delikatny jak jedwab ubiór zdawał egzamin na pokładzie statku lub nawet w arkologii, ale zapewniał śmiesznie mizerną ochronę przed działaniem dziewiczej przyrody. Gdzieś na łączach telekomunikacyjnych musiały wystąpić usterki, bo koloniści nie przybywali tu w takim ubraniu chyba przez dwadzieścia pięć lat!
    Przyglądała mu się uważnie dziewczynka w wieku około jedenastu lat. Miała charakterystyczną dla dzieci twarz aniołka i jasne włosy opadające na ramiona, zebrane w dwa spięte czerwonymi kokardkami warkocze. Spostrzegł z zaskoczeniem, że nosi solidne, sięgające nad kostki buty traperskie, luźne żółte szorty i białą bawełnianą koszulkę. Kark dziewczynki osłaniał zielony filcowy kapelusz o szerokim rondzie. Horst obdarzył ją odruchowym uśmiechem.
    — Cześć, co u ciebie? Czemu nie wsiadłaś w porcie do autobusu? — zapytał.
    Wykrzywiła twarz, oburzona.
    — Nie jestem małym dzieckiem!
    — Tego nie powiedziałem. Ale mogłaś zbajerować urzędnika spółki założycielskiej, żeby cię podrzucili. Ja przynajmniej, mając okazję, tak właśnie bym postąpił.
    Pobiegła oczami w stronę białego krzyżyka na rękawie jego koszulki.
    — Ale pan jest księdzem.
    — Ojcem Horstem Elwesem, twoim księdzem, jeśli należysz do grupy numer 7.
    — Tak, ale proszenie o miejsce w autobusie byłoby nieuczciwe — upierała się.
    — Byłoby rozsądne. I jestem pewien, że Jezus by cię zrozumiał.
    Dzień wydał się Horstowi piękniejszy, gdy uśmiechnęła się szeroko.
    — Pan nie jest w ogóle podobny do ojca Varhoosa, którego pamiętam z domu.
    — Czy to dobrze?
    — O, tak. — Pokiwała głową energicznie.
    — Gdzie twoja rodzina?
    — Jestem tylko ja i mama. — Dziewczynka wskazała na idącą w ich kierunku kobietę, która miała ponad trzydzieści lat, czerstwą twarz i włosy tego samego koloru co córka. Na widok jej krzepkiej figury Horst westchnął za tym, co nigdy nie mogło się ziścić. Nie to, żeby Zunifikowany Kościół Chrześcijański zabraniał kapłanom wstępowania w związki małżeńskie, lecz nawet w kwiecie wieku, przed dwudziestu laty, Horst dźwigał na sobie zbędne kilogramy.
    Obecnie koledzy nazywali go pieszczotliwie misiem, mimo że każdą kalorię traktował jak niebezpiecznego wirusa.
    Przedstawiła się szybko jako Ruth Hilton, jej córka nosiła imię Jay. Słowem nie wspomniała o mężu czy kochanku. Już w trójkę ruszyli w dalszą drogę.
    — Miło spotkać kogoś, kto praktycznie podchodzi do rzeczy — powiedział Horst. — To się nazywa pionierskie życie!
    Ruth także ubrała się odpowiednio do pogody: w szorty, płócienny kapelusz i lekki bezrękawnik. Nosiła buty będące większą wersją obuwia Jay, na plecy zarzuciła sporych rozmiarów plecak, a za szeroki, skórzany pas powtykała rozmaite narzędzia. Horst nie znał ich przeznaczenia.
    — Leciałeś na tropikalną planetę, ojcze — rzekła Ruth. — Czyżby Kościół nie dał ci przed podróżą dydaktycznej pamięci o Lalonde?
    — Dał, ale skąd mogłem przypuszczać, że zaraz po przylocie czekają mnie forsowne marsze? Zgodnie z moim osobistym rozkładem zajęć upłynęło dopiero piętnaście godzin, odkąd opuściłem opactwo w arkologii.
    — To kolonia pierwszego stadium zasiedlania — przypomniała mu Ruth bez cienia współczucia. — Myślisz może, że mają czas albo ochotę cackać się z pięcioma tysiącami mieszkańców arkologii, którzy nigdy wcześniej nie widzieli otwartego nieba?
    Bez przesady!
    — Nadal uważam, że powinni nas uprzedzić, żebyśmy mogli przebrać się zawczasu w jakiś stosowniejszy ubiór.
    — Trzeba było zabrać trochę rzeczy do kapsuły zerowej. Ja tak właśnie zrobiłam. W kontrakcie dopuszczają dwadzieścia kilogramów podręcznego bagażu.
    — Za mój przelot płacił Kościół — odparł Horst nieśmiało.
    Widział, że Ruth ma wszystko, czego potrzeba do przeżycia w tym nowym, obfitującym w wyzwania świecie; jeśli jednak nie popracuje nad swoim zgryźliwym usposobieniem, pewnie trzeba będzie któregoś dnia, wyobrażał sobie, powstrzymywać tłum żądny linczu. Stłumił w sobie uśmiech. O tak, tutaj mógł wykazać się swymi zdolnościami.
    — Wiesz, ojcze, na czym polega twój problem? — zapytała Ruth. — Masz w sobie zbyt dużo wiary.
    Wprost przeciwnie, pomyślał Horst, sporo mi jeszcze brakuje.
    Dlatego właśnie znalazłem się w najodleglejszym zakątku ludzkiego dominium, gdzie nie mogę zdziałać nic złego. Biskup okazał nadzwyczajną uprzejmość, ujmując to w ten sposób.
    — Co zamierzasz robić, gdy już dotrzemy na miejsce? — zapytał. — Prowadzić gospodarstwo? A może łowić ryby w Juliffe?
    — Co to, to nie! Oczywiście, będziemy samowystarczalne, zabrałam w tym celu dosyć nasion. Ale jestem też wykwalifikowaną opiekunką dydaktyczną. — Uśmiechnęła się łobuzersko. — Zamierzam zostać wiejską belferką. Kto wie, może nawet jedyną taką w hrabstwie, zważywszy na bałagan, jaki tu wszędzie panuje.
    Mam z sobą laserowy imprinter i właściwie każdy przydatny kurs dokształcający. — Poklepała plecak. — To wystarczy, abym się tu z Jay wygodnie urządziła. Nie masz wyobrażenia, ile tizziy musi wiedzieć ten, kogo pakują do leśnej głuszy.
    — Chyba masz rację — odparł bez zbytniego entuzjazmu. Czy również w serca innych kolonistów wkradało się teraz zwątpienie, gdy stanęli oko w oko z przygnębiającą rzeczywistością Lalonde?
    Omiótł wzrokiem najbliższych ludzi. Wszyscy człapali jak w letargu. Minęła go prześliczna nastolatka z nosem spuszczonym na kwintę i wargami ściśniętymi w udręce. I ona górę kombinezonu owinęła wokół talii; pomarańczowa koszulka bez rękawów z głębokim wycięciem odsłaniała sporo gładkiej skóry, teraz pokrytej warstwą kurzu i potu. Cicha męczennica, skonstatował Horst. Odkąd w arkologii poświęcił się pracy w przytułku, często się spotykał z podobnymi przypadkami. Żaden z mężczyzn nie zwracał na nią jakiejkolwiek uwagi.
    — A żebyś wiedział — rzekła tym samym gromkim, zdecydowanym głosem. — Weźmy dla przykładu buty. Wziąłeś pewnie z sobą dwie albo trzy pary.
    — Dwie pary, zgadza się.
    — Mądrze. Ale w dżungli nie wytrzymają nawet pięciu lat, choćby z nie wiem jak mocnego kompozytu je zrobili. Potem będziesz musiał postarać się o nowe. A wtedy przyjdziesz do mnie z prośbą o kurs szewstwa.
    — Rozumiem. Dobrze to sobie wszystko przemyślałaś, co?
    — Inaczej by mnie tu nie było.
    Jay uśmiechnęła się do matki z głębokim podziwem.
    — Nie jest ci ciężko taszczyć ten imprinter? — zapytał Horst z ciekawością.
    Ruth zarechotała głośno i przetarła czoło wierzchem dłoni w teatralnym geście.
    — Jasne, że sporo waży. Ale to cenna rzecz, zwłaszcza najnowsze kursy techniczne, o jakich na tym świecie jeszcze nie słyszano. Czegoś takiego nie zostawię w rękach ludzi z lotniska. Nie ma głupich.
    Przebiegł po nim dreszcz zgrozy.
    — Chyba nie myślisz, że oni…
    — A czemu by nie? Ja na ich miejscu robiłabym to samo.
    — Dlaczego wcześniej nic nie powiedziałaś? — zapytał z irytacją. — Mam w pojemnikach katechizmy, lekarstwa, wino mszalne. Ktoś z nas mógł popilnować bagaży.
    — Posłuchaj, ojcze, ani myślę być przywódcą grupy, niech tę godność sprawuje jakiś rosły facet z jajami, ja dziękuję. Wątpię też, czy ktoś mi przyklaśnie, jeśli stanę przed opiekunką i powiem, że ktoś powinien zostać i dopilnować, aby jej przyjaciele nie rozkradli naszych rzeczy. Ty byś tak postąpił, z tą swoją bezinteresowną życzliwością?
    — Nie, na pewno nie publicznie — odrzekł Horst. — Ale są inne sposoby.
    — W takim razie lepiej zacznij o nich myśleć, bo nasze cenne pojemniki mają leżeć na kupie w miejskim magazynie jeszcze przez dwa dni, póki nie wsiądziemy na statek. A będziemy potrzebować tego, co jest w środku, oj, będziemy. Komu się ubzdurało, że do przetrwania w dżungli wystarczy jedynie determinacja i ciężka, uczciwa praca, tego życie nauczy jeszcze moresu!
    — Czy zawsze musisz mieć we wszystkim rację?
    — Słuchaj no, ojcze, masz tu za zadanie dbać o nasze duszyczki. Dasz sobie radę, widać po tobie, że jesteś z natury człowiekiem opiekuńczym. Choć się z tym głęboko kryjesz. Ale troska o to, żebym nie rozstała się z duszą, to już moja działka. Dlatego me zamierzam zaniedbywać żadnych środków ostrożności.
    — W porządku. Myślę, że powinienem wieczorem pogadać z całą grupą. Może zorganizujemy jakąś straż w magazynie.
    — Nie wadziłoby też zażądać rekompensaty za rzeczy, które gdzieś się zawieruszyły. Poskładają w jednym miejscu mienie wielu grup, więc nie powinno być z tym większych problemów.
    — Inne wyjście to pójść do biura szeryfa i poprosić, aby poszukali wszystkiego, co nam ukradziono — rzekł Horst niepewnie.
    Ruth parsknęła głośnym śmiechem. Przez kilka minut szli w milczeniu.
    — Ruth? — zapytał w końcu. — Dlaczego tu przyleciałaś?
    Kobieta wymieniła z Jay żałosne spojrzenie; obie wyglądały teraz na słabe i zalęknione.
    — Ja? Uciekam — odpowiedziała. — A ty?

* * *

    Durringham założono w roku 2582, kilka lat po tym, jak zespół badawczy działający z ramienia Konfederacji potwierdził wyniki analiz dokonanych przez ekipę ekologów spółki założycielskiej, oświadczając, iż fauna i flora Lalonde nie stanowi nadmiernego zagrożenia dla ludzi — bez takiego certyfikatu żadna planeta nie mogła marzyć o ściągnięciu osadników. W następnych latach spółka — po wykupieniu praw osiedleńczych od statku zwiadowczego, który odkrył planetę — szukała partnerów, przeobrażając się stopniowo w Towarzystwo Rozwoju Lalonde. Gdy zgromadzono kapitał umożliwiający wybudowanie kosmodromu, położenie podwalin pod cywilną administrację oraz doprowadzenie do umowy z edenistami na zawiązanie technobiotycznego habitatu na orbicie Murory, największego gazowego olbrzyma w układzie planetarnym, rozpoczęto wielkie dzieło sprowadzania kolonistów.
    Wziąwszy pod uwagę uwarunkowania kulturowe innych planet pierwszego stadium zasiedlania, a także procedury ściągania osadników, wywodzących się w tym sektorze głównie z południowo-wschodniej Azji, zarząd LDC postanowił skoncentrować się na ludności o eurochrześcijańskim rodowodzie, aby zapewnić sobie odpowiednio wysoki napływ imigrantów. Powstała ze wszech miar demokratyczna konstytucja, mająca wejść w życie jeszcze w pierwszym stuleciu rozwoju planety; Towarzystwo zobowiązało się przekazać uprawnienia administracji cywilnej wybranym w drodze elekcji radom, a władzę, po upływie stu lat, kongresowi i prezydentowi.
    Teoria zakładała, że zanim ten proces dobiegnie końca, na Lalonde rozwinie się wielkoprzemysłowa technika, a LDC będzie największym udziałowcem we wszystkich komercyjnych przedsięwzięciach na planecie. Dopiero wtedy Towarzystwo zacznie osiągać prawdziwe dochody.
    W fazie wstępnej frachtowce gwiezdne dostarczyły na niską orbitę trzydzieści pięć kontenerów zrzutowych: przysadzistych, stożkowatych obiektów przeznaczonych do wejścia w atmosferę, wyładowanych po brzegi ciężką maszynerią, prowiantem, paliwem, pojazdami naziemnymi i prefabrykowanymi sekcjami pasa startowego. Kontenery, wyhamowane do prędkości mniejszej niż pierwsza prędkość kosmiczna, zaczęły po kolei spadać ku dżungli długim, płomienistym łukiem. Sygnały naprowadzające skierowały je na południowy brzeg Juliffe, gdzie wylądowały w linii długiej na piętnaście kilometrów.
    Każdy kontener zrzutowy miał trzydzieści metrów wysokości i piętnaście szerokości u podstawy, a ważył z ładunkiem trzysta pięćdziesiąt ton. Niewielkie stateczniki kierunkowe przeprowadzały je przez atmosferę z rozsądną dokładnością, póki nie znalazły się siedemset metrów nad ziemią, poruszając się teraz z prędkością poddźwiękową. Ostatnie kilkaset metrów przebywały zawieszone na pękach ośmiu gigantycznych spadochronów, dzięki którym lądowanie przypominało kontrolowane zderzenie w oczach nielicznego personelu obsługi lotów, który obserwował z bezpiecznej odległości przebieg całej operacji. Kontenery zaprojektowano do podróży w jedną stronę: gdzie wylądowały, tam zostały.
    Brygady montażowe dotarły do nich małymi kosmolotami i rozpoczęły wyładunek. Po opróżnieniu mogły już pełnić funkcję szczelnych pomieszczeń dla rodzin montażystów i biur urzędników administracji cywilnej gubernatora.
    Otaczającą kontenery dżunglę natychmiast zrównano z ziemią; strategia palenia i wycinania dała w efekcie szeroki pokos zmaltretowanej roślinności i zwęglonych zwierząt. W podobny sposób zdobyto miejsce na przyszły kosmodrom. Kiedy powstały pasy startowe, na pokładzie McBoeingów przybyła druga tura robotników, a z nimi dodatkowy sprzęt. Ci musieli budować mieszkania od podstaw, do czego wykorzystali pnie drzew gęsto porozrzucane przez swoich poprzedników. Wokół kontenerów wyrastały jak grzyby po deszczu pierścienie prymitywnych drewnianych chat, przypominających tratwy na morzu błota. Odarta z zarośli czarnoziemna gleba wskutek nieustającego ruchu ciężkich pojazdów i codziennych deszczów przekształciła się w cuchnącą maź, grubą miejscami na ponad pół metra. Kruszarki harowały bez wytchnienia, miażdżąc kamienie dwadzieścia sześć godzin na dobę, nie nadążały jednak z dostarczaniem tłucznia potrzebnego do utwardzania błotnistych dróg rozrastającego się miasta.
    Widok z podrapanego i umazanego glonami okna w biurze Ralpha Hiltcha, na drugim piętrze kontenera mieszczącego ambasadę Kulu, ukazywał mu skąpane w promieniach słońca dylowe dachy Durringham, rozrzucone po lekko falistym terenie nad rzeką. Przy rozbudowie miasta nie uwzględniano żadnego sensownego rozmieszczenia ulic. Durringham wyrósł jak wrzód, zamiast powstać w zgodzie z logicznym planem. Podejrzewał, że nawet osiemnastowieczne miasta na Ziemi miały w sobie więcej uroku.
    Lalonde było już czwartą planetą, na której objął placówkę, lecz nigdy dotąd nie widział czegoś tak prymitywnego. Poplamione korpusy kontenerów zrzutowych wznosiły się nad niechlujną okolicą niby tajemnicze świątynie, połączone z ruderami miasta pajęczą siecią czarnych kabli rozpiętych od słupa do słupa. Wewnętrzne generatory termojądrowe kontenerów zaspokajały dziewięćdziesiąt procent zapotrzebowania planety na energię elektryczną, wobec czego miasto było od nich całkowicie uzależnione.
    Ponieważ Królewski Bank Kulu wykupił dwuprocentowy pakiet udziałów w LDC, gdy tylko zakończył się pierwszy etap kolonizacji, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Kulu otrzymało kontener dla swoich urzędników, przejmując pomieszczenia po pracownikach Wydziału Klasyfikacji Owoców Autochtonicznych.
    Ralph Hiltch był wdzięczny za tamten zręczny manewr polityczny sprzed dwudziestu lat; dzięki niemu otrzymał gabinet z klimatyzacją, a obok malutkie dwupokojowe mieszkanko. Jako attache handlowemu, przysługiwało mu wygodniejsze mieszkanie w rezydencjalnym budynku ambasady, ale że pełnił równocześnie funkcję kierownika działającej na Lalonde placówki ESA, Agencji Bezpieczeństwa Zewnętrznego, potrzebował bezpiecznego lokum, jakie zapewnić mu mogła tylko karbotanowa konstrukcja starego kontenera. Poza tym, jak wszystko w Durringham, budynek rezydencjalny zbudowany był z drewna, a więc gnił i przeciekał.
    Obserwował nieprzeniknioną, srebrzystoszarą kurtynę deszczu, która zbliżała się od strony morza. Wąska linia zieleni oznaczająca skraj dżungli bladła stopniowo nad dachami domostw. Już druga ulewa tego dnia. Naprzeciwko biurka jeden z pięciu ekranów ściennych pokazywał w czasie rzeczywistym obraz satelitarny Amanska wraz ze skrawkiem oceanu zasnutym spiralnymi ramionami chmur. Oceniał okiem znawcy, że deszcz ustanie nie prędzej niż za półtorej godziny.
    Ralph odchylił się na oparcie krzesła i przyjrzał człowiekowi, który siedział skupiony po drugiej stronie biurka. Maki Gruter nawet nie drgnął pod jego twardym spojrzeniem. Był dwudziestoośmioletnim menadżerem trzeciego stopnia, zatrudnionym w Biurze Transportu. Miał na sobie szarobrązowe szorty i zieloną koszulkę, cytrynowy sztormiak przewiesił przez oparcie krzesła. Jak niemal każdego w administracji cywilnej na Lalonde, i jego można było kupić, albowiem wszyscy bez wyjątku urzędnicy uważali swój pobyt na tym odludnym świecie jako okazję do żerowania zarówno na LCD, jak i kolonistach. Ralph zwerbował Grutera przed dwu i pół laty, miesiąc po swoim przylocie. I nie musiał zarzucać jakichś specjalnych sieci, wystarczyło po prostu wybrać kogoś z chmary gorliwych ochotników. Bywało, że tęsknił za spotkaniem z urzędnikiem odpornym na zapach wszechpotężnego fuzjodolara. Kiedy za trzy lata skończy się jego praca na Lalonde, będzie musiał przejść wiele kursów odświeżających. Tak łatwo było tutaj zatracić człowieczeństwo.
    Czasami wręcz się zastanawiał, dlaczego Agencja przystąpiła do operacji na planecie, która stawała się dżunglą zaludnioną przez psychopatycznych neandertalczyków. Jednakże Lalonde znajdowało się w odległości zaledwie dwudziestu dwóch lat świetlnych od księstwa Ombey — układu słonecznego, który królestwo Kulu objęło niedawno swoją władzą, a który sam dopiero co przeszedł drugie stadium rozwoju. Rządząca dynastia Saldanów chciała mieć pewność, że Lalonde nie przystąpi do wrogich jej frakcji. Ralph i jego współpracownicy zostali przydzieleni do obserwowania politycznych przeobrażeń w kolonii, a w razie potrzeby potajemnego wspierania aspirantów o zbieżnych poglądach — pieniędzmi bądź faktami obciążającymi rywali, czymkolwiek, o co by poprosili.
    We wczesnym okresie samorządności krystalizowała się scena polityczna na następne wieki, toteż Agencja starała się ze wszystkich sił, ażeby pierwsi wybrani przywódcy byli ideologicznie spokrewnieni z politykami Królestwa. Słowem, miał powstać rząd marionetkowy.
    Sensowna strategia, jeśli rozważyć długofalowe konsekwencje: zestawić kilka milionów funtów wydanych teraz z miliardami, jakie pochłonęłaby ewentualna akcja zbrojna przeciwko rozwiniętemu technologicznie i ekonomicznie światu, zdolnemu zbudować własną flotę wojenną. Saldanowie podchodzili do każdego problemu pod tym właśnie kątem — mając przed sobą długie lata życia, podejmowali działania zakrojone na szeroką skalę.
    Ralph uśmiechnął się uprzejmie do Makiego Grutera.
    — Jakieś podejrzane ptaszki w tej ostatniej grupie?
    — Nie sądzę — odparł urzędnik. — Sami rodowici Ziemianie.
    Wśród więźniów wyłącznie wykolejeńcy, młodzi i na tyle głupi, żeby dać się złapać. Żadnych politycznych zesłańców, a przynajmniej tych z listy. — Za jego głową ekran przedstawiający mizerny ruch na orbicie Lalonde pokazywał kosmolot cumujący do kolejnego transportowca z kolonistami.
    — Dobrze. Chcę to jeszcze sprawdzić, ma się rozumieć — rzekł Ralph, po czym zawiesił głos z wyczekiwaniem.
    — W porządku. — Maki Gruter wykrzywił wargi w niepewnym uśmiechu. Wyciągnął blok procesorowy i przekazał datawizyjnie odpowiednie pliki.
    Ralph nadzorował przepływ informacji do swego neuronowego nanosystemu, wypełniając nimi wolne komórki pamięci. Programy detekcyjne porównały pięć i pół tysiąca nazwisk z podstawową listą najbardziej kłopotliwych ziemskich agitatorów politycznych, jakich znała Agencja. Żadne nie pasowało. W wolnej chwili cały wykaz zostanie jeszcze przesłany do jego bloku procesorowego i tam nastąpi szczegółowe ich porównanie z obszernym katalogiem zawierającym nazwiska recydywistów, zdjęcia twarzy, a w pewnych przypadkach również próbki DNA, wszystko to wyłowione przez Agencję z najdalszych zakątków Konfederacji.
    Wyjrzał ponownie przez okno, żeby popatrzeć na gromadę nowo przybyłych kolonistów: wlekli się grząską drogą przechodzącą obok porośniętego trawą i rzadkimi kępami róż skweru, który uchodził za ogród ambasady. Spadł deszcz i w ciągu paru sekund przemoczył ich do suchej nitki. Kobiety, dzieci i mężczyźni z ociekającymi wodą włosami, w kombinezonach przylepionych do ciała na podobieństwo ciemnej, pomarszczonej jaszczurczej skóry — wszyscy sprawiali równie żałosne wrażenie. Być może łzy płynęły po niektórych twarzach, lecz z powodu deszczu nie sposób było ich dostrzec.
    A przecież pozostały im jeszcze trzy kilometry do rzeki, gdzie niedaleko brzegu zbudowano przejściową sypialnię.
    — Chryste, co za widok — mruknął. — I tacy mają współtworzyć wspaniałą przyszłość tej planety? Nawet nie umieli zorganizować sobie przyzwoicie wędrówki z kosmodromu, żaden nie pomyślał o zabraniu odzieży przeciwdeszczowej.
    — Był pan kiedyś na Ziemi? — zapytał Maki Gruter.
    Ralph odwrócił się od okna, zaskoczony tym pytaniem. Zazwyczaj Maki ulatniał się pospiesznie po zgarnięciu pieniędzy.
    — Nie.
    — A ja tak. Cała ta planeta to jedna gigantyczna wylęgarnia nieudaczników. Nasze szlachetne korzenie, dobre sobie. W porównaniu z Ziemią tutejsza przyszłość może się wydać całkiem sympatyczna.
    — Być może. — Ralph wysunął szufladkę i wyciągnął dysk kredytowy Banku Jowiszowego.
    — Jest jeszcze ktoś, kto popłynie w górę rzeki z tą grupą osadników — oświadczył Maki. — Mam dla niego zorganizować kajutę, tyle wiem na pewno.
    Ralph zatrzymał się w połowie zatwierdzania przelewu na zwykłą sumę trzystu fuzjodolarów.
    — Kto taki?
    — Komisarz z biura szeryfa. Nie znam imienia, ale wysyłają go do hrabstwa Schuster, żeby rozejrzał się w sytuacji.
    Ralph słuchał wywodu Makiego o zaginięciu rodzin farmerskich, myśląc z niepokojem, jakie konsekwencje mogą z tego wyniknąć. Ktoś w biurze gubernatora musiał nadać tej sprawie duże znaczenie, na planecie było bowiem tylko pięciu komisarzy, wyszkolonych do walki, znakomicie uzbrojonych fachowców o polepszonej przemianie materii. Gubernatorzy kolonii odsyłali ich do rozwiązywania poważnych problemów, wyłapywania bandytów bądź tłumienia rozruchów — wszędzie tam, gdzie należało natychmiast przywrócić porządek.
    Jednym z obowiązków Ralpha było wypatrywanie w układzie słonecznym śladów pirackiej działalności. Bogate Kulu ze swoją flotą handlową prowadziło nieustanną wojnę ze statkami najemników. Niezdyscyplinowane, słabo patrolowane planety kolonialne z kulejącą siecią telekomunikacyjną stanowiły idealny rynek zbytu dla skradzionych ładunków, tym bardziej że większość imigrantów miała choć tyle rozumu w głowie, by przywieźć z sobą dysk płatniczy pełen fuzjodolarów. Kontrabandę sprzedawano zawsze na obrzeżach zamieszkanych terenów; tam marzenia rozwiewały się po kilku tygodniach, kiedy było już wiadomo, jak trudno przeżyć poza ostoją zamkniętej arkologii. Nikogo tam też nie obchodziło, skąd pochodzą skomplikowane urządzenia techniczne i palii kiety opatrunkowe.
    Może zaginieni pytali zbyt natarczywie o pochodzenie towarów?
    — Dzięki za wiadomość — powiedział, po czym zwiększył wypłatę do pięciuset fuzjodolarów.
    Maki Gruter uśmiechnął się z wdzięcznością, kiedy jego dysk kredytowy potwierdził przyjęcie premii pieniężnej.
    — Drobiazg.
    Minutę po wyjściu kierownika Biura Transportu weszła Jenny Harris, trzydziestoletnia pracowniczka Agencji w randze porucznika, wykonująca swą drugą planetarną misję. Miała płaską twarz, haczykowaty nos, krótkie ciemnorude włosy i szczupłą figurę, która jakby zaprzeczała jej sile. W ciągu dwóch lat pobytu na Lalonde udowodniła, że jest kompetentnym oficerem, chociaż w każdej sytuacji trochę zbyt gorliwie odwoływała się do przepisowych procedur.
    Przysłuchiwała się z uwagą, kiedy Ralph powtarzał słowa Makiego Grutera.
    — Nie doszły mnie żadne słuchy, żeby w górze rzeki pojąwiały się urządzenia niewiadomego pochodzenia — stwierdziła.
    — Notujemy tylko zwyczajne czarnorynkowe interesy, jak sprzedaż sprzętu, który personel kosmodromu kradnie kolonistom.
    — Czy dysponujemy dużą siatką w rejonie Schuster?
    — Raczej niewielką — odparła z wahaniem. — Polegamy głównie na kontaktach w biurze szeryfa, to oni nam ślą raporty o kontrabandzie. Swoje dorzucają też załogi statków. Największe kłopoty, jak zawsze, mamy z łącznością. Moglibyśmy rozdać bloki nadawczoodbiorcze naszym ludziom w górze rzeki, ale satelity Sił Powietrznych Konfederacji przechwycą każdą transmisję, choćby najlepiej zaszyfrowaną.
    — Dobra. — Ralph pokiwał głową. Odwieczny dylemat: z jednej strony pilna potrzeba, z drugiej ryzyko wpadki. Tylko że na tym etapie rozwoju Lalonde pośpiech nie był konieczny. — Ktoś z naszych wypływa w górę rzeki?
    Jenny Harris zwlekała z odpowiedzią, gdy jej neuronowy nanosystem przeglądał rozkład rejsów.
    — Owszem. Zgodnie z planem, za dwa dni kapitan Lambourne wypływa z nową grupą kolonistów. Będą się osiedlać zaraz za Schuster. To dobra kurierka, zbiera dla mnie meldunki od naszych konfidentów w terenie.
    — Dobrze. Każ jej zasięgnąć języka w sprawie zaginionych rodzin i niech się dowie, czy nie pokazały się tam ostatnio jakieś podejrzane urządzenia. Póki co, skontaktuję się z Solankim. Zobaczymy, czy wie już coś na ten temat. — Kelven Solanki pracował w małym biurze Sił Powietrznych Konfederacji w Durringham. Zgodnie z polityką Konfederacji, nawet najnędzniejszej z planet kolonialnych przysługiwała nie mniejsza ochrona niż rozwiniętym światom, a biuro miało być widomym tego dowodem.
    Aby nikt w to nie wątpił, dwa razy do roku odwiedzała Lalonde fregata 7 Floty, bazująca na co dzień na odległym o czterdzieści dwa lata świetlne Roherheimie. Między tymi wizytami nad układem słonecznym czuwało nieustannie stado satelitów obserwacyjnych typu ELINT, przekazując wyniki swoich obserwacji bezpośrednio do centralnego biura Sił Powietrznych.
    Ich drugorzędna rola, podobnie jak Ralpha i Agencji, polegała na wypatrywaniu wszelkich oznak piractwa.
    Komandor porucznik Solanki przyjął Ralpha zaraz po jego przybyciu na planetę. Saldanowie zawsze popierali poczynania Konfederacji, tak więc nawiązanie współpracy w zakresie ścigania piractwa obaj uznali za rozsądny pomysł. Z komandorem układało się Ralphowi w miarę dobrze, do czego poniekąd przyczyniała się mesa, gdzie serwowano niezaprzeczalnie najlepsze posiłki w mieście; poza tym żaden z nich nie wspominał nigdy o pozostałych obowiązkach Ralpha.
    — Doskonały pomysł — rzekła Jenny Harris. — Jeszcze dzisiaj spotkam się z Lambourne i wytłumaczę jej, na czym nam zależy. Będzie chciała zapłaty — dodała ostrożnym tonem.
    Ralph sięgnął do nanosystemu po plik z informacjami o Lambourne i potrząsnął głową, widząc, jak drogie są usługi tej kobiety.
    Mógł przypuszczać, ile zażąda za swą misję zbierania informacji w górze rzeki.
    — Trudno, zapłacimy. Ale proszę, spróbuj zejść poniżej tysiąca.
    — Postaram się.
    — Kiedy się z nią dogadasz, uruchom wtyczkę w biurze gubernatora i dowiedz się, dlaczego czcigodny Colin Rexrew uważa za konieczne wysłać komisarza do zbadania sprawy zaginionych farmerów, o których nikt wcześniej nie słyszał.
    Po wyjściu Jenny przesłał datawizyjnie listę nowych kolonistów do analizy w bloku procesorowym, potem usiadł wygodnie i zaczął się zastanawiać, co powinien powiedzieć komandorowi Solankiemu.
    Przy odrobinie szczęścia przeciągnie spotkanie i wprosi się na obiad w mesie.

6

    Dwadzieścia dwa tysiące kilometrów przed „Oenone” międzygwiezdna noc pochłonęła błękitne strużki jonów z silników manewrowych statku adamistów „Dymasio”. Za pośrednictwem sensorów optycznych jastrzębia Syrinx patrzyła, jak jaskrawa kropka światła rozpływa się w nicość. Na obrzeżu jej umysłu zamrugały wektory kierunkowe, efekt machinalnych obliczeń dokonanych na podstawie instynktu przestrzennego „Oenone”. „Dymasio” ustawił się w kierunku odległego o osiem lat świetlnych układu planetarnego Honeck; parametry ustawienia zostały odczytane z bezbłędną precyzją.
    — Myślę, że nam nie zwieją — zwróciła się do Thetisa. „Graeae”, jastrząb jej brata, dryfował tysiąc kilometrów obok „Oenone”. Oba jastrzębie zmniejszyły do minimum pola dystorsyjne.
    Działały w trybie pełnej niewykrywalności, przy znikomym poborze mocy. Nawet w toroidzie znikła grawitacja. Załoga nie jadła gorących posiłków, nie było spalania odpadków, potrzeby fizjologiczne załatwiano do woreczków sanitarnych. Nikt nie marzył o ciepłej wodzie. Korpus „Oenone” razem z toroidem załogi oplótł sieciowy płaszcz kabli odprowadzających ciepło, pokryty gęstą, pochłaniającą światło pianką izolacyjną. Całe wydzielane przez statek ciepło gromadziło się w płaszczu, następnie wypromieniowywał je pojedynczy panel termozrzutu, zawsze skierowany przeciwnie do tropionej ofiary. P ›zostawiono otwory dla pęcherzy sensorowych „Oenone”, lecz to było wszystko. Statek ciągle narzekał na swędzenie, co wydawało się śmieszne. Syrinx na razie zachowywała spokój.
    — Też tak myślę — odpowiedział Thetis.
    Syrinx poczuła dreszcz niepokoju, pomieszany z pełnym wyczekiwania napięciem. Przez siedemnaście dni podążali za „Dymasiem”, trzymając się od dwudziestu do trzydziestu tysięcy kilometrów z tyłu, kiedy lawirował całkowicie przypadkowym kursem między nie zamieszkanymi układami planetarnymi, chcąc namierzyć bądź zgubić ewentualny pościg. A pościg tego rodzaju zawsze był trudny i uciążliwy, wpływał nużąco nawet na psychikę edenistów, a cóż dopiero mówić o rekrutowanym wśród adamistów dwudziestoosobowym oddziale komandosów, który mieli na pokładzie. A jednak mimo nie sprzyjających warunków kapitan Larry Kouritz podczas trwania misji utrzymywał dyscyplinę wśród swoich żołnierzy, czym zdobył sobie szacunek Syrinx, jakim darzyła niewielu adamistów.
    Wyobrażała sobie, jak po dokonaniu ostatniej korekty współrzędnych „Dymasio” chowa swoje czujniki i składa panele termozrzutu, przygotowując się do skoku z naładowanymi węzłami modelowania energii.
    — Gotów? — zapytała „Oenone”.
    — Jak zawsze — odparł cierpko jastrząb.
    O tak, odetchnie z ulgą, kiedy skończy się ta operacja.
    To Thetis namówił ją do podpisania siedmioletniego kontraktu na służbę w Siłach Powietrznych Konfederacji — Thetis z tym swoim silnym poczuciem obowiązku i odpowiedzialności, porwany fanatycznym zapałem. Syrinx zawsze myślała o zaciągnięciu się do Floty: Athene opowiadała często niesfornym dzieciom o swojej służbie, roztaczała przed ich oczami urokliwą wizję rycerzy kosmosu związanych duchem braterstwa. Synnx po prostu nie przypuszczała, że nastąpi to tak szybko, zaledwie trzy lata po pierwszych lotach „Oenone”.
    Ze względu na swą siłę i zwinność, jastrzębie stanowiły zasadniczy składnik Sił Powietrznych, najmowane przez admirałów Floty jako idealne okręty pościgowe. „Oenone” i „Graeae”, gdy najpierw zostały wyposażone w ofensywne i obronne systemy bojowe oraz w bogaty zestaw czujników elektronicznych, a potem przeszły trzymiesięczne przeszkolenie, dostały przydział do 4 Floty, prowadzącej operacje z baz w Oshanko, stolicy Imperium Japońskiego.
    Aczkolwiek Siły Powietrzne Konfederacji tworzyły z założenia organizację ponadnarodową, to jednak załogi jastrzębi zawsze składały się z edenistów. Także załoga Syrinx wyglądała jak dawniej: Cacus, inżynier odpowiedzialny za moduły mieszkalne; Edwin, nadzorujący mechaniczne i elektryczne układy toroidu; Oxley, operator wielofunkcyjnego pojazdu serwisowego i pilot aeroplanu z polem jonowym; Tulą, specjalistka od wszystkiego oraz oficer medyczny. No i oczywiście Ruben, ekspert od generatorów termojądrowych, który został kochankiem Syrinx w miesiąc po zaokrętowaniu się na „Oenone”. Mając sto dwadzieścia pięć lat, był od niej starszy dokładnie o stulecie.
    Czuła się znowu jak beztroska dziewczyna u boku Auliego, choć jawnie temu przeczyły jej kapitańskie obowiązki. Spali razem, kiedy tylko pozwalał im na to harmonogram zajęć, a będąc na przepustce, buszowali po planecie, habitacie czy osiedlu asteroidalnym — gdziekolwiek zdarzyło im się zawinąć. Chociaż Ruben był już w podeszłym wieku, zachował — podobnie jak większość edenistów — doskonałą sprawność fizyczną, dzięki czemu w ich stosunkach miłosnych nigdy nie wiało nudą. Oprócz tego łączyła ich wspólna radość z poznawania różnorodnych kultur kwitnących w Konfederacji, jakże cudownie odmiennych. Za sprawą Rubena i jego niewyczerpanej — zdawałoby się — cierpliwości, Syrinx nauczyła się tolerować adamistów i ich dziwactwa.
    Dlatego też przyjęła zlecenie Sił Powietrznych.
    Dochodził jeszcze ów swojski, perfidny dreszczyk zadowolenia, o jaki przyprawiał ją fakt, że wszyscy uważali jej związek za nieco skandaliczny. Duże różnice wie! u między partnerami zdarzały się często wśród edenistów, zważywszy na długość ich życia, ale sto lat… to wykraczało poza granicę przyzwoitości. Tylko Athene nie wyrażała zastrzeżeń, zbyt dobrze znała własną córkę. Bądź co bądź, ich związek nie był aż tak poważny: Ruben jej odpowiadał, ponieważ miał nieskomplikowaną i skłonną do zabawy naturę.
    Do załogi dokooptował jeszcze Chi, przydzielonego im przez wojsko speca od broni — oficera, który swą karierę związał z Siłami Powietrznymi Konfederacji, mimo że od oficerów sztabowych dowództwo wymagało wyrzeczenia się dotychczasowego obywatelstwa (warunek mało praktyczny w przypadku edenistów).
    „Oenone” i „Graeae” przez cztery lata patrolowały nie zamieszkane układy słoneczne oraz zapewniały eskortę statkom handlowym w nadziei, że dojdzie do spotkania z piratami. Jastrzębie brały też udział w wielkich manewrach taktycznych, gdzie poligonami były całe układy planetarne, uczestniczyły w nalocie na stację przemysłową podejrzewaną o produkcję os bojowych z napędem na antymaterię tudzież składały niezliczone wizyty grzecznościowe w całym sektorze podległym 4 Flocie. Przez ostatnie osiemnaście miesięcy z polecenia admiralicji wykonywały niezależne zadania pościgowe pod dowództwem CNISu, Służb Wywiadowczych Sił Powietrznych. To już była ich trzecia samodzielna misja. Pierwszy statek okazał się pusty, gdy go przechwycili. Drugi, czarny jastrząb, zdołał się wymknąć, wydłużając skok, co wprawiło Syrinx w nastrój przygnębienia. Jednakże „Dymasio” zdecydowanie miał coś na sumieniu; Służby Wywiadowcze od dłuższego już czasu podejrzewały go o przewożenie antymaterii i teraz to się potwierdzało. Statek sposobił się właśnie do wejścia w granice zamieszkanego układu planetarnego, gdzie na asteroidzie miał umówione spotkanie z pewnym ugrupowaniem separatystycznym. Tym razem dokonają aresztowania! Nareszcie! Perspektywa sukcesu wydawała się zagęszczać atmosferę w kabinie „Oenone”.
    Nawet Eileen Carouch, oficerowi łącznikowemu Służb Wywiadowczych w randze porucznika, udzielała się niecierpliwość edenistów. Siedziała obok Syrinx z zapiętymi pasami — kobieta w średnim wieku z nieprzeniknioną, trudną do zapamiętania twarzą, co pomagało jej zapewne w pracy agenturalnej. Za tą maską ukrywała się jednak osoba spontaniczna i zaradna — bądź co bądź, wpadła na trop nielegalnego transportu „Dymasia”.
    W tym momencie zaciskała mocno powieki, korzystając z datawizyjnych informacji, które „Oenone” przekazywał poprzez technobiotyczne procesory sprzężone z ich mechanicznymi odpowiednikami, tak aby wszyscy adamiści mogli wiedzieć, co się dzieje.
    — „Dymasio” wykona zaraz skok — oznajmiła Syrinx.
    — I całe szczęście. Moje nerwy już dłużej by tego nie wytrzymały.
    Uśmiech pojawił się na ustach Syrinx. Czuła się zawsze trochę niezręcznie podczas indywidualnych kontaktów z adamistami; oni i te ich emocje zatrzaśnięte wewnątrz nieprzeniknionej czaszki — nigdy nie było wiadomo, co im naprawdę chodzi po głowie, a to deprymowało edenistów przyzwyczajonych do emfatycznych wyznań. Okazało się jednak, że Eileen wyraża swoje opinie bez owijania w bawełnę. Synnx lubiła jej towarzystwo.
    „Dymasio” zniknął. Syrinx poczuła ostre zwichrowanie przestrzeni, kiedy węzły modelujące statku zakrzywiły wokół kadłuba materię rzeczywistości; dla „Oenone” dystorsja była niczym błysk.
    Taki, którego parametry mógł określić w stu procentach. Jastrząb instynktownie poznał współrzędne wynurzenia.
    — W drogę! — zakomenderowała Syrinx.
    Przez komórki modelujące statku przepłynęła energia. Otworzyło się wejście tunelu czasoprzestrzennego i wlecieli w jego szeroką gardziel. Syrinx miała jeszcze świadomość, że „Graeae” generuje własny tunel, gdy szczelina się zwarła, zamykając ich w bezczasowej pustce. Wyobraźnia w parze z rzeczywistymi informacjami z ośrodków czuciowych jastrzębia wprawiła ją w;tan tępego oszołomienia na tych kilka uderzeń serca, kiedy podróżowali przez tunel. W nieokreślonej odległości otworzył się terminal — odmienna postać pustki — który na pozór wyginał się w ich stronę. Do środka zaczął się wlewać blask słońca, tworząc filigranową pajęczynę niebiesko — białych linii wokół kadłuba. „Oenone” wypadł w przestrzeń kosmiczną. Gwiazdy znowu błyszczały jak diamenty.
    Horyzont zdarzeń zniknął wokół korpusu „Dymasia”, statek wynurzył się w odległości pięciu lat świetlnych od słońca układu Honeck. Zespoły sensorów i panele termozrzutu wypełzały z kadłuba z nieśmiałością zimującego zwierzęcia, które wiosennego dnia opuszcza norę. Jak w przypadku wszystkich statków adamistów, tak i temu trochę czasu zabrała weryfikacja pozycji i przebadanie najbliższej okolicy w poszukiwaniu przelatujących komet czy skalnych okruchów. Ta charakterystyczna zwloką nie pozwoliła mu dostrzec potężnych zawirowań przestrzeni w miejscach, gdzie otwierały się terminale jastrzębi.
    Nie zdając sobie sprawy z obecności niewidocznych prześladowców, kapitan „Dymasia” uruchomił termojądrowy silnik napędowy i skierował się na nowe współrzędne skoku.
    — Znowu się przemieszcza — powiedziała Syrmx. — Zechce wejść w głąb układu. Mamy go teraz przechwycić? — Przerażała ją myśl, że statek wwoził antymaterię do zamieszkanego układu.
    — Dokąd się kieruje? — zapytała Eileen Carouch.
    Synnx zasięgnęła informacji w leksykonie przechowywanym w komórkach pamięci „Oenone”.
    — Chyba na Kirchola, jednego z gazowych olbrzymów.
    — Jakieś osiedla na orbicie? — Eileen słabo sobie radziła z uzyskiwaniem wiadomości od „Oenone”, wolałaby pewnie korzystać ze sprzętowych układów pamięci.
    — Żadnego z listy.
    — W takim razie dojdzie do spotkania w przestrzeni. Nie przechwytujcie, ale idźcie jego tropem.
    — Mamy znowu go wpuścić do zamieszkanego układu?
    — Jasne. Niech pani posłucha. Gdyby chodziło nam tylko o antymaterię, weszlibyśmy na pokład w dowolnej chwili w ciągu tych trzech miesięcy. Bo od dawna już wiemy, co mają w ładowni.
    „Dymasio” odwiedził siedem zamieszkanych układów słonecznych, odkąd zaczęliśmy go monitorować, a mimo to żadnemu z nich nie zagroził. Mój agent mnie zapewnił, że kapitan znalazł kupca wśród tutejszych buntowników i ja chcę go dorwać. W ten sposób za jednym zamachem zgarniemy dostawców i odbiorców. Może nawet poznamy lokalizację stacji produkującej antymaterię. Gratulacjom nie będzie końca, więc niech pan zachowa cierpliwość.
    — W porządku. Słyszałeś wszystko? — zapytała Thetisa.
    — Co do joty. Ona ma rację.
    — Wiem, ale… — Przesłała mu emocjonalną wiązankę zapału i obawy.
    — Tylko spokojnie, siostrzyczko. — Mentalny śmiech. Thetis zawsze wiedział, jak ją podejść. Wprawdzie „Graeae” narodził się przed „Oenone”, lecz rozmiarami odstawał od swego krewniaka; z kadłubem o średnicy stu pięćdziesięciu metrów „Oenone” był największym z dzieci „Iasiusa”. Dopiero hormony wzrostu wieku młodzieńczego pozwoliły Thetisowi dorównać Syrinx w siłowych zapasach. Zawsze jednak dzieliła ich najmniejsza różnica, zawsze z sobą rywalizowali.
    — Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by się mniej nadawał na kapitana — zakpił Ruben. — Brak opanowania i dziewczęca beztroska to twoje stabe strony, młoda damo. Kiedy będzie po wszystkim, zmieniam statek. Pal licho warunki kontraktu.
    Zaśmiała się głośno, lecz szybko spoważniała i ze względu na Eileen udała kaszel. Mimo że przywykła do bezwzględnej szczerości, jaką narzucała więź afiniczna, Ruben zdumiewał ją zawsze dogłębną znajomością jej stanów emocjonalnych.
    — Jakoś nie narzekasz na inne atrybuty mojej młodości — odcięła się, pokazując przy tym wymowny gest.
    — Zaczekaj tylko, moja damo, aż będziemy po służbie.
    — Trzymam cię za słowo.
    Mila perspektywa skróciła jej czas żmudnego oczekiwania.
    Z powodu konieczności dokładniejszego wyboru trajektorii lotu w przypadku skoku w pobliże planety „Dymasio” przez dobre pięćdziesiąt minut ustawiał kurs. Kiedy wreszcie nowy wektor orbitalny przeciął się z Kircholem, statek przekonfigurował się do skoku.
    — Proszę o sprawdzenie stanu uzbrojenia — zarządziła Synnx, kiedy światło silników „Dymasia” zaczęło przygasać.
    — Myśliwce bezpilotowe i systemy obrony zbliżeniowej w pełnej gotowości — zameldował Chi.
    — Uwaga, zarządzam alarm pierwszego stopnia. Nie wiemy, jakimi siłami rozporządza nieprzyjaciel w sąsiedztwie Kirchola, musimy więc zachować maksymalne środki ostrożności.
    Admirał chce, żebyśmy nałożyli areszt na ten statek, nie chce jego zniszczenia, lecz gdy wróg zaatakuje przeważającymi siłami, odpalimy osy bojowe i szybko się wycofamy. Miejmy nadzieję, że to gniazdo bandytów.
    Przechwyciła czyjeś niewyraźne, mentalne sarkanie.
    — Proszę, tylko nie następny skok dla zmylenia.
    Ze znużonego tonu wywnioskowała, że musiał to być Oxley, mężczyzna jeszcze starszy od Rubena, liczący już sobie sto pięćdziesiąt lat. Sinon polecał go jej uwadze, kiedy kompletowała swoją pierwszą załogę. Gdy wstąpiła do Floty, pozostał z nią głównie z poczucia lojalności. Czy powinien?
    „Dymasio” wykonał skok.
    Brunatna kula Kirchola wisiała trzysta siedemdziesiąt tysięcy kilometrów pod kadłubem „Oenone” w towarzystwie księżyców słabo migoczących w mętnym świetle odległego słońca. Gazowy olbrzym nie miał nic z majestatyczności Saturna, był ponury i nieciekawy. Nawet pasmom burzowym brakowało wigoru.
    „Dymasio” wraz z dwoma jastrzębiami wynurzył się nad południowym biegunem — w tej jakże ogromnej skali jeden szary punkcik i dwie czarne kropki ściągane z niezauważalną powolnością przez pole grawitacyjne planety.
    Syrinx otworzyła przed Chi swój umysł, scalając percepcyjne zdolności „Oenone” z wiedzą specjalisty od uzbrojenia na temat potencjału os bojowych. Jej impulsy nerwowe przebyły długi dystans, sprawiając, że oddalony od niej człowiek drgnął w odpowiedzi.
    „Dymasio” zaczął wysyłać prosty kod radiowy w kierunku gazowego olbrzyma. Tak się przy tym ustawił, aby zbędny sygnał nie popłynął w stronę zaludnionego wnętrza układu — aby nikt nie wykrył jego źródła nawet po kilku godzinach, kiedy fale radiowe pokonają dzielącą je przestrzeń.
    Nadeszła odpowiedź, lecz sygnały z orbity Kirchola emitowało coś, czego nie obejmowały na razie swym zasięgiem detektory mas „Oenone”. Punkt źródłowy zaczął się poruszać, wychylając się łukiem ze swojej orbity z przyspieszeniem 5 g. „Oenone” nie zauważył żadnego śladu w podczerwieni, me byio też spalin silnika odrzutowego. Urwał się sygnał radiowy.
    — Czarny jastrząb. — Tętniąca zawiścią mysi połączyła edenistów na obu jastrzębiach.
    — Jest mój — upomniała Syrinx brata w trybie jednokanałowym. Dobrze pamiętała tego ostatniego czarnego jastrzębia, który im się wymknął. Zawrzała złością.
    — Odpuściłabyś sobie — zaprotestował.
    — Mój — powtórzyła chłodno. — Na ciebie spadnie chwała tego, kto przechwyci antymaterię. Czego ci więcej potrzeba?
    — Ale następnego czarnego jastrzębia, na którego się natkniemy, już ci nie odstąpię.
    — Oczywiście — zapewniła.
    Thetis wycofał się i wnet przestało ją dochodzić jego narzekanie. Wiedział, że próżno polemizować z siostrą, kiedy jest w takim nastroju.
    — Lecimy za nim? — zapytał „Oenone”.
    — A co myślałeś? — uspokoiła swój statek.
    — I dobrze. Denerwuje mnie, że ten ostatni nam uciekł.
    Też mogłem skoczyć tak daleko.
    — Nie, nie mogłeś. Nie dziewiętnaście lat świetlnych. Podczas takiej próby uszkodziłbyś tylko komórki modelujące. Piętnaście lat świetlnych to nasza górna granica.
    Choć „Oenone” nie odpowiedział, wyczuwała jego oburzenie.
    Sama miała wtedy wielką ochotę spróbować dłuższego niż zwykle skoku, lecz powstrzymał ją strach przed uszkodzeniem jastrzębia.
    Strach i perspektywa utknięcia wraz z załogą gdzieś na mieliźme wszechświata.
    — Nigdy bym nie skrzywdził ciebie ani załogi — stwierdził czule „Oenone”.
    — Wiem. Ale to było wkurzające, prawda?
    — Jeszcze jak!

* * *

    Czarny jastrząb przeciął płaszczyznę ekliptyki długim, pełnym wdzięku łukiem. Nawet kiedy zwolnił, żeby spotkać się z „Dymasiem”, dwa przyczajone jastrzębie nie mogły ocenić jego kształtu ani rozmiarów. Ich przyrządy optyczne posiadały zbyt małą zdolność rozdzielczą, aby zobaczyć coś z odległości trzydziestu tysięcy kilometrów, a pierwsza próba użycia pola dystorsyjnego natychmiast by je zdradziła.
    Gdy zbliżyły się do siebie na pięć tysięcy kilometrów, oba statki ustanowiły połączenie radiowe, wymieniając strumienie zaszyfrowanych informacji. Namierzanie ich teraz było sprawą absurdalnie łatwą, zespół pasywnych czujników elektronicznych „Oenone” określił metodą triangulacji ich położenie z dokładnością do pół metra.
    Syrinx poczekała, aż statki zbliżą się na odległość dwóch tysięcy kilometrów, i wtedy wydała rozkaz przechwycenia.
    — Zachowaj swoją pozycję! — zagrzmiał „Oenone” w paśmie afinicznym. Dał się wyczuć mentalny przestrach czarnego jastrzębia. — Zredukuj przyspieszenie, nie próbuj inicjować skoku. Przygotuj się do spotkania. Wejdziemy na pokład.
    W toroidzie załogi zaczęła rosnąć grawitacja, osiągając prędko uciążliwe dla ludzi wartości. „Oenone” i „Graeae” wypuściły się z przyspieszeniem 8 g w stronę upatrzonych ofiar. „Oenone” potrafił wytworzyć przeciwnie skierowaną siłę ciężkości o wartości 3 g, lecz różnica 5 g i tak dawała się mocno we znaki Syrinx.
    Jej wzmocnione błony wewnętrzne ledwo sobie radziły z tak dużym przeciążeniem, lecz zachodziła obawa, że czarny jastrząb spróbuje ratować się ucieczką. Członkowie załóg czarnych jastrzębi prawie zawsze używali nanonicznych suplementów, dzięki czemu wytrzymywali o wiele większe przyspieszenia. Jeżeli dojdzie do gwałtownej pogoni, załoga „Oenone” na pewno ucierpi, a zwłaszcza Ruben i Oxley.
    Niepotrzebnie się bała. Okrzyk „Oenone” sprawił, że czarny jastrząb zwinął swoje pole dystorsyjne. Wściekłość odbiła się w myślach obcego statku, prawdopodobnie odzwierciedlała samopoczucie kapitana. Syrinx dostrzegła także imię, a raczej błysk czyjejś tożsamości: „Yermuden”.
    „Graeae” nadawał wiadomość radiową dla „Dymasia”, rozkazując mu zrezygnować z prób ucieczki. W przypadku statku adamistów należało poprzeć żądanie argumentem siły. Jastrząb rozszerzył pole dystorsyjne, zakłócając stan energetyczny przestrzeni wokół kadłuba „Dymasia”. Gdyby teraz szmugler spróbował skoku, deformacje pola spowodowałyby niestabilność węzłów modelujących, co z kolei doprowadziłoby do implozji miejsc rozstrojonej energii i spektakularnej zagłady statku.
    „Oenone” i „Graeae” odsuwały się od siebie w miarę zbliżania do celów. „Vermuden” jawił się teraz wyraźnie w myślach Syrinx: miał spłaszczony, cebulowaty kształt średnicy stu pięciu metrów, centralna iglica zwężała się do cienkiego jak włos zakończenia sześćdziesiąt metrów nad obrzeżem korpusu. Nie było żadnego toroidu załogi, zamiast niego w równych odległościach wokół górnego kadłuba rozmieszczono trzy srebrzyste mechaniczne kopuły. Jedna zawierała kabinę mogącą pomieścić pięciu lub sześciu ludzi, druga była hangarem dla małego kosmolotu, trzecia natomiast ładownią.
    Pod kadłubem kotłowały się strumienie energii; widmowe, opalizujące zawirowania świadczyły o gniewnym wzburzeniu statku.
    — Kapitanie Kouritz, pan i pana oddział do śluzy, proszę — powiedziała Syrinx, kiedy zaczęli zwalniać przed spotkaniem. — Weźcie też pod uwagę, że kabina czarnego jastrzębia ma w przybliżeniu czterysta metrów sześciennych.
    „Vermuden” wisiał w przestrzeni w odległości trzystu kilometrów — blady półksiężyc o lekko rdzawym odcieniu. Chi kierował na czarnego jastrzębia lasery systemów obrony zbliżeniowej; zintegrowany zespół technobiotycznych i elektronicznych czujników nastawiał ogniskową.
    — Pójdę z nimi — oznajmiła Eileen Carouch, naciskając klamerkę przy pasie bezpieczeństwa.
    — Proszę przypilnować, żeby przyprowadzili tu natychmiast kapitana czarnego jastrzębia — rzekła Syrinx. — Poślę z panią jednego z moich ludzi, który będzie pilotował „Vermudena” do sztabu Floty. — Pozbawiony swojego kapitana, „Vermuden” musiał okazać posłuszeństwo edeniście.
    Podlatując do „Vermudena”, „Oenone” odwrócił się w przestrzeni, tak iż opadał teraz pionowo na górny kadłub czarnego jastrzębia. Z toroidu załogi wysunął się rękaw śluzy powietrznej.
    W pełni uzbrojony oddział piechoty czekał już w komorze z gotową do użycia bronią. Grawitacja w toroidzie nareszcie powróciła do ziemskiej normy.
    Syrinx rozkazała kapitanowi „Vermudena” wysunąć śluzę powietrzną.
    Raptem eksplodował „Dymasio”.
    Dowódca, mając absolutną pewność, że czeka go pranie mózgu w trakcie sesji dochodzeniowej i w konsekwencji pluton egzekucyjny, uznał, że opłaci mu się poświęcić statek i załogę dla zniszczenia „Graeae”. Zaczekał, aż jastrząb znajdzie się w odległości zaledwie jednego kilometra i zacznie wykonywać pierwsze manewry cumowania. Wówczas wyłączył zasilanie komór utrzymania antymaterii.
    Pięćset gramów antymaterii zerwało się z uwięzi, ażeby pochłonąć równą co do masy ilość materii.
    Z oddalonego o dwa tysiące kilometrów miejsca, gdzie przebywał „Oenone”, czoło elementarnej energii rozłupało wszechświat na dwie części. Po jednej stronie gwiazdy świeciły z filozoficznym spokojem, po drugiej nieskończona dal znikła, zastąpiona płaską taflą szalejących fotonów.
    Syrinx czuła, jak palący blask zalewa „Oenone”, wysmażając na skwarki receptory sensorów optycznych statku. Kanał afiniczny pełnił rolę przewodnika dla purpurowo — białego światła, które mogło tą drogą wdzierać się wprost do jej umysłu; nawałnica fotonów zdawała się przyprawiać o obłęd. W głębinach blasku pojawiały się również szczeliny ciemności, trzepoczące jak ptaki porwane przez wichurę. Wołały do niej rozpaczliwie; były to czasem okrzyki lub słowa, czasem wizerunki osób i miejsc, także ulotne zapachy, strzępy śmiechu, muzyki, gorąca, chłodu, wrażenia dotyku czy wilgoci. Zawartość umysłów przemieszczająca się do komórek neuronowych „Oenone”. Wykoślawiona i niekompletna, ułomna.
    — Thetis! — wykrzyknęła Syrinx.
    Nie mogła go odnaleźć w tak wielkim chaosie, tym bardziej że światło przeszywało ją nieznośnym bólem. Zawyła z rozpaczliwej wściekłości.
    Pole dystorsyjne „Vermudena” rozdęło się, wzmocniło, wywarło nacisk na ciągłą strukturę rzeczywistości. Uchylił się wlot tunelu.
    Chi strzelił strumieniem promieniowania gamma, lecz trafił w pustkę. Wlot już się zamykał.
    Nim upłynęły dwie sekundy od eksplozji „Dymasia”, fala podmuchowa cząsteczek osaczyła kadłub „Oenone”. Płaszcz piankowy, już wcześniej poddany niszczycielskiemu działaniu promieniowania elektromagnetycznego, ulegał teraz dodatkowym uszkodzeniom. Jastrząb sięgnął zmysłami poza otaczający go zamęt, dostrzegł otwierający się wylot tunelu prowadzącego przez puste wymiary. Ocenił jego wielkość i długość, określoną przez pobór energii uciekającego statku. „Oenone” znał dokładne współrzędne terminalu… położonego w odległości dwudziestu jeden lat świetlnych, na granicy możliwości czarnego jastrzębia.
    — Za nim! — wykrzyknął „Oenone” żywiołowo, wypełniając energią własne komórki modelowania.
    — Nie! — sprzeciwiła się Syrinx. Ze strachu zapomniała o smutku.
    — Jest inny sposób. Zaufaj mi.
    Syrinx poddała się bezradnie losowi, gdy domykał się za nimi wlot; jakiś zdradziecki, spragniony zemsty pierwiastek jej podświadomości musiał widocznie dać pozwolenie jastrzębiowi. Szybko się jednak otrząsnęła ze strachu, okazało się bowiem, że tunel ma długość zaledwie trzynastu lat świetlnych. Kiedy jednak terminal zaczął się otwierać, poczuła, iż komórki modelowania energii znów się uaktywniają. Momentalnie zdała sobie sprawę, co to oznacza, śmiejąc się jadowicie na myśl o odwecie.
    — A nie mówiłem? — mruknął „Oenone” z dumą.
    Po rozpaczliwym skoku na odległość dwudziestu jeden lat świetlnych zdolność „Vermudena” do ponownego naładowania węzłów modelujących zmalała właściwie do zera. Statek czuł, jak kapitan leży przyciśnięty do fotela amortyzacyjnego z usztywnionymi mięśniami, wygiętym grzbietem, podzielając jego wysiłek. Quasimateria tunelu czasoprzestrzennego opływała kadłub; nie wywierała nań fizycznego nacisku, tym niemniej była wyczuwalna. Ostatecznie ukazał się zarys terminalu. Blask gwiazd sączył się do wewnątrz, malując dziwne kształty.
    „Vermuden” z niemałą ulgą wyskoczył w czystą próżnię normalnej przestrzeni.
    — Dobra robota — pochwalił kapitan. „Vermuden” poczuł odprężenie mięśni ramion i klatki piersiowej oraz wdech powietrza.
    Wtem potężne światło lasera opromieniło kadłub, zalewając komórki receptorowe różowym blaskiem. Soczewkowaty kształt o średnicy stu pięćdziesięciu metrów wisiał w odległości osiemdziesięciu metrów od czubka centralnej iglicy „Vermudena” po stronie demonicznego czerwonego lśnienia Betelgeuse.
    — A to co za diabelstwo?! Jakim cudem?… — warknął kapitan.
    — To tylko wiązka naprowadzająca — oświadczył „Oenone”. — Jeśli wyczuję najmniejszą zmianę strumienia energii w twoich komórkach modelujących, przełączę laser na promieniowanie gamma i przetnę cię na dwie części. A teraz wysuń śluzę powietrzną. Mam tu na pokładzie paru ludzi, którzy chcą koniecznie poznać cię z bliska.
    — Nie wiedziałam, że jastrzębie zdolne są do czegoś podobnego — powiedziała Eileen Carouch kilka godzin później.
    Henry Siclari, kapitan „Vermudena”, siedział wraz z pozostałymi dwoma członkami załogi czarnego jastrzębia w areszcie „Oenone”. W tym czasie zwycięska załoga zapoznawała się pod przewodnictwem Cacusa z systemami „Vermudena”. Cacus przewidywał, że już na drugi dzień zabiorą statek do bazy na Oshanko.
    — Skoki sekwencyjne? — odparła Syrinx. — Proszę bardzo, potrzeba tylko jastrzębia ze znakomitym wyczuciem przestrzeni.
    Takiego jak ty.
    — Kocham cię — odparł „Oenone”, nie speszony naprzemiennymi pochwałami i przyganami, jakimi edeniści bombardowali go od chwili wykonania karkołomnego manewru.
    — Masz odpowiedź na wszystko, co? — rzekła, lecz bez radości w głosie.
    Thetis. Jego szeroka, uśmiechnięta twarz, pokryta chłopięcymi piegami. Zmierzwione, rudawoblond włosy, drobne ciało.
    I wszystkie te godziny spędzone na włóczęgach wokół Romulusa.
    Wspólne wyprawy, frustracje i osiągnięcia. Stanowił, jak i „Oenone”, część jej osobowości. Był jej bratnią duszą, tak wiele ich łączyło. A teraz odszedł. Wyrwany od niej, wyrwany z niej na zawsze.
    — I ja go opłakuję — szepnął „Oenone” w myślach Syrinx, także przejęty żalem.
    — Dziękuję. Ale przepadło również potomstwo „Graeae”. Jak można było zrobić coś tak strasznego i odrażającego? Nienawidzę adamistów.
    — Nie godzi się tak mówić. Zobacz, Eileen i żołnierze podzielają nasze zmartwienie. Nie chodzi o adamistów, tylko o jednostki. Zawsze się liczą jednostki. Nawet edeniści popełniają błędy, nie uważasz?
    — Tak, masz rację — odparła, bo była to prawda. Wciąż jednak czuła pustkę w pewnym zakamarku umysłu, gdzie kiedyś gościła radość.

* * *

    Gdy tylko „Oenone” wynurzył się w pobliżu Saturna, Athene zrozumiała, że zdarzyła się jakaś potworna rzecz. Siedziała akurat przed altanką ogrodową, karmiąc dwumiesięczną Clymene z technobiotycznej przystawki sutkowej, kiedy tknęło ją złowieszcze przeczucie. Przytuliła praprawnuczkę, drżąc ze strachu przed tym, czego niebawem się dowie. Niemowlak zaprotestował płaczem, gdy oderwano go od sutka i przyciśnięto tak mocno. Przekazała prędko Clymene w ręce prawnuka, który spróbował uspokoić dziewczynkę mentalnymi słowami pociechy. Raptem osobliwie przygnębione myśli Syrinx dotarły do umysłu Athene i wtedy poznała okrutną prawdę.
    — Zostało coś po nim? — zapytała cicho.
    — Trochę — odpowiedziała Synnx. — Bardzo mało. Wybacz, mamo.
    — Jedna myśl by mi wystarczyła.
    Zaledwie „Oenone” zbliżył się do Romulusa, niezwłocznie oddał przechowywane fragmenty wspomnień osobowości habitatu.
    Bezcenną, nienamacalną resztką życia, całe dziedzictwo po Thetisie i jego załodze.
    Dawni przyjaciele, kochankowie i mężowie Athene wyłonili się teraz z wieloskładnikowej osobowości Romulusa, aby dodać jej otuchy, pomóc znieść ów bolesny cios.
    — Zrobimy, co tylko w naszej mocy — zapewniali.
    I rzeczywiście: czując, jak poszarpane szczątki syna zszywane są powoli w bardziej spójną całość, doświadczała pewnego rodzaju ulgi.
    Chociaż zaznajomiona z obliczem śmierci, Athene nie potrafiła jednak pogodzić się z tak nagłą stratą. Dotąd w jej podświadomości tliła się wiara, że jastrzębie i ich kapitanowie są poniekąd nieśmiertelni, a przynajmniej niepodatni na tak nieszczęśliwe wypadki. To absurdalne, naiwne niemal przekonanie brało się może stąd, że ponad wszystko ceniła swoje dzieci, będące ostatnim ogniwem łączącym ją z „Iasiusem”. Ich potomstwem.
    Pół godziny później, ubrana w prostą, smoliście czarną tunikę, Athene stała w holu recepcyjnym kosmodromu — wyniosła, samotna postać z siecią zmarszczek na twarzy, które jak nigdy przed tem pokazywały każdy rok spośród jej stu trzydziestu pięciu lat życia. Przeniosła wzrok nad półkę, kiedy „Oenone” wychynął z ciemności wraz ze smutną eskortą dwóch jastrzębi z dywizjonu obrony Saturna. „Oenone” opadł na wolny cokół z bardzo ludzkim westchnieniem ulgi. Węże pokarmowe poruszyły się niczym ślepe, niezgrabne macki, szukając żeńskich otworów w podbrzuszu jastrzębia; różnorodne zwieracze otwarły się i zacisnęły, tworząc mocne złącza. „Oenone” pochłaniał zsyntetyzowany przez Romulusa płyn odżywczy, napełniał wewnętrzne pęcherze i gasił pragnienie, które obniżało wydajność każdej komórki statku. W Oshanko nie zabawili długo, przekazali tylko władzom portowym załogę Siclariego, a potem pomogli grupie specjalistów od więzi afinicznej przejąć dowodzenie nad „Vermudenem”. Syrinx nalegała na szybki powrót do Saturna.
    Athene z coraz głębszą troską spoglądała na wielkiego jastrzębia.
    Bo też „Oenone” przedstawiał sobą żałosny widok: pianka kadłuba popalona i odpadająca płatami, na toroidzie stopione panele termozrzutu, układy elektronicznych czujników zamienione w strumyki zakrzepłego żużlu, obumarłe komórki spalonych pęcherzy sensorowych, które w feralnej chwili były skierowane na „Dymasia”.
    — Nic mi nie dolega — zapewnił ją „Oenone”. — Uszkodzeniom uległy głównie mechaniczne systemy. Biotechnicy wyposażą mnie w nowe pęcherze sensorowe. Nigdy już nie będę narzekał, że powleczono mnie pianką — dodał ze zgryzotą.
    Gdy Syrinx wynurzyła się ze śluzy powietrznej, w oczy rzucały się jej głęboko zapadnięte policzki, włosy oplatające w nieładzie głowę i sztywny chód, jakby szła na stracenie. Athene nie mogła już dłużej opanować łez, otoczyła ramionami swą rozżaloną córkę i ukołysała jej przygnębiony umysł empatycznym współczuciem — matczynym balsamem.
    — To nie twoja wina.
    — Gdybym nie…
    — Przestań — nakazała jej ostro Athene. — Thetis i „Graeae” nie chcieliby przecież, żebyś oddawała się niepotrzebnym wyrzutom sumienia. Jesteś na to za silna, o wiele za silna.
    — Tak, mamo.
    — Zrobił to, co chciał. Zrobił to, co do niego należało. Jak myślisz, ile milionów ludzi poniosłoby śmierć, gdyby tę antymaterię zrzucono na powierzchnię zamieszkanej planety?
    — Mnóstwo — odparła Syrinx w otępieniu.
    — A on ich uratował. Mój syn. Dzięki niemu będą żyć, będą mieć dzieci, będą się śmiać.
    — Ale to boli!
    — Dlatego, że jesteśmy istotami ludzkimi, i to w o wiele większym stopniu aniżeli adamiści. Nasza empatia oznacza, że nie możemy nigdy ukryć tego, co czujemy, z czego powinniśmy się cieszyć. Zawsze jednak musisz szukać w sobie równowagi, Syrinx. Równowaga to pokuta za to, że jesteśmy ludźmi, niebezpieczeństwo związane z naszą umiejętnością współodczuwania. Stąpamy po wąskim moście nad skalistą przepaścią. Po jednej stronie mamy upadek w otchłań zezwierzęcenia, po drugiej głębię boskości. Tu i tam coś nas ciągnie, coś nas kusi.
    Gdyby jednak te siły nie oblegały twojej psychiki, rozpalając w niej wewnętrzne konflikty, nigdy nie mogłabyś kochać. One nas budzą — rozumiesz? — te przeciwstawne strony, one wyzwalają w nas pasję. A zatem niech będzie ci nauką ta nieszczęsna przygoda; naucz się czerpać dumę z dokonania Thetisa, a zwyciężysz smutek. Wiem, że to trudne, zwłaszcza dla kapitanów. Bo to my naprawdę otwieramy swe dusze na potrzeby innych, to my najintensywniej czujemy i najbardziej cierpimy. Wiedząc to wszystko, mając świadomość, co cię czeka w przyszłości, powołałam cię jednak do istnienia, ponieważ można w życiu doświadczyć też tak wielu radości.
    Okrągły dom wciśnięty w objęcia urokliwej dolinki wcale się nie zmienił, wciąż był tym samym hałaśliwym przybytkiem podekscytowanych dzieci, nieco zmęczonych dorosłych i zapracowanych technobiotycznych serwitorów. Syrinx odniosła wrażenie, jakby nigdy go nie opuściła. Mając osiemnaścioro dzieci, czterdzieścioro dwoje wnuków, jedenaścioro prawnuków i dwie latorośle czwartego pokolenia, Athene prowadziła rodzinę, która nie dawała jej nigdy chwili wytchnienia. Dziewięćdziesiąt procent dorosłych w taki czy inny sposób zajmowało się lotami kosmicznymi, a więc często wyruszało w długie podróże. Ale kiedy wracali, zawsze w pierwszej kolejności odwiedzali dom i Athene, zatrzymując się na dłużej bądź oglądając tylko pobieżnie kąty — w zależności od upodobania.
    — Pensjonat, burdelik i plac zabaw dla dzieci w jednym — powtarzał czasami stary ekskapitan Ruben.
    Młodsze pociechy z radością witały się z Syrinx, krążyły wokół niej z dzikimi okrzykami, żądając całusów i opowieści o planetach, które odwiedziła. Starsi w tym czasie oferowali stonowane wyrazy współczucia. Gdy była z nimi razem, czując i wiedząc, że podzielają jej smutek, wstępowała w nią maleńka otucha.
    Po kolacji Syrinx udała się do swojego dawnego pokoju, prosząc, aby przez kilka godzin nikt jej nie przeszkadzał. Ruben i Athene nie mieli nic przeciwko temu, rozsiedli się w patio na białych metalowych krzesłach, gdzie prowadzili rozmowę w trybie jednokanałowym. Zasępione twarze świadczyły o ich trudnym do jkrycia zmartwieniu.
    Syrinx położyła się na łóżku, patrząc poprzez przezroczysty dach na falujące leniwie zbocza dolin, oblewane mdłym blaskiem mroczniejącej już tuby świetlnej. W ciągu tych siedmiu lat, jakie upłynęły, odkąd „Oenone” osiągnął dojrzałość, drzewa podrosły i krzaki nabrały pełniejszych kształtów, przez co zmieniły się układy zielonych wzorów, jakie pamiętała z dzieciństwa.
    Czuła obecność jastrzębia na półce, gdzie oczyszczano z pianki jego kadłub, a ruchome ramiona suwnic umożliwiały technikom pełny dostęp do potrzaskanego toroidu załogi. Gdy przyswajanie pokarmu dobiegło końca, ton przekazów myślowych „Oenone” powrócił do normy. Statek cieszył się z tego, że jest w centrum zainteresowania, dyskutując żywiołowo z ekipami remontowymi nad drobnymi szczegółami naprawy. Biotechnicy z przenośnymi wziernikami nachylali się nad zniszczonymi pęcherzami sensorowymi, pobierając próbki.
    — Tato?
    — Jestem tu, spryciarko. Mówiłem ci, że zawsze będę przy tobie.
    — Dziękuję. Nigdy w to nie wątpiłam. Co z nim?
    — Czuje się szczęśliwy.
    Od razu zrobiło jej się lżej na sercu.
    — Jest gotowy?
    — Tak, choć z ostatnich lat wiele rzeczy bezpowrotnie zaginęło. Zintegrowaliśmy, co tylko się dało. Rdzeń osobowości jest nienaruszony, lecz brak w nim treści. Pozostało w chłopcu to, co dziecięce, może ta część, którą najbardziej w nim kochałaś.
    — Mogę z nim porozmawiać?
    — Owszem.
    Stalą boso w gęstej, chłodnej trawie na brzegu szerokiego strumienia, osiowa tuba świetlna lśniła wysoko jak nić z uwięzionym w niej blaskiem słońca. Otaczały ją wysokie drzewa, przygięte ciężarem pnączy zwisających strąkami z gałęzi. Deszcz kwiecia sypał się na ziemię, płatki spływały nurtem czystej wody. W nieruchomym powietrzu trzepotały się leniwie motyle, rywalizując z pszczołami o miejsca na kwiatach. Ptaki szczebiotały wesoło. Znajdowała się na położonej opodal trawnika polanie, którą tak lubiła odwiedzać w dzieciństwie. Spojrzawszy w dół, zauważyła na sobie lekką, bawełnianą sukienkę w drobną biało — niebieską kratkę. Wokół kościstych bioder falowały długie, rozpuszczone włosy. Miała trzynaście lat, a dlaczego — zrozumiała, słysząc krzyki i śmiechy dzieci. Była jeszcze dość młoda, by uważać się za część dziecięcej ferajny, a zarazem wystarczająco duża, żeby ją szanowano, żeby mogła się zachowywać wyniośle, nie będąc przy tym wyśmiewaną.
    Sześciu dziesięciolatków wypadło na polanę, jedni w szortach i koszulkach z krótkim rękawkiem, drudzy jedynie w kąpielówkach.
    Rozradowane twarze, zdrowe ciała lśniące w ciepłym świetle.
    „Syrinx!” — Był pośrodku grupki. Rudawe włosy w nieładzie, na ustach szeroki uśmiech.
    „Cześć, Thetis” — odpowiedziała.
    „Płyniesz z nami?” — zapytał z nadzieją.
    Na brzegu, na wpół zanurzona w wodzie, leżała tratwa ze starych krzemowych arkuszy, aluminiowych dwuteowników pokrytych pianką i pustych plastikowych butelek. Ten znajomy widok sprawił, że łzy napłynęły jej do oczu.
    „Nie mogę, Thetis. Przyszłam tylko, żeby sprawdzić, czy z tobą wszystko w porządku”.
    „Jasne, że w porządku! — Spróbował zrobić gwiazdę na trawie, lecz wywróci) się i wybuchnął śmiechem. — Płyniemy do samego zbiornika ze słoną wodą, ale będzie ubaw! Nikomu nic nie mówimy, a osobowość niczego nie zobaczy. Kto wie, co nas tam spotka, może piraci i potwory? A jak znajdziemy skarb? Wydobędę go i zostanę najsławniejszym kapitanem w całym habitacie.
    — Zerwał się na nogi z roziskrzonym spojrzeniem. — Płyń z nami, Syrinx. Proszę”.
    „Innym razem, obiecuję”.
    Dzieci przekrzykiwały się nawzajem, spychając tratwę w rwący nurt strumienia. Przez kilka sekund mocno nią kołysało, lecz uspokoiła się stopniowo. Chłopcy zaczęli ładować się na tratwę.
    Thetis spoglądał to na Syrinx, to znowu na wodę, najwidoczniej w głębokiej rozterce.
    „Obiecujesz? Naprawdę obiecujesz?”
    „Naprawdę”. — Podeszła, ujęła w obie dłonie głowę Thetisa i ucałowała go delikatnie w czoło.
    „Syrinx!” — pisnął z oburzeniem, rumieniąc się, gdy pozostali chłopcy ryknęli szyderczym śmiechem.
    „To dla ciebie. — Zdjęła z szyi wiotki, srebrny łańcuszek z pięknie rzeźbionym nefrytem wielkości winogrona. — Noś go, a będzie tak, jakbym była przy tobie. Następnym razem, kiedy przyjdę, o wszystkim mi opowiesz”.
    „Dobra! — Ruszył biegiem ku tratwie, rozbryzgując stopami wodę i niezręcznie próbując zapiąć łańcuszek. — Nie zapomnij wrócić. Obiecałaś”.
    — Jak daleko dopłynie? — zapytała Sinona, kiedy przyjaciele wciągnęli na tratwę przemoczonego Thetisa.
    — Jak daleko zechce.
    — Ile to potrwa?
    — Ile sobie zażyczy.
    — Ależ, tato!
    — Nie chciałem, żeby to zabrzmiało nonszalancko, przepraszam. Może dziesięć, może piętnaście lat. Widzisz, nawet dzieciństwo z czasem zaczyna nużyć. Zabawy, podczas których rywalizuje się z dorosłymi i przyjaciółmi, to fajna rzecz, lecz sporą część świadomości dziesięciolatka stanowi marzenie o dorośnięciu. Jego przedsięwzięcia są ledwie cieniem dokonań dorosłych ludzi. Jest takie stare powiedzenie, że każdy chłopiec to ojciec mężczyzny. Kiedy więc będzie miał dość przygód i uzmysłowi sobie, że takim mężczyzną nigdy już nie będzie, że jest skazany na wieczne dzieciństwo, jego tożsamość przeleje się z wieloskładnikowej warstwy Romulusa do ujednoliconej osobowości. Ten los czeka nas wszystkich, spryciarko, nawet ciebie.
    — Chcesz powiedzieć, że straci nadzieję?
    — Nie. Śmierć to strata nadziei, cała reszta jest zwyczajną rozpaczą.
    Chłopcy machali wiosłami, przystosowując się do ruchów tratwy. Thetis siedział na przedzie i wykrzykiwał rozkazy, całkowicie w swoim żywiole. Obejrzał się, uśmiechnął i pomachał ręką. Syrinx uniosła dłoń w odpowiedzi.
    — Adamiści tracą nadzieję — powiedziała. — Kapitan „Dymasia” stracił wszelką nadzieję. Dlatego postąpił tak, a nie inaczej.
    — Adamiści są niekompletni. My mamy tę świadomość, że będziemy egzystować nawet po śmierci ciała. Jakaś cząstka naszego jestestwa przetrwa w pewnym sensie setki tysiącleci. Jeśli chodzi o mnie, nawet sobie nie wyobrażam, że mógłbym kiedyś opuścić swój segment wieloskładnikowej osobowości, mając pod opieką ciebie oraz resztę dzieci i wnuków. Może po upływie dziesięciu lub piętnastu pokoleń, gdy przeminie ostatnie uczucie przywiązania, poszukam pełni zjednoczenia z osobowością habitatu i podzielę się sobą z wszystkimi edenistami. Ale to odległa przyszłość.
    — Adamiści mają swoje religie. Myślałam, że ich bogowie dają im nadzieję.
    — Owszem, lecz tylko tym pobożnym. Weź jednak pod uwagę, w jak niewygodnej sytuacji znajduje się przeciętny adamista. Mityczne królestwo, którego nigdy nie pozna, oto, czym jedynie może być to jego niebo. Na dłuższą metę niezwykle trudno wytrzymać w takiej wierze nieszczęsnym, grzesznym śmiertelnikom. Tymczasem nasze drugie życie jest namacalne, rzeczywiste. My nie grzęźniemy w dogmatach, ale trzymamy się faktów.
    — Gorzej, gdy jest się na miejscu Thetisa.
    — Nawet on przetrwa.
    — Jego część, i to w ograniczonej egzystencji. Płynie rzeką, która nie ma końca.
    — Kochany, niezapomniany, szanowany, wieczny.
    Tratwa zniknęła za zakolem, kępa wierzb przesłoniła dalszy jej widok. W powietrzu niosły się piskliwe glosy. Syrinx opuściła rękę.
    „Jeszcze cię odwiedzę, mój ty duży braciszku — mruknęła w stronę bulgoczącego strumienia. — Wiele, wiele razy, zawsze gdy wrócę z podróży. Sprawię, że będziesz czekał z niecierpliwością na moje opowieści. Dam ci nadzieję. Obiecuję”.
    Leżąc w swoim pokoju, patrzyła na mroczny, niewyraźny krajobraz. Osiowa tuba świetlna roztaczała teraz księżycową poświatę, choć nachodziły już na nią pierwsze tego wieczoru chmury deszczowe.
    Syrinx zatrzasnęła swój umysł przed resztą edenistów, zamknęła go przed szybującymi w górze jastrzębiami, zamknęła przed osobowością habitatu. Został tylko ukochany „Oenone” — on ją zrozumie, byli wszakże jednością.
    Z gmatwaniny zwątpienia i niedoli wyłoniła się raptem ostrożna nadzieja, że adarmści mają jednak rację, że istnieje ktoś taki jak Bóg oraz życie po śmierci i dusze. Bo jeśli tak, Thetis nie zginął na zawsze.
    Jakże słaba to jednak była nadzieja.
    Dosięgną! ją „Oenone” swymi myślami, uspokoił i pocieszył.
    Jeżeli jest gdzieś Bóg i jeżeli gdzieś dusza mojego brata jest nienaruszona, niechaj się nim zaopiekuje. Bo taka tam będzie samotna.

7

    Przeszło tysiąc dopływów zasilało zachłanny nurt Juliffe, tworząc pogmatwaną sieć rzek i strumieni zbierających opad na obszarze półtora miliona kilometrów kwadratowych. Przez wszystkie dwieście dziewięćdziesiąt pięć dni, ponieważ tyle trwał rok na Lalonde, wlewały się do głównej rzeki niezmiennie obfite masy wody, a z nimi potężne ilości mułu, gnijących szczątków roślin i połamanych kłód. Gwałtowność i siła prądu rzecznego były tak wielkie, że na odcinku ostatnich pięciuset kilometrów woda przybierała kolor i konsystencję kawy z mlekiem. Parcie rzeki dopełnianej na dwóch tysiącach kilometrów było rzeczywiście olbrzymie: przed samym wybrzeżem koryto rozdymało się na szerokość siedemnastu kilometrów. Samo ujście wyglądało tak, jakby jedno morze przelewało się do drugiego.
    Już w odległości stu kilometrów od morza północny brzeg się rozmywał, a trzęsawiska wdzierały na sto pięćdziesiąt kilometrów w głąb lądu. Bagno Hultaina, zawdzięczające swą nazwę pierwszemu nierozważnemu członkowi ekipy zwiadu ekologicznego, który próbował zbadać obrzeża rozlewiska, okazało się niegościnnym królestwem szuwarów, glonów i ostrozębnych, jaszczurkowatych stworzeń przeróżnych rozmiarów. Żaden podróżnik nie zdołał go przemierzyć, a zwiad ekologiczny musiał się zadowolić zdjęciami satelitarnymi i powierzchownym raportem Hultaina. Kiedy wiatr wiał od północy, do Durringham niósł się ponad rzeką okropny fetor rozkładu. W umysłach mieszkańców miasta Bagno Hultaina urastało do rangi mitycznej krainy nieszczęścia i odrażających straszydeł.
    Tymczasem południowy brzeg Juliffe wznosił się dwanaście metrów nad wartkimi, brązowymi wodami. Zbudowane wyzywająco na tym brzegu miasto nie obawiało się wiosennych wylewów rzeki. Położone między kosmodromem a korytem Juliffe, stanowiło klucz do kolonizacji całego dorzecza.
    Juliffe zapewniała Towarzystwu Rozwoju Lalonde najwygodniejszą naturalną drogę prowadzącą do wnętrza kontynentu. Dopływy ułatwiały dostęp do każdej doliny na tym rozległym lądzie, nie było więc potrzeby wycinać dżungli dla kosztownych w utrzymaniu szlaków. Obfitość drewna sprzyjała budowie przeróżnych jednostek pływających, które były tu najprostszym i najtańszym środkiem transportu. Przemysł budowy statków rzecznych rozwijał się najszybciej w stolicy, gdzie byt czwartej części mieszkańców uzależniony był od kondycji stoczni.
    Kapitanowie związani umowami z LDC zabierali w górę rzeki nowych kolonistów, a z założonych tam gospodarstw sprowadzali nadwyżkę plonów, którą kupowało miasto. Dziennie kilkaset jednostek wypływało w rejs lub zawijało do portu. Port ze swoimi nabrzeżami, magazynami, targowiskami i stoczniami tak się rozrastał, że z czasem odgraniczył od rzeki całe miasto. Było to także miejsce, gdzie logika nakazywała wybudować sypialnie dla kolonistów.

* * *

    Sypialnia przejściowa wręcz urzekła Jay Hilton — tak bardzo się różniła od wszystkiego, co dziewczynka dotąd widziała. Na konstrukcji z metalowych prętów osadzony był prosty, dwuspadowy dach z paneli ezystakowych, długi na osiemdziesiąt metrów.
    Brakowało ścian — urzędnik LDC powiedział, że w przeciwnym razie nikt nie wytrzymałby panującego w środku zaduchu. Na betonowej podłodze ustawiono rzędy twardych drewnianych pryczy.
    Pierwszą noc Jay przespała w śpiworze pośrodku sypialni, gdzie ułożyły się dzieci należące do grupy numer 7. Długo nie mogła zasnąć, gdyż ludzie gadali i gadali, a rzeka za skarpą płynęła z głośnym szumem. Wątpiła też, czy kiedykolwiek przywyknie do tak dużej wilgotności powietrza; odkąd wysiadła z kosmolotu, jej ubranie ani razu nie wyschło.
    Za dnia, gdy w sypialni panował tłok, przejścia między pryczami świetnie się nadawały do gonitw i tym podobnych zabaw.
    Pod trzeszczącym dachem toczyło się sielankowe życie; dzieci nie miały zorganizowanego czasu, mogły więc robić, co im się żywnie podobało. Drugi dzień upłynął Jay na poznawaniu innych dzieciaków z grupy. Rankiem niemiłosiernie dokuczały dorosłym, po obiedzie zaś całą gromadą zeszły nad rzekę, aby popatrzeć na statki. Jay nie mogła wyjść z podziwu. Tereny portowe wyglądały jak żywcem wzięte z historycznego programu AV — niczym fragment ziemskiego średniowiecza wskrzeszony na odległej planecie. Wszystko tu robiono z drewna, a statki były wprost cudowne z tymi swoimi kołami po obu stronach i wysokimi, żelaznymi kominami, które wyrzucały w górę długie kłęby szarobiałego dymu.
    Dwukrotnie w ciągu tego dnia niebo się zachmurzało i lał rzęsisty deszcz. Dzieci chroniły się pod dach sypialni, patrząc w niemym zachwycie, jak szary welon przysłania Juliffe, a nad głowami przelatują ogromne błyskawice.
    Nigdy nie przypuszczała, że dzikie kraje mogą być aż tak dzikie. Ale skoro matka się nie bała, i ona panowała nad strachem.
    Bezczynność me sprawiała jej nigdy takiej radości. Wyobrażała sobie, jak fantastycznie musi wyglądać podróż rzeką. Jednego dnia i kosmolot, drugiego statek kołowy! Życie było wspaniałe.
    Dostawali dziwne jedzenie, lecz choć tutejsze owoce miały niespotykane kształty i były nieco cierpkie w smaku, to przynajmniej nie musieli spożywać tego mięsa z puszek, które kupowali w arkologii. Po herbatce wydanej dzieciakom w kantynie na końcu sypialni wróciła nad rzekę, chcąc wypatrzyć jakieś miejscowe zwierzę. Pamiętała, że występują tutaj pnączaki, coś jakby skrzyżowanie jaszczurki z małpą. Ich zdjęcie widniało wyraźnie w pamięci dydaktycznej, którą przed opuszczeniem Ziemi zaimportowali jej ludzie z poradni dla emigrantów na stacji w wieży orbitalnej. Unoszący się w głowie dziewczynki fantom sprawiał całkiem miłe wrażenie. Marzyła po kryjomu, że będzie mogła jednego oswoić, gdy już dotrą na przydzielony im teren w górze rzeki.
    Skarpa była zwartą ścianą technobiotycznego polipa o bladym, morelowym kolorze. Dzięki mej przerażająco wielka rzeka nie mogła już wyżerać żyznych czarnoziemów. Tak rozległe zastosowanie technobiotyki budziło w niej mieszane uczucia; Jay nie spotkała nigdy żadnych edenistów, aczkolwiek ojciec Varhoos przestrzegał w arkologii całą parafię przed ich bezduszną technologią wypaczania życia. A jednak użycie w tym miejscu polipa było dobrym pomysłem: zalążki niewiele kosztowały, a sam koral nie potrzebował tak częstych napraw jak beton. Nie widziała w polipie nic zdrożnego. W tym tygodniu cały jej wszechświat wywracał się do góry nogami.
    Ześliznęła się nad samą wodę stromym zboczem skarpy i ruszyła wzdłuż brzegu z nadzieją, że zobaczy ksenobiotyczną rybę.
    Rzeka była tutaj niemalże czysta. Małe fale, uderzające o polipową zaporę, spryskiwały jej gołe nogi; nadal miała na sobie szorty i koszulkę, które z polecenia matki włożyła przed wejściem do kapsuły zerowej. Wielu kolonistów z grupy numer 7 spędziło ranek na przetrząsaniu bagaży w jednym z magazynów, szukając stosowniejszej odzieży.
    Zeszłego dnia Jay i jej matka budziły we wszystkich kolonistach zazdrość i podziw. To było miłe. Nie to co w arkologii, gdzie nimi pogardzano. Szybko jednak otrząsnęła się z tych myśli.
    Buty chlapały po mieliznach, z błyszczących cholewek skapywały kropelki wody. Do rzeki uchodziło mnóstwo szerokich rur ściekowych oraz kanałów odwadniających, które przypominały średniej wielkości strumienie, wobec czego musiała przemykać pod wylotami rur z największą ostrożnością, aby nie ochlapały jej brudy. Powyżej zobaczyła jeden z okrągłych portów; miał średnicę sześciuset metrów i także był zrobiony z polipa. Dawał schronienie łodziom, które mogły kotwiczyć na spokojnych wodach.
    Takie porty spotykało się co kilometr wzdłuż brzegu, zawsze otoczone skupiskiem składów i tartaków. Pomiędzy portami sterczały nad wodą szeregi drewnianych pomostów, przy których cumowały łódki rybaków i drobnych handlarzy.
    Niebo znów pociemniało. Nie wróżyło bynajmniej deszczu, po prostu słońce chyliło się ku zachodowi. Dziewczynce dawało się we znaki zmęczenie, a tutejszy dzień trwał niemiłosiernie długo.
    Weszła pod pomost, gładząc ręką czarne drewniane paliki. Majopi, podpowiedziała jej ejdetyczna pamięć, najtwardsze drewno w całej Konfederacji. Drzewa te miały duże szkarłatne kwiatki.
    Celem sprawdzenia, potarła palcami powierzchnię drewna. Naprawdę było twarde — jak metal albo kamień.
    A po rzece płynął akurat jeden z tych olbrzymich kołowców; niezmordowanie prując dziobem fale, pozostawiał po sobie długą smugę spienionej wody. Wszyscy stłoczeni przy relingu koloniści zdawali się na nią patrzeć. Uśmiechnęła się i pomachała im ręką.
    Grupa numer 7 wypływała nazajutrz. Wtedy dopiero się rozpocznie prawdziwa przygoda. Tęsknym wzrokiem odprowadzała statek sunący w górę rzeki.
    I wtedy właśnie dostrzegła tę rzecz unoszącą się na wodzie przy podporze następnego pomostu. Brudny, żółtoróżowy przedmiot, może metrowej długości — aczkolwiek dalsza jego część była zanurzona, co wywnioskowała ze sposobu, w jaki kołysał się na wodzie. Popędziła naprzód z radosnym okrzykiem na ustach, wzbijając nogami fontanny wody. Z pewnością zobaczyła ksenobiotyczną rybę lub płaza, w każdym razie coś ciekawego, co ugrzęzło tam i czekało na zbadanie. Rozliczne nazwy i kształty przewijały się przez jej głowę, pamięć dydaktyczna próbowała rozpoznać na wpół zanurzoną rzecz.
    A może to coś zupełnie nieznanego? — pomyślała. Może zostanie nazwane od mojego nazwiska? Będę sławna!
    Biegnąc co sił w nogach, zbliżyła się na odległość pięciu metrów, kiedy zobaczyła głowę. Ktoś leżał w wodzie, rozebrany do naga. Twarzą w dół! Nogi poplątały jej się z przerażenia. Krzyknęła, uderzając kolanem o szorstki, twardy polip. Przy otarciu nogi poczuła ostry ból. Przylgnęła plackiem do skarpy z nogami częściowo w rzece, zdrętwiała ze zgrozy i ogarnięta mdłościami. Otarcie zaczynało krwawić. Zagryzła wargi i załzawionym wzrokiem patrzyła na ranę, robiąc wszystko, aby się nie rozpłakać.
    Fala uniosła trupa i uderzyła nim o podporę pomostu. Chociaż łzy napływały jej do oczu, Jay poznała, że to mężczyzna, cały napuchnięty. Odwrócił do niej głowę. Wzdłuż jednego policzka biegła długa, purpurowa pręga. W twarzy ziały puste oczodoły, skóra się marszczyła. Jay zamrugała powiekami. Gnijącym ciałem pożywiały się długie, białe robaki o milionach nóg. Jeden wychynął z półotwartych ust niczym wąski, anemiczny język; czubek kołysał się wolno, jakby badał powietrze.
    Odwróciła z odrazą głowę i wrzasnęła.
    Trzy księżyce Lalonde połączyły swe siły, oblewając okryte nocą miasto jasną, nieziemską poświatą, dlatego deszcz, który spadł godzinę po zachodzie słońca, bardzo pomógł Qumnowi Dexterowi. Normalnie ludzie snujący się grząskimi alejkami całkiem wyraźnie widzieliby drogę, lecz przepływające po niebie gęste obłoki zdecydowanie zmniejszały widoczność. W Durringham nie powstało uliczne oświetlenie, tylko przed wejściami do spelunek kładły się kręgi światła, a na werandach co bogatszych chat wisiały latarnie. Poza tymi odosobnionymi wysepkami iluminacji mrok rozjaśniały jedynie mizernie rozproszone fotony. Wśród wielkich zabudowań fabrycznych portu, gdzie myszkował Quinn, nie było nawet tego, a tylko posępne i nieprzeniknione cienie.
    Z sypialni kolonistów wymknął się zaraz po kolacji, znajdując sobie kryjówkę w przejściu między dwiema parterowymi dobudówkami, przystawionymi na końcu długiego magazynu. Po drugiej stronie dróżki Jackson Gael kucał za beczkami. Z tyłu majaczyła sylwetka wysokiego młyna, którego ściany z desek pięły się w górę jak zbocze urwiska.
    O tak później porze rzadko kto się zapuszczał do tej części portu, co najwyżej osadnicy oczekujący na wypłynięcie z miasta.
    Dwieście metrów na północ znajdowała się kolejna przejściowa sypialnia.
    Quinn doszedł do wniosku, że koloniści stanowią doskonały cel Każdy stróż prawa zwróci większą uwagę na zabójstwo stałego mieszkańca Durringham niż na zaginięcie nowo przybyłego cudzoziemca, którego los i tak nikogo nie obchodził. LDC traktowało osadników jak bydło, a jeśli te cholerne bęcwały jeszcze tego nie wykapowały, tym gorzej dla nich. A jednak Jackson co do jednej rzeczy miał rację: koloniści, mimo wszystko, byli w lepszej sytuacji niż on, jako że najpodlejsze życie na Lalonde wiedli zesłańcy.
    Stało się to oczywiste już pierwszego wieczoru. Kiedy nareszcie dotarli do przejściowej sypialni, zapędzono ich natychmiast do zdejmowania skrzyń z ciężarówek, które wcześniej załadowali na kosmodromie. Po ułożeniu bagaży grupy numer 7 w przyportowym magazynie wyruszyli w kilka osób na miasto. Byli bez grosza przy duszy, ale nie dbali o to, wszak należała im się chwila wytchnienia. Wówczas się dowiedzieli, że szary kombinezon zesłańca ze szkarłatnymi literami IVT działa jak neonowy szyld z napisem: „Srajcie na nas!” Zaledwie oddalili się od portu na kilkaset kroków, a już musieli podwinąć ogon i zmykać w pośpiechu do sypialni. Opluto ich, zelżono ordynarnie, dzieciaki szydziły, kamienie fruwały, a w końcu ktoś nawet spuścił ze smyczy ksenobiotyczne zwierzę. To najbardziej przeraziło Quinna, choć nie dał nic po sobie poznać. Stwór wyglądał jak kot rozdęty do rozmiarów psa, miał smoliście czarne łuski, pysk w kształcie klina i paszczę zaopatrzoną w ostre jak igły zębiska. Błoto wcale nie przeszkadzało pędzącemu w ich kierunku stworzeniu, nic więc dziwnego, iż paru zesłańców przewróciło się na kolana, gdy cała grupa rzucała się do panicznej ucieczki.
    Ale najgorsze były dźwięki wydawane przez bestię, takie przeciągle skowyty, w których zawierały się słowa — osobliwie zniekształcone w ksenobiotycznej krtani, ale jednak słowa: „miejskie męty”, „pojebańcy” oraz inne, zdeformowane nie do zrozumienia, lecz wyrażające tę samą myśl. Stwór ich nienawidził, podobnie jak jego pan, który parskał śmiechem, gdy potężne szczęki zwierza kąsały łydki uciekających.
    Po powrocie do sypialni Quinn usiadł i po raz pierwszy od chwili, gdy jeszcze na Ziemi ogłuszyli go policjanci, zaczął poważnie rozmyślać. Musiał wydostać się z tej planety, której wyrzekłby się nawet Boży Brat. Ale żeby tego dokonać, potrzebował więcej informacji. Tylko człowiek znający miejscowe układy mógł się tu jakoś ustawić. Pewnie wszyscy zesłańcy marzyli o opuszczeniu Lalonde, w przeszłości musiały zdarzać się próby ucieczki.
    Działanie w pośpiechu byłoby jednak grubym błędem. A paradując w tym swoim okazałym kombinezonie, nie zdoła nawet rozeznać się w najbliższym otoczeniu.
    Pochwyciwszy wówczas spojrzenie Jacksona Gaela, kiwnął głową w stronę aksamitnej kurtyny nocy, jaka otaczała sypialnię.
    Obaj wyślizgnęli się po kryjomu i wrócili dopiero o świcie.
    Czekał teraz skulony pod ścianą magazynu, rozebrany do szortów, drżąc z podniecenia na myśl o powtórzeniu tamtej eskapady.

* * *

    Deszcz hałasował, bębniąc o dachy i ściekając z pluskiem na błoto i kałuże. Woda z głośnym bulgotem gnała w dół pobliskiego kanału burzowego. Quinn, wprawdzie przemoknięty, cieszył się, że przynajmniej krople są ciepłe.
    Mężczyzna w kanarkowym sztormiaku zdążył się prawie zrównać ze szczeliną między dwiema przybudówkami, kiedy Quinn go usłyszał. Ciapał w rozmiękłym błocku, mrucząc i podśpiewując sobie pod nosem. Dexter wyjrzał zza narożnika. Lewe oko udoskonalone klastrem nanonicznym pozwalało mu widzieć w podczerwieni. Był to jego pierwszy implant — w arkologii dzięki niemu zdobywał po zmroku przewagę nad przeciwnikiem. Banneth wpoiła mu jedną elementarną zasadę: walcz tylko wtedy, kiedy z góry znasz wynik.
    Implant siatkówkowy ukazał mu czerwoną, widmową postać, która w czasie marszu kiwała się chwiejnie na boki. Deszcz wyglądał jak ziarnista ciemnoróżowa mgiełka, budynki jak bordowe turnie.
    Quinn ruszył się dopiero wtedy, gdy mężczyzna minął szczelinę. Wyszedł na ścieżkę, ściskając w ręku kawał deski. Przechodzień nadal nie zdawał sobie sprawy z jego obecności, deszcz i czerń nocy zapewniały doskonały kamuflaż. Quinn postąpił trzy kroki, uniósł wysoko prymitywną broń i zdzielił nią mężczyzną w tył głowy. Materiał sztormiaka pękł pod wpływem ciosu. Siła uderzenia wprawiła w drżenie rękę Quinna, aż zabolały go stawy.
    Jasny Bracie! Nie chciał, żeby człowiek umarł, nie od razu.
    Ofiara zacharczała i padła twarzą w błoto.
    — Hej, Jackson! — zawołał Quinn. — Gdzie ty się podziewasz, na Jasnego Brata? Sam go stąd nie wyciągnę. Ruszże się prędzej!
    — Quinn? O rany, ciemno tu jak w dupie.
    Dexter obejrzał się na Jacksona, który wychynął spoza beczek.
    W podczerwieni jego ciało przybrało kolor ciemnej wiśni, żyły i arterie przy powierzchni skóry ukazywały się jako jaśniejsze, szkarłatne wężyki.
    — Tutaj jestem. Podejdź trzy kroki do przodu i skręć w lewo.
    — Naprowadzał Jacksona na ciało, upajając się poczuciem władzy. Jackson pójdzie za nim posłusznie, a i pozostali dołączą prędko do szeregu.
    Wspólnymi siłami zaciągnęli ofiarę do wnętrza dobudówki.
    Quinn podejrzewał, że przed laty mieściło się tu coś na kształt biura, po którym zostały cztery gołe ściany z desek i dziurawy dach. Drewno pokrywały wstęgi jakiegoś paskudztwa, a w szczelinach pieniły się grzybowe porosty. Ostra, nieprzyjemna woń przesycała powietrze. Na niebie chmury odsuwały się z wolna w głąb lądu. Wzeszedł księżyc Beriana, rzucając na miasto mętną, cytrynową poświatę. Wątłe promienie sączyły się przez świetlik.
    Dzięki nim Jackson mógł już coś zobaczyć.
    Obaj zbliżyli się do sterty łachów, którą wcześniej spiętrzyli na połamanej kompozytowej skrzyni. Quinn patrzył, jak Jackson wyciera się do sucha. Młodzieniec miał silne ciało, szerokie ramiona.
    — Zapomnij o tym, Quinn — odezwał się Jackson obojętnym tonem, dobrze jednak słyszalnym w ciszy, jaka nastąpiła po deszczu. — Mnie to nie bierze. Wyłącznie hetero, kapujesz? — Zabrzmiało to jak wyzwanie.
    — Spokojnie, wyluzuj się — odparł Dexter. — Co prawda ktoś mi wpadł w oko, ale to nie jesteś ty. — Nie był w stu procentach pewien, czy dałby sobie tak od razu radę z tym kościstym młodzieńcem. Poza tym potrzebował Jacksona. Do czasu.
    Zaczął wkładać ubranie należące do jednej z wczorajszych ofiar: zieloną koszulkę z krótkim rękawkiem, workowate niebieskie szorty i nieprzemakalne buty, tylko nieznacznie za duże na jego stopę. Trzy pary skarpet chroniły przed powstaniem pęcherzy. Kusiło go, żeby zabrać buty w górę rzeki; wolał nie myśleć, co się stanie z jego stopami w lekkim obuwiu zesłańców.
    — No, dobra. Zobaczmy, co tu mamy — powiedział. Zdarli z nieprzytomnego mężczyzny sztormiak, po którym ściekła strużka szczyn. Szorty miał całe w błocie. Jęknął słabo.
    Bez wątpienia nowy kolonista, wywnioskował Quinn, wąchając smród ze zmarszczonym nosem. Ubranie mężczyzny było świeże, buty nowe, zarost zgolony. Pewna otyłość wskazywała na emigranta z arkologii. Miejscowi przeważnie byli szczupli, zapuszczali długie włosy i gęste brody.
    U pasa znaleźli nóż rozszczepieniowy, miniaturowy induktor termiczny i blok odtwarzacza nagrań mood fantasy.
    Quinn odpiął nóż i induktor.
    — Weźmiemy to w górę rzeki. Bez tego tam ani rusz.
    — Będą nas przeszukiwać — powątpiewał Jackson. — Chcesz czy nie, na pewno cię obszukają.
    — I co z tego? Schowamy wszystko w bagażu kolonistów. My go będziemy ładować na statek i my go będziemy znosić na ląd.
    — Racja.
    Quinn miał wrażenie, że słyszy nutkę respektu w głosie młodzieńca. Zaczął wywracać kieszenie nieprzytomnego, mając nadzieję, że nie od szczyn materiał jest taki mokry. Znalazł kartę obywatelstwa wystawioną na nazwisko Jerry’ego Bakera oraz dysk płatniczy z miejscowymi frankami. Aż nagle trafił na to, czego szukał.
    — Boży Bracie! — Wyciągnął dysk kredytowy Banku Jowiszowego ze srebrzystym hologramem po jednej stronie i królewską purpurą po drugiej. — Uwierzysz? Nasz zacny pionier wolał nie zdawać się w tej dziczy na łut szczęścia. Planował kupić sobie bilet powrotny, gdyby w górze rzeki ciężko było wytrzymać. Cwana sztuka. Miał pecha, że wpadł na nas.
    — Da się z tego skorzystać?
    Quinn obrócił głowę Bakera, któremu z piersi wyrwał się cichy, bolesny jęk. Jego powieki trzepotały, rwał się oddech, z ust wypłynęła kropelka krwi.
    — Przymknij się — mruknął Quinn w zamyśleniu. — Cholera, za mocno go walnąłem. Zaraz zobaczymy. — Docisnął kciuk prawej dłoni do kciuka Bakera i uruchomił swój drugi implant.
    Bał się, że jeśli system nerwowy Jerry’ego Bakera pochrzanił się podczas uderzenia, zniekształceniu mógł ulec także bioelektryczny wzorzec jego komórek, który aktywował dysk kredytowy.
    Kiedy sygnał z nanoukładu zawiadomił o zapamiętaniu wzorca, Quinn uniósł dysk kredytowy Banku Jowiszowego i dotknął kciukiem sam środek. Na srebrzystej stronie pojawiły się zielone cyfry.
    Jackson Gael wydał entuzjastyczny okrzyk triumfu i poklepał Quinna po plecach. Dexter miał rację: Jerry Baker wylądował na Lalonde doskonale przygotowany na to, aby za tysiąc pięćset fuzjodolarów wybawić się z kłopotów.
    Obaj powstali.
    — Do licha, teraz nie musimy nawet płynąć z osadnikami — rzekł Jackson. — Możemy urządzić się w mieście. Chryste, będziemy tu żyli jak królowie!
    — Odbiło ci czy co? Poczekaj tylko, aż wpłynie oficjalny raport o zaginięciu. A to się stanie już z samego rana. — Trącił butem postać leżącą nieruchomo na mokrej podłodze.
    — No to kupmy coś za tę forsę. Złoto, diamenty, tkaniny.
    Quinn spojrzał spode łba na uśmiechniętego młodzieńca, zastanawiając się, czy go ocenił właściwie.
    — To nie nasze miasto. Nie wiemy, kto tu jest godny zaufania, komu można dać w łapę. Ten sam gość, który zamieni nam taką sumę pieniędzy, z miejsca się połapie, że zostały zwędzone, i przy pierwszej lepszej okazji poda szeryfowi nasze rysopisy. Pewnie każdy tu pilnuje, żeby nikt mu nie bruździł w interesach.
    — No to co zrobimy z tym szmalem?
    — Część wydamy. Franki też mają swoją siłę nabywczą. Zacznijmy szastać kasą na lewo i prawo. Miejscowi z wielką ochotą będą wydawać dwom durnym kolonistom swoje śmieszne franki zamiast prawdziwych pieniędzy. Potem kupimy sobie parę fajnych rzeczy, które uproszczą nam życie w dżungli, takie jak dobra spluwa. A później… — Przysunął dysk do oczu. — Później wrzucimy to w błoto. Żadnych śladów, rozumiesz?
    Jackson zmarkotniał i na znak zgody kiwnął smętnie głową.
    — Skoro tak mówisz, Quinn. Chyba nie przemyślałem tego zbyt dobrze.
    Baker stęknął, jak gdyby dręczył go jakiś koszmarny sen. Quinn kopnął go od niechcenia.
    — Już ty się o nic bój. Najpierw pomożesz mi wrzucić Jerry’ego do kanału burzowego, niech spłynie do rzeki. Potem pomyślimy nad tym, gdzie by tu można z fasonem wydać trochę forsy. — Zaczął rozglądać się za jakąś dechą, żeby raz na zawsze uciszyć jęki Bakera.
    Po odwiedzeniu paru spelunek zawinęli do lokalu zwanego „U Donovana”. Tutaj, kilka kilometrów od terenów portowych, nie musieli już się obawiać, że napotkają jakichś znajomych kolonistów, chcących przebalować swoją ostatnią noc w dużym mieście. Tak czy owak, nie była to tego rodzaju knajpa, w której porządnickie typy z grupy numer 7 mogłyby się dobrze bawić.
    Podobnie jak większość budynków w Durringham, również ten miał jedną kondygnację oraz ściany z twardego, czarnego drewna. Kamienne słupy dźwigały domostwo metr nad ziemię, wzdłuż frontu biegła weranda. Nad poręczą garbili się piwosze ze szklanymi kuflami w rękach, obserwując nowo przybyłych mętnym wzrokiem. Drogę wysypano grubą warstwą tłucznia, dzięki czemu buty Quinna po raz pierwszy nie zapadały się po kostki w błocie.
    Ich ubranie, uszyte maszynowo z syntetycznych tkanin, dawało ludziom do zrozumienia, że są kolonistami. Miejscowi ubierali się w materiały utkane na krosnach, koszulki i szorty ręcznej roboty oraz wysokie do kolan buciory, zwykle oblepione ziemią. Gdy jednak wychodzili po schodkach, nikt ich nie wyzywał. Quinn poczuł się prawie jak w domu, co mu się nie zdarzyło ani razu, odkąd wysiadł z kosmolotu. Otaczali go ludzie, których rozumiał, spracowani robotnicy mający prawo robić po zmroku wszystko, na co im przyjdzie ochota. Zanim jeszcze przekroczyli próg, doszły ich odgłosy ksenobiotycznych zwierząt. Był to ten sam dziwaczny skowyt, jaki słyszeli zeszłego wieczoru, tym razem jednak wydawany jednocześnie przez pięć czy sześć osobników tego samego gatunku. Quinn porozumiał się wzrokiem z Jacksonem, po czym weszli do środka.
    Blat bufetu był litą dechą biegnącą po jednej stronie pomieszczenia, szeroką na metr i długą na piętnaście. Przed nim ustawił się podwójny szereg ludzi; sześć barmanek z trudem nadążało z obsługą.
    Quinn poczekał, aż przyjdzie jego kolej, po czym wyciągnął dysk kredytowy Banku Jowiszowego.
    — Przyjmujecie takie?
    Dziewczyna spojrzała przelotnie.
    — Jasne.
    — Świetnie, dwa piwa.
    Zaczęła nalewać z beczki.
    — To moja ostatnia noc, jutro odpływam. Nie wiesz przypadkiem, gdzie mógłbym się trochę rozerwać? Trzeba korzystać z życia, póki czas.
    — Na zapleczu. — Nawet nie podniosła wzroku.
    — Super, dzięki. Nalej też sobie ode mnie.
    — Dwa jasne. Proszę. — Postawiła półlitrowe kufle w kałuży na bufecie. — Sześć fuzjodolarów.
    Zdaniem Quinna, potrójnie przepłacił, chyba że tutejsze jasne kosztowało niczym słynne „Norfolskie Łzy”. O tak, miejscowi wiedzieli, jak drzeć skórę z zaglądających tu kolonistów. Uaktywnił dysk kredytowy, przelewając pieniądze do stojącego opodal bloku rachunkowego.
    Czarne, zadziorne, podobne z wyglądu do kotów zwierzęta nazywane tutaj sejasami były odpowiednikiem psów, choć pod względem inteligencji górowały nad swoimi ziemskimi kuzynami. Quinn i Jackson zobaczyli je od razu po rozsunięciu kotary w drzwiach i przepchaniu się na zaplecze lokalu Donovana. Mieściła się tam arena walk; trzy rzędy ławek otaczały dziurę w ziemi o średnicy pięciu i głębokości trzech metrów, wyłożoną warstwą ciosanych kamieni. U krokwi wisiały reflektory punktowe, zalewając centrum wydarzeń jasnym, białym światłem. Na ławach trudno byłoby znaleźć jeden wolny centymetr. Zlani potem kibice wyli i krzyczeli z wypiekami na twarzy. W izbie było niezwykle gorąco, jeszcze cieplej niż w południe na płycie kosmodromu. Wzdłuż tylnej ściany stały rzędem potężne klatki, wewnątrz których kręciły się sejasy, szarżując czasem z jękliwym skowytem i w wielkim wzburzeniu na pręty z wszechobecnego tu czarnego drewna.
    Na ten widok rozjaśniło się oblicze Quinna. Tego mu właśnie było trzeba!
    Z trudem zdołali się wcisnąć na ławkę. Quinn zapytał sąsiada, kto przyjmuje stawki.
    Okazało się, że bukmacher nazywa się Baxter i jest to chudzielec o orientalnych rysach twarzy z paskudną blizną biegnącą od kącika łewego oka, a znikającą pod kołnierzykiem brudnej czerwonej koszulki.
    — Wypłacam jedynie we frankach — burknął.
    U boku Baxtera stała góra mięsa z czarną brodą, przeszywając Quinna spojrzeniem kanibala.
    — Pasuje — zapewnił Dexter potulnie. Postawił na faworyta sto fuzjodolarów.
    Walki robiły wrażenie, były gwałtowne, okrutne, krwawe i krótkie. Właściciele stawali po przeciwnych stronach dziury, trzymając zwierzęta i wykrzykując rozkazy do płaskich, szpiczastych uszu. Kiedy wściekłość doprowadzała sejasy do szaleństwa, spychano je do środka. Czarne opływowe ciała ścierały się z sobą w kotłowaninie kłapiących szczęk i wymachujących łap o sześciu pazurach; sznury mięśni wybrzuszały i rozciągały błyszczącą skórę niczym stalowe tłoki. Utrata kończyny nawet nie spowalniała zwierzęcia. Quinn patrzył, jak odgryzają sobie nawzajem nogi, szczęki, wydłubują oczy, rozrywają podbrzusza. Dno jamy stało się śliskie od krwi, płynów organicznych i kłębów wnętrzności.
    Zmiażdżenie czaszki zazwyczaj kończyło walkę; przegrywające sejasy uderzane były raz po raz o kamienną ścianę, aż pękały kości i wylewał się mózg. Miały zaskakująco czerwoną krew.
    Quinn stracił pieniądze na trzech pierwszych walkach, na czwartej zaś zgarnął sześćset franków, ekwiwalent stu pięćdziesięciu fuzjodolarów. Trzecią część pieniędzy wręczył Jacksonowi, po czym znowu postawi! w zakład dwieście fuzjodolarów.
    Po siedmiu walkach był osiemset fuzjodolarów do tyłu, ale za to z dwoma i pół tysiącami franków w kieszeni.
    — Hej, znam ją — powiedział Jackson w pewnej chwili, kiedy przed jamą doprowadzano do szału następną parę sejasów. Jeden z nich był starym samcem o ciele poznaczonym gmatwaniną blizn.
    Na niego zdecydował się postawić Quinn. Ufaj zawsze wielokrotnym zwycięzcom.
    — Kogo?
    — Tamtą dziewczynę. Jest z grupy numer 7.
    Quinn podążył za jego spojrzeniem. Dostrzegł bardzo atrakcyjną nastolatkę z gęstwą ciemnych włosów opadających na ramiona. Miała na sobie bluzeczkę bez rękawów z głębokim dekoltem, niewątpliwie nową, z lśniącego, z pewnością syntetycznego materiału. Na jej twarzy malowało się zdumienie i podniecenie, smak zakazanego owocu wydaje się przecież najsłodszy. Siedziała między dwoma bliźniakami w wieku około trzydziestu lat, o jasnych, dopiero co zaczynających rzednąć włosach. Ubrani w niezgrabnie skrojone koszulki z kraciastej bawełny, mieli tę opaleniznę, jaka znamionuje ludzi pracujących długie godziny na słońcu.
    — Skąd wiesz? — Przy tym oświetleniu nie mógł rozpoznać twarzy.
    — To proste. Takich cycków się nie zapomina. Ma na imię Mary, Mandy czy coś w tym rodzaju.
    Sejasy wskoczyły do jamy, tłum ryczał. Dwa mocarne, prężne ciała zwarły się w zapasach, wirując obłąkańczo, tnąc powietrze zębami i pazurami.
    — Zastanawiam się, kto jej pozwolił tu przyjść — mruknął Quinn. Zaczynał się denerwować, nie potrzebował komplikacji w osobie jakiejś dziewczyny. — Pogadam teraz z Baxterem. Pamiętaj, żeby cię nie zauważyła. Nie może wiedzieć, żeśmy tu byli.
    Jackson uniósł kciuk i pociągnął łyk z kufla.
    Baxter stał na pochylni prowadzącej z dołu do klatek. Obserwował pilnie przebieg walki, obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Na widok Quinna kiwnął nieznacznie głową.
    Gejzer krwi trysnął z jamy, ochlapując siedzących najniżej ludzi. Gdy jeden z sejasów zacharczał głośno, Quinnowi zdało się, że słyszy wołanie o pomoc.
    — Dobrze ci się dziś wiodło — rzekł Baxter. — Wyszedłeś na zero. Cóż, początkujący zawsze mają fart. Jak chcesz, przyjmę wyższą stawkę.
    — Odpada, potrzebuję pieniędzy. Wkrótce odpływam.
    — W takim razie zbuduj dla rodziny ładny domek. Życzę szczęścia.
    — Tam, w górze rzeki, będę potrzebował czegoś więcej niż szczęście. Bo co się stanie, jeśli napatoczę się na takiego bydlaka?
    — Wskazał palcem arenę. Stary samiec zwarł szczęki na gardle młodszego sejasa i uderzał jego głową o kamienie, nie przejmując się pazurami przeciwnika, które żłobiły mu w bokach głębokie bruzdy.
    — Sejasy rzadko zapuszczają się nad rzekę, wilgoć im nie służy — odrzekł Baxter. — Dasz sobie radę.
    — Sejas lub jeden z jego krewniaków. Potrzebowałbym czegoś porządnego, tak żeby raz palnąć i zabić.
    — Zwozicie tu z Ziemi całą górę sprzętu.
    — Spółka nie pozwala nam wwieźć wszystkiego, co by nam się przydało. Chciałbym też dostać coś dla odprężenia. Myślałem, że zaopatrzę się gdzieś w mieście. Myślałem, że może ty byś wiedział, z kim powinienem pogadać.
    — Trochę za dużo myślisz.
    — Za to sypię pieniędzmi.
    Tymczasem w jamie głowa sejasa rozpadła się niemal na kawałki, uderzona po raz ostatni o kamienną ścianę. Papkowate strzępy mózgu spadły jak deszcz na widzów.
    Quinn uśmiechnął się, kiedy stary samiec uniósł głowę w stronę swego uradowanego pana i dobył z gardła bulgoczący, świdrujący w uszach skowyt.
    — Jesteś mi winien jeszcze tysiąc franków — powiedział do Baxtera. — Połowę możesz sobie zatrzymać jako prowizję pośrednika.
    Głos Baxtera zniżył się o oktawę:
    — Bądź tu za dziesięć minut. Pokażę ci człowieka, który może ci pomóc.
    — Rozumiem.
    Kiedy Quinn wrócił do Jacksona, stary samiec obwąchiwał arenę. Niebieski jęzor zaczął chłeptać posokę spływającą obficie po kamieniach.
    Jackson przypatrywał się ponuro widowisku.
    — Już wyszła. Razem z bliźniakami, zaraz po walce. Chryste, żeby tak się puszczać… Jeszcze dzień nie upłynął, jak tu przyjechała.
    — Tak? No to sobie pomyśl, że przez dwa tygodnie będzie uziemiona razem z tobą na jednym pokładzie statku. Wtedy się postarasz, żeby twoje było na wierzchu.
    Jackson wyraźnie się ucieszył.
    — Racja.
    — Chyba zdobędę, czego nam potrzeba. Choć Boży Brat wie, jaką broń sprzedają w tej dziurze. Pewnie kusze.
    Jackson popatrzył mu prosto w oczy.
    — Nadal myślę, że powinniśmy tu zostać. Co zamierzasz robić w górze rzeki? Chcesz zdobyć osadę?
    — Jeśli będę musiał. Nie tylko Jerry Baker przywiózł tu z sobą dysk kredytowy Banku Jowiszowego. Jak zbierzemy dość forsy, kupimy sobie wolność i opuścimy tę kupę gówna.
    — Chryste, nie żartujesz? Możemy stąd prysnąć? Tak całkiem, na zawsze?
    — Pewnie. Ale najpierw musimy uzbierać sporo gotówki, co oznacza, że przyjdzie nam odebrać dyski kredytowe wielu kolonistom. — Przeszył młodzieńca tego rodzaju spojrzeniem, jakim Banneth świdrowała nowych rekrutów. — Wchodzisz w to, Jackson? Szukam ludzi, którzy zdecydują się wspierać mnie od początku do końca, lecz nie ścierpię nikogo, kto chowa głowę w piasek, gdy pojawiają się pierwsze kłopoty.
    — Możesz na mnie liczyć. Do końca. Chryste, Quinn, przecież wiesz. Udowodniłem to wczoraj i dzisiaj.
    Pewna nuta desperacji wkradła się w ton jego głosu. Jackson nalegał, żeby Quinn dopuścił go do swej gry. Fundamenty zostały położone.
    A więc niech gra się zacznie, pomyślał Quinn Dexter. Największa możliwa rozgrywka, którą Boży Brat prowadzi od zarania świata. Czas zemsty się zbliża.
    — Dobra, chodźmy — powiedział. — Zobaczymy, co ten Baxter ma dla nas.

* * *

    Horst Elwes badał procesy fizjologiczne organizmu, sprawdzając na wyświetlaczu odczyty bloku procesorowego. Na koniec spojrzał w twarz pogrążonej we śnie Jay Hilton. Zwinęła się w kłębek w śpiworze, jej rysy ułożyły się w wyraz ulgi i spokoju. Oczyścił paskudne otarcie na nodze dziewczynki, podał jej antybiotyk i obłożył ranę okładem nabłonkowym. Mocna tkanka ochronna miała za zadanie przyspieszyć proces regeneracji komórek skóry.
    Takie okłady nie nadawały się, niestety, do wielokrotnego użytku. Horst zaczynał żałować, że tak skąpo wyposażył swą walizę z medykamentami. Zgodnie z dydaktycznym kursem medycyny, uszkodzona skóra człowieka łatwo gnije wystawiona na ciągłe działanie wilgotnego powietrza. A gdzie było wilgotniej niż w dorzeczu Juliffe?
    Odpiął od szyi Jay podkładkę czujnika i wsunął ją w szczelinę bloku medycznego.
    Ruth Hilton mierzyła go pełnym napięcia wzrokiem.
    — I jak?
    — Dałem jej środek uspokajający. Będzie teraz spać bite dziesięć godzin. Byłoby dobrze, gdyby cię zobaczyła, kiedy się obudzi.
    — Oczywiście, że będę przy niej czuwać — obruszyła się.
    Horst kiwnął głową. Ruth okazywała wielką troskę i współczucie przez cały czas, odkąd zapłakana dziewczynka weszła chwiejnym krokiem do sypialni. Nie pozwalała sobie na żadną słabość. Trzymała dłoń córki, kiedy Horst dezynfekował ranę, a szeryf zadawał pytania. Dopiero teraz puszczały jej nerwy.
    — Przepraszam — powiedziała.
    Horst pocieszył ją uśmiechem i zabrał blok medyczny. Urządzenie było większe od standardowych bloków procesorowych, długie na trzydzieści pięć centymetrów, na dwadzieścia pięć szerokie i na trzy grube. Przechowywało w swej pamięci wzorce symptomatyczne i terapie zwalczania wszelkich znanych ludzkich dolegliwości, ponadto dało się do niego podłączyć kilka dodatkowych układów sensorycznych. Z nim też wiązały się dalsze obawy Horsta; zdrowie osiedleńców z grupy numer 7 miało być całkowicie uzależnione od tego przyrządu przez wiele następnych lat. Powoli zaczynał odczuwać brzemię odpowiedzialności. Krótki pobyt w arkologicznym przytułku unaocznił mu, jak niewielki jest pożytek z teoretycznej znajomości medycyny, gdy ma się do czynienia z rzeczywistymi obrażeniami. Co prawda dość szybko nabrał wprawy w udzielaniu pierwszej pomocy i był w stanie pomóc zapracowanym lekarzom, lecz każdy wypadek poważniejszy niż rozcięcie czy złamanie kości mógł w górze rzeki skończyć się tragicznie.
    Dobrze, że przynajmniej znalazł blok w swym bagażu, bo przecież wiele innych przedmiotów przepadło gdzieś w drodze między kosmodromem i magazynem. Do licha, czemuż Ruth musiała mieć rację? Żaden z szeryfów nie okazał zbytniego zainteresowania, kiedy doniósł o zniknięciu lekarstw. I znowu stało się tak, jak przepowiedziała.
    Westchnął i położył dłoń na ramieniu Ruth, która siedziała na skraju pryczy, głaszcząc Jay po głowie.
    — Jest o wiele dzielniejsza ode mnie — powiedział. — Wyjdzie z tego. W tym wieku straszne obrazy bardzo szybko się zacierają. No i niebawem wypłyniemy w górę rzeki. Dziewczynka na pewno poczuje się lepiej z dala od miejsca, gdzie to się wszystko stało.
    — Dziękuję, Horst.
    — Czy twoi przodkowie korzystali z inżynierii genetycznej?
    — Owszem, co nieco. Nie jesteśmy wprawdzie Saldanami, lecz jednemu z moich świętej pamięci przodków całkiem dobrze się w życiu powodziło, przez co sześć czy siedem pokoleń temu stać nas było na parę podstawowych ulepszeń. A co?
    — Myślałem o infekcji. Spotyka się tu swego rodzaju zarodniki grzybowe, które mogą żyć w ludzkiej krwi. Ale jeśli w twojej rodzinie wzmacniano kiedykolwiek układ odpornościowy, to nie ma powodu do strachu.
    Wstał i rozprostował kości, krzywiąc się, kiedy strzyknęło go w kręgosłupie. W sypialni zapanował spokój; w środkowej części, gdzie ułożyła się do snu reszta dzieci z grupy numer 7, pogasły już światła. Wokół długich paneli świetlnych, których nie wyłączano na noc, zbierały się rojnie pszczelej wielkości owady o dużych, szarych skrzydełkach. Pozostali koloniści opuścili Horsta i Ruth, gdy szeryf wyruszył obejrzeć ciało nad rzeką. W kantynie odbywał się jakiś wiec, brała w nim udział większość dorosłych.
    W rogu po przeciwnej stronie sypialni zbili się w ciasną gromadkę wyjątkowo markotni zesłańcy. I wystraszeni, przypuszczał Horst.
    Wykolejona młodzież, która zapewne nigdy przedtem nie widziała otwartego nieba, nie mówiąc już o pierwotnej dżungli. Przez cały dzień skazańcy nie ruszali się z sypialni. Horst wiedział, że powinien próbować się z nimi zapoznać, przerzucić most między więźniami a kolonistami, zjednoczyć społeczność. Bądź co bądź, mieli spędzić razem resztę życia. Brakowało mu jednak odwagi.
    Jutro, obiecał sobie w duchu. Przez dwa tygodnie będziemy wszyscy płynąć jednym statkiem, nadarzy się mnóstwo okazji.
    — Powinienem uczestniczyć w wiecu — rzekł. Przyglądał się z daleka, jak dwaj mężczyźni stoją twarzą w twarz, próbując się przekrzyczeć.
    — A niech sobie gadają — burknęła Ruth. — Przynajmniej nic w tym czasie nie nabroją. I tak żadne rozstrzygnięcia nie są możliwe, póki nie zjawi się nadzorca.
    — Miał przyjść rano. Każdy chce wiedzieć, jak budować domy, a nikt nam jeszcze nie powiedział, na jakich terenach zamieszkamy.
    — Wkrótce się dowiemy. Nadzorca będzie mógł w czasie rejsu pouczać nas do woli. Coś mi się zdaje, że drań hula teraz po mieście. I nic dziwnego, skoro ma cackać się z nami przez całe osiemnaście miesięcy.
    — Czy zawsze musisz mieć o ludziach złe zdanie?
    — Ja na jego miejscu tak właśnie bym zrobiła. Ale nie to mnie dziś dręczy.
    Horst zerknął ukradkiem w stronę wiecu. Odbywało się głosowanie, ręce poszły w górę. A on siedział na pryczy i patrzył na Ruth.
    — Co cię dręczy?
    — Morderstwo.
    — Jeszcze nie wiadomo, czy to było morderstwo.
    — Pomyśl logicznie. Ten człowiek został rozebrany. Cóż innego wchodzi w rachubę?
    — Może się upił? — Chociaż, na Boga, komu się chciało pić, gdy gapił się na tę rzekę?
    — Był pijany i chciał sobie popływać? W Juliffe? Zejdź na ziemię, Horst!
    — Dopiero autopsja wykaże, czy… — Zająknął się pod spojrzeniem Ruth. — Raczej wątpliwe, żeby odbyła się autopsja, no nie?
    — Na pewno wrzucili go do wody. Szeryf powiedział, że rano żony dwóch osadników z grupy numer 3 doniosły o zaginięciu mężów. Pete Cox i Ałun Reuther. Stawiam dziesięć do jednego, że w wodzie pływał kolonista.
    — Całkiem możliwe — przyznał Horst. — To straszne, że i tutaj dochodzi do rozbojów. Aż trudno sobie wyobrazić takie rzeczy na planecie w pierwszym stadium zasiedlania. Chociaż, z drugiej strony, Lalonde nie jest tym światem, jaki sobie wymarzyłem. Na szczęście niedługo opuścimy Durringham. W naszej małej społeczności wszyscy będą znali się zbyt dobrze, żeby coś takiego uszło bezkarnie.
    Ruth przelana oczy z ponurą miną.
    — Horst, kiedy ty wreszcie zaczniesz myśleć? Dlaczego trup był nagi?
    — Nie wiem. Ktoś pewnie potrzebował ubrania, butów.
    — Otóż to. A teraz powiedz, który łotrzyk zabija dla pary butów? Dwa razy, i to z zimną krwią? Boże, ludzie tutaj są biedni, nie przeczę, lecz ich położenie nie jest aż tak rozpaczliwe.
    — A więc kto?
    Przeniosła wzrok nad jego ramieniem. Horst odwrócił się nerwowo.
    — Zesłańcy? Czy wszyscy od razu muszą ich podejrzewać? — zapytał z wyrzutem.
    — Sam widziałeś, jak traktują ich w mieście, a i my nie obchodzimy się z nimi lepiej. Niechby tylko wytknęli nos z portu, zaraz dostaliby wycisk. Każdy ich rozpozna, póki noszą te swoje kombinezony, a innej odzieży nie mają. A zatem kto najprędzej się połasi na zwyczajne ubranie? Kto nie cofnie się przed niczym, żeby tylko je zdobyć? I jeszcze jedno: morderca zabija na terenie portu, niebezpiecznie blisko tej sypialni.
    — Chyba nie myślisz, że to jeden z naszych?
    — Powiedzmy, że się modlę, aby to był ktoś inny. Ale sądząc po tym, jak nam się tu powodzi, za bardzo na to nie liczę.

* * *

    Na nocnym niebie pozostał już tylko Diranol, najmniejszy i najdalszy z trzech naturalnych satelitów Lalonde, powleczony warstwą ochrowego regolitu skalisty glob średnicy dziewięciuset kilometrów, krążący w odległości pół miliona kilometrów od swej macierzystej planety. Wisiał właśnie nad wschodnim widnokręgiem, ubarwiając Durringham bladą różowawą poświatą, kiedy motorower wyhamował gwałtownie tuż poza obrębem światła sączącego się z wnętrza olbrzymiej przejściowej sypialni osadników. Marie Skibbow nie musiała już tak kurczowo trzymać się Furgusa. Jazda przez pogrążone w mroku miasto była fantastycznym przeżyciem, napełniała każdą sekundę radością i podnieceniem. Ściany umykały wstecz, wyczuwalne raczej niż widoczne, snop światła z reflektora ukazywał koleiny i kałuże błota niemal w tej samej chwili, gdy na nie najeżdżali, wiatr rozwiewał włosy, pęd powietrza wyciskał łzy z oczu. Przezwyciężała strach przed niebezpieczeństwem związanym z każdym zakrętem, żyła pełną piersią.
    — No i dojechaliśmy, to twój przystanek — oświadczył Furgus.
    — Zgadza się. — Przełożyła nogę nad siodełkiem i stanęła obok młodzieńca. Powoli ogarniało ją zmęczenie; zastygła w bezruchu fala zniechęcenia tylko czekała, aby runąć z wysoka i przygnieść ją brzemieniem tego wszystkiego, z czym wiązała się przyszłość.
    — Jesteś najlepsza, Marie. — Gdy całowali się na pożegnanie, pieścił jej prawą pierś poprzez materiał bluzeczki. A potem odjechał, światełko tylnego reflektora zgasło szybko w ciemnościach.
    Ruszyła do sypialni z obwisłymi ramionami. Prycze przeważnie były już pozajmowane, ludzie chrapali, kasłali, przewracali się z boku na bok. Miała ochotę odwrócić się i uciec z powrotem do Furgusa i Hamisha, z powrotem do zakazanej rozkoszy ostatnich kilku godzin. Jeszcze huczało jej w głowie po przeżytych doświadczeniach: dzikim bestialstwie szczutych sejasów, szaleństwach tłumu u Donovana, rozpalającym zmysły widoku krwi.
    A potem nastąpiły upojnie nieprzyzwoite chwile w spokojnej chatce bliźniaków na drugim końcu miasta, kiedy ich muskularne ciała obejmowały ją najpierw pojedynczo, a następnie razem. I ta zwariowana jazda w cynobrowej poświacie księżyca. Marie pragnęła, aby każdy dzień był taki sam, bez końca.
    — Gdzieś ty się, do cholery, włóczyła?
    Ojciec stanął przed nią z mocno zaciśniętymi zębami, co znaczyło, że naprawdę się wkurzył. Ale tym razem miała to w nosie.
    — Po mieście.
    — Mów jaśniej!
    — Zabawiałam się. Robiłam dokładnie to, czego twoim zdaniem nie powinnam robić.
    Uderzył ją w policzek, aż echo odbiło się od wysokiego dachu.
    — Nie będziesz mi tu, cholera, pyskować! Zadałem pytanie.
    Co robiłaś?
    Marie patrzyła mu hardo w oczy. Choć piekł ją policzek, nawet go nie potarła.
    — I co dalej, tato? Pogonisz mnie z pasem? A może po prostu walniesz mnie pięścią?
    Zdumienie odebrało mowę Geraldowi. Ludzie z sąsiednich pryczy odwracali się w ich stronę, przecierając zaspane oczy.
    — Patrz, która godzina! Co w ciebie wstąpiło? — syknął.
    — Jesteś pewien, że chcesz poznać prawdę, tato? Naprawdę, jesteś pewien?
    — Ty bezwstydna lisico. Matka przez całą noc się o ciebie zamartwiała. Czy to cię nic nie obchodzi?
    Marie wydęła wargi.
    — A jaka tragedia może mi się przytrafić w tym raju, do którego nas sprowadziłeś?
    Przez chwilę bała się, że znowu ją uderzy.
    — Dwie osoby zginęły w porcie w tym tygodniu.
    — Tak? To mnie wcale nie dziwi.
    — Marsz do łóżka! — warknął przez zaciśnięte zęby. — Rano porozmawiamy.
    — Porozmawiamy? — zapytała zgryźliwie. — To znaczy, że i ja będę miała prawo coś powiedzieć?
    — Szlag jasny trafił, Skibbow, zamknij się wreszcie!krzyknął ktoś. — Ludzie chcą spać.
    Odprowadzana bezradnym spojrzeniem matki, Marie ściągnęła buty i wolnym krokiem podeszła do swej pryczy.

* * *

    Quinn drzemał jeszcze w śpiworze, borykając się ze skutkami żłopania mocnego piwa w budzie Donovana, kiedy ktoś złapał za krawędź pryczy i przechylił ją gwałtownie o dziewięćdziesiąt stopni. Lecąc na ziemię, wywijał w swym śpiworze rękami i nogami, lecz nic mu to nie pomogło. Najpierw wyrżnął biodrem o beton, aż coś mu zgrzytnęło w miednicy, potem wylądowała jego szczęka. Wrzasnął z bólu i zaskoczenia.
    — Wstawaj, skazańcze! — usłyszał.
    Stał nad nim mężczyzna ze zbójeckim uśmiechem, trochę po czterdziestce, wysoki i barczysty, z grzywą czarnych włosów i bujną brodą. Chropawa, ogorzała skóra rąk i twarzy pokryta była iście księżycowym reliefem blizn po ospie i czerwonych siateczek popękanych naczynek. Ubranie miał uszyte z naturalnych tkanin: grubą bawełnianą koszulę w czarno — czerwoną kratę z oderwanymi rękawami, zielone spodnie dżinsowe, sznurowane buty po kolana oraz pas, w którym tkwiły rozmaite elektryczne gadżety i straszliwa maczeta o stalowym ostrzu blisko metrowej długości. Na cienkim łańcuszku pod szyją błyszczał srebrny krzyżyk.
    Buchnął tubalnym śmiechem, kiedy Dexter jęknął na skutek bólu, jaki przeszył jego biodro. Przebrała się miarka. Ten gnój dostanie zaraz za swoje! Quinn złapał za klamerkę, chcąc otworzyć śpiwór. Rozpiąwszy go, wyrzucił na zewnątrz ręce i kopnął nogami, żeby strząsnąć z siebie nakrycie. Kątem oka dostrzegł, jak pozostali zesłańcy krzyczą w panice i zeskakują z pryczy. Wielka, wilgotna paszcza zwarła się dokoła jego prawej ręki, i to dosłownie dokoła. Ostre zęby przekłuły delikatną skórę nadgarstka, ich końce ocierały się o ścięgna. Na krótką chwilę struchlał z przerażenia. Nie był to pies, ale potwór, pieprzona bestia z piekła rodem.
    Nawet sejas dwa razy by się namyślił, zanimby wszedł mu w drogę. Stwór musiał mierzyć metr w kłębie. Miał krótką, szarą sierść i obły pysk w kształcie młota; z czarnej paszczęki ściekała lepka ślina. Gdy z cicha powarkiwał, wwiercając w swą ofiarę wielkie szkliste ślepia, Quinn czuł wibracje w całym ramieniu. Czekał potulnie, aż szczęki się zacisną i zacznie się cierpienie. Pies jednak tylko patrzył.
    — Nazywam się Powel Manani — oznajmił brodacz. — Nasz przesławny przywódca, gubernator Colin Rexrew, wyznaczył mnie na nadzorcę Grupy Przesiedleńczej numer 7. A to oznacza, zesłańcy, że należycie do mnie ciałem i duszą. I żeby nie było żadnych niedomówień: nie znoszę zesłańców. Ten świat byłby o wiele lepszym miejscem do życia bez was, śmierdzących degeneratów, którzy tylko myślą o rozróbie. Ale cóż, skoro zarząd LDC postanowił narzucić nam wasze towarzystwo, dołożę wszelkich starań, abyście odpracowali każdego cholernego franka, którego wydano na wasz przelot. A więc kiedy powiem: liżcie gówno, będziecie je zlizywać. Żreć będziecie, co wam podam. Nosić, co się wam każe. A ponieważ jesteście z natury leniwymi łotrami, przez pierwsze dziesięć lat nie zaznacie czegoś takiego jak dzień wolny od pracy.
    Kucnął przed Quinnem i wyszczerzył szyderczo zęby.
    — Twoje imię, dupku!
    — Quinn Dexter… sir.
    Powel uniósł brwi, zadowolony.
    — I tak trzymaj. Bystry jesteś, Quinn, prędko się uczysz.
    — Dziękuję, sir. — Psi jęzor naciskał na jego palce, ślizgał się ohydnie po knykciach. Nigdy nie słyszał o tak świetnie ułożonym zwierzęciu.
    — Cwaniaki lubią sprawiać kłopoty, Quinn. Będziesz mi sprawiał kłopoty?
    — Nie, sir.
    — Będziesz wstawał rano jak należy, Quinn?
    — Tak, sir.
    — Dobrze. Widzę, że się rozumiemy. — Powel wstał, a pies puścił rękę Dextera i cofnął się o krok.
    Quinn przyjrzał się dłoni: błyszczała od śliny, czerwone ślady wokół nadgarstka przypominały wytatuowaną bransoletkę, zebrały się też dwie duże krople krwi.
    Powel pogłaskał czule głowę psa.
    — To mój przyjaciel, Vorix. Jest połączony ze mną więzią afiniczną, dzięki czemu mogę dosłownie wywąchać każde szai chrajstwo, jakie byście tu, czubki, obmyślali. Nie próbujcie więc żadnych sztuczek, bo ja już je wszystkie poznałem. Jeśli się dowiem, że któryś wychyla się z szeregu, Vorix się z nim porachuje.
    I wcale nie ręce zechce mu odgryźć następnym razem. On wyżre mu jaja. Wszyscy zrozumieli?
    Zesłańcy odpowiadali potakująco z opuszczonymi smętnie głowami, unikając wzroku Powela.
    — Cieszę się, że odebrałem wam złudzenia. No, dobrze, pora przejść do dzisiejszych obowiązków. Nie będę się powtarzał.
    Grupa numer 7 wyrusza w górę rzeki na trzech statkach: „Swithland”, „Nassier” i „Hycell”. Teraz cumują w porcie trzecim, skąd wypływają za cztery godziny. Tyle macie czasu, żeby załadować sprzęt kolonistów. Jeśli jakieś skrzynie zostaną pominięte, poniesiecie je na własnych grzbietach do osady w górze rzeki. Nie sądźcie, że będę was bez przerwy niańczył, zorganizujcie się i do roboty. Podróżować będziecie ze mną i z Vorixem na pokładzie „Swithlanda”. No, jazda!
    Vorix zaszczekał i obnażył kły. Powel patrzył, jak Quinn cofa się strachliwie niczym rak, potem podnosi się i goni za resztą zesłańców. Wiedział, że Dexter przysporzy mu jeszcze kłopotów; pomagał już w rozbudowie pięciu osad i myśli zesłańców były dlań równie czytelne co urzędowe raporty. Młodzieniec taił w sobie sporo gniewu, do tego był sprytny. Nie przypominał innych wykolejonych dzieciaków, prawdopodobnie dał się wciągnąć do jakiejś podziemnej organizacji, zanim go przetransportowali. Powel zastanawiał się, czy nie odpłynąć bez niego, niechby zajęli się nim szeryfowie w Durringham. Niestety, w Biurze Alokacji Gruntów wiedzieliby, że to jego sprawka, dostałby wpis do akt, które i tak już zawierały listę wielu niechlubnych incydentów.
    — Do diabła — mruknął pod nosem. Zesłańcy opuścili sypialnię i maszerowali dróżką w stronę magazynu. I wyglądało na to, że gromadzą się wokół Quinna, czekając na jego polecenia.
    Cóż, jeśli nie będzie innego wyjścia, Quinnowi przytrafi się wypadek w dżungli.
    Horst Elwes, obserwujący całe zajście wraz z innymi osadnikami z grupy numer 7, podszedł teraz do Powela. Pies nadzorcy odwrócił łeb, żeby mu się przyjrzeć. Boże, ależ to było bydlę!
    Lalonde wymagało od kapłana rzeczywiście wielkiego wysiłku.
    — Czy naprawdę trzeba aż tak okrutnie obchodzić się z tymi chłopcami? — zwrócił się do Powela Mananiego.
    Zapytany zmierzył go od stóp do głów, zawieszając dłużej spojrzenie na krzyżyku.
    — Tak, ojcze, i mówię to z całym przekonaniem. Z nimi inaczej nie można. Już na samym początku muszą mieć świadomość, kto tu rządzi. Wierz mi, że oni czują respekt tylko przed siłą.
    — Nie pozostaną też obojętni na życzliwość.
    — Doskonale, ojcze, okazuj jej więźniom, ile możesz. Na dowód dobrej woli pozwalam im uczestniczyć we mszy.
    Horst musiał przyspieszyć kroku, ażeby nie zostać w tyle.
    — A ten pies? — zapytał ostrożnie.
    — Co chcesz wiedzieć?
    — Mówisz, że łączy was więź afiniczna?
    — To prawda.
    — Jesteś więc edenistą?
    Vorix wydał odgłos podejrzanie podobny do chichotu.
    — Nie, ojcze. Jestem po prostu praktycznym człowiekiem. Gdybym dostawał fuzjodolara za każdego księdza, który mnie o to pyta, byłbym dzisiaj milionerem. Potrzebuję Vorixa w górze rzeki, gdzie poluje, tropi i utrzymuje zesłańców w karności. Kontrolę nad nim dają mi symbionty neuronowe. Używam ich, bo są tanie i sprawdzone. W czym nie różnię się od innych nadzorców osad i połowy szeryfów okręgowych. Dziś jedynie wywodzące się z Ziemi religie szerzą te swoje uprzedzenia wobec technobiotyki. Tutaj jednak, na Lalonde, nie możemy sobie pozwolić na wasze górnolotne teologiczne dyskusje. Używamy, czego trzeba i kiedy trzeba. Jeśli chcesz pożyć na tyle długo, aby zarażać drugie pokolenie osadników z grupy numer 7 swoją szlachetną bigoterią i opowiadać o jednym chromosomie, który czyni z ludzi świętokradców, to postąpisz, jak nakazuje rozum. A teraz przepraszam, mam na głowie wyprawę osadniczą. — Ruszył raźno w stronę portu.
    Gerald Skibbow i reszta kolonistów z grupy numer 7 poszła w ślady nadzorcy, niektórzy zerkali ukradkiem na poruszonego księdza. Gerald patrzył, jak Rai Molvi zbiera się na odwagę, żeby zabrać glos. Molvi narobił sporo szumu podczas wczorajszej narady, miał aspiracje do przewodzenia grupie. Wyraził mnóstwo sugestii co do powołania oficjalnego komitetu i wybrania jego rzecznika. To pomogłoby grupie w kontaktach z władzami, argumentował. Gerald przypuszczał, że nim minie sześć miesięcy, Rai Molvi popędzi do Durringham z podkulonym ogonem. Facet był urodzonym prawnikiem, nie nadawał się na farmera.
    — Miał pan przyjść wczoraj i zapoznać nas ze szczegółami — rzekł Rai.
    — Zgadza się — odparł Powel, nawet nie zwalniając. — Przepraszam. Jeśli zechce pan złożyć oficjalną skargę, to Biuro Alokacji Gruntów, z którym podpisałem umowę, mieści się w kontenerze zrzutowym w zachodniej części miasta. Nie więcej niż sześć kilometrów stąd.
    — Nie, nie, nikt nie zamierzał się skarżyć — dodał spiesznie Molvi. — Musimy tylko ustalić pewne fakty, aby się właściwie przygotować. Wielka szkoda, że pan nie uczestniczył.
    — W czym miałbym uczestniczyć?
    — We wczorajszym zebraniu rady.
    — Jakiej znowu rady?
    — Rady grupy numer siedem.
    Powel o mało się nie zakrztusił. Zawsze powtarzał, że spośród kolonistów przybyłych na Lalonde połowa powinna była zostać w domu. Spółka musiała prowadzić na Ziemi niezwykle agresywną kampanię promocyjną.
    — Co takiego chciałaby wiedzieć rada?
    — No… Przede wszystkim, dokąd płyniemy.
    — W górę rzeki. — Powel rozmyślnie przeciągał milczenie, aby jego rozmówca poczuł się zakłopotany. — Konkretnie do hrabstwa Schuster w dorzeczu Quallheimu. Choć jestem pewien, że jeśli wybraliście sobie jakiś inny zakątek, kapitan statku chętnie was tam zabierze.
    Rai Molvi poczerwieniał.
    Gerald przepchnął się do przodu, gdy cała gromada wychodziła spod trzeszczącego dachu sypialni. Powel skręcił w kierunku odległego o dwieście metrów okrągłego portu; Vorix dreptał za nim ochoczo. Przy drewnianych nabrzeżach w sztucznej lagunie cumowało kilka kołowców. Nad głowami fruwały jasnoczerwone, wszędobylskie gniazdółki. Całe to miejsce roztaczało wokół siebie nieodparty czar wielkiej przygody, który przyspieszał bicie serca.
    — Jest coś, co powinniśmy wiedzieć o tych statkach kołowych? — zapytał.
    — Raczej nie — odparł Powel. — Każdy z nich zabiera na pokład około stu pięćdziesięciu ludzi, na Quallheim wpłyniemy dopiero za dwa tygodnie. Posiłki macie wliczone w opłatę przewozową, a ja wygłoszę wam parę mów, żebyście choć trochę zrozumieli, czym jest życie w puszczy i jak tu się buduje domy. Niech każdy znajdzie sobie pryczę i cieszy się podróżą, bo druga taka już wam się nie zdarzy. Po dotarciu na miejsce rozpocznie się ciężka harówka.
    Gerald kiwnął głową w podzięce i zawrócił do sypialni. Niechże inni naprzykrzają się nadzorcy nieistotnymi pytaniami, on każe się rodzinie spakować i bez zwłoki wsiądzie na statek. Długi rejs rzeczny z pewnością udobrucha Marie.

* * *

    Konstrukcja „Swithlanda” mieściła się w granicach normy obowiązującej dla większych kołowców kursujących po Juliffe. Płytki, szeroki kadłub z drewna majopi miał dwadzieścia metrów szerokości i sześćdziesiąt od dzioba do rufy. Lustro wody znajdowało się zaledwie metr poniżej pokładu statku, przez co ktoś mógłby wziąć go za dobrze wyposażoną tratwę, gdyby nie masywna nadbudówka, która przypominała prostokątną szopę. To karykaturalne połączenie staroświeckiej i nowoczesnej technologii było kolejnym świadectwem tego, na jakim stadium rozwoju znajdowała się planeta. Dokładnie pośrodku długości kadłuba rozmieszczono dwa koła łopatkowe, jako że były łatwiejsze w produkcji i utrzymaniu niż bardziej wydajne śruby. Musiały też wystarczyć zwykłe silniki elektryczne, ponieważ urządzenia przemysłowe do ich wytwarzania kosztowały mniej niż maszyny produkujące części do turbiny czy wytwornic pary. Silniki elektryczne wymagały jednak źródła zasilania, które im zapewniały importowane z Oshanko kotły parowe na paliwo stałe. Mimo kosztów importu zamierzano je sprowadzać, póki niewielka liczba kołowców nie zapewniała opłacalności fabrykom produkującym turbiny i wytwornice pary. Wiadomo było, że kiedy wzrośnie ich liczba, wszechwładne kalkulacje ekonomiczne zapewne także się — odmienia. Kołowce odejdą do lamusa, wyparte przez jakiś inny, równie dziwaczny środek transportu. W ten sposób dokonywał się postęp na Lalonde.
    Sam „Swithland” miał tylko siedemnaście lat i jeszcze przez pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt mógł z powodzeniem pływać. Jego kapitan, Rosemary Lambourne, zaciągnęła kredyt w spółce, który spłacać miały zacząć jej wnuki. Chętnie skorzystała z tak wyśmienitej okazji. Siedemnaście lat wożenia nieszczęsnych osadników w górę rzeki, gdzie pryskały wszelkie marzenia, przekonało ją, że postąpiła właściwie. Kontrakt na przewóz kolonistów, który zawarła z Biurem Transportu, przynosił niemały dochód, zagwarantowany na dwadzieścia następnych lat, nadto wszystko, co zwoziła w dół rzeki na rozrastający się rynek handlowy w Durnngham, dawało wymierne zyski w twardej walucie.
    Pokochała życie na rzece, wyrzucając z pamięci wspomnienia ze swej egzystencji na Ziemi, gdzie pracowała w rządowym biurze konstrukcyjnym nad ulepszaniem wagonów kolejki wakacyjnej.
    Już dawno się odcięła od tamtych czasów.
    Kwadrans przed planowanym wypłynięciem Rosemary stała na otwartym mostku, zajmującym przednią ćwiartkę górnego pokładu nadbudówki. Dołączył do niej Powel Manani, wprowadziwszy po trapie wierzchowca, który stał teraz spętany na pokładzie rufowym; oboje patrzyli, jak koloniści ładują się na „Swithlanda”
    Dzieci i dorośli rozchodzili się powoli po statku. Dzieci zbierały się głównie wokół konia, dotykając go delikatnie i głaszcząc. Na ciemne deski pokładu rzucano bezładnie chlebaki i większe toboły. Odgłosy kilku burzliwych sprzeczek dolatywały aż na mostek kapitański. Nikt nie pomyślał, żeby liczyć ludzi wchodzących na statek. Aby nie przeciążyć kołowca, spóźnialscy musieli, chcąc nie chcąc, poszukać sobie miejsca na pozostałych jednostkach.
    — Twoi zesłańcy chodzą jak w zegarku — pochwaliła nadzorcę. — Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek załadowano sprzęt osadników tak profesjonalnie. Uporali się z tym już godzinę temu.
    Dyrektor portu powinien przejąć ich pod swoją komendę i przyuczyć na tragarzy.
    — Hm… — mruknął Powel. Vonx, który leżał nieco z tyłu, zawarczał niespokojnie.
    Rosemary uśmiechnęła się szeroko. Czasami nie wiedziała, kto jest z kim połączony afinicznie.
    — Coś nie tak? — zagadnęła.
    — Ktoś, jeśli chodzi o ścisłość. Wybrali sobie przywódcę. Będzie sprawiał kłopoty, Rosemary. Jestem o tym przekonany.
    — Już ty umiesz wymusić posłuch. Przecież nadzorowałeś pięć osad i wszystkie wyszły na prostą. Jeśli tobie się nie uda, to komu?
    — Dzięki. Sama masz tu na statku piękny porządeczek.
    — Tym razem miej oczy szeroko otwarte, Powel. Ostatnio w hrabstwie Schuster zaginęli ludzie. Mówi się, że gubernator nie jest zachwycony.
    — No, no.
    — Komisarz płynie „Hycellem” w górę rzeki. Rozejrzy się w terenie.
    — Ciekawe, czy wyznaczyli nagrodę za ich odnalezienie. Gubernator nie lubi, jak osadnicy wyściubiają nosy poza swoje osady, to daje zły przykład innym. Co by było, gdyby wszyscy wrócili, aby zamieszkać w Durnngham?
    — Z tego, co słyszałam, nie chcą ich znaleźć, ale dowiedzieć się, jaki los ich spotkał.
    — Co ty powiesz.
    — Oni po prostu zniknęli. Żadnych śladów walki. Porzucili sprzęt i zwierzęta.
    — Cóż, w takim razie będę miał się na baczności. — Z pakunku pod nogami wyciągnął kapelusz o szerokim rondzie, żółto — zielony i bardzo poplamiony. — Będziemy spać na jednej koi podczas rejsu, Różyczko?
    — Mowy nie ma. — Przechyliła się nad barierką, aby wypatrzyć na pokładzie dziobowym czwórkę swoich dzieci, które wraz z palaczami tworzyły całą załogę jej statku. — Wystarałam się o świeżutkiego zesłańca, jest moim drugim palaczem. Barry MacArple, dziewiętnaście lat, naprawdę utalentowany mechanik, od którejkolwiek strony spojrzeć. Myślę, że to będzie wstrząs dla mojego najstarszego syna. Choć sam nie przestaje podrywać córek kolonistów.
    — Trudno.
    Vorix zaskowyczał smętnie i opuścił łeb na przednie łapy.
    — Kiedy wrócisz do Schuster? — spytał Powel.
    — Za dwa, góra trzy miesiące. Po tobie zabieram grupę do hrabstwa Colane nad dopływem Dibowa. Potem zjawię się znowu na twoim terenie. Chciałbyś, żebym cię odwiedziła?
    Wetknął kapelusz na głowę, przeglądając w myślach harmonogramy.
    — Nie, to za wcześnie. Trzeba zaczekać, aż pokończy im się sprzęt. Powiedzmy… dziewięć lub dziesięć miesięcy. Niech zaczną cierpieć niedostatek, wtedy wyciśniemy z nich pięćdziesiąt fuzjodolarów za głupią kostkę mydła.
    — A więc umowa stoi.
    Uścisnęli sobie dłonie i odwrócili się, żeby popatrzeć na skłóconych kolonistów.

* * *

    „Swithland” odcumował mniej więcej o czasie. Karl, najstarszy syn Rosemary, krzepki piętnastolatek, biegał wzdłuż pokładu, wykrzykując rozkazy osadnikom, którzy pomagali przy linach. Pasażerowie wydali zgodny okrzyk radości, kiedy łopatki kół zaczęły się obracać i statek nareszcie odbił od nabrzeża.
    Rosemary stała sama na mostku. Basen portowy nie był zbyt rozległy, a „Swithland” zatracił zwrotność, wyładowany drewnem opałowym, kolonistami, ich bagażem oraz prowiantem, który miał im wystarczyć na trzy tygodnie podróży. Prowadziła statek najpierw wzdłuż nabrzeża, potem odbiła na środek sztucznej laguny.
    W palenisku głośno huczał ogień i z dwóch bliźniaczych kominów wylatywały kłęby szarobłękitnego dymu. Karl stanął na dziobie i uniósł kciuk, śmiejąc się w jej stronę. Pewnie złamie w życiu niejedno niewieście serce, pomyślała z dumą.
    Na niebie, wyjątkowo, nie było widać żadnej chmury deszczowej, a przedni detektor mas pokazywał, że kanał jest pusty. Rosemary dała pojedynczy sygnał syreną i przesunęła do przodu oba lewarki sterujące prędkością kół łopatkowych. Po chwili wyszła z portu, wpływając w nurt swej ukochanej, nieujarzmionej rzeki, która wiła się hen, w nieznane. Czyż życie mogło być piękniejsze?
    Przez pierwsze sto kilometrów koloniści z grupy numer 7 musieli podzielać jej zdanie, „Swithland” przemierzał bowiem teraz najwcześniej zasiedlone tereny Amariska (nie licząc samego Durringham), gdzie już przed ćwierćwieczem zamieszkali ludzie. Wyrąbane zostały wielkie połacie puszczy, ustępując miejsca polom uprawnym, sadom i pastwiskom. Stłoczeni przy relingu osadnicy podziwiali stada zwierząt pasące się luzem na rozległych wygonach, sady i plantacje pełne zbieraczy odstawiających na sterty wiklinowe kosze z owocami i orzechami. W tej idyllicznej krainie wzdłuż południowego brzegu Juliffe biegł łańcuch wiosek; solidne, jaskrawo pomalowane domy z drewna stały pośrodku zadbanych ogrodów, bogatych w kwiaty i rzędy wysokich, zielonych drzew, których liście rzucały miły cień. Dróżki między pniami porastała gęsta, krótko przystrzyżona trawa, lśniąca szmaragdowo w promieniach słońca. Tutaj, gdzie ludzie mogli w dowolnym miejscu zakładać domostwa, ożywiony ruch pieszy czy kołowy nie niszczył ziemi, nie zamieniał jej w tego rodzaju odpychające błoto, jakie zalegało na drogach w Durringham. Konie ciągnęły wozy z sianem lub jęczmieniem. Wiatraki tworzyły rzędy wież na tle nieba, stały wiaterek obracał leniwie ich skrzydłami. Nad lekko wzburzone, żółtopomarańczowe wody Juliffe wysuwały się daleko długie pomosty cumownicze — dwa lub trzy takie przypadały na każdą wioskę. Małe barki kołowe przybywały po plony z gospodarstw i zatrzymywały się przy pomostach. Na ich końcach siadywały dzieci, maczając w rzece patyki i sznurki, czasem machając rękami na widok nieskończonej procesji rozpędzonych statków. Rankiem łódki żaglowe rybaków wyruszały na połów i „Swithland” przesuwał się statecznie środkiem flotylli trójkątnych, płóciennych żagli łopoczących w porywach rześkiej bryzy.
    A wieczorem, kiedy niebo nad zachodnim widnokręgiem zalewały pomarańczowe blaski i pojawiały się pierwsze gwiazdy, wśród zieleni ogródków ludzie rozpalali ogniska. Tej pierwszej nocy, gdy tak lśniły ognie, oparty o reling Gerald Skibbow przeżywał chwile niewysłowionej tęsknoty. Na czarnej wodzie kładły się od ognisk długie czerwone smugi, z dala dolatywały strzępy piosenek mieszkańców, którzy zbierali się przed wspólnym posiłkiem.
    — Nigdy nie myślałem, że może tu być jak w raju — rzekł do Loren.
    Uśmiechnęła się, gdy otoczył ją ramieniem.
    — Przepiękna okolica. Jakbyśmy wpłynęli do baśniowej krainy.
    — I my możemy wieść podobne życie. Czeka na nas gdzieś tam w górze rzeki. Za dziesięć lat będziemy tańczyć wokół ogniska i patrzeć na przepływające łodzie.
    — A nowi osadnicy będą nam się przyglądać i marzyć!
    — Wybudujemy sobie dom, istny pałac z drewna. Tak, tak, Loren. Miniaturowy pałacyk, którego pozazdrości nam nawet król Kulu. A ty będziesz pielęgnować ogródek z kwiatami i warzywami. Ja będę wtedy zwiedzał sady lub pilnował stad. W sąsiedztwie zamieszkają Paula i Marie, wprost trudno będzie się opędzić od wnuków.
    Loren przytuliła się mocniej do męża, a on uniósł głowę i z piersi wyrwał mu się okrzyk uniesienia:
    — Boże, jak to się stało, że zmarnowaliśmy tyle lat na Ziemi?
    Tu jest nasze miejsce, Loren, nas wszystkich. Powinniśmy zrezygnować z arkologii i statków kosmicznych i żyć jak Pan Bóg przykazał. Naprawdę powinniśmy.
    Ruth i Jay stały razem przy relingu rufowym. Patrzyły, jak słońce ginie za horyzontem, okrywając szeroką rzekę na jedną krótką, magiczną minutę aurą purpurowozłotego światła.
    — Słuchaj, mamo, śpiewają — odezwała się Jay. Twarz miała spokojną, wręcz pogodną. Okropny widok trupa dawno już uleciał z jej pamięci; przebywając przy uwiązanym do słupka beżowym koniku, cała promieniowała zadowoleniem. Wielkie, czarne oczy były tak śliczne i kochane, a łaskoczące dotknięcie wilgotnego nosa, kiedy dawała zwierzęciu cukierka, wprawiło ją w zachwyt.
    Nie mogła uwierzyć, że coś tak dużego może być zarazem takie delikatne. Pan Manani pozwolił jej co rano oprowadzać konia po pokładzie, obiecał też, że pokaże, jak go pielęgnować. Jay czuła się na statku niczym w siódmym niebie. — O czym śpiewają?
    — To mi wygląda na jakiś hymn pochwalny — odparła Ruth.
    Po raz pierwszy, odkąd wylądowali na tej planecie, zaczynała czuć, że dokonała właściwego wyboru. Bądź co bądź, wioski wyglądały bardzo malowniczo i dostatnio. Ale sam fakt, że odniesienie sukcesu było tu możliwe, jeszcze nie przesądzał sprawy.
    Im dalej od stolicy, tym trudniejsze początki, jednakże wszystko dało się przezwyciężyć. — I wcale im się nie dziwię.
    Wiatr ucichł i płomienie ognisk strzelały prosto w rozgwieżdżone niebo, lecz aromat jedzenia niósł się ponad wodą do „Swithlanda” i jego dwóch siostrzanych jednostek. Zapach świeżo wypieczonego chleba i gęstych, korzennych sosów wyczyniał diabelskie harce z żołądkiem Quinna. Zesłańcom dano zimne mięso i owoce podobne z wyglądu do pomarańczy, mające jednak purpurową skórkę i lekko słonawy smak. Koloniści dostali za to gorący posiłek. Łajdaki. Ale pozostali zesłańcy zaczynali okazywać mu posłuszeństwo, a to już coś znaczyło. Siedział na pokładzie obok nadbudówki i patrzył w kierunku północnym, żeby nie widzieć tych wszystkich pieprzonych średniowiecznych ruder, przy których koloniści tak lubili harować. Na północy panowały ciemności i to mu odpowiadało. Ciemność potrafiła przybrać wiele form, w sferze psychicznej i fizycznej, a w końcu to jej przypadało zwycięstwo. Dowiedział się o tym w sekcie: ciemność to siła, a ci, co zawierzają jej swój los, zawsze triumfują.
    Wargi Quinna poruszały się bezdźwięcznie.
    — Po ciemności nadejdzie Pan Światła. Nagrodzi tych, co idą jego ścieżką do otchłani Nocy. Albowiem ci żyją w zgodzie z samymi sobą i z naturą człowieka, mianowicie z bestią. Zasiądą po jego prawicy i strącą w przepaść wszystkich, co pławią się w zakłamaniu i szukają opieki jego brata.
    Czyjaś dłoń dotknęła ramienia Quinna. Uśmiechał się do niego tłusty księżulek.
    — Za kilka minut odprawiam mszę na pokładzie rufowym.
    Poprosimy o błogosławieństwo dla naszej wyprawy. Będzie nam miło, jeśli się przyłączysz.
    — Nie, ojcze, dziękuję — odparł Quinn beznamiętnie.
    Horst obdarzył go smutnym uśmiechem.
    — Rozumiem. Ale pamiętaj, że drzwi Pana zawsze stoją przed tobą otworem. — Ruszył dalej w stronę rufy.
    — Twojego pana — szepnął Quinn, gdy ksiądz się odwrócił.
    — Nie mojego.
    Jackson Gael dostrzegł dziewczynę, którą spotkali w knajpie Donovana. Opierała się o reling lewej burty tuż za kołem łopatkowym, wspierając brodę na rękach. Miała na sobie pomiętą granatową koszulkę wpuszczoną w czarne szorty, na gołe stopy włożyła białe tenisówki. Zrazu sądził, że spogląda na rzekę, po chwili jednak zauważył dopięty do paska przenośny odtwarzacz nagrań mood fantasy i srebrzyste okulary od kompletu. Wystukiwała piętą rytm o deski pokładu.
    Strząsnął z ramion bluzę szarego kombinezonu i obwiązał rękawy wokół talii, żeby nie zobaczyła szkarłatnych liter skazańca.
    Nie doznał prawie żadnej ochłody, gdy wilgotne powietrze owiało mu skórę. Czyżby na tej planecie nie było ani jednej molekuły chłodnego powietrza?
    Poklepał ją po ramieniu.
    — Cześć.
    Po jej twarzy przemknął wyraz rozdrażnienia. Ślepe lustrzane tęczówki obróciły się w jego stronę, gdy dziewczyna przebierała palcami przy regulatorach odtwarzacza. Srebrzysta powłoczka zniknęła, ukazując pod spodem ciemne, wyraziste oczy.
    — Tak?
    — Jakaś lokalna stacja?
    — Tutaj? Chyba żartujesz. Płyniemy łajbą, bo na tej planecie jeszcze nie wynaleźli koła.
    Jackson parsknął śmiechem — Racja. Co miałaś na wizji?
    — „Life Kinetic”, ostatni album Jezzibelli.
    — Hej, Jezzibella jest super.
    — Jasne, że tak. — Na chwilę się wypogodziła. — Robi z facetów galaretę. Pokazuje kobietom, do czego mogłyby dojść, gdyby tylko chciały. Sama zapracowała na swój sukces.
    — Raz ją widziałem na żywo.
    — Boże, naprawdę? Kiedy?
    — Rok temu dawała koncert w mojej arkologii. Pięć nocy z rzędu, stadion pękał w szwach.
    — I jak?
    — Fantastycznie. — Rozłożył ramiona z ożywieniem. — Te podwórkowe kapele, co grają mood fantasy, nawet się do niej nie umywają. To był prawie czysty seks, a ona przez te wszystkie godziny trzymała równe tempo. Cale ciało ci plonie, tańczysz jak w transie. Podejrzewali, że jej kolumny głośnikowe emitują nielegalne kody pobudzania zmysłowego. Ale kto by się tym przejmował? Na pewno by ci się spodobało.
    Marie ponownie zmarkotniała.
    — Teraz to mogę sobie tylko pomarzyć, nie? Cholerna, prymitywna planeta!
    — A co, nie chciałaś tu przylatywać?
    — Nie.
    Zdziwiła go jej gniewna, impulsywna odpowiedź. Osadnicy wydawali mu się dotąd stadem baranów, z których każdy jeden dał się omamić wątpliwym urokom wieśniaczego życia, jakie kwitło wzdłuż brzegu rzeki. Nie przyszło mu do głowy, że nie są zjednoczeni we wspólnym celu. W osobie Marie mógł znaleźć cennego sprzymierzeńca.
    Wtem dostrzegł syna kapitana, Karla, który schodził po schodkach z nadbudówki. Chłopak ubrany był w białe płócienne szorty i lekkie buty na gumowej podeszwie. „Swithlandem” akurat zdrowo kołysało, lecz Karl zachowywał idealną równowagę ciała, przewidywał najdrobniejszy przechył statku.
    — A, tutaj jesteś — zwrócił się do Marie. — Wszędzie cię szukałem. Myślałem, że uczestniczysz we mszy odprawianej przez księdza.
    — Nie będę pomagać w błogosławieniu tej podróży — odparła żartobliwie.
    Karl skwitował te słowa promiennym uśmiechem, błyskając zębami w gęstniejącym mroku. Był o głowę niższy od Jacksona, a nawet o kilka centymetrów od Marie, lecz jego umięśniony tors nadawał się na ilustrację do artykułu medycznego. Jego rodzina musiała dokonać w przeszłości wielu genetycznych modyfikacji, ponieważ zbudowany był aż nazbyt idealnie. Jackson patrzył z rosnącym zdumieniem, jak Karl wyciąga rękę do dziewczyny.
    — Chcesz już iść? — zapytał niedwuznacznie chłopak. — Moja kajuta jest z przodu, zaraz pod mostkiem.
    Marie podała mu dłoń.
    — Jasne.
    Karl mrugnął kpiąco do Jacksona, nim poprowadził Marie wzdłuż pokładu. Zanim oboje zniknęli w czeluściach nadbudówki, Jacksonowi wydało się, że słyszy chichot dziewczyny. Nie mógł się temu nadziwić. Wolała Karla? Ten chłopiec był pięć lat młodszy od niego! Zacisnął pięści ze złości. Chodziło o to, że jest zesłańcem, wiedział to na pewno. Wredna suka!
    Kabina Karla była całkowicie zabudowanym pomieszczeniem nad dziobem statku, gdzie na pewno mieszkał nastolatek. Na stole leżały bloki procesorowe, kilka mikronarzędzi i na wpół rozkręcony moduł elektroniczny, wymontowany z któregoś urządzenia na mostku. Na ścianach wisiały hologramy przedstawiające widoki gwiazd i planet. Po podłodze walały się buty, ręczniki i ubrania.
    Było tu chyba z dziesięć razy więcej miejsca niż w maleńkiej kajutce, do której wtłoczono rodzinę Skibbowa i Kavy.
    Drzwi zatrzasnęły się za plecami Marie, tłumiąc odgłosy mszy dobiegające z pokładu rufowego. Karl natychmiast strząsnął z nóg buty i odczepił szerokie łóżko złożone płasko do ściany.
    On ma tylko piętnaście lat, pomyślała Marie, ale też cudowne ciało, no i ten uśmiech… Boże, nie powinnam była dać się tu zaciągnąć, nie mówiąc już o tym, żeby iść z nim do łóżka. Ale takie myśli tylko ją rozgrzewały.
    Zebrani na mszy zaczęli śpiewać hymn pochwalny, łącząc z powolną melodią pełne entuzjazmu głosy. Pomyślała o ojcu i jego skruszonej minie tego ranka, kiedy tłumaczył, że podróż rzeką na pewno jej unaoczni, ile prawdziwego zadowolenia daje spokojniejsza strona życia i uczciwa praca. Proszę, kochanie, spróbuj zrozumieć, że Lalonde to teraz nasza przyszłość, i do tego piękna przyszłość.
    Marie rozpięła bluzeczkę, a potem zaczęła ściągać szorty. Karl pożerał ją lubieżnym spojrzeniem.

* * *

    Czwartego dnia podróży wygląd nadrzecznych osad uległ niejakiej odmianie. „Swithland” zostawił wreszcie za sobą Bagno Hultaina i wsie zaczęły się pojawiać również na dalszym, północnym brzegu Juliffe. Zaginęła gdzieś jednak elegancja mijanych wcześniej domostw, zauważało się mniej zwierząt i pól uprawnych. Karczowiska nie sięgały aż tak daleko w głąb puszczy, a drzewa rosnące blisko chat budziły teraz o wiele większy respekt.
    Dotarli do rozwidlenia rzeki, lecz „Swithland” trzymał się głównego nurtu. Stopniowo malał ruch na Juliffe. Mieszkańcy tutejszych wiosek mieli dosyć kłopotów z poskramianiem dżungli, żeby jeszcze zajmować się budową łodzi żaglowych. W dół rzeki przepływały z terkotem wielkie barki, wypełnione przeważnie drewnem majopi, które nowi osiedleńcy wycinali i sprzedawali stoczniom w mieście. Jednakże pod koniec pierwszego tygodnia rejsu nawet te barki przestały się pojawiać. Przewóz drewna do stolicy z tak odległych zakątków był po prostu nieopłacalny.
    Rzeka rozgałęziała się teraz co godzina, zwężona do zaledwie dwóch kilometrów, tocząc rwące, niemal czyste wody. Zdarzało się, że płynęli pięć lub sześć godzin i nie widzieli ani jednej wioski.
    Horst czuł, że ludzie na pokładzie popadają w coraz większe przygnębienie. Modlił się, aby po dotarciu na miejsce otrząsnęli się z apatii. Bezczynnym rękom diabeł znajduje zajęcie, co tutaj mogło znaleźć swoje straszne potwierdzenie. Gdy zakrzątną się przy budowie domów i karczowaniu ziemi, nie będą mieli czasu na próżne rozmyślania. Drugi tydzień wydawał się wszakże ciągnąć w nieskończoność, tym bardziej że codzienne deszcze powróciły z nową zaciętością. Ludzie zaczynali zadawać sobie pytanie, dlaczego kazano im się osiedlić tak daleko od miasta.
    Na obu brzegach panowała niepodzielnie dżungla, zdawała się wręcz dusić rzekę w swoich kleszczach. Drzewa i podszycie tworzyły zwartą masę, nieprzebytą barykadę splątanej roślinności nad samą tonią Juliffe. Dwupłatek, czepna słodkowodna roślina, dawał im się mocno we znaki. Od jednego do drugiego brzegu długie, brązowe liście płożyły się jak wstęgi tuż pod powierzchnią wody.
    Rosemary z łatwością omijała największe kępy, lecz liście i tak utykały w łopatkach. „Swithland” raz po raz przystawał, żeby Karl i jego młodsza siostra mogli porozcinać twarde, śliskie dwupłatki za pomocą żółtych ostrzy noży rozszczepieniowych.
    Trzynastego dnia po opuszczeniu Durringham pożegnali Juliffe, wpływając na wody Quallheimu. Rzeka w tym miejscu liczyła trzysta metrów szerokości i płynęła wartkim nurtem; na obu brzegach wznosiły się na podobieństwo palisady trzydziestometrowe, porośnięte pnączami drzewa. Na południu majaczyły mgliście purpurowe i szare wierzchołki odległego łańcucha gór. Koloniści z niedowierzaniem patrzyli na skrzące się w słońcu śnieżne czapy; lód wydawał się należeć do jakiejś obcej planety, na pewno nie do Lalonde.
    Wczesnym rankiem czternastego dnia podróży, po raz pierwszy od trzydziestu sześciu godzin, oczom pasażerów sunącego wolno statku ukazała się wioska. Zabudowania stały na półkolistej polanie, która wgryzała się blisko kilometr w głąb dżungli. Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie leżały powalone drzewa. Wąskie smugi dymu ulatywały z nielicznych jam z paleniskami. Szopy nieudolnie parodiowały domostwa spotykane w wioskach w dole rzeki — prowizoryczne szkielety, których ściany i dachy wykonano z powiązanych płatów liści palmowych. Samotny pomost wyglądał nader zdradziecko, a cumowały do niego trzy liche dłubanki.
    Strumyczek spływający do rzeki środkiem polany pełnił rolę kanału ściekowego. Uwiązane do palików kozy skubały krótką trawę, wychudzone kurczęta grzebały łapkami w błocie i trocinach.
    Mieszkańcy stawali apatycznie i odprowadzali przepływającego „Swithlanda” tępym, przygasłym wzrokiem. Większość z nich nosiła jedynie szorty i buty. Skóra mieszkańców była ciemnobrązowa — czy to ze słońca czy z brudu, trudno było ocenić. Nawet wszechobecne szczebioty leśnych stworzeń zdawały się tutaj wyciszone.
    — Miasteczko Schuster wita — rzekła Rosemary ze szczyptą szyderstwa. Stała na mostku, popatrując często na przedni detektor mas, zawsze na baczności przed dwupłatkiem i zanurzonymi kłodami.
    Powel Manani wraz z członkami rady grupy nr 7 schronił się za nią do zbawczego cienia.
    — Co to ma być? — zapytał Rai Molvi, wstrząśnięty.
    — Stolica hrabstwa, cóż by innego? — odparł Powel. — Ci już rok tutaj siedzą.
    — Nie martwcie się — powiedziała Rosemary. — Ziemia, którą wam przydzielono, znajduje się jeszcze dwanaście kilometrów w górę rzeki. Nie będziecie musieli spotykać się często z tymi tutaj. Za co powinniście być wdzięczni, jeśli chcecie wiedzieć.
    Widziałam już nieraz podobne społeczności, zarażają sąsiadów.
    Lepiej już, że zaczniecie wszystko od zera.
    Rai Molvi skinął tylko głową, bojąc się drążyć temat.
    Trzy kołowce płynęły ospale, zostawiając w tyle nędzne miasteczko i jego odrętwiałych mieszkańców. Gdy łódź pokonywała zakole rzeki, koloniści zebrani na pokładzie rufowym „Swithlanda” w milczeniu i zadumie patrzyli na znikające chaty.
    Horst uczynił znak krzyża, mrucząc słowa litanii. Może jednak stosowniej byłoby zacząć od rekwiem? — pomyślał.
    Jay Hilton zwróciła się do matki:
    — My też musimy tak żyć, mamusiu?
    — Nie — odpowiedziała zdecydowanie. — Nigdy.
    Po dwóch godzinach, kiedy koryto rzeki zwęziło się do dwustu pięćdziesięciu metrów, Rosemary dostrzegła, że cyfry bloku inercjalnego naprowadzania pokrywają się ze współrzędnymi podanymi jej przez Biuro Alokacji Gruntów. Gdy „Swithland” posuwał się żółwim tempem, Karl stał na dziobie, kierując bystry wzrok na nieprzejrzaną ścianę zielonej roślinności południowego brzegu.
    Dżungla parowała po niedawnym deszczu, białe kosmyki unosiły się z koron drzew, a potem dalej, spiralami, w rozpalone lazurowe niebo. Z gałęzi na gałąź przeskakiwały kolorowe ptaszki, ćwierkając wrzaskliwie.
    Chłopak podskoczył nagle i pomachał w stronę matki. Wskazał na brzeg. Rosemary dostrzegła zmatowiały, srebrny słup z sześciokątnym znakiem na górze. Wbity w ziemię, sięgał pięć metrów nad poziom wody. Pnącza o dużych purpurowych kwiatach oplotły go już do połowy.
    Zatrąbiła triumfalnie w syrenę.
    — Koniec trasy — wyśpiewała. — Oto Aberdale. Ostatni przystanek.
    — W porządku — rzekł Powel, unosząc ręce, aby zaprowadzić spokój. Stał na beczce, zwracając się do kolonistów zbitych w gromadę na przednim pokładzie. — Widzieliście, do czego można dojść przy odrobinie determinacji i ciężkiej pracy, widzieliście także, jak łatwo jest ponieść porażkę. Którą drogą pójdziecie, zależeć będzie wyłącznie od was. Jestem tu po to, żeby pomagać wam przez osiemnaście miesięcy. W tym czasie zdecyduje się wasza przyszłość. Albo się pniecie, albo gnijecie. Chcę teraz usłyszeć: zrobicie tu porządek?
    Odpowiedziały mu gardłowe, entuzjastyczne okrzyki.
    — Doskonale — podjął. — Nasze pierwsze zadanie to budowa nabrzeża, żeby „Swithland” i pozostałe dwie łodzie mogły zacumować. Dzięki temu rozładujemy odpowiednio wasz sprzęt, nic się nie zamoczy. Wiedzcie o tym, że nabrzeże to najważniejsza część każdej wioski nad rzeką. Informuje gościa, jaką społeczność chcecie tutaj stworzyć. Zauważyliście chyba, że nasza zacna pani kapitan nie zamierzała zatrzymywać się w Schuster. Nic dziwnego, prawda? Dobre nabrzeże to takie, przy którym wszystkie łodzie chcą cumować, nawet w tych stronach. To jakby oświadczenie, że pragniecie wziąć udział w tym, co ta planeta ma do zaoferowania. Że chcecie handlować i się bogacić. Że drzemią tu możliwości dla zaradnych kapitanów. Ono połączy was z cywilizacją.
    A więc byłoby chyba dobrze zacząć tak, jak mamy zamiar ciągnąć, to znaczy zbudować solidne, przyzwoite nabrzeże, które przetrwa wasze wnuki. Takie jest moje zdanie. Zgadzacie się ze mną?
    — Tak! Tak! — rozległ się ogłuszający ryk.
    Powel klasnął w dłonie i zeskoczył z beczki.
    — Quinn! — Skinął na młodzieńca, który wraz z grupą spokojnych zesłańców nie wychylał się z cienia nadbudówki.
    Quinn podbiegł do nadzorcy.
    — Tak, sir?
    Uprzejmy ton nie zwiódł Powela nawet na sekundę.
    — Silniki pracują, aby nie zniósł nas prąd rzeki. Zużywają energię, więc musimy uwiązać „Swithlanda”, jeżeli chcemy, żeby został tu trochę dłużej. Masz pociągnąć linę do brzegu i umocować ją do dużego drzewa, które nie złamie się pod naporem. Dasz sobie radę?
    Quinn przeniósł spojrzenie na ciemnozielone kłębowisko roślinności, potem znów popatrzył na nadzorcę.
    — Jak mam się tam dostać?
    — Popłyniesz, chłopcze! I tylko mi nie wmawiaj, że nie umiesz pływać. To tylko trzydzieści pięć metrów.
    Zbliżył się do nich Karl, rozwijając linę.
    — Gdy ją przymocujesz, ściągniemy „Swithlanda” na mieliznę i wtedy pomyślimy, jak go bezpieczniej zacumować — rzekł młodzieniec. — Stamtąd każdy może już dostać się do brzegu.
    — Wspaniale — mruknął Quinn z przekąsem. Zdjął buty i zaczął zwlekać z siebie kombinezon. Vorix węszył głośno wokół jego obuwia.
    Już w samych szortach, Quinn usiadł na pokładzie, żeby włożyć z powrotem buty.
    — Czy mógłbym zabrać z sobą Vorixa? — zapytał.
    Pies obejrzał się, wywieszając długi jęzor z boku wielkiej paszczęki.
    — A na jaką cholerę on ci jest potrzebny? — zdziwił się Powel.
    Quinn wskazał na dżunglę rozbrzmiewającą chórem zwierzęcych odgłosów.
    — Żeby w razie czego zajął się dzikim sejasem.
    — Przestań marudzić, Quinn, i właź do wody. W tej okolicy nie ma dzikich sejasów. — Powel patrzył, jak młodzieniec przechyla się nad burtą i zeskakuje do wody. Jackson Gael leżał plackiem na pokładzie, aby podać mu linę. Ciągnąc jej koniec, Quinn popłynął na boku w stronę brzegu, odpychając się potężnymi uderzeniami ramienia.
    — W tej okolicy krokolwy wygryzły wszystkie sejasy! — krzyknął za nim Powel, po czym z rubasznym śmiechem ruszył na rufę, aby zebrać brygadę do budowy nabrzeża.

8

    Tranquillity: polipowy cylinder z półkulistymi czapami biegunowymi i powłoką koloru wypalonej, nieszkliwionej gliny, mający sześćdziesiąt pięć kilometrów długości i siedemnaście średnicy, największy ze wszystkich technobiotycznych habitatów zawiązanych w Konfederacji. Z wyglądu posępny i nieciekawy, a ponadto słabo widoczny z daleka; nawet to mizerne światło, jakie docierało tu z odległej o miliard siedemset milionów kilometrów gwiazdy typu widmowego F3, wydawało się — okazując dziwną niechęć — omijać raczej zaokrągloną powłokę, niż padać na jej powierzchnię. Było to jedyne ludzkie osiedle w tym układzie gwiezdnym, krążące siedem tysięcy kilometrów nad Pierścieniem Ruin.
    Za całe towarzystwo miało jedynie potrzaskane szczątki owych bardzo dalekich ksenobiotycznych kuzynów człowieka, które nieustannie przypominały, że mimo swych rozmiarów i potęgi w każdej chwili spotkać je mogła zagłada. Osiedle samotne, izolowane i politycznie bezsilne — któż chciałby żyć na tym odludziu?
    A jednak…
    Statki gwiezdne i kosmoloty zbieraczy artefaktów dostrzegały na swej trajektorii zbliżania ziarnistą mgiełkę światła zawieszoną wokół czapy biegunowej skierowanej ku galaktycznej północy.
    W jej pobliżu unosił się rój stacji przemysłowych. Należące do jednego z największych towarzystw astroinżynieryjnych w Konfederacji, działały stale na pełnych obrotach, świadcząc usługi chmarom odlatujących i przylatujących statków. Holowniki, tankowce, jednostki pasażerskie i wielofunkcyjne pojazdy serwisowe krążyły od stacji do stacji, a silniki termojądrowe rozświetlały przestrzeń błękitnymi smugami rozgrzanych jonów.
    Trzykilometrowe ramię łączyło północną czapę Tranquillity z nieobrotowym kosmodromem — stalowym szkieletem w kształcie dysku o średnicy czterech i pół kilometra. Gmatwanina porozrzucanych z pozoru bezładnie urządzeń pomocniczych, cystern i przedziałów dokowych przypominała gigantyczną metalową pajęczynę, w którą zaplątały się setki fantastycznych, cybernetycznych owadów. Ruch panował tu nie mniej ożywiony niż w jakimkolwiek habitacie edenistów — statki adamistów napełniały i opróżniały ładownie, uzupełniały paliwo, okrętowały pasażerów.
    Poza wyblakłym srebrzystobiałym dyskiem z czapy biegunowej sterczały dumnie trzy okrągłe półki — przystanie dla technobiotycznych statków, które lądowały i odlatywały z niedościgłą, pełną wdzięku zręcznością. Różnorodność ich kształtów fascynowała cały kosmodrom i większość mieszkańców habitatu; apartamenty z widokiem na półki cieszyły się dużą popularnością nie tylko wśród młodzieży. Mirczusko — tam czarne jastrzębie dobierały się w pary, tam umierały i dorastały. Dzięki temu jedna z ich nielicznych legalnych baz macierzystych powstała właśnie w Tranquillity. Tutaj można było kupić jajo czarnego jastrzębia, płacąc pośrednikowi najmniej dwadzieścia milionów fuzjodolarów i powstrzymując się od jakichkolwiek pytań.
    Dookoła obrzeża czapy biegunowej wyciągały się w przestrzeń setki kabli organicznych; nieustannie narażone na pyłowe otarcia i bombardowania większych okruchów, zostały na stałe podłączone do wyspecjalizowanych gruczołów, które uzupełniały codzienne ubytki. Rotacja habitatu sprawiała, że idealnie wyprostowane kable rozchodziły się promieniście wokół powłoki na podobieństwo ołowianoszarych szprych jakiegoś kosmicznego koła rowerowego. Gdy przenikały rozległą magnetosferę Mirczuska, wytwarzał się w nich prąd elektryczny o gigantycznym natężeniu, zaspokajający zapotrzebowanie wszystkich procesów biologicznych warstwy kariokinetycznej habitatu, osiowej tuby świetlnej i samych mieszkańców. Każdego roku Tranquillity pochłaniało tysiące ton minerałów z asteroid w celu regeneracji struktury polipowej i odświeżenia biosfery, lecz same reakcje chemiczne nie dostarczyłyby nawet ułamka tej energii, jakiej potrzebowała do przetrwania ludzka populacja.
    Poniżej czapy i grzywy przewodów indukcyjnych, dokładnie w środku cylindra, było miasto, dom dla przeszło trzech milionów ludzi, pierścień drapaczy gwiazd owinięty wokół linii równikowej.
    Pięćsetmetrowe wieże pięły się ku powłoce pociętej długimi, krętymi, przezroczystymi pasami, przez które wylewało się w przestrzeń jasnożółte światło. Widok z luksusowych apartamentów zapierał dech w piersiach; to pokazywało się wygwieżdżone niebo, to znów targany burzami gazowy olbrzym i jego małe imperium pierścieni i księżyców — pejzaże wieczne, lecz wciąż się zmieniające, w miarę jak obracał się cylinder, aby zapewnić ziemską wartość przyspieszenia grawitacyjnego u podstawy wieżowców.
    Adamiści mogli tu cieszyć oczy panoramą, jaka należała się z urodzenia każdemu edeniście.
    Nic więc dziwnego, że Tranąuilhty ze swoim liberalnym prawem bankowym, niskimi stawkami podatków dochodowych, szeroką ofertą czarnych jastrzębi do wynajęcia i bezstronną osobowością habitatu, która dzięki posiadaniu policyjnych uprawnień skutecznie przeciwdziałała przestępczości (co zapewniało spokój ducha tutejszym milionerom i miliarderom) — świetnie prosperowało, stając się jednym z najważniejszych autonomicznych ośrodków finansowo — handlowych w Konfederacji.
    Nie projektowano jednak Tranquillity, by stało się rajem dla podatników, inne były jego początki; to przyszło później, wynikło z nieubłaganej konieczności. Habitat zawiązano w roku 2428 z rozkazu Michaela Saldany, wówczas jeszcze księcia Kulu, jako zmodyfikowaną wersję habitatów edenistów, rozszerzoną o wiele unikatowych właściwości, na które książę położył szczególny nacisk. Zamierzał uczynić z niego główny ośrodek badawczy, gdzie najwybitniejsi w królestwie specjaliści od gatunków ksenobiotycznych mogliby zgłębiać tajemnicę cywilizacji Laymilów i określić, jaki los spotkał ich rasę. Powyższe działania księcia ściągnęły na niego srogi gniew królewskiej rodziny.
    Kulu wyrosło na chrześcijańskich korzeniach i słynęło z pobożności swych mieszkańców. Król Kulu był naczelnym strażnikiem wiary w królestwie. Technobiotyka wiązała się nieodłącznie z edenistami, dlatego adamiści (zwłaszcza przykładni chrześcijanie) całkowicie odrzucili tę szczególną dziedzinę wiedzy. Księciu Michaelowi prawdopodobnie uszłoby na sucho powołanie do istnienia Tranquillity: samowystarczalny technobiotyczny habitat stanowił rozsądne schronienie dla wyizolowanej grupy badaczy, a umiejętna propaganda zażegnałaby skandal. Życie rodów królewskich zawsze budziło kontrowersje, a te względnie nieszkodliwe wytwarzały jeszcze wokół nich aurę tajemniczości.
    Do wyciszenia sprawy nigdy jednak nie doszło, albowiem dopiero po zawiązaniu habitatu książę Michael popełnił swą prawdziwą „zbrodnię” (w mniemaniu Kościoła i, co ważniejsze, Rady Królewskiej), każąc sobie wszczepić symbionty neuronowe, dzięki czemu połączył się więzią afiniczną z młodym habitatem.
    Ostatni jego akt niesubordynacji, uznany przez zgromadzenie biskupów Kulu za herezję, miał miejsce w roku 2432 — roku śmierci króla Jamesa, jego ojca. Michael polecił wszczepić swojemu pierwszemu synowi, Maurice’owi, zmodyfikowany gen więzi afinicznej, aby i on mógł się porozumiewać z owym najnowszym i zarazem najniezwyklejszym poddanym królestwa.
    Obaj zostali obłożeni klątwą… choć Maurice przebywał jeszcze w egzołonie jako trzymiesięczny embrion. Michael abdykował przed ceremonią koronacji, przekazując władzę bratu, księciu Lukasowi. Ojciec i syn zostali bez zbędnych ceremonii wygnani do Tranquillity, które przyznano im w wieczyste posiadanie.
    Jeden z najambitniej szych programów badań istot ksenobiotycznych, jakie kiedykolwiek podjęto — próba odtworzenia całego gatunku, począwszy od chromosomów, a skończywszy na szczytowych zdobyczach cywilizacji — upadł dosłownie z dnia na dzień, kiedy skarbiec królewski odmówił funduszy i odwołano zespół badawczy.
    Jeśli chodzi o Michaela, to z prawowitego władcy siedmiu najbogatszych układów gwiezdnych w Konfederacji stał się de facto właścicielem niedojrzałego jeszcze technobiotycznego habitatu.
    Wcześniej dowodził flotą złożoną z siedmiuset okrętów wojennych, trzecią co do potęgi siłą militarną, teraz musiał się zadowolić pięcioma dość starymi, wycofanymi ze służby transportowcami.
    Niegdyś pan życia i śmierci prawie dwóch miliardów lojalnych poddanych, teraz przyszło mu nadzorować gromadę siedemnastu tysięcy porzuconych, nieudolnych techników wraz z rodzinami, narzekających na swą beznadziejną sytuację. Dawniej główny zarządca skarbca, czuwający nad wynoszącym bilion funtów budżetem, obecnie zmuszony do napisania konstytucji z liberalnym prawem podatkowym, w nadziei przywabienia rekinów finansjery i życia z nadwyżek ich dochodów.
    Z tejże przyczyny Michaelowi Saldanie nadano przydomek Lorda Ruin.

* * *

    — Cena wywoławcza za ten wspaniały okaz wynosi trzysta tysięcy fuzjodolarów. Panie i panowie, macie przed sobą doprawdy niezwykły okaz. Nie dość na tym, że pozostało pięć nienaruszonych listków, to jeszcze nikt wcześniej nie widział takiej rośliny, nigdzie jej nie sklasyfikowano. — Znalezisko leżało na stole licytatora w szklanej bańce próżniowej. Ciemnoszara łodyga, z której wyrastało pięć wydłużonych, obwisłych, przypominających paproć liści o postrzępionych brzegach. Zgromadzeni przyglądali się jej w milczeniu i z pewnym zniechęceniem. — Proszę zauważyć, że to zgrubienie na czubku może być pąkiem kwiatowym. Jakże prostą sprawą będzie klonowanie, patent genomowy pozostanie wyłączną własnością nabywcy, może mu przynieść niewyobrażalne bogactwa.
    Ktoś datawizyjnie podbił sumę o dziesięć tysięcy fuzjodolarów.
    Joshua Calvert nawet nie spojrzał kto. Tłum składał się ze znawców. Ich twarze nasuwały tu skojarzenie z pokerzystą, który faszeruje się jeszcze programem uspokajającym. Sala była dziś wypełniona do ostatniego krzesła. Ludzie obstawili ściany w poczwórnych szeregach, tarasowali przejścia: przypadkowi gapie, miliarderzy szukający rozrywki, poważni kolekcjonerzy, nawet paru wysłanników przedsiębiorstw przemysłowych z nadziejami na zdobycie wzorców technologicznych.
    Wszyscy obecni tu ze względu na mnie.
    Chociaż Barrington Grier nie był właścicielem największego domu aukcyjnego w Tranquillity, a zajmował się nie tyle artefaktami Laymilów, ile dziełami sztuki, to jednak nie zdzierał skóry i grał uczciwie. Kiedy dziewiętnastoletni jeszcze Joshua Calvert powrócił ze swego pierwszego wypadu do Pierścienia, Barrington potraktował go jak równego sobie partnera, zawodowca. Z szacunkiem. Od tamtej pory Joshua nie zmienił domu aukcyjnego.
    Sala przetargowa znajdowała się na piętnastym piętrze wieżowca Matki Boskiej. Polipowe ściany obito tu boazerią z ciemnego orzecha, po obu stronach sklepionych wejść zawieszono aksamitne bordowe portiery, na podłodze rozesłano gruby granatowy dywan.
    Wspaniałe kryształowe żyrandole oblewały wnętrze jasnym blaskiem. Joshui zdawało się, że to salon w wiktoriańskim Londynie.
    Barrington Grier tłumaczył kiedyś, że zależało mu na stworzeniu nastroju wyciszenia i podniosłości, aby obudzić zaufanie gości.
    Wrażenie przebywania w innej epoce psuło szerokie okno za plecami licytatora: na zewnątrz przemieszczały się leniwie gwiazdy; na ich tle Falsia, szósty księżyc Mirczuska, sunęła po niebie niczym kawałek akwamaryny.
    — Trzysta pięćdziesiąt tysięcy po raz pierwszy. — Tors licytatora zaćmił Falsię. — Trzysta pięćdziesiąt tysięcy po raz drugi.
    — Uniósł się zabytkowy drewniany młoteczek. Falsia wychyliła się zza ramienia mężczyzny. — I po raz trzeci. — Młoteczek opadł z trzaskiem. — Sprzedano pani Melissie Strandberg.
    W sali wzmógł się szmer głosów, kiedy odniesiono szklaną bańkę. Wokół panowała atmosfera podniecenia i niecierpliwości.
    Usadowiony z napiętymi nerwami w drugim rzędzie Joshua poczuł duszności, wiercąc się na krześle — robił to ostrożnie, żeby nie trącić nóg sąsiadów. Wciąż przeszywał go ból, ilekroć zbyt szybko poruszył stopami. Nanoopatrunki obejmowały obie nogi aż po kolana, wyglądały jak dziwaczne buty z zielonej skóry, za duże o pięć numerów. Gąbczasta struktura opatrunków sprawiała, że chodził z konieczności śmiesznie sprężystym krokiem.
    Trzech asystentów licytatora ustawiło na stole nową bańkę, tym razem półtorametrowej wysokości, z koroną bladozłotych żeberek radiatorów, dzięki którym temperatura wewnątrz utrzymywała się zawsze poniżej temperatury zamarzania. Szkło zmatowiła delikatna warstewka pary. Ucichły raptownie wszelkie głosy.
    Joshua popatrzył na stojącego obok podwyższenia Barringtona Griera, mężczyznę w średnim wieku z pełnymi, rumianymi policzkami i rudym wąsem. Miał na sobie stonowany niebieski garnitur, złożony z luźnych spodni i zapinanej pod szyją marynarki o rozszerzanych rękawach; na satynie wiły się spiralkami wąziutkie pomarańczowe pasemka. Mrugnął do Joshuy, pochwyciwszy jego spojrzenie.
    — A teraz, panie i panowie, przechodzimy do ostatniego punktu dzisiejszego programu, pozycji 127 w katalogu. Mogę śmiało powiedzieć, że z czymś podobnym nie spotkałem się w całej mojej karierze. Oto elektroniczny moduł Laymilów, zachowany w lodzie od czasu kataklizmu. Zidentyfikowaliśmy wewnątrz dwa mikroprocesory oraz znaczną ilość pamięci krystalicznych w nienaruszonym stanie. Ten jeden cylinder zawiera pięciokrotnie więcej kryształów, niż znaleziono ich od chwili odkrycia Pierścienia Ruin. Możecie państwo sobie wyobrazić, jak wielkie bogactwo informacji ukrywa się w tej bańce. To niezaprzeczalnie największe znalezisko, odkąd przed stu laty wydobyto w całości pierwsze ciało Laymila. Uważam się za wyróżnionego, mogąc otworzyć tę licytację skromną sumą dwóch milionów fuzjodolarow.
    Joshua obawiał się tego, co teraz mogło nastąpić, lecz nikt z tłumu nawet nie mruknął słowa sprzeciwu.
    Cenę wywoławczą podbijano szybko i nerwowo, dokładając po pięćdziesiąt tysięcy fuzjodolarow. Znowu wzmogły się rozmowy. Obracały się głowy, licytanci próbowali zaglądać w oczy swoim przeciwnikom, aby wyczuć poziom ich determinacji.
    Joshua zaczął zgrzytać zębami, gdy stawki przekroczyły cztery miliony. Dalej, nie kończcie. Cztery miliony trzysta tysięcy. Może znajdziecie odpowiedź, co się przydarzyło Laymilom. Cztery i pół.
    Poznacie największy sekret, jaki fascynował naukę, odkąd złamaliśmy granicę prędkości światła. Cztery miliony osiemset tysięcy.
    Będziecie sławni. Nie od mojego, ale od waszego imienia nazwą znalezisko. Dalej, łajdaki. Podbijajcie!
    — Pięć milionów — oznajmił spokojnie licytator.
    Joshua osunął się na oparcie krzesła, cichy jęk ulgi wydarł mu się z gardła. Gdy spojrzał w dół, zauważył, że ma spocone dłonie i zaciska pięści.
    Udało się. Mogę rozpocząć naprawę „Lady Makbet”, skompletować załogę. Z Układu Solarnego trzeba będzie sprowadzić nowe węzły modelowania energii. Jeśli wynajmę czarnego jastrzębia, zajmie to jakiś miesiąc. Dziesięć tygodni i ruszę w kosmos własnym statkiem! Jezu!
    Kiedy suma przekroczyła sześć milionów, powtórnie skupił uwagę na licytatorze. Przez moment sądził, że się przesłyszał, lecz nie, Barnngton Gner szczerzył doń zęby, jakby przepuszczał przez neuronowy nanosystem jakiś zwariowany program stymulacyjny Siedem milionów.
    Joshua przeżywał sen na jawie. Teraz już mógł sobie pozwolić nie tylko na wymianę węzłów modelujących i niezbędne naprawy.
    „Lady Makbet” otrzyma kompletne wyposażenie, najlepsze systemy bez względu na koszty, także nowe generatory termonuklearne, może nowy kosmolot — nie, jeszcze lepiej aeroplan jonowy z Kulu albo Nowej Kalifornii. O, tak!
    — Siedem milionów czterysta pięćdziesiąt tysięcy po raz pierwszy. — Licytator rozglądał się z wyczekiwaniem, zaciskając pulchną dłoń na rękojeści młotka.
    Bogaty. Jestem cholernie bogaty!
    — Po raz drugi.
    Joshua zamknął oczy.
    — Siedem milionów czterysta pięćdziesiąt tysięcy. Pytam po raz ostatni: czy ktoś da więcej?
    Spadający młotek uderzył z hukiem pioruna. Dla Joshuy Calverta obwieszczał początek nowego życia. Już wkrótce miał zostać kapitanem własnego niezależnego statku.
    Wtem rozbrzmiał głęboki dźwięk dzwonka. Joshua otworzył szybko oczy. Zaległa głucha cisza, wszyscy wpatrywali się w mały wszechkierunkowy projektor AV na pulpicie przed licytatorem, wąską kryształową kolumnę metrowej wysokości. Pod powierzchnią rozkwitały abstrakcyjne kolorowe prążki. Barrington uśmiechnął się od ucha do ucha, gdy ciepły męski głos wypełnił salę aukcyjną:
    — Tranquillity rezerwuje sobie prawo ostatniego przebicia w przypadku pozycji 127 w katalogu.
    — O, do jasnej cholery… — wyrwało się komuś siedzącemu na lewo od Joshuy. Zwycięskiemu licytantowi? Umknęło mu jakoś jego nazwisko.
    Rozpętała się chaotyczna wrzawa. Barrington jak obłąkany unosił kciuk w jego stronę. Trzej asystenci zaczęli wynosić bańkę wraz z jej cenną — siedem i pół miliona! — zawartością do przyległego pomieszczenia.
    Joshua czekał, aż sala się opróżni. Długo docierały doń zgiełkliwe odgłosy przepychających się i plotkujących ludzi, rozmawiających wyłącznie o przysługującym Tranquillity prawie ostatniego przebicia.
    Joshui było wszystko jedno, jego zarobek zwiększył się po prostu o dodatkowe pięć procent. Układy elektroniczne trafią teraz w ręce zespołu badającego cywilizację Laymilów, gdzie zostaną poddane analizie przez najwybitniejszych w Konfederacji specjalistów w dziedzinie ksenobiotyki. Nawet się cieszył, że jego znalezisko posłuży tak szczytnej sprawie.
    Gdy minęły pierwsze, najeżone trudnościami lata jego zesłania, Michael Saldana zaczął z mozołem ściągać naukowców i odbudowywać dawny zespól badawczy na podstawie nowej polityki ekonomicznej prowadzonej w Tranquillity i gwałtownie rosnących możliwości finansowych habitatu. Obecnie nad rozwiązaniem zagadki głowiło się siedem tysięcy specjalistów, włączając w to grupę ksenobiotycznych członków Konfederacji, których alternatywny punkt widzenia często pomagał ludziom wyjść ze ślepego zaułka, kiedy przychodziło im zgłębiać przeznaczenie co bardziej kuriozalnych artefaktów.
    Po śmierci Michaela w roku 2513 Maurice odziedziczył z dumą tytuł Lorda Ruin, kontynuując dzieło ojca. Uważał, iż najważniejszym powodem istnienia Tranquillity jest poznawanie okoliczności, które doprowadziły do zagłady Laymilów. Patronował pracom z wielkim zaangażowaniem, aż i on zmarł przed dziewięcioma laty, w roku 2601.
    Od tamtej chwili jednak program badawczy rozwijał się bez przeszkód. Zdaniem Tranquillity, spadkobierca Maurice’a, trzeci z rzędu Lord Ruin, trzymał się wytyczonego przez poprzedników kursu, lecz nie szukał popularności. Swego czasu krążyły różnorakie plotki, a to że osobowość habitatu przywłaszczyła sobie naczelną władzę, a to że królestwo Kulu próbuje odzyskać habitat, a to że edeniści planują wcielić go do swej kultury i wypędzić adamistów (dawniejsze pogłoski mówiły, jakoby Michael ukradł im jajo habitatu). Wszystkie te przypuszczenia okazały się błędne. Przecież osobowość zawsze zastępowała administrację cywilną i służby policyjne, wykorzystując serwitory do utrzymania porządku, nic więc w tym względzie nie mogło się zmienić. Nadal pobierano dwuprocentowe podatki, czarne jastrzębie nie przerywały lotów godowych, stwarzano warunki do inwestowania i tolerowano spekulacje finansowe. Któż by się przejmował, dopóki stan ten nie ulegał zmianie, jakie neurony sprawują władzę, ludzkie czy technobiotyczne?
    Człapiąc w stronę wyjścia, Joshua poczuł nagle, jak czyjaś ręka spada twardo na jego ramię… przez co noga musiała udźwignąć większy ciężar.
    — Aj!
    — Joshua, mój przyjacielu, mój bardzo bogaty przyjacielu.
    Cudowny dzień, prawda? Dzień twojego triumfu. — Barrington Grier wpatrywał się w niego rozgorączkowanym spojrzeniem. — Co zrobisz z taką kupą szmalu? Kobiety? Wykwintne życie? — Oczy zaszły mu lekką mgiełką, z pewnością włączył jakiś program stymulacyjny. I miał do tego pełne prawo: dom aukcyjny zarabiał trzy procent ostatecznej kwoty sprzedaży.
    Joshua odwzajemnił uśmiech z pewnym zażenowaniem.
    — Raczej nie. Wyruszam w kosmos. Obudziła się we mnie żyłka podróżnicza i chcę zobaczyć na własne oczy kawałek Konfederacji.
    — O tak, gdybym miał znowu swoje młode lata, zrobiłbym to samo. Wygodne życie jest jak więzienie, zmarnowany czas, szczególnie w twoim wieku. Inni balują co noc do utraty przytomności, ale co w końcu będą z tego mieli? Dzięki tym pieniądzom powinieneś wydostać się stąd i dokonać czegoś wielkiego.
    Z przyjemnością stwierdzam, że nie brak ci oleju w głowie. Ale, ale, nie chciałbyś kupić jaja czarnego jastrzębia?
    — Nie. Zamierzam wywlec z hangaru moją „Lady Makbet”.
    Barrington Grier wydął usta z nie tajonym podziwem.
    — Pamiętam ten dzień, kiedy twój ojciec tu przyleciał. Sporo po nim odziedziczyłeś. Tak samo działasz na kobiety, z tego co słyszałem.
    Joshua uśmiechnął się łobuzersko.
    — Chodźmy — zaproponował Barrington. — Postawię ci drinka. Co tam drinka, cały posiłek.
    — Może jutro, Barrington, dzisiaj zamierzam balować do utraty przytomności.

* * *

    Dom nad brzegiem jeziora należał do ojca Dominique, który twierdził, że niegdyś, zanim drapacze gwiazd dorosły do pełnych rozmiarów, mieszkał w nim sam Michael Saldana. Składał się z szeregu półkolistych fragmentów wetkniętych w ścianę urwiska, które wznosiło się nad jeziorem w pobliżu północnej czapy biegunowej. Ściany zewnętrzne wyglądały jak wyrzeźbione przez wiatr. Wewnątrz przeważał symplistyczny, choć drogi wystrój, właściwy takiemu wakacyjnemu i rozrywkowemu piedaterre, gdzie nie mieszkało się na co dzień; style z różnych epok komponowały się tu z sobą w niezwykłej harmonii, a w kątach kwitły rośliny z kilku planet, dobrane ze względu na swą uderzającą kontrastowość.
    Poza szerokimi, oszklonymi drzwiami okiennymi z widokiem na rozległą taflę wody osiowa tuba świetlna habitatu już przygasała, tworzył się półmrok pełen opalizujących cieni. W środku o tej porze rozpoczynało się przyjęcie. Bloki procesorowe naładowane ekstrawaganckimi programami stymulacyjnymi czekały w gotowości, oktet muzyków grał ragi z dwudziestego trzeciego wieku, przygotowywano też bufet z owocami morza — specjałami świeżo sprowadzonymi z Atlantydy.
    Joshua leżał na długiej kanapie w głównym pomieszczeniu, ubrany w parę szerokich, szaroniebieskich spodni i zieloną chińską marynarkę, wymieniając pozdrowienia zarówno ze znajomymi, jak i z obcymi. Dominique obracała się w kręgu ludzi młodych, beztroskich i, nawet jak na tutejsze standardy, bardzo bogatych. A tacy umieli się bawić. Wydawało mu się, że ściany z surowego polipa wibrują od dzikiego hałasu, jaki tańczący wszczynali na prowizorycznym parkiecie.
    Pociągnął kolejny łyk „Norfolskich Łez”; jasna, klarowna ciecz spływała do żołądka niczym najlżejsze wino, lecz rozgrzewała wnętrzności jak wrząca whisky. Działała wprost cudownie. I pięćset fuzjodolarów za butelkę. Jezu!
    — Joshua! Właśnie mi powiedzieli. Gratuluję. — Parris Vasilkovsky, ojciec Dominique, uścisnął jego rękę. Miał okrągłą twarz i falistą szopę błyszczących, srebrnoszarych włosów. Skórę tylko gdzieniegdzie poorały maleńkie zmarszczki, co dowodziło licznych modyfikacji genetycznych u przodków, albowiem Vasilkovsky liczył sobie co najmniej dziewięćdziesiąt lat. — A więc dołączyłeś do nas, próżnych bogaczy? Boże, już całkiem zapomniałem, jak to było na początku. Pamiętaj, że najtrudniej jest zarobić pierwsze dziesięć milionów. Później… żadnych problemów.
    — Dzięki. — Przez cały wieczór przyjmował gratulacje. Był gwiazdą, bohaterem dnia, główną atrakcją na tym przyjęciu. Kiedy jego matka wyszła powtórnie za mąż, tym razem za wiceprezesa banku Brandstad, zamieszkał na obrzeżach dominium plutokratów, których apartamenty mieściły się w samym sercu Tranquillity. Nie skąpili mu bynajmniej swojej gościnności, zwłaszcza córki lubiące uważać się za cząstkę miejscowej bohemy; za sprawą rozgłosu, jaki przyniosły Joshui udane łowy w Pierścieniu, mógł korzystać z ich ciał i patronatu. Zawsze jednak był kimś z zewnątrz. Do dzisiaj.
    — Słyszałem od Dominique, że widziałbyś się w branży handlowej — rzekł Parris Vasilkovsky.
    — Zgadza się. Zamierzam wyposażyć „Lady Makbet”, stary statek ojca, w nowe urządzenia. Znowu będzie latać.
    — Chcesz mnie wygryźć z interesu? — Parris Vasilkovsky był właścicielem przeszło dwustu pięćdziesięciu statków gwiezdnych, zaczynając od małych korwet handlowych, a kończąc na ogromnych masowcach o ładowności dziesiątków tysięcy ton, ogólnie siódmej co do wielkości prywatnej floty handlowej w Konfederacji. Posiadał nawet kilka transportowców kolonizacyjnych.
    Joshua spojrzał mu prosto w oczy bez cienia uśmiechu.
    — Owszem.
    Parris pokiwał głową, nagle poważny. On też startował od zera przed siedemdziesięciu laty.
    — Wyjdziesz na swoje, Joshua. Wpadnij przed odlotem do mojego apartamentu, zapraszam cię na obiad. Zrobisz mi przyjemność.
    — Oczywiście.
    — Świetnie.
    — Gęsta, biała brew uniosła się znacząco. — Będzie też Dominique. Mogłoby ci się trafić o wiele gorzej, to bombowa dziewczyna. Czasem buja w obłokach, lecz byle co jej nie złamie.
    — Aa, tak… — Joshua uśmiechnął się blado. Parris Vasilkovsky swatem! A ja jestem godny, żeby wejść do tak znakomitej rodziny! Jezu!
    Ciekawe, jak by zareagował, gdyby się dowiedział, co jego kochana córeczka robiła zeszłego wieczoru? Chociaż przypuszczał, znając to towarzystwo, że pewnie zechciałby się przyłączyć.
    Joshua przechwycił spojrzenie Zoe, kolejnej ze swych dawniejszych sympatii; biała sukienka bez rękawów kontrastowała wyraźnie z jej czarną jak węgiel skórą. Spojrzała w jego stronę i przesłała mu uśmiech, unosząc kieliszek. Obok niej rozpoznał jeszcze jedną nastoletnią dziewczynę, niższą, krótko obciętą blondynkę, ubraną w błękitny sarong i luźną bluzeczkę w podobnym kolorze. Miła, piegowata buzia, ciemnoniebieskie oczy oraz wąski nosek u końca mocno zaokrąglony w dół. Spotkał ją wcześniej ze dwa razy, wymienili zdawkowe „cześć” — taka znajoma znajomej. Neuronowy nanosystem Joshuy wygrzebał z pliku jej obraz wizualny i podpowiedział imię: Ione.
    Dominique lawirowała w tłumie w jego stronę. Pociągnął odruchowo łyk „Norfolskich Łez”. Ludzie wydawali się teleportować na boki ze strachu przed dotkliwymi potłuczeniami, których mogliby doznać w zetknięciu z jej rozkołysanymi biodrami. Dwudziestosześcioletnia Dominique niemal dorównywała mu wzrostem; mając bzika na punkcie sportu, osiągnęła nad podziw atletyczną figurę. Jasne, proste włosy opadały jej do połowy pleców. Włożyła na siebie kusą purpurową bluzeczkę odsłaniającą plecy oraz rozciętą spódniczkę z jakiegoś lśniącego, srebrzystego materiału.
    — Cześć, Josh. — Zwaliła się na skraj kanapy, wyrwała mu szklankę z odrętwiałych palców i upiła łyczek. — Zobacz, co udało mi się zdobyć. — Uniosła blok procesorowy. — Dwadzieścia pięć możliwości, ile tylko damy radę, biorąc pod uwagę twoje obolałe stopy. Będzie zabawnie. Jeszcze dzisiaj zaczniemy je testować.
    Na powierzchni bloku zamrugały jakieś ciemne obrazy.
    — W porządku — odparł Joshua machinalnie. Nie miał zielonego pojęcia, o co jej chodzi.
    Poklepała go po udzie i skoczyła na równe nogi.
    — Nigdzie nie odchodź. Ja muszę jeszcze zająć się gośćmi, ale potem wrócę, żeby cię stąd zabrać.
    — Ee, tak. — Co więcej miał powiedzieć? Wciąż się zastanawiał, kto kogo uwiódł tamtego dnia, gdy powrócił z Pierścienia Ruin, lecz każdą następną noc spędził w obszernym łożu Dominique, a i mnóstwo czasu za dnia na dokładkę. W sprawach seksu wykazywała się nie mniejszym wigorem niż Jezzibella, była niesforna i przerażająco energiczna.
    Spojrzawszy na blok procesorowy, zażądał datawizyjnie uruchomienia pliku. Był to program analizujący wszelkie możliwe pozycje partnerów w stanie nieważkości, podczas których stopy mężczyzny nie odgrywały żadnej roli. Wyświetlacz bloku pokazywał dwie humanoidalne postaci, splecione z sobą w coraz to innej kombinacji.
    — Witaj.
    Joshua odsunął wyświetlacz bloku z miną winowajcy, nakazując datawizyjnie wyłączenie programu i zakodowanie pliku.
    Ione stała przy kanapie z przekrzywioną lekko głową i niewinnym uśmiechem.
    — O, Ione. Cześć.
    Uśmiechnęła się szerzej.
    — Pamiętałeś, jak mam na imię.
    — Trudno zapomnieć taką dziewczynę.
    Usiadła w dołku wygniecionym przez Dominique. Było w niej coś tajemniczego, sugerującego istnienie jakiejś niezbadanej głębi.
    Ogarniał go ten sam dziwny nastrój, którego doświadczał w czasie ropienia pozostałości po Laymilach — nie całkiem podniecenie, lecz coś w tym rodzaju.
    — Wybacz, ale zapomniałem, czym się zajmujesz — dodał.
    — Jak każdy tutaj, odziedziczyłam milionowy spadek.
    — Nie jak każdy.
    — Nie? — Niepewny uśmieszek zadrżał na jej ustach.
    — Nie, bo ja tu jestem wyjątkiem. Niczego nie odziedziczyłem. — Joshua zatrzymał spojrzenie na obrysie jej postaci pod ieniutką bluzeczką. Figurę miała zgrabną, skórę jedwabistą i opaloną. Zastanawiał się, jak wyglądałaby nago. Doszedł do wniosku, ponętnie.
    — Jeśli nie liczyć twojego statku „Lady Makbet”.
    — Teraz moja kolej powiedzieć: pamiętałaś.
    — Nie — zaśmiała się. — Po prostu wszyscy o tobie mówią, tobie i twoim znalezisku. Wiesz, co zawierają te kryształy palięci Laymilów?
    — Nie mam pojęcia. Ja je tylko znajduję, nie interesuje mnie ich przeznaczenie.
    — A myślałeś kiedyś, czemu to zrobili? Dlaczego się pozabijali? Pewnie były ich miliony. Dzieci, niemowlęta. Nie wierzę, żeby popełnili zwyczajne samobójstwo, jak to się powszechnie uważa.
    — Wewnątrz Pierścienia Ruin człowiek próbuje myśleć o czymś innym. Zbyt wiele duchów tam krąży. Byłaś może w Pierścieniu?
    Pokręciła głową.
    — To straszne miejsce, lone. Mówię ci, ludzie drwią z tego, ale bywa, że zjawy wyłażą z cienia i trzeba się mieć na baczności.
    A cieni tam nie brakuje. Czasem mam wrażenie, że Pierścień składa się wyłącznie z nich.
    — I dlatego nas opuszczasz?
    — Niezupełnie. Pierścień Ruin traktowałem podrzędnie, dał mi pieniądze na remont „Lady Makbet”. Od dawna planowałem wyruszyć na gwiezdne szlaki.
    — Nie podoba ci się w Tranquillity?
    — Nie, ale to sprawa ambicji. Chcę zobaczyć, jak „Lady Makbet” znów opuszcza dok. Doznała poważnych uszkodzeń podczas wyprawy ratunkowej. Mój ojciec miał szczęście, że wrócił żywy do Tranquillity. Staruszka zasłużyła sobie na jeszcze jedną szansę.
    Nie sprzedałbym jej za żadne skarby. Dlatego zacząłem zbierać artefakty, choć to ryzykowne zajęcie. Szkoda, że ojciec nie doczekał chwili, kiedy wreszcie mi się powiodło.
    — Wspomniałeś o wyprawie ratunkowej? — Wciągnęła dolną wargę, zaintrygowana. Ujęła go za serce tą miną, dzięki której wyglądała jeszcze młodziej.
    Dominique gdzieś przepadła, a muzyka dudniła, aż w uszach huczało: muzycy wpadli wreszcie na swój ulubiony rytm. Dziewczyna najwyraźniej leciała na jego historię… i może na niego.
    Mogliby poszukać sobie gdzieś sypialni i kochać się parę godzin do utraty zmysłów. Był dopiero wczesny wieczór, ludzie zaczną się zwijać z przyjęcia nie prędzej niż za pięć, sześć godzin. Zdąży jeszcze wrócić na swoją noc z Dominique.
    Jezu, to się nazywa świętowanie sukcesu!
    — To długa opowieść — rzekł, zataczając ręką koło. — Znajdźmy jakiś spokojniejszy kącik.
    SkapHwie skinęła głową.
    — Znam jeden.

* * *

    Nie uśmiechała mu się ta podróż wagonikiem kolejki tunelowej, skoro w domku nad jeziorem było tyle pustych pokoi, które mógł zaryglować szyfrem. Ione okazała się wszakże nad wyraz uparta, kiedy stwierdziła, odsłaniając rąbek swej nieuchwytnej stalowej natury:
    „W żadnym apartamencie w Tranquillity nie jest ciszej niż u mnie, tam możesz mi wszystko opowiedzieć i nikt nas nie podsłucha. — Przerwała, mierząc go roziskrzonym wzrokiem. — Nikt nam też nie przeszkodzi”.
    I to przesądziło sprawę.
    Wsiedli do wagonika na stacji podziemnej, która służyła wszystkim rezydencjom w okolicy jeziora. Podobnie jak windy wieżowców, kolejka tunelowa była systemem mechanicznym, zmontowanym dopiero wtedy, gdy Tranquillity osiągnęło pełne rozmiary.
    Technobiotyka otwierała przed człowiekiem olbrzymie możliwości, ale nawet jej dobrodziejstwa miały swoje ograniczenia; transport wewnętrzny leżał całkowicie poza zasięgiem genetyków. Tunele tworzyły regularną sieć w cylindrze, zapewniając dostęp do wszystkich bez wyjątku sektorów. Wagony nie trzymały się rozkładu jazdy, zabierały pasażerów w dowolne miejsce, a całym systemem kierowała osobowość habitatu, podłączona na każdej stacji do bloków procesorowych. W Tranquillity nie istniał prywatny przewóz osób, w związku z czym wszyscy przemieszczali się za pomocą kolejki, począwszy od miliarderów, a skończywszy na najmarniej zarabiającym tragarzu z kosmodromu.
    Joshua i Ione weszli do czekającego na nich dziesięcioosobowego wagonika i usiedli naprzeciwko siebie. Na polecenie Ione wagonik natychmiast ruszył, przyspieszając łagodnie. Joshua podał dziewczynie świeżą butelkę „Norfolskich Łez”, którą sprzątnął z barku Parrisa Vasilkovsky’ego, a następnie zaczął opowiadać o wyprawie ratunkowej, błądząc wzrokiem po jej nogach zarysowanych delikatnie pod cieniutkim sarongiem.
    Otóż swego czasu na orbicie wokół gazowego olbrzyma znalazł się pewien statek badawczy, który ucierpiał wskutek awarii systemów regulacji składu powietrza. Ojciec Joshui zabrał na pokład dwudziestu pięciu członków załogi uszkodzonego statku, chociaż systemy regulacji powietrza „Lady Makbet” musiały przez to pracować niebezpiecznie blisko granicy wydolności. A ponieważ kilku rannych naukowców potrzebowało natychmiastowej pomocy medycznej, statek wykonał skok, mimo że wciąż był w zasięgu pola grawitacyjnego planety. Wysiadła część węzłów modelowania energii, co podczas następnego skoku nałożyło większe wymagania na pozostałe węzły. Statek zdołał doskoczyć w pobliże Tranquillity, lecz przy pokonywaniu odległości ośmiu lat świetlnych następne czterdzieści procent węzłów uległo zniszczeniu.
    — Sprzyjało mu szczęście — stwierdził Joshua. — Węzły mają wbudowany układ kompensacji na wypadek, gdyby kilka odpadło, ale tak dalekim skokiem naprawdę kusił los.
    — Teraz rozumiem, czemu jesteś z niego taki dumny.
    — Cóż, tak to było… — Wzruszył ramionami.
    Pędzący w głąb habitatu wagonik zwolnił i przystanął. Rozsunęły się drzwi. Joshua po raz pierwszy widział tę stację: była mała, niewiele szersza od długości pojazdu, przypominała białą polipową bańkę. Szerokie pasy komórek elektroforescencyjnych emitowały z góry silne światło, a w ścianie u końca wąskiego peronu widniały półkoliste drzwi z błony mięśniowej. Z pewnością nie prowadziły do holu wieżowca.
    Tymczasem drzwi wagonika zamknęły się i zaraz bezdźwięcznie szary cylinder pomknął do tunelu po magnetycznej szynie. Gdy znikał, powiew suchego powietrza szarpnął sarongiem Ione.
    Dreszcz przebiegł Joshui po plecach.
    — Gdzie my jesteśmy? — zapytał.
    — W domu — odparła dziewczyna z promiennym uśmiechem.
    Niezbadane głębie. Wciąż dręczył go niepokój.
    Drzwi z błony mięśniowej rozsunęły się niczym kamienne zasłony i kiedy Joshua zajrzał do apartamentu, od razu poczuł się lepiej. W drapaczach gwiazd nie trzeba było wydawać specjalnych pieniędzy na luksusowy wystrój mieszkania; z biegiem czasu polip rozrastał się do kształtów dowolnych mebli, ale to…
    Apartament był dwupoziomowy: szeroki, wydłużony westybul kończył się żelazną poręczą, która biegła naprzeciwko drzwi, albowiem za nią, cztery metry niżej, znajdowała się komnata mieszkalna. Poręcz rozdzielała się w środkowej części, gdzie wchodziło się na trzymetrowej długości górny podest schodów, rozwidlony dalej na dwie symetrycznie przeciwstawne pętle. Wszystkie ściany obłożono marmurem: w westybulu kremowym i zielonym, w komnacie mieszkalnej rubinowym i purpurowym (po bokach) oraz orzechowym i szafirowym (ściana pod schodami). Stopnie były śnieżnobiałe. Westybul obwiedziono w równych odstępach głębokimi niszami, przy których stały czarne, żłobkowane kolumny.
    Jedna z owych nisz mieściła w sobie starożytny pomarańczowy skafander kosmiczny, opisany rosyjską grażdanką. Artystyczne, masywne meble wykonane z drewna tekowego i różanego błyszczały politurą, ciesząc oko cudownymi wklęsłymi rzeźbieniami, pociemniałymi z upływem lat. Stanowiły dzieło mistrzów snycerki sprzed wielu wieków. Gęsty, żywy dywan z mchu w brzoskwiniowym kolorze wyciszał każdy krok.
    Joshua podszedł bez słowa do szczytu schodów, próbując ogarnąć spojrzeniem całe pomieszczenie. Przeciwległa ściana, długa na mniej więcej trzydzieści metrów i na dziesięć wysoka, była właściwie jednym wielkim oknem. Widział za nim dno morskie.
    Południowy biegun Tranquillity, jak to miało miejsce we wszystkich habitatach edenistów, oblany był zewsząd zbiornikiem słonej wody. Dostosowany do rozmiarów habitatu, miał około ośmiu kilometrów szerokości, a pośrodku dwieście metrów głębokości.
    Przypominał bardziej morze niż jezioro. Linię brzegową tworzyły piaszczyste zatoczki i wysokie klify, nad toń wyrastały gdzieniegdzie wysepki i małe atole.
    Joshua doszedł do wniosku, że apartament położony jest u podnóża jednego z nadbrzeżnych urwisk. Przyglądał się połaciom piasku ginącym w ciemnoniebieskiej dali, na wpół zagrzebanym kamieniom obleganym przez skorupiaki, długim i rozkołysanym wstęgom czerwonych lub zielonych liści. Gdzieniegdzie przemykały ławice wielobarwnych rybek, upodobnionych do szlachetnych klejnotów w wylewających się z okna szerokich smugach światła. Joshua myślał nawet, że dostrzega, jak coś wielkiego i ciemnego przepływa tuż za granicą widoczności.
    — Skąd masz to mieszkanie? — wyszeptał ze zdumieniem.
    Nie otrzymał odpowiedzi.
    Gdy się odwrócił, Ione stała za nim z przymkniętymi oczami i lekko przekrzywioną głową, jakby pogrążona w głębokiej kontemplacji. W końcu westchnęła przeciągle i z enigmatycznym uśmiechem uniosła powieki, ukazując ciemnoniebieskie źrenice.
    — Zostało mi przydzielone przez Tranquillity — odparła zdawkowo.
    — Nie wiedziałem, że można o takie poprosić. Poza tym te wszystkie meble…
    Figlarny uśmiech prześliznął się po jej ustach. Znów go zachwyciła jej dziewczęca uroda. Pewnie z powodu tych włosów, pomyślał: wszystkie znane mu dziewczęta w Tranquillity nosiły długie, idealnie ułożone włosy, podczas gdy ona ostrzygła się krótko, przy czym nieporządna fryzura nadawała jej wygląd uroczego, niezwykle pociągającego kociaka.
    — Powiedziałam ci przecież, że odziedziczyłam spadek.
    — Zgoda, ale to…
    — Podoba ci się?
    — Aż się boję. Mam wrażenie, jakbym zbierał artefakty w zakazanym miejscu.
    — Chodź. — Wyciągnęła rękę.
    Uchwycił lekko jej palce.
    — Dokąd teraz?
    — Tam, gdzie weźmiesz to, po co tu przyszedłeś.
    — Czyli co?
    Obdarzyła go szerokim uśmiechem i odciągnęła od schodów w stronę bocznej ściany westybulu. W jednej z nisz rozsunęły się błony mięśniowe.
    — Mnie — powiedziała.
    Była to okrągła sypialnia z półkolistym, wydłużonym oknem z widokiem na morze oraz polipowym sufitem zasłoniętym przez szkarłatne tapisene. Na samym środku pokoju wydłubano w posadzce oczko pełne przezroczystej galarety, nakryte cienką elastyczną powłoką i wyłożone po brzegach jedwabnymi poduszeczkami. Tuż przy nim stanęła Ione. Pocałowali się. Tuląc ją w ramionach, czuł, jak dziewczyna drży z lekka. Żar ogarniał powoli jego ciało.
    — Wiesz, dlaczego ciebie wybrałam? — zapytała.
    — Nie. — Całował ją po szyi, wodząc rękami po bluzce w stronę piersi.
    — Obserwowałam cię — wyszeptała Ione.
    — Co? — Joshua przestał pieścić jej piersi i spojrzał na nią z wyrazem konsternacji.
    — Ciebie i te wszystkie piękne, bogate dziewczyny. Jesteś niezrównanym kochankiem, Joshua. Wiedziałeś o tym?
    — Tak. Dzięki. — Jezu. Gapiła się na mnie? Kiedy? Przedwczorajsza noc miała dość dziki przebieg, ale nie pamiętał, żeby ktoś do nich dołączył. Chociaż, znając Dominique, było to wysoce prawdopodobne. Cholera, musiałem być nieźle nabuzowany.
    Ione pociągnęła za tasiemkę i rozpięła jego marynarkę.
    — Masz zwyczaj czekać, aż dziewczyna osiągnie orgazm.
    Chcesz, żeby czuła się naprawdę dobrze. Sprawiasz, że tak się czuje. — Pocałowała go w mostek, muskając językiem krawędzie mięśni piersiowych. — To bardzo rzadkie, bardzo śmiałe.
    Jej zachowanie i słowa działały na niego niczym jakiś diabelny program stymulujący, który wszystkimi włóknami nerwowymi rozsyła iskrowe fantomy ognia, szturmuje pachwiny i przyspiesza bicie serca. Dyszał ciężko, czując równocześnie, jak jego członek uzyskuje niebywałą twardość.
    Niecierpliwie rozpiął bluzeczkę Ione i zsunął ją zręcznie z jej ramion. Piersi miała uniesione i ładnie zaokrąglone, z dużymi otoczkami tylko troszkę ciemniejszymi od smagłej skóry. Przywarł ustami do sutka, przesuwając dłonie po gładkich konturach jej brzucha, gdy ona ze świstem łapała oddech. Czuł na karku palce Ione, natarczywe i wpijające się w ciało. Wykrzyknęła jego imię w ekstazie.
    Kiedy runęli spleceni na łóżko, galaretowata substancja zatrzęsła się gwałtownie. Kołysali się na wzburzonych falach, którym dodawały wigoru ich gorączkowe ruchy.
    Wejście w nią było czystą doskonałością. Miała rozkosznie wrażliwe ciało, a przy tym silne i sprężyste. Musiał skorzystać z neuronowego nanosystemu, jeśli chciał zachować kontrolę nad swoimi reakcjami. Jego tajna broń. W ten sposób mógł przeczekać dramatyczne, błagalne okrzyki dziewczyny. Czekać, gdy ona prężyła się pod nim i wiła zmysłowo. Czekać i prowokować, i przedłużać… Dopiero gdy zaczęły ją wyginać orgazmowe konwulsje i okrzyk najwyższego uniesienia wydarł się z jej piersi, Joshua odwołał sztuczne ograniczenia, aby i jego ciało mogło się oddać obłędnej rozkoszy. Napawał się zdumioną, pełną niedowierzania miną dziewczyny, wtryskując w nią nasienie w długim, triumfalnym spełnieniu.
    Spoglądali na siebie milcząco, gdy rozbujane łoże powoli się uspokajało. Na krótką chwilę pogrążyli się w cichej kontemplacji, potem oboje rozchylili usta w szerokim uśmiechu.
    — Chyba nie byłam gorsza od innych, Joshua?
    Pokręcił głową energicznie.
    — A czy wystarczająco dobra, żebyś zechciał zostać w Tranquillity? Pamiętaj, że miałbyś mnie na każde skinienie.
    — Ee… — Stoczył się na bok, zaskoczony błyskiem w jej oczach. — To nie fair i wiesz o tym.
    — Wiem. — Zachichotała.
    Oglądając jej błyszczące od potu, wyciągnięte ciało, na ramiona odrzucone beztrosko nad głowę, zadawał sobie pytanie, jak to się dzieje, że dziewczyny wydają się dużo bardziej pociągające zaraz po stosunku. Czy dlatego, że są tak wyzywająco nieskrępowane?
    — Prosisz, żebym został? Każesz mi wybierać: ty albo „Lady Makbet”?
    — Nie, żebyś został, nie. — Położyła się na boku. — Ale mam inne potrzeby.
    Teraz nalegała, aby usiąść na nim okrakiem. Tak było wygodniej dla jego stóp, mógł też przez cały czas bawić się jej piersiami, póki jazda nie skończyła się ich obopólnym orgazmem.
    Przed trzecim numerem ułożył poduszki w stos, aby wspierały Ione rozpostartą na czworakach. Wtedy ją dosiadł od tyłu.
    Po piątym podejściu Joshua już nie żałował, że ominęło go przyjęcie. Pewnie i Dominique znalazła sobie kogoś na tę noc.
    — Kiedy chcesz nas opuścić? — spytała Ione.
    — Naprawa „Lady Makbet” zabierze mi dwa, najwyżej trzy miesiące. Zaraz po aukcji złożyłem zamówienie na węzły modelujące. Wiele zależy od tego, kiedy mi je dostarczą.
    — Wiesz, że Sam Neeves i Octal Sipika jeszcze się nie pojawili?
    — Wiem — odparł ponuro. Odkąd wrócił z wyprawy, po dziesięć razy dziennie opowiadał tamtą przygodę, zwłaszcza zbieraczom i pracownikom kosmodromu. Wieści już się rozeszły. Zdawał sobie sprawę, że łotry wszystkiego się wyprą, może nawet oskarżą go o napaść, skoro on nie był w stanie poprzeć swych słów żadnym konkretnym dowodem. To jednak jego wersja najpierw się rozniosła, to jego wersję przyjęto do wiadomości, to ona miała największą siłę przebicia. A jakby tego było mało, mógł teraz szastać pieniędzmi. Niezwłocznie po swoim powrocie doniósł osobowości habitatu o popełnionej próbie morderstwa; habitat nie wymierzał kary śmierci, lecz Sam i Octal powinni dostać po dwadzieścia lat. Osobowość nie zakwestionowała jego wersji, co znacznie podniosło go na duchu.
    — Nie popełnij jakiegoś głupstwa, kiedy się pojawią — napomniała go Ione. — Zostaw sprawę sierżantom.
    Sierżanci stanowili boczną gałąź plemienia serwitorów służących pospolicie w habitatach; były to rosłe humanoidy w zbroi z egzoszkieletu, przysposobione do pełnienia funkcji policjantów.
    — Jasne — żachnął się. Nieprzyjemna myśl przyszła mu do głowy. — Chyba nie przypuszczasz, że to ja ich zaatakowałem?
    Na jej policzkach pojawiły się dołeczki, gdy się uśmiechnęła.
    — Pewnie, że nie. Wszystko dokładnie sprawdziliśmy. W ciągu ostatnich pięciu lat zaginęło ośmiu zbieraczy. W sześciu przypadkach Neeves i Sipika przebywali akurat w Pierścieniu, a ponadto zawsze wtedy przywozili więcej niż zwykle szczątków po Laymilach.
    Chociaż ocierało się o niego gorące ciało Ione, znów ten sam zimny dreszcz przebiegł mu po skórze. Powiedziała to wszystko przecież tak od niechcenia, z nutą absolutnej pewności w głosie.
    — Kto sprawdził? O kim mówisz?
    Ponownie zachichotała.
    — Ech, Joshua! Czyżbyś jeszcze tego nie rozszyfrował? Może jednak myliłam się co do ciebie, jakkolwiek muszę przyznać, że odkąd tu przyszedłeś, inne rzeczy zaprzątały twoją uwagę.
    — Co miałbym rozszyfrować?
    — Mnie. Kim jestem, oczywiście.
    Poczucie zagrożenia wezbrało w nim niby morska fala.
    — Nie — przyznał się chłodno. — Tego nie wiem.
    Uśmiechnęła się, uniosła na łokciach, lecz usta zatrzymała prowokująco dziesięć centymetrów od jego twarzy.
    — Jestem Lordem Ruin.
    Najpierw się zaśmiał, potem zakrztusił i umilkł.
    — Jezu, ty mówisz serio.
    — Jak najbardziej. — Musnęła go nosem po twarzy. — Popatrz na mój nos, Joshua.
    Popatrzył. Był to wąski nos z zakrzywionym w dół koniuszkiem. Nos Saldanów, sławna oznaka królewskiej dynastii Kulu, pieczołowicie zachowana w ostatnich dziesięciu pokoleniach pomimo różnorodnych zabiegów genetycznych. Zdaniem niektórych, genetycy z rozmysłem dołączyli ten wyróżnik do cech dominujących w królewskim rodzie.
    Joshua wiedział, że Ione nie żartuje. Przeczucie wręcz ściskało jego serce, równie silne jak w dniu, kiedy znalazł urządzenia elektroniczne Laymilów.
    — Jasny gwint.
    Pocałowała go, usiadła i położyła ręce na kolanach z ironiczną miną.
    — Ale dlaczego? — zapytał.
    — Dlaczego co?
    — Jezu! — Zatrzepotał rękami ze zniecierpliwieniem. — Dlaczego ludzie nie wiedzą, że ty tu wszystkim rządzisz? Pokaż im, kim jesteś. Dlaczego… dlaczego prowadzisz ten dziwaczny program badawczy? Twój ojciec nie żyje. Kto się tobą opiekował przez osiem lat? I dlaczego ja? Czemu powiedziałaś, że chyba pomyliłaś się co do mnie?
    — To istny potok pytań. Chociaż wszystkie są z sobą powiązane, zacznę od samego początku. Jestem osiemnastoletnią dziewczyną, Joshua. Ale też pochodzę z dynastii Saldanów, a przynajmniej otrzymałam po nich w spadku ponadprzeciętne genetyczne dziedzictwo. Dzięki niemu będę z pewnością żyła blisko dwieście lat, mam o wiele wyższy od średniego iloraz inteligencji i te same co ty wewnętrzne wzmocnienia, nie wspominając o innych ulepszeniach. O tak, Saldanowie to niezwykle rozwinięta rasa. Po to, żeby rządzić wami, gromadą zwykłych śmiertelników.
    — Dlaczego więc nie rządzisz? Dlaczego włóczysz się tylko po przyjęciach i szukasz sobie kochanków?
    — Na razie siedzę jak mysz pod miotłą, bo tu chodzi o wizerunek władcy. Zapewne nie zdajesz sobie sprawy, jak szerokie są uprawnienia osobowości habitatu w Tranquillity. Ona jest wszechwładna, Joshua, rządzi całym tym kramem, nie potrzeba więc sądów ani administracji, dopóki z całkowitą bezstronnością przestrzega konstytucji. Zapewnia najbardziej stabilne środowisko polityczne w Konfederacji, jeśli odliczyć posiadłości edenistów i królestwo Kulu. Dlatego właśnie mamy tu raj pod względem nie tylko podatkowym, ale też finansowym i ekonomicznym. Życie w Tranquillity zawsze będzie bezpieczne. Habitatu nie zdołasz przeciągnąć na swoją stronę, nie zdołasz go skorumpować, nie możesz zmienić prawa nawet logicznymi argumentami. Ty nie możesz. Ja mogę. Bo on przyjmuje ode mnie rozkazy. Tylko ode mnie, od Lorda Ruin. Tego właśnie chciał mój dziadek, absolutny władca oddany jednej sprawie: rządzeniu. Mój ojciec miał z różnymi kobietami spore stadko dzieci wyposażonych w gen więzi afinicznej, lecz wszystkie opuściły habitat i są teraz edenistami.
    Wszystkie oprócz mnie, ponieważ ja rozwijałam się w egzołonie, podobnie jak jastrzębie i ich kapitanowie. Jesteśmy połączeni więzią, taka mała istotka jak ja i sześćdziesięciopięciokilometrowa bestia w koralowym pancerzu. Zjednoczeni na całe życie.
    — Nadal nie pojmuję, czemu nie chcesz pokazać się publicznie. Ludzie powinni wiedzieć, że istniejesz. Przez osiem lat dochodziły do nas jedynie pogłoski.
    — I bardzo dobrze. Mam osiemnaście lat, jak już powiedziałam. Powierzyłbyś takiej osobie władzę nad trzema milionami ludzi? Osobie mogącej wprowadzać zmiany do konstytucji, bawić się z ulgami inwestycyjnymi, podnieść cenę helu, który tankują statki gwiezdne, między innymi „Lady Makbet”? Wszystko to mogę zrobić, nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Widzisz, Joshua, w odróżnieniu od edenistów z tym ich społecznym konsensusem i Kulu, gdzie rozwinęła się władza sądownicza, ja nie mam nikogo, kto by mnie przekonywał, czy też, co ważniejsze, powstrzymywał.
    Jak powiem, tak ma być, a jeśli komuś coś się nie podoba, to fora ze dwora. Tak stanowi prawo, moje prawo.
    — Chodzi o zaufanie — rzekł, nareszcie przekonany. — Nikt by ci nie zaufał. Wszystko idzie gładko, bo każdy myśli, że osobowość habitatu kontynuuje politykę twojego ojca.
    — Otóż to. Żaden miliarder tej miary co Parris Vasilkovsky, który siedemdziesiąt lat budował swoje imperium, nie ulokuje dorobku życia w społeczności, gdzie absolutną władzę sprawuje naiwna nastolatka. Wystarczy, że pomyśli o brewenach córki, a przecież ona jest ode mnie dużo starsza.
    Joshua wyszczerzył zęby.
    — Przyjąłem do wiadomości. — Przypomniał sobie o całej tej hecy z podglądaniem. To oczywiste: dzięki więzi afinicznej Ione mogła odbierać obrazy sensoryczne habitatu, oglądać każdego i o każdej porze. Lekki rumieniec wystąpił mu na policzki.
    — A więc dlatego wciąż ładujesz pieniądze w te badania cywilizacji Laymilów: aby ludzie myśleli, że interes kręci się jak dawniej. Nie to, żebym się skarżył. Jezu! Ta ostatnia przebitka, siedem i pół miliona fuzjodolarów! — Uśmiech szybko znikł z jego twarzy, gdy rysy dziewczyny ściągnęły się w wyrazie dezaprobaty.
    — Nie mogłeś bardziej rozminąć się z prawdą, Joshua. Uważam badanie cywilizacji Laymilów za najważniejszy cel mojego życia.
    — Nie przesadzaj! Sam grzebię się od lat w Pierścieniu Ruin i wiem, że wiąże się z nim jakaś tajemnica. Dlaczego to zrobili?
    Ale dzisiaj to już bez znaczenia, nie rozumiesz tego? Zespół badawczy nie musi aż tak bardzo przejmować się swoją rolą. Laymilowie byli ksenobiontami, na miłość boską! Kogo obchodzi ich rozwój psychiczny czy to, że spodobała im się jakaś zwariowana religia z kultem śmierci?
    Ione westchnęła, kręcąc głową ze smutkiem.
    — Niektórzy ludzie wolą sobie wmawiać, że nie ma problemu.
    Cóż, trzeba się z tym pogodzić, ale naprawdę nie sądziłam, że jednym z nich będziesz ty.
    — Jakiego niby problemu?
    — Czasem tak to już bywa, że kiedy coś wielkiego, strasznego rzuca cień na człowieka, on woli po prostu zasłonić twarz ręką. Na planetach ludzie mieszkają w strefach wysokiej aktywności sejsmicznej lub na zboczach wulkanów, a mimo to nie widzą w tym nic zdrożnego, nie dostrzegają swojego szaleństwa. Przede wszystkim rozwaga, Joshua, ona jest najważniejsza. Jak sądzisz, czemu mój dziadek zrobił to, co zrobił?
    — Nie mam pojęcia. Ludzie uważają to za drugą największą we wszechświecie tajemnicę.
    — Nie, Joshua, to żadna tajemnica. Michael Saldana uruchomił program badań cywilizacji Laymilów, bo uważał to za swój obowiązek, nie tylko wobec królestwa, ale i całej ludzkości. Przewidział, że realizacja planu potrwa długie lata. Udał się z rodziną na wygnanie i ściągnął na siebie gniew Kościoła Chrześcijańskiego, byle tylko dopilnować rozwoju Tranąuilhty. Aby zawsze był ktoś, kto zrozumie wagę problemu, dysponując środkami na kontynuowanie badań. Owszem, mógł zlecić szukanie wyjaśnienia instytutom zajmującym się ksenobiotyką w Kulu. Tylko jak długo by go szukały? Do końca trwania jego rządów, to na pewno. I rządów Maurice’a. Może nawet rządów najstarszego syna Maunce’a.
    Jemu jednak sen z oczu spędzał strach, że to nie wystarczy. Przecież stał przed kolosalnym wyzwaniem, tobie chyba nie muszę tego tłumaczyć. Nawet królowie Kulu nie mogliby uszczuplać w ten sposób budżetu dłużej niż przez dwieście, trzysta lat. Michael musiał oderwać się od rodzinnych korzeni i dotychczasowych zobowiązań, jeśli nie chciał dopuścić, ażeby naj ambitniejsze przedsięwzięcie w dziejach ludzkości, tracąc stopniowo na znaczeniu, na koniec nie upadło.
    Joshua mierzył ją badawczym spojrzeniem, przypominając sobie dawny kurs dokształcający na temat więzi afinicznej i kultury eden i stów.
    — Rozmawiasz z nim, nie zaprzeczaj. Z dziadkiem. Przekazał swoje wspomnienia osobowości habitatu, a one trafiły do ciebie, zanim jeszcze wyszłaś z egzołona. Dlatego wygadujesz te brednie.
    On cię zaraził, Ione.
    Przez chwilę dziewczyna wydawała się urażona, lecz zdołała przywołać na usta żałosny uśmiech.
    — I znowu pudło, Joshua. Ani Michael, ani Maurice nie przekazał swych wspomnień w chwili śmierci. Saldanowie to przecież przykładni chrześcijanie, moi krewni w Kulu rządzą ponoć mocą boskiego prawa, zapomniałeś?
    — Michael Saldana został wyklęty.
    — Nie przez papieża w Rzymie, ale przez biskupa z Nova Kongu. Przeważyły względy polityczne. Sąd w Kulu bez skrupułów wymierzył karę. Rozwijając Tranquillity, Michael wstrząsnął rodem aż po sam jego trzon, a przecież nic dotąd nie mąciło ohydnej idylli. Głównym filarem władzy Saldanów jest ten prosty fakt, że nikt ich nie może przekupić ani namówić do zdrady, opływają bowiem w bogactwa i liczne przywileje. Nie schodzą choćby na krok z obranego kursu, oddani wyłącznie służbie, gdyż każda ich materialna zachcianka jest natychmiast spełniana. Nie pozostaje im nic innego, tylko rządzić. I muszę przyznać, że wywiązują się z tego wyśmienicie: Kulu to królestwo bogate, silne, niezależne, mogące się pochwalić najwyższym wskaźnikiem socjoekonomicznym poza społecznością edenistów. Zawdzięcza to Saldanom i ich stuletnim programom badawczo — rozwojowym. W Kulu ludzie trzymający ster władzy rozumieją, że interes narodu jest rzeczą zasadniczą. A to rzadki przypadek, wręcz unikatowy. Za to są otaczani czcią; niektórzy bogowie otrzymują mniej uwielbienia od Saldanów. A mimo to Michael przypisywał pewnemu intelektualnemu problemowi tak wielką wagę, że cała reszta przestała go interesować. Nic dziwnego, że strach ogarnął rodzinę, no i wielki gniew. Okazało się bowiem możliwe sprowadzenie potężnego Saldany na złą drogę i odwrócenie jego uwagi od codziennych spraw królestwa. Dlatego właśnie biskup zrobił to, co mu kazano. Mimo to mój dziadek do śmierci wytrwał w chrześcijaństwie. Jak i ja wytrwam.
    — No cóż. — Joshua wychylił się w stronę sterty ubrań, z której wygrzebał małą, gruszkowatą butelkę „Norfolskich Łez”. Pociągnął spory haust. — Lepiej zacznij się wczuwać w swoją rolę, Ione.
    — Wiem. A teraz przemnóż sobie w wyobraźni swoją reakcję przez trzy miliony. Wybuchłyby zamieszki.
    Joshua podał jej butelkę. Gdy Ione przechyliła ją lekko nad ustami, kilka kropel cennego, importowanego trunku spłynęło po jej wargach. Kiedy odrzuciła do tyłu głowę, podziwiał sposób, w jaki jej skóra naprężyła się w okolicach brzucha, a piersi wypięły. Pogłaskał delikatnie zarysowane żebra, badając niewinnie jej ciało. Otrząsał się już z początkowego zdumienia niczym z sennej fantazji. Pragnął dowodu, że Ione wciąż jest tą samą napaloną nastolatką, która tak go podkręciła na przyjęciu.
    — A więc jeśli nie jest to prenatalna indoktrynacja ideologiczna, co cię przekonało, że cały ten program warto kontynuować? — zapytał.
    Ione opuściła butelkę, zbierając myśli. Joshua miał rozliczne wady, między innymi bywał denerwująco cyniczny.
    — Zwyczajna bliskość Pierścienia. Jak już wspomniałam, łączy mnie więź afiniczna z Tranquillity. Widzę wszystko to, co widzą technobiotyczne sensory. Pierścień Ruin zawsze na wyciągnięcie ręki, tuż pod nami. Siedemdziesiąt tysięcy habitatów niewiele różniących się od Tranquillity rozsypało się w proch. I było to samobójstwo, Joshua. Zespół badawczy podejrzewa, że żywe komórki habitatów Laymiłów dostały swego rodzaju spazmów, wskutek czego pękła zewnętrzna powłoka z krzemu. Musiały otrzymać wyraźny rozkaz, może nawet zostały przymuszone. Wątpię, czy Tranquillity zgodziłoby się na coś podobnego, gdybym po prostu grzecznie poprosiła.
    — Owszem — odezwał się habitat w jej myślach. — Ale musiałabyś wymyślić bardzo dobry powód.
    — A gdyby groził mi los gorszy od śmierci?
    — Wtedy tak.
    — Daj jakiś przykład.
    — O nie, tu ważne są twoje odczucia.
    Uśmiechnięta, znów napiła się z butelki. Zadziwiający napój.
    Czuła, jak przenika ją na wskroś ciepło. Poza tym obejmowała udami dolną część tułowia Joshui. Ta podstępna kombinacja rozbudzała w niej ochotę na miłość.
    Spoglądał na nią podejrzliwie.
    — Tranquillity twierdzi, że to mało prawdopodobne — oświadczyła.
    — Aha. — Odebrał jej butelkę. — Ale ta ciągła świadomość, że przebywa się w pobliżu Pierścienia Ruin, to dla mnie trochę nienaturalna motywacja. Martwisz się, bo Tranquillity się martwi.
    — To działa jak delikatna przestroga; podobnie krzyż przypomina nam, co wycierpiał Chrystus i dlaczego. W ten sposób nie brakuje mi wiary w sensowność prac zespołu badawczego.
    Wiem, że musimy znaleźć przyczynę.
    — Ale dlaczego? O co naprawdę chodziło twojemu ojcu i dziadkowi? Po co to wszystko robicie?
    — Rzecz w tym, że Laymilowie byli zwyczajną rasą. — Zauważyła poruszenie Joshui. Zmarszczki pobruździły mu czoło pod zlepionymi kosmykami brązowych włosów. — No tak, mieli diametralnie odmienną strukturę chemiczną, trzy płcie i szkaradne ciała, lecz ich umysły działały na zasadach zbliżonych do tych, jakie nami kierują. To pozwala zrozumieć ich zachowanie. To sprawia, że jesteśmy do siebie tak niebezpiecznie podobni, tym bardziej że pod względem technologicznym mogli być od nas bardziej rozwinięci. I nam pewnego dnia może przyjść się zmierzyć z tym, czemu oni musieli stawić czoło. Jeśli dowiemy się, co to było, będziemy mogli się zabezpieczyć, a nawet obronić. Zakładając, że coś nas w porę ostrzeże. I to uświadomił sobie Michael, to mu się właśnie objawiło. Chyba już rozumiesz, że tak naprawdę nigdy nie zaniechał swoich obowiązków wobec Kulu. Nie miał po prostu innego wyboru, jeżeli pragnął zapewnić królestwu spokojną przyszłość, nawet tę najodleglejszą. Chwycił się dość niekonwencjonalnych sposobów, ale dzieło rozpoczął.
    — Macie już jakieś sukcesy? Czy twój sławny zespół badaczy podejrzewa, co się wydarzyło?
    — Niezupełnie. Czasem się boję, że jest już na to za późno, że zatarło się zbyt wiele śladów. Wiemy tak dużo o ich budowie fizycznej, ale prawie nic o kulturze. Dlatego też przechwyciliśmy twoje moduły elektroniczne. Taka ilość niezniszczonych danych może mieć przełomowe znaczenie. Nie trzeba nam wiele, po prostu wskazówki. Bo w grę wchodzą tylko dwie możliwości.
    — To znaczy?
    — Spotkali się z czymś, co ich do tego skłoniło. Naukowcy Laymilów odkryli jakieś fundamentalne prawo fizyki albo grupa kapłanów doznała przerażającego religijnego objawienia, związanego może z kultem śmierci, o którym wspomniałeś. Druga ewentualność jest o wiele gorsza: to oni zostali odkryci przez coś tak strasznego, że uznali zagładę całej rasy za racjonalne rozwiązanie, byle nie ulec przemocy. Jeśli coś ich rzeczywiście zaatakowało, to nadal gdzieś się czai i w każdej chwili może nam zagrozić.
    — A ty w co wierzysz?
    Opasała go nogami odrobinę ciaśniej: obecność Joshui dodawała jej teraz otuchy. Zawsze, kiedy głębiej się nad tym zastanawiała, posępne rozważania wydawały się kruszyć jej wolę. Ponieważ nawet dumni ze swych osiągnięć ludzie musieli przyznać, że Laymilowie byli bardzo rozwinięci i potężni…
    — Osobiście uważam, że zmierzyli się z wrogiem zewnętrznym. Przemawiają za tym tajemnicze początki cywilizacji Laymilów, która nie rozkwitła z pewnością na tej planecie czy gdziekolwiek w naszym układzie słonecznym. Nie przybyli tu też z żadnej pobliskiej gwiazdy. A z badań nad szczątkami statków kosmicznych jasno wynika, że nie posiadali naszej technologii ZTT, musieli więc podróżować w wielopokoleniowych arkach międzygwiezdnych. Ale takie statki nadają się jedynie do kolonizacji najbliższych układów planetarnych, położonych w promieniu piętnastu, dwudziestu lat świetlnych. Kto by zresztą przemierzał kosmos, żeby budować zwyczajne habitaty? Po co opuszczać rodzimy układ, jeśli nie ma się większych ambicji? Nie, ja myślę, że Laymilowie przebyli długą drogę w rzeczywistej przestrzeni z bardzo ważnego powodu. Oni uciekali. Tak samo jak Tyratakowie, którzy porzucili macierzystą planetę, kiedy ich gwiazda zaczęła się przeistaczać w rozdętego czerwonego olbrzyma.
    — I tak nie uszli przed boginią zemsty.
    — Na to wygląda.
    — Znaleziono kiedykolwiek fragment arki gwiezdnej?
    — Nie. Jeśli Laymilowie przybyli do Mirczuska statkiem poruszającym się z prędkością podświetlną, musiało to się zdarzyć około siedmiu, ośmiu tysięcy lat temu. Przy założeniu, że dotarło tu nawet dziesięć statków transportowych, musiało upłynąć przynajmniej trzy tysiące lat, zanim populacja Laymilów zasiedliła siedemdziesiąt tysięcy habitatów. Wyniki badań mówią, że rozmnażali się wolniej od ludzi. Taka arka transportowa byłaby bardzo stara w chwili dotarcia do Mirczuska. Prawdopodobnie została porzucona. Jeśli w momencie katastrofy wisiała na tej samej orbicie co habitaty, wtórne kolizje rozbiły ją na kawałki.
    — Szkoda.
    Gdy pochyliła się, żeby go pocałować, ręce Joshuy zacisnęły się przyjemnie wokół jej talii. Przymglone, sine obrazy, wykradzione z komórek sensytywnych Tranquillity, zmysłowe okrzyki, podsłuchane dzięki więzi afinicznej — wszystko to stało się teraz jej udziałem. Joshuabył najbardziej żywiołowym kochankiem, jakiego znała. Delikatny i zaborczy — iście wybuchowa mieszanka.
    Gdyby jeszcze nie działał jak bezduszny automat. Fakt, że straciła nad sobą wszelką kontrolę, sprawiał mu trochę za dużo przyjemności. Ale taki już był Joshua, człowiek nienawykły się dzielić.
    A zniechęcało go do tego życie, jakie wiódł: łatwy, przygodny seks, na który mógł liczyć u dziewcząt pokroju Dominique, oraz fałszywe poczucie niezależności, które dawały mu wyprawy do Pierścienia. Joshua nie ufał ludziom.
    — Jeszcze tylko ja — powiedział. Czuła na policzku jego gorący oddech. — Dlaczego mnie wybrałaś, Ione?
    — Bo nie jesteś całkiem normalny.
    — Co?
    Prysnął intymny nastrój. Ione siliła się na uśmiech.
    — Ile cennych znalezisk przywiozłeś w tym roku, Joshua?
    — Szło mi dosyć dobrze — odparł wymijająco.
    — Szło ci fenomenalnie, Joshua. Łącznie z modułami elektronicznymi znalazłeś dziewięć artefaktów, co przyniosło ci piękną sumkę przeszło ośmiu milionów fuzjodolarów. Odkąd przed stu osiemdziesięciu laty zawiązano Tranquillity, żaden zbieracz nie dorobił się takiej fortuny w jednym roku. Właściwie to nikt tyle nigdy nie zarobił. Sprawdzałam. W 2532 roku pewna kobieta zgarnęła sześćset tysięcy fuzjodolarów za znalezienie nienaruszonego ciała Laymila, lecz zaraz po tym wycofała się z interesu. Albo jesteś wyjątkowym szczęściarzem, Joshua, albo… — Zawiesiła głos, nie kończąc frapującej kwestii.
    — Albo co? — zapytał śmiertelnie poważnym tonem.
    — Myślę, że masz zdolności parapsychiczne.
    Przelotny wyraz zaskoczenia utwierdził ją w przekonaniu, że utrafiła w sedno. Później kazała Tranquillity odtwarzać ten moment niezliczoną ilość razy; komórki receptorów wzrokowych, rozmieszczone w ścianach z mchu i marmuru, zapewniały idealnie ostre zbliżenie płaszczyzn i konturów, które tworzyły jego twarz.
    Przez ułamek sekundy po tym, jak mu odpowiedziała, Joshua wyglądał na gniewnego i wystraszonego. Oczywiście, momentalnie nad sobą zapanował, udając śmiech.
    — Nie wygłupiaj się! — prychnął.
    — W takim razie jak to wytłumaczyć? Bo wierz mi, że twoje wyczyny nie uszły uwagi twych kompanów zbieraczy, i nie mam tu na myśli jedynie szanownych panów Neevesa i Sipiki.
    — Sama powiedziałaś: jestem zadziwiającym szczęściarzem.
    Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, gdybym teraz wrócił do Pierścienia, nie znalazłbym niczego wartościowego przez pięćdziesiąt lat.
    Pogładziła palcem gładką skórę jego podbródka. Nie musiał się golić, ponieważ z zarostem twarzy, będącym jedną z niewygód w stanie nieważkości, również poradziły sobie genowe modyfikacje.
    — Jestem pewna, że coś byś jednak znalazł.
    Założył ręce na kark i uśmiechnął się łobuzersko.
    — Już nigdy się tego nie dowiemy.
    — Nie.
    — I przez taką błahostkę nie mogłaś mi się oprzeć? Przez mój rentgen w oczach?
    — Coś w tym stylu. Mógłby się przydać.
    — Przydać? Jak to?
    — Normalnie.
    — Ejże, czego ty się po mnie spodziewasz?
    — Że dasz mi dziecko.
    Tym razem strach dłużej gościł w jego oczach.
    — Co?! — Wyglądał wręcz na przerażonego.
    — Że dasz mi dziecko. Szósty zmysł byłby wielce przydatną cechą u następnego Lorda Ruin.
    — Nie mam żadnych zdolności parapsychicznych — stwierdził kategorycznie.
    — To twoje zdanie. Ale nawet jeśli masz rację, stanowisz bardziej niż pożądanego dawcę materiału genetycznego dla dziecka.
    A tymczasem na mnie ciąży ważny obowiązek zapewnienia habitatowi następcy.
    — Uważaj, bo się rozczulę.
    — Nie spadną na ciebie żadne ojcowskie powinności, jeśli to cię gryzie. Do końca moich dni zygota przeleży w kapsule zerowej. Dziecko zostanie wychowane przez Tranquillity i serwoszympansy.
    — Miła przyszłość czeka tego dzieciaka.
    Usiadła prosto, przeciągnęła się i przesunęła ręce w górę brzucha, aby objąć piersi. Był to chwyt zdecydowanie poniżej pasa, tym bardziej że on leżał nagi, przyciśnięty jej ciałem.
    — A co? Uważasz, że czegoś mi brakuje? Wymień choć jedną moją niedoskonałość, Joshua.
    — Jezu. — Poczerwieniał jak burak.
    — A więc się zgadzasz? — Ione podniosła prawie pustą butelkę „Norfolskich Łez”. — Jeśli cię nie kręcę, to w wieżowcu świętej Anny mamy klinikę, gdzie przeprowadzają zabiegi zapłodnienia in vitro. — Zwilżyła kropelką trunku jeden sztywny sutek, potem zawiesiła butelkę nad drugim. — Wystarczy, że powiesz „nie”, Joshua. Możesz to zrobić? Powiedz „nie”. Powiedz, że masz już mnie dosyć. Śmiało.
    Przylgnął wargami do jej lewej piersi, kłując ją boleśnie zębami, i zaczął ssać.

* * *

    — I co powiesz? — zapytała Tranquillity kilka godzin później, kiedy Joshua wreszcie się nią nasycił. Spał, obmywany drżącymi, turkusowymi pręgami światła, które sączyło się przez okno. Wysoko nad wodą osiowa tuba świetlna napełniała sawannę habitatu jasnym, porannym blaskiem.
    — A to, że pewnie coś ci odcięło dopływ krwi do mózgu, kiedy rosłaś w zewnętrznym organie łonowym. Widać, że uszkodzenia są nieodwracalne.
    — Masz mu coś do zarzucenia?
    — Łże jak najęty, żeruje na przyjaciołach, kradnie zawsze, gdy myśli, że nikt na niego nie patrzy, używa programów stymulujących zakazanych na większości planet w Konfederacji, nie okazuje szacunku dziewczętom, z którymi sypia, zeszłego roku próbował nawet wymigać się od obowiązków podatkowych, twierdząc, że można sobie odliczyć od podatku koszty naprawy statku.
    — Znalazł jednak tyle artefaktów.
    — To dziwna sprawa, przyznaję.
    — Myślisz, że zaatakował Neevesa i Sipikę?
    — Nie. Joshua przebywał poza obszarem Pierścienia, gdy zniknęli tamci zbieracze.
    — Zatem musi mieć zdolności parapsychiczne.
    — Nie umiem logicznie obalić tej hipotezy. Ale sam też jakoś nie mogę w to uwierzyć.
    — A to dopiero! Kierujesz się intuicją?
    — Gdy rzecz dotyczy ciebie, Ione, kieruję się uczuciami.
    Dorastałaś wewnątrz mnie, a ja cię karmiłem. Twój los musi mnie obchodzić.
    Uśmiechnęła się sennie w stronę sufitu.
    — Tak czy inaczej, ja uważam, że on ma te zdolności. Wyróżnia się spośród innych, to pewne. Ma w sobie tyle ikry, nie spotkałam jeszcze nikogo z takim pędem do życia.
    — Niczego podobnego nie zauważyłem.
    — Bo to coś, czego ty zobaczyć nie możesz.
    — Załóżmy, że istotnie ma ten tak zwany szósty zmysł. Skąd wiesz, że odziedziczy go twoje dziecko? Przecież żaden z rozpracowanych dotychczas genów nie odpowiada za intuicję.
    — Magia przechodzi z pokolenia na pokolenie tak samo jak rude włosy czy zielone oczy.
    — Nie prowadzimy dyskusji, w której mogą zwyciężyć moje racje, zgadza się?
    — To prawda. Przykro mi.
    — Niech i tak będzie. Czy mam cię umówić na wizytę w procesorze administracyjnym kliniki?
    — Po co?
    — Zapłodnienie in vitro, zapomniałaś?
    — Nie, dziecko zostanie poczęte naturalnie. Dopiero później udam się do kliniki, żeby wyciągnęli zygotę i przygotowali ją do przechowania.
    — Jest jakiś szczególny powód, żeby robić to w ten sposób?
    In vitro to znacznie prostsze rozwiązanie.
    — Możliwe, ale ten Joshua jest naprawdę świetny w łóżku.
    Tak będzie o wiele zabawniej.
    — Ech, ci ludzie!

9

    Ciepły deszcz zaczął padać w Durringham w środę wczesnym rankiem i dotąd, choć było już czwartkowe południe, ani na moment się nie wypogodziło. Z obrazów satelitarnych wynikało, że nagromadzone nad oceanem chmury dadzą im jeszcze przynajmniej pięć godzin ulewy. Nawet mieszkańcy, przyzwyczajeni do zwyczajnych burz, poznikali z ulic. Brudna woda szumiała wokół kamiennych podpór dźwigających drewniane konstrukcje, przesączając się przez szpary w podłogach, a w północno — wschodniej części miasta kilkakrotnie obsunęła się ziemia. Miejska brygada techniczna (raptem osiem osób) wyraziła obawę, że lawiny błota mogą zepchnąć do Juliffe całe dystrykty Durringham.
    Colin Rexrew, gubernator Lalonde, z właściwą sobie flegmą odbierał datawizyjny raport. Szczerze mówiąc, nie zmartwiłoby go specjalnie, gdyby nagle przestała istnieć połowa stolicy. Żałowałby, że nie więcej.
    W wieku sześćdziesięciu lat dochrapał się drugiego pod względem rangi stanowiska w obranej przez siebie profesji. Urodzony w ziemskim Halo 0’Neilla, podjął pracę dla astroinżynieryjnego giganta Miconia Industrial, ukończywszy z wyróżnieniem studia na uniwersytecie, gdzie wybrał kierunek finansów i bankowości, a jako specjalizację — zarządzanie agenturalne, niezwykle zaawansowaną dziedzinę wiedzy o sposobach pomagania na wpół niezależnym ekspozyturom przedsiębiorstw, nawet tym oddalonym o setki lat świetlnych od Ziemi, w zachowaniu integralności z firmą macierzystą. Ze względu na rozrzucone po galaktyce filie korporacji co trzy lata przeskakiwał na kolejne zamieszkane układy słoneczne, stale powiększając swój ogromny bagaż doświadczeń i kwalifikacji, przy czym zawsze przedkładał pracę nad życie osobiste.
    Korporacja Miconia Industrial posiadała dziesięć procent udziałów w Towarzystwie Rozwoju Lalonde, ustępując w tym względzie tylko dwóm inwestorom. Colina mianowano gubernatorem przed dwoma laty. Niech wytrzyma jeszcze osiem lat na tej placówce, a będzie miał prawo ubiegać się o fotel w zarządzie firmy. Wprawdzie kończył w tym roku sześćdziesiąt osiem lat, lecz dzięki pewnym genetycznym modyfikacjom u przodków spodziewał się dożyć jakichś stu dwudziestu. Dobiegając ledwie siedemdziesiątki, wejdzie na same szczyty. Gdy już sprawdzi się na posadzie gubernatora, jego członkostwo w zarządzie będzie wysoce prawdopodobne, jeśli wręcz nie przesądzone.
    Aczkolwiek, o czym przekonał się na własnej skórze, sukces na Lalonde był koncepcją niełatwą do zdefiniowania. Po dwudziestu pięciu latach inwestycji planeta nie samofinansowała się nawet w dwudziestu procentach. Rexrew myślał niekiedy, że stanie się cud, jeśli Lalonde przetrwa jeszcze osiem lat.
    Biura gubernatora zajmowały drugie piętro kontenera zrzutowego u wschodnich granic miasta. Umeblowanie było dziełem tutejszych stolarzy, wykonane wyłącznie z drewna majopi, jedynego naprawdę użytecznego budulca na Lalonde. Poprzednik pozostawił to miejsce w stanie trochę zbyt surowym, jak na jego gust.
    Gęsty, jasnozielony dywan z kilianowego włosia pochodził z Mulkbeth, natomiast systemy komputerowe — z Kulu. W przeszklonym barku znajdował się szeroki wybór trunków, z czego trzecia część, zamknięta w chłodziarce, składała się z miejscowych win, którymi raczył się z coraz większym upodobaniem. Za półokrągłymi oknami roztaczał się okazały widok na zagospodarowane tereny wiejskie, dużo przyjemniejsze dla oka niż samo miasto, zaniedbane i nieciekawe. Dziś jednak nawet te zgrabne, białe domki z desek tonęły w ulewie, sprawiając wrażenie zapuszczonych i odciętych od świata, a gdzie zwykle zieleniły się uprawy, tam teraz stały szeroko rozlane bajora. Nieszczęsne zwierzęta cisnęły się na pagórkach, pobekując żałośnie.
    Colin siedział za biurkiem, ignorując pilne doniesienia na ekranach, zajęty obserwowaniem potopu. Jak wszyscy na Lalonde, i on nosił szorty, co prawda uszyte przez krawca w londyńskiej arkologii. Klimatyzator nie potrafił zapobiec pojawianiu się mokrych plam pod pachami jego cytrynowej jedwabnej koszulki; bladoniebieska marynarka wisiała na oparciu jednego z krzeseł konferencyjnych.
    Próżno byłoby szukać na Lalonde siłowni, a nie mógł się jakoś zmusić, by co rano pokonywać biegiem odległość ze swojej oficjalnej rezydencji do biura, skutkiem czego w zastraszającym tempie zaczął przybierać na wadze. Na okrągłej twarzy zaznaczyły się wyraźniej policzki i wyodrębnił się trzeci podbródek; w promieniach tutejszego słońca policzki i czoło pokryła drobna siateczka zmarszczek. Niegdyś bujne, rudobrązowe włosy zaczynały z wolna rzednąć i przybierać srebrzysty odcień. Ten z jego przodków, który zapłacił za genetyczne ulepszenia przemiany materii, poskąpił widocznie pieniędzy na kosmetykę ciała.
    Z nieprzejrzanych zwałów chmur wystrzeliwały kolejne błyskawice. Doliczył do czterech i usłyszał huk pioruna. Jeśli to się wkrótce nie skończy, pomyślał posępnie, nawet na kałużach zaczną się tworzyć kałuże.
    Brzęczek u drzwi zasygnalizował gościa. Neuronowy nanosystem Colina doniósł mu o przybyciu jego pełnomocnika Terrance’a Smitha.
    Colin okręcił się na krześle w stronę pulpitu biurka. Terrance Smith miał trzydzieści pięć lat był wysokim, eleganckim mężczyzną z gęstwą czarnych włosów i masywną szczęką. Dzisiaj włożył sięgające kolan szare szorty i zieloną koszulkę. Zawsze trzymał tę samą wagę. Jeśli wierzyć plotce krążącej wśród personelu, Smith zaciągnął do łóżka połowę kobiet z działu administracyjnego.
    — Meteorolodzy twierdzą, że po deszczach czeka nas suchy tydzień — rzekł Terrance, siadając naprzeciwko gubernatora.
    — Chociaż nie powiedzieli, że będzie tak długo lało — odparł Colin zgryźliwie.
    — To prawda. — Terrance sięgnął do nanosystemowego pliku. — Ekspedycja geologiczna na Kenyonie przeprowadziła wstępne pomiary. Geolodzy gotowi są dokonać głębszych odwiertów i rozpocząć drążenie komory biosferycznej. — Przekazał datawizyjnie raport Colinowi.
    Kenyon był żelazokamienną asteroidą o średnicy dwunastu kilometrów, przemieszczoną na odległość stu dwudziestu tysięcy kilometrów od Lalonde serią nuklearnych wybuchów. Plan zakładał, że kiedy zakończy się pierwsze stadium rozwoju planety, ajej gospodarka zacznie funkcjonować bez pomocy zewnętrznych inwestycji, LDC rozbuduje zespół kosmicznych stacji przemysłowych. Dopiero w pełni uprzemysłowione światy dawały nadzieję na krociowe zyski. A najniezbędniejszą rzeczą dla każdej zawieszonej w próżni stacji przemysłowej było obfite źródło tanich surowców, które mogła zapewnić asteroidą. Ekipy górnicze miały więc wydobywać rudę, a przy okazji drążyć dla siebie nadającą się do zamieszkania komorę biosferyczną.
    Cóż jednak z tego, że Kenyon zakończył swoją piętnastoletnią wędrówkę z lokalnego pasa planetoid, skoro Colin powątpiewał, czy wystarczy mu środków w budżecie choćby do opłacenia ekspedycji geologicznej, nie mówiąc już o pracach eksploatacyjnych.
    Transport kolonistów do wnętrza kontynentu pochłaniał fundusze w zawrotnym tempie, a przecież osiedle asteroidalne potrzebowało finansowego oparcia w stabilnym rynku wewnętrznym, jeżeli chciało konkurować na rynkach międzygwiezdnych.
    — Później się z tym zapoznam — powiedział. — Na razie nie zamierzam niczego obiecywać. Ktoś tu chce o dwadzieścia lat za wcześnie dzielić skórę na niedźwiedziu. Program rozwoju przemysłu na asteroidzie w corocznych raportach wygląda całkiem nieźle. Przesunięcie jej na określoną orbitę to coś, czym można się pochwalić przed radą nadzorczą. Wszyscy wiedzą, że nie ma z niej żadnej korzyści, póki jest w drodze. Ale kiedy tylko znalazła się na orbicie, rada pewnie zaczęła oczekiwać natychmiastowych dochodów. Na moją głowę spadł cały ten cholerny ciężar, gdy tymczasem mój przygłupi poprzednik pobiera standardową pensję wraz z premią za operatywność. Ktoś odpowiedzialny za to powinien dostać solidną reprymendę. Przecież minie jeszcze pięćdziesiąt lat, zanim ci pożałowania godni farmerzy uciułają dość gotówki, aby wesprzeć rozwój wysokich technologii. Tutaj nie ma na nie żadnego popytu.
    Terrance pokiwał głową, rysy jego foremnej twarzy przybrały posępny wyraz.
    — W ciągu dwóch ostatnich miesięcy zatwierdziliśmy pożyczki dla następnych ośmiu rozwijających się zakładów przemysłowych. Sprzedaż motorowerów w mieście rośnie, a za pięć lat powinniśmy już mieć własnego jeepa z napędem na cztery koła. Zgadzam się jednak, że masowa produkcja na szeroki rynek to wciąż daleka przyszłość.
    — Ech, dajmy już temu spokój — westchnął Colin. — Nie ty przecież zatwierdziłeś ten projekt z Kenyonem. Gdyby choć na sześć miesięcy przestali nam przysyłać osadników, może złapalibyśmy drugi oddech. Nowy statek co dwadzieścia dni to stanowcza przesada, a pieniądze, jakie koloniści płacą za przewóz, nie pokrywają nawet połowy kosztów wysłania ich w górę rzeki.
    Ale zarząd ma to gdzieś, byle statki transportowe dostały swoją dolę. Co tu zrobić, żeby przesunąć fundusze na rozwój podstawowej infrastruktury, zamiast udzielać ciągłych subwencji kapitanom statków rzecznych? Przecież oni i tak na tym nieźle wychodzą.
    — O tym właśnie chciałem porozmawiać. Zapoznałem się właśnie z nowym terminarzem zarządu. W ciągu najbliższych siedemdziesięciu dni możemy się spodziewać pięciu transportowców kolonizacyjnych.
    — Typowe. — Colin nie miał już nawet siły protestować.
    — Pomyślałem sobie, że moglibyśmy poprosić kapitanów statków rzecznych o zabieranie na pokład większej liczby pasażerów.
    Bez trudu upchają dodatkowych pięćdziesięciu, jeśli sklecą nad odsłoniętym pokładem jakieś zadaszenia. Prawdę mówiąc, sypialnie przejściowe nie zapewniają wcale lepszych warunków.
    — Sądzisz, że się zgodzą?
    — Czemu nie? Przecież to my zapewniamy im utrzymanie.
    Poza tym mówimy tylko o doraźnych zmianach. Jeżeli nie zechcą ich zabierać, proszę bardzo, niech czekają w porcie i tracą pieniądze. Statki kołowe nie nadają się do przewozu dużych ładunków. W razie czego przejmiemy je i rozdamy tym kapitanom, którzy prędzej wyrażą zgodę.
    — Chyba że wspólnie wyrażą sprzeciw. Ci kapitanowie połączyli się w klany. Pamiętasz incydent z Cromptonem? Połamał log, a potem nas obwinił, że posłaliśmy go na rzekę, której nie miał na mapie. Musieliśmy pokryć koszty naprawy. Tego tylko brakowało, żeby zaczęły nam się tworzyć pod bokiem związki zawodowe.
    — W takim razie co robić? Sypialnie przejściowe pomieszczą najwyżej siedem tysięcy kolonistów.
    — Do cholery z tym wszystkim! Oznajmisz kapitanom, że odtąd zabierają na pokład więcej pasażerów, i basta! Nie chcę, żeby osadnicy koczowali w Durringham dłużej niż to konieczne. — Wolał nie myśleć, jaka rozpęta się awantura, jeśli kiedykolwiek jeden ze statków zatonie na Juliffe. Lalonde nie doczekało się jeszcze własnych służb ratunkowych; szpital przykościelny dysponował co prawda pięcioma czy sześcioma ambulansami, które wyjeżdżały do wypadków w mieście, lecz katastrofa tysiąc kilometrów w górę rzeki… Na domiar złego koloniści wywodzili się przeważnie z arkologii, połowa z nich nie umiała pływać. — Z czasem trzeba będzie zwiększyć liczbę statków. Bo prędzej włosy mi na dłoni wyrosną, nim zmniejszą nam dostawy kolonistów.
    A wiem skądinąd, że na Ziemi znów odnotowano przyrost ludności, w ciągu roku liczba nielegalnych urodzeń zwiększyła się o trzy procent. A to są tylko dane oficjalne.
    — Na dodatkowe statki trzeba będzie zaciągnąć dodatkowe pożyczki — zauważył Terrance.
    — Dziękuję, ale jeszcze sobie radzę z prostymi rachunkami.
    Naczelnik działu finansowego przesunie środki z pozostałych budżetów i wszystko się wyrówna.
    Terrance już miał zapytać, o które konkretnie budżety chodzi, gdyż każdy dział administracji narzekał na chroniczny brak funduszy. Powstrzymał go jednak wyraz twarzy gubernatora.
    — W porządku, zajmę się tym. — Umieścił notatkę w nanosystemowym pliku ogólnych spraw do załatwienia.
    — Należałoby kiedyś pomyśleć o zwiększeniu bezpieczeństwa podróży kołowcami. Można by je na przykład wyposażyć w pasy ratunkowe.
    — Nikt w Durringham nie produkuje pasów ratunkowych.
    — A zatem otwiera się szansa na doskonały interes dla rzutkiego biznesmena. I dobrze wiem, że konieczne będą następne pożyczki. Do licha, nie rosną tu przypadkiem odpowiedniki dębu korkowego? Niechby strugali je z korka. Wszystko na tej cholernej planecie wykonane jest z drewna.
    — Lub z błota.
    — Boże, nawet mi nie przypominaj. — Colin znów wyjrzał przez okno. Chmury wisiały nisko, jakieś czterysta metrów nad ziemią. Dante wyszedł z mylnego założenia: w piekle nie panuje palące gorąco, tam odbywa się wiekuiste namaczanie. — Coś jeszcze?
    — Owszem. Komisarz, którego posłałeś do hrabstwa Schuster, nadesłał raport. Postarałem się, żeby nie trafił do biurowej sieci danych.
    — Bardzo mądrze. — Colin zdawał sobie sprawę, że agenci CNISu monitorują stale ich łącza satelitarne. Był również Ralph Hiltch, zagnieżdżony wygodnie w ambasadzie Kulu, który niczym jakiś ziemnowodny głowonóg pakował swoje przeklęte macki do niemal każdego biura, wysysając informacje. Bóg wie, czym tak bardzo przejmowało się Kulu, choć może paranoja należała do cech, które Saldanowie dodali do swoich supergenów. Doszła też jego uszu absolutnie nieoficjalna pogłoska, jakoby edeniści dysponowali na planecie aktywnym biurem wywiadowczym, co wprost przechodziło granice absurdu.
    — I co stwierdził? — zapytał Terrance’a.
    — Niczego się nie dowiedział.
    — Nic a nic?
    — Potwierdziło się tylko doniesienie szeryfa, cztery rodziny rozpłynęły się w powietrzu. Wszystkie mieszkały na sawannie dość daleko od miasteczka Schuster. Komisarz przyjrzał się ich domom. Podobno wyglądało to tak, jakby pewnego ranka wyszli i już nie wrócili. Gdy dokonywał oględzin, cały sprzęt był już oczywiście rozgrabiony, lecz pytani twierdzili, że w jednym z domów czekało nawet na stole gotowe śniadanie. I żadnych oznak walki, żadnych śladów sejasów czy krokolwów. Nic. Blady strach padł na osadników.
    — Dziwne. Nie działa tam przypadkiem jakaś szajka bandycka? Mieliśmy raporty w tej sprawie?
    — Nie, ale czemu bandyci mieliby poprzestać na kilku rodzinach? Tacy rozrabiają, dopóki nie wpadną. Rodziny zaginęły dziewięć tygodni temu i nic podobnego już się nie powtórzyło.
    Cokolwiek tam się stało, był to odosobniony wypadek.
    — Poza tym bandyci ograbiliby domy ze wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość — dumał głośno Colin. — A co słychać na farmach Tyrataków? Wiedzą, co się stało?
    — Komisarz wypuścił się na ich terytorium. Twierdzą, że po opuszczeniu Durringham nie mieli żadnych kontaktów z ludźmi.
    Raczej mówili prawdę, ponieważ nic nie wskazywało, aby kiedykolwiek przyjmowali u siebie obcych. Pies komisarza, połączony z nim więzią afiniczną, daremnie węszył po całej okolicy.
    Colin omal się nie przeżegnał. W Halo otrzymał dosyć tradycyjne wychowanie. Nie mógł się oswoić z myślą, że tutejsi nadzorcy i szeryfowie posługują się więzią afiniczną.
    — W każdej z tych rodzin były córki w wieku od kilkunastu do dwudziestu kilku lat — oznajmił Terrance. — Sprawdzałem w archiwum.
    — I co z tego?
    — Niektóre dziewczęta były całkiem ładne. Mogły przeprowadzić się w dół rzeki do którejś z większych osad i założyć tam burdel. Zdarzały się już takie rzeczy. Każdy wie, że w Schuster ludzie żyją w skrajnej nędzy.
    — Dlaczego nie zabrali z sobą sprzętu?
    — Nie wiem. To jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy.
    — Dajmy już temu spokój. Jeśli nie ma kolejnych zniknięć i nie wybucha rebelia, cóż mnie to wszystko może obchodzić?
    Zanotuj w aktach, że zwierzęta porwały zaginionych na żer dla młodych i odwołaj komisarza. Koloniści znają ryzyko związane z wyprawą na obcą planetę. Jeśli są tak nierozsądni, żeby osiedlać się w puszczy i bawić w troglodytów, to proszę bardzo. Ja mam dość problemów na tym końcu rzeki.

* * *

    Quinn Dexter słyszał o zaginięciach, w całej wiosce Aberdale huczało od plotek tego dnia, kiedy goście z Schuster złożyli grupie numer 7 oficjalną wizytę. Siedemnastu ludzi zapadło się nagle pod ziemię, cztery pełne rodziny. To go zaintrygowało, a zwłaszcza treść domysłów. Bandyci, ksenobionty (szczególnie Tyratakowie z domostw u podnóży gór), tajemniczy metamorficzni tubylcy — wszystko to brano pod uwagę i wszystko kłóciło się z faktami.
    Najbardziej urzekły Quinna historie o metamorfach. Opowiedział mu jeden ze skazańców z Schuster, że nieraz ich widywano, gdy przybył tu przed rokiem.
    — Pewnego dnia jeden mi się pokazał — zapewniał Sean Pallas, dwa lata starszy od Quinna, choć wyglądał, jakby stuknęła mu trzydziestka. Oblicze miał wychudłe, żebra wystające, ramiona pokryte czerwonymi pręgami i bąblami od ukąszeń owadów. — W dżungli. Wyglądał zupełnie jak człowiek, tylko był cały czarny.
    Brr, okropność.
    — Ej, ty! — obruszył się Scott Williams. Był jedynym przedstawicielem afrokaraibskiej grupy etnicznej wśród osiemnastu zesłańców w Aberdale. — Co w tym złego?
    — Nie wiesz, człowieku, o co mi chodzi. To nie miało żadnej twarzy, tylko czarną skórę. Ani ust, ani oczu, zupełnie nic.
    — Jesteś pewien? — zapytał Jackson Gael.
    — Tak. Stałem dwadzieścia metrów od niego. Wiem, co widziałem. Krzyknąłem i pokazałem palcem, ale to zaraz znikło, dało susa za krzak czy coś w tym rodzaju. A kiedy podeszliśmy bliżej…
    — …barek był pusty — wpadł mu w słowo Quinn.
    Buchnęły śmiechy.
    — Nie kpij, człowieku! — odparł Sean porywczo. — To naprawdę tam było, przysięgam. I w żaden sposób nie mogło umknąć niepostrzeżenie. Zmieniło kształt, przemieniło się w drzewo albo coś podobnego. I jest ich więcej. Chodzą po dżungli, kolego, wściekli, że kradniemy im planetę.
    — Skąd wiedzą, że kradniemy im planetę, skoro są tacy prymitywni? — zapytał Scott Williams. — Skąd wiedzą, że to nie my jesteśmy prawdziwymi tubylcami?
    — Ja wcale nie żartuję. Nie będzie ci do śmiechu, jak jeden z nich wyjdzie z drzewa i capnie cię za kark. Zaciągną cię potem pod ziemię, gdzie żyją w wielkich jaskiniowych miastach. Wtedy pożałujesz.
    Tego wieczoru Quinn roztrząsał z kamratami słowa Seana. Doszli do wniosku, że był niedożywiony, przypuszczalnie histeryzował, a na pewno coś mu się przywidziało w upale. Wizyta gości z Schuster wpłynęła niezwykle przygnębiająco na samopoczucie mieszkańców Aberdale, dobitnie przypominając, jak blisko czyha tu niepowodzenie. Po odpłynięciu „Swithlanda” obie grupy utrzymywały z sobą raczej symboliczny kontakt.
    Quinn jednak wielokrotnie ważył w myślach słowa Seana, pilnie też nadstawiał ucha na krążące po wiosce pogłoski. Czarny humanoid, pozbawiony twarzy, mogący zniknąć w dżungli bez śladu (i to niejeden, sądząc po liczbie spotkań). Quinn przypuszczał, że zna odpowiedź: człowiek ubrany w kameleonowy kombinezon maskujący. Nikt inny w Aberdale nie brał pod uwagę takiej możliwości. Ludziom nie mieściłoby się w głowie, że ktoś może się ukrywać w dziewiczej puszczy najbardziej wrednej planety w Konfederacji. I to właśnie dodawało całej sprawie pikanterii, medytował Quinn. Bo kto zaszywa się na Lalonde, gdzie nikt a nikt nie będzie go szukał? Chyba tylko najusilniej poszukiwany zbrodniarz we wszechświecie. Cała grupa, poprawił się.
    Dobrze zorganizowana, dobrze wyposażona. Niewykluczone, że dysponująca własnym kosmolotem.
    Po pewnym czasie odkrył, że wszystkie zaginione rodziny mieszkały w zagrodach na sawannie, na południowy wschód od Schuster. Na wschód od Schuster leżało Aberdale.
    Czy implant wzrokowy czuły na promieniowanie podczerwone mógł namierzyć kombinezon kameleonowy? Jeśli tak, to przed Quinnem otwierały się zupełnie nowe perspektywy.

* * *

    Dwa tygodnie po tym, jak „Swithland” wysadził osadników z grupy numer 7 w ich nowym domu nad brzegiem Quallheimu, jastrząb „Niobe” wynurzył się nad Lalonde. W związku z tym, że edeniści posiadali pięć procent udziałów w LDC, dość regularnie pojawiali się z wizytą wysłannicy Banku Jowiszowego.
    Przybywające jastrzębie dostarczały zaopatrzenia i świeżego personelu dla stacji umieszczonej na orbicie Murory, największego spośród pięciu gazowych olbrzymów w układzie. Personel miał za zadanie nadzorować Aethrę, technobiotyczny habitat zawiązany w roku 2602 jako część wkładu edenistów w szeroko pojmowany rozwój Lalonde.
    Zaledwie jastrząb wszedł na orbitę równikową, Darcy poprosił kapitana statku o przeprowadzenie szczegółowych oględzin hrabstwa Schuster. „Niobe” zboczył z dotychczasowego toru, aby przelecieć na wysokości dwustu kilometrów nad wskazanym terytorium. Zielone, faliste sklepienie dżungli przetaczało się pod pęcherzami sensorowymi jastrzębia, który zaprzągł każdą wolną komórkę neuronową do analizy obrazów. Rozdzielczość wynosiła dziesięć centymetrów, co wystarczało do rozróżnienia poszczególnych ludzi.
    Po pięciu dziennych przelotach jastrząb oznajmił, że w promieniu stu kilometrów od miasteczka Schuster nikt nie wybudował bezprawnie żadnego domostwa, a wszystkich zaobserwowanych na tym obszarze ludzi zidentyfikowano — na podstawie danych dostarczonych przez Darcy’ego i Lori — jako legalnych imigrantów. Populacja miejscowych zwierząt mieściła się w normie, co sugerowało, że nawet jeśli tajemnicza grupa ukrywała się gdzieś w jaskiniach lub zamaskowanych szałasach, to nie polowała w celu zdobycia pożywienia. Nie trafiono na żaden ślad siedemnastu zaginionych osiedleńców.

* * *

    Po sześciu miesiącach Aberdale zaczęło wreszcie przypominać wieś, a nie skład drzewny.
    Już tamtego pierwszego dnia siódma grupa dobrnęła przez wodę do brzegu z piłami rozszczepieniowymi i niezłomną wiarą w powodzenie całego przedsięwzięcia. Ścięli rosnące nad brzegiem drzewa majopi, oczyścili pnie z gałęzi, wbili pale głęboko w żwirowe dno rzeki. Potem pocięli konary na grube dechy na pokrycie pomostu. Ostrza rozszczepieniowe z łatwością radziły sobie z zadaniem, tnąc zgęszczoną celulozę niczym laser masło.
    Piłowali jak mechanoidy, w pocie czoła przenosili kloce i stukali młotkami, dopóki nie została godzina do zachodu słońca. Mieli już wtedy trzymetrowej szerokości pomost, sięgający dwadzieścia pięć metrów od brzegu i opatrzony pachołkami, do których mógł bezpiecznie cumować tuzin kołowców.
    Następnego dnia utworzyli łańcuch ludzi, aby wyładować skrzynie ze sprzętem i pomniejsze bagaże, kiedy statki jeden po drugim dobijały do pomostu. Niezłomna wola i przyjacielska atmosfera ułatwiały pracę. A gdy nazajutrz statki odpływały w dół rzeki, osiedleńcy stali na pochyłym brzegu i śpiewali swój hymn:
    „Naprzód, żołnierze Chrystusa!” Głośne, dumne śpiewy niosły się daleko nad krętymi wodami Quallheimu.
    Powstałe w ciągu dwóch tygodni karczowisko miało kształt szerokiego półkola rozciągniętego kilometr wzdłuż rzeki, z pomostem nadbrzeża pośrodku. Jednak w odróżnieniu od Schuster tutaj obciosywano każde powalone drzewo, odnosząc pnie i użyteczne konary na zgrabny stos; nieprzydatne gałęzie przeznaczano na ognisko.
    W pierwszym rzędzie powstał budynek publiczny, mniejsza drewniana wersja sypialni przejściowej z dachem z desek i metrowej wysokości ściankami ze splecionych liści palm. Wszyscy pomagali i wszyscy poznawali praktyczne zastosowanie klinów, legarów, wręg i wypustów, z czym nie mógłby ich oswoić nawet najlepszy kurs dokształcający ciesielstwa. Pożywienie zapewniały im częste wyprawy myśliwskie do puszczy, gdzie laserowe i elektromagnetyczne strzelby zbierały bogate żniwo. Szybko też doceniono wartość dzikich dębów czereśniowych, rodzących jadalne owoce o smaku orzechów, oraz pnączy acyllusowych z kiśćmi małych „jabłuszek”. Dzieci codziennie przetrząsały skraj puszczy w poszukiwaniu główek tutejszych odpowiedników ziemskich sukulentów. Obok przepływała rzeka z pełzającymi po dnie myszokrabarm oraz ławicami burogrzbietek, które smakowały podobnie jak pstrągi. Zapewniały skąpą dietę, zwłaszcza na początku, często urozmaicaną czekoladą i liofilizowaną żywnością z przywiezionych zapasów, lecz w przeciwieństwie do Schuster nigdy nie wisiało nad nimi widmo głodu.
    Musieli nauczyć się przygotowywać posiłki przy ogniskach dla grup złożonych z setki ludzi, doskonaląc technikę budowania glinianych pieców, które się nie waliły, oraz mocowania na rożnach tusz złowionych sejasów i dandenlów (odpowiedników gazel). Opanowali też umiejętność gotowania wody w dwudziestopięciolitrowych pojemnikach.
    Należało zapoznać się z rozmaitymi gryzącymi owadami, ciernistymi roślinami, trującymi jagodami, a wszystko to prawie zawsze wyglądało trochę inaczej niż na obrazach w pamięci dydaktycznej. Poznawali sposoby wiązania drewna i takiego wypalania gliny, ażeby nie pękała. Liście niektórych palm nadawały się do wyplatania, inne się natychmiast kruszyły — musieli je rozróżniać.
    Przesuszone pnącza mogły posłużyć na sznury i sieci. Zesłańcy z czasem opanowali sztukę kopania latryn, tak żeby nikt me wpadł do jamy. Lista praktycznych umiejętności, tych niezbędnych i tych po prostu przydatnych, była bardzo długa. Z czasem, w większości przypadków, osadnicy doszli we wszystkim do wprawy.
    Po budynku publicznym przyszła kolej na domy — wyrastały w pasie o kształcie półksiężyca na obrzeżu polany. Były to głównie dwuizbowe chałupy z dachami wysuniętymi nad werandę, stawiane pół metra nad ziemią, w czym pomagały rozważnie pozostawione pniaki. Konstruowano je w taki sposób, aby w przyszłości można było dobudować nowe pomieszczenia.
    Wśród dwustu osiemdziesięciu rodzin czterdzieści dwie wybrały życie z dala od wioski, na rozległej sawannie mającej swój początek na południe od rzeki, gdzie dżungla przechodziła w krzewiaste zarośla, a one trochę dalej ustępowały morzu zielonych, falujących traw, ciągnących się hen, ku podnóżom odległych łańcuchów górskich; jednostajny krajobraz sawanny urozmaicały jedynie sylwetki rzadkich, samotnych drzew i srebrzyste, migotliwe nitki strumieni. Owe rodziny przybyły tu wraz z cielętami, jagniętami, koźlętami i źrebakami — zwierzętami poddanymi genetycznym modyfikacjom, aby — nafaszerowane lekami i umieszczone w torbach marsupialnych — mogły przetrwać miesiące w stanie hibernacji. Wszystkie zwierzęta były samicami i miały zostać poddane zabiegom inseminacyjnym, dlatego też w drodze z oddalonej o trzysta lat świetlnych Ziemi towarzyszył im zapas zamrożonego nasienia.
    Rodzina Skibbowa i Kavy należała do tych, którym marzyło się zapełnienie niezmierzonych pustkowi olbrzymimi stadami sytych zwierząt. Przez pięć tygodni spali w namiocie na skraju puszczy, kiedy Gerald i Frank budowali swój nowy dom: czteroizbową chatę z bali, wyposażoną w kamienne palenisko i umieszczone na dachu baterie słoneczne do zasilania świetlówek i lodówki. Na zewnątrz dostawili niewielką stodółkę i wszystko ogrodzili palisadą. Potem na pobliskim strumieniu usypali groblę z szarych kamyków; w tak powstałym stawie mogli się myć i kąpać.
    Trzeciego dnia piątego miesiąca od odpłynięcia „Swithlanda” otworzyli siedemnaście toreb marsupialnych (trzy skradziono im na kosmodromie). Zwierzęta leżały zwinięte w kłębek w otulającej ciało gąbce, zupełnie jakby przebywały w łonach — tyle tylko, że z kablami i rurkami wpuszczonymi do naturalnych otworów ciała. Piętnaście przeżyło proces rewitalizacji: trzy źrebięta z rasy szajrów, trzy cielęta, jedna żubrzyca, trzy kozy, cztery jagnięta i szczenię owczarka alzackiego. Choć był to dobry odsetek, Gerald żałował, że zabrakło mu pieniędzy na kapsuły zerowe dla zwierzaków.
    Od rana do wieczora cała pięcioosobowa rodzina pomagała oszołomionym zwierzętom stać i chodzić, karmiąc je specjalnym, bogatym w witaminy mlekiem, aby prędzej doszły do siebie. Marie, która nigdy w życiu nie pogłaskała żywego zwierzęcia, a tym bardziej żadnym się nie opiekowała, teraz została przez nie pokąsana, obsikana, poobijana, a na spodnie wylało jej się żółtawe mleko.
    O zmroku rzuciła się na łóżko z płaczem i próbowała zasnąć: tego dnia skończyła osiemnaście lat, lecz nikt o tym nie pamiętał.

* * *

    Wymieniając pozdrowienia z kilkoma dorosłymi, Rai Molvi przemierzał polanę w stronę nabrzeża, gdzie czekał stateczek obwoźnego handlarza. Duma rozsadzała mu pierś na widok solidnych budynków, zgrabnych sągów drewna, ryb wędzących się nad ogniskami, rozpiętych na ramach skór danderilów, które schły w słońcu. Dobrze zorganizowana społeczność, zjednoczona we wspólnym celu. Aberdale mogłoby z powodzeniem wystąpić w kampanii promocyjnej LDC, stanowiło wzór dla innych wiosek.
    Już od miesiąca trwała druga faza wycinki drzew, wokół polany wżynały się w głąb puszczy prostokątne wyrąbiska. Wieś z lotu ptaka przypominała fragment koła zębatego o wyjątkowo długich zębach. Osadnicy zaczynali przygotowywać ziemię pod uprawę: wykopywać pniaki, zakładać ogródki warzywne i sady owocowe, orać glebę za pomocą kultywatorów rotacyjnych ładowanych z baterii słonecznych. Zieleniły się już rządki niziutkich pędów, przepychających się przez żyzny czarnoziem; farmerzy musieli organizować patrole, aby odganiać stada zgłodniałych ptaków, które obsiadały pobliskie drzewa.
    Nie wszystkie przywiezione z Ziemi nasiona puszczały zdrowe pędy — rzecz dość dziwna, gdyż zostały poddane zabiegom genetycznym i powinny być przystosowane do warunków panujących na Lalonde. Rai Molvi nie wątpił jednak, że wioska będzie rozkwitać. Dzisiejsze poletka przekształcą się kiedyś w plantacje.
    W ciągu pół roku osiągnęli więcej niż Schuster w osiemnaście miesięcy. Czuł, że wszystko zawdzięczają sprawnemu zarządzaniu. Założenie przez niego rady okazało się aktem zbawiennej przezorności, dzięki temu już w sypialni przejściowej tworzyli dobrze zorganizowaną grupę.
    Minąwszy budynek publiczny, zszedł na chwilę z dróżki, aby dać przejście gromadce dzieciaków niosących pęki tłustych ptaków, polotek, które dostały się w pułapki. Pomimo podrapanej skóry i ubłoconych nóg dzieci śmiały się i żartowały. O tak, Rai Molvi był w wyśmienitym nastroju.
    Dotarł do nabrzeża i wszedł na pomost. W rzece pracowało dwóch zesłańców, Irley i Scott, ciągnąc więcierze klatkowe do połowu myszokrabów. Więcierze przypominały kosze do poławiania homarów i były jednym z pomysłów Quinna.
    Rai pomachał młodzieńcom, na co odpowiedziały mu uśmiechy i podniesione kciuki. Dobre stosunki z zesłańcami uważał za swoje największe osiągnięcie. Już pod koniec pierwszego miesiąca Quinn Dexter poprosił go o rozmowę.
    „Zwracać się do Powela, to jak mówić do ściany, ale wiemy, że pan nas sprawiedliwie osądzi, panie Molvi”.
    Jakże słuszne słowa. To przecież jemu przypadała rola rozjemcy, a czy to się komu podobało, czy też nie, zesłańcy stanowili nieodłączną cząstkę Aberdale. Musiał zachować całkowitą bezstronność.
    „Chcemy się zorganizować — ciągnął Quinn bez ogródek. — Dotychczas pracowało dla was osiemnastu skazańców, ale musieliście dawać im jedzenie i umieszczać na noc w budynku publicznym. To nie jest najlepszy układ, bo wypruwamy tu z siebie żyły i nic z tego nie mamy. Chłopcy nie dają z siebie wszystkiego, taka już jest ludzka natura. Nikt z nas nie zabiegał o wycieczkę do Aberdale, ale skoro już tu jesteśmy, to chcemy się jakoś urządzić. Gdybyśmy tak sporządzili listę kolejności i każdego dnia trzynastu naszych pomagałoby wam w ogólnych pracach, to pozostałych pięciu mogłoby zbudować coś dla siebie, coś takiego, z czego człowiek byłby dumny. Chcemy mieć własną chatę, możemy też sami łapać i hodować zwierzęta. W zamian przestaniecie nas utrzymywać, a my będziemy z dużo większą ochotą pomagać osadnikom przy ścinaniu drzew i budowie domów”.
    „Sam nie wiem” — odparł Rai, choć trudno było oprzeć się logice argumentów. Niepokoił go tylko ten Quinn. W arkologii dość często miał do czynienia z wykolejeńcami, teraz więc krzepki wygląd zesłańca i jego wyniosła postawa budziła w nim niezbyt przyjemne wspomnienia. Rai nie chciał jednak uchodzić za człowieka stronniczego, a młodzieniec zwracał się z uczciwą propozycją, która mogła przynieść korzyści całej społeczności.
    „Wypróbujmy ten system w czasie trzech tygodni — podsunął Quinn. — Co wam szkodzi? Tylko Powel Manani może wam się sprzeciwić”.
    „Pan Manani jest tu po to, aby nam pomagać — odrzekł Rai chłodnym tonem. — Jeżeli rada zaaprobuje układ, on musi się postarać, żeby wszedł w życie”.
    Powel Manani rzeczywiście nie chciał się zgodzić, co zdaniem Mol viego stanowiło zamach na autorytet rady, jak też jego własny.
    Podczas sesji, na którą nie zaproszono nadzorcy, rada postanowiła przychylić się do prośby zesłańców. Okres próbny miał pokazać, czy potrafią być samowystarczalni.
    Po wschodniej stronie wielkiej polany zesłańcy wybudowali sobie długą (i świetnie skonstruowaną, przyznawał Rai z zawiścią) chatę ze spadającym do ziemi trójkątnym dachem. Łapali w więcierze mnóstwo myszokrabów, które wymieniali na inną żywność z pozostałymi mieszkańcami. Założyli ogrodzenie dla kur, uprawiali własny ogródek warzywny (osadnicy użyczyli im trzech kokoszek i nieco sadzonek z własnych zapasów). Dołączali do wypraw łowieckich i nawet powierzano im broń ręczną, aczkolwiek mieli obowiązek zdać ją z końcem dnia. Ekipy z entuzjazmem wykonywały przydzielane im zadania. Zesłańcy destylowali też jakieś mocniejsze trunki, czego Rai nie pochwalał, ale i nie mógł już zakazać.
    Rai Molvi zjednał sobie powszechne uznanie. Zapewne już niebawem Aberdale stanie przed oficjalnym wyborem burmistrza.
    A potem… potem będzie można pomyśleć o hrabstwie. Miasteczko Schuster natomiast rozwijało się marnie, kilku jego mieszkańców wyraziło nawet chęć przeprowadzki do Aberdale. Kto wie, co mógłby osiągnąć zdecydowany, przedsiębiorczy człowiek tutaj, gdzie kładziono fundamenty tego świata?
    Rai Molvi dotarł do końca pomostu przepełniony uczuciem zadowolenia. I pewnie dlatego tylko trochę zdeprymował go widok, jaki z bliska przedstawiał sobą „Coogan”. Dwudziestometrowa łódź stanowiła przedziwne połączenie tratwy i katamaranu. Unosiła się na wodzie za sprawą wydrążonych pni jakiegoś czerwonego, bardzo włóknistego drzewa, na których zamocowano pokład z niechlujnie ociosanych desek. Środkiem pokładu, niemal przez całą jego długość, biegła przykryta palmową strzechą kabina. Część rufową zajmowała maszynownia z małym staroświeckim kotłem parowym oraz dwoma wysłużonymi, zabranymi z kosmodromu silnikami elektrycznymi, które pracowały kiedyś w siłownikach klap skrzydłowych McBoeingów. Nad kotłownią górowała sterówka z dachem wyłożonym ogniwami baterii słonecznej, kambuz i kajuta sypialna.
    Pozostałą część kabiny przeznaczono na ładownię.
    Przy sterówce stał Len Buchannan, kapitan „Coogana”, kościsty człowiek po pięćdziesiątce, ubrany w wyświechtane szorty i ciasną niebieską czapeczkę. Rai podejrzewał, że jego rodzina niewiele miała wspólnego z genetykami; wysuwające się spod czapeczki mocno kręcone włosy dawno już posiwiały, ciemnobrązowa skóra ukazywała napięte mięśnie i nieco zgrubiałe stawy, próchnica zżarła kilka zębów.
    Buchannan zaprosił Molviego na pokład.
    — Chciałbym się zaopatrzyć w parę rzeczy — rzekł Rai.
    — Nie idę na żadną wymianę — oświadczył handlarz na wstępie, wydymając policzki dla podkreślenia wagi swoich słów. — Chyba że macie na zbyciu urządzenia elektryczne. Tych wszystkich przetworów owocowych, wyprawionych skór i piklowanych warzyw mam już po dziurki w nosie. I nie chcę nawet słyszeć o rybach. Wychodzą mi uszami. W dole rzeki nie ma na nie zbytu.
    Rai wysupłał z kieszeni garść plastikowych franków. Buchannan był trzecim handlarzem, który pojawił się ostatnio w Aberdale.
    Wszyscy żądali zapłaty w gotówce, dokonując jedynie symbolicznych zakupów.
    — Rozumiem. Szukam tkanin. Głównie bawełny, ale wezmę też dżins albo płótno.
    — To kosztuje sporo franków. Masz pan jakąś twardszą walutę?
    — Być może — odparł Rai z posępną rezygnacją. Czy nikt na Lalonde nie używał franków? — Ale najpierw chcę zobaczyć towar.
    W sterówce siedziała Gail Buchannan z szerokim kapeluszem na głowie i w workowatej sukience koloru khaki. Była to otyła, pięćdziesięcioletnia kobieta z długimi, spłowiałymi włosami i nogami jak dwa bukłaki z wodą; jeśli w ogóle chodziła, to niezgrabnym, kaczym krokiem. Większość życia spędziła na pokładzie „Coogana”, patrząc, jak świat przesuwa się obok niej. Podniosła wzrok znad cerowanych łachów i pokiwała przyjaźnie głową.
    — Potrzebujesz tkanin, kochanieńki, co?
    — Zgadza się.
    — Mamy tu całą górę tkanin. Wszystkie utkane w Durringham. I barwione. Nigdzie lepszych nie znajdziesz.
    — Też tak myślę.
    — Na razie żadnych wzorków. Ale i na to przyjdzie czas.
    — Na pewno.
    — Twoja żona umie szyć?
    — Ja… Tak, raczej tak. — W arkologii otrzymywało się doskonale skrojone syntetyki; wpisz swoje rozmiary do sieci towarowej i po sześciu godzinach masz dostawę. Jeśli zaczną wyglądać na znoszone, do recyklera z nimi. Tylko wykolejone dzieciaki włóczą się w połatanych i postrzępionych ubraniach, nigdy przyzwoici obywatele.
    — Jeśli nie, przyślij ją do mnie.
    — Dziękuję.
    — To samo z robotą na drutach. Żadna z kobiet, które tu przybywają, nie potrafi dziać. Daję lekcje. Najlepsze lekcje na wschód od Durringham. A wiesz dlaczego, kochanieńki?
    — Nie — odparł Rai bezradnie.
    — Bo są jedyne. — Gail Buchannan klepnęła się w udo z rozbawieniem, aż zatrzęsły się fałdy jej skóry.
    Rai obdarzył ją mdłym uśmiechem i umknął do ładowni, zastanawiając się, ile razy w ciągu minionych lat padł ten żart.
    Na długich regałach Lena Buchannana nie brakowało niczego, co mogłoby się przydać w gospodarstwie osadnika. Rai Molvi sunął wąskim przejściem, rozglądając się z podziwem i zazdrością.
    Widział narzędzia elektryczne w pudełkach, ogniwa baterii słonecznych (Molviemu skradziono połowę w Durringham), lodówki, kuchenki mikrofalowe, kriostaty z zamrożonym nasieniem zwierząt, odtwarzacze albumów mood fantasy, strzelby laserowe, nanoopatrunki, lekarstwa i przeróżne trunki w butelkach. Rodzime produkty Lalonde także robiły wrażenie: gwoździe, garnki, patelnie, szkło (Rai jęknął na widok szyb: wiele by dał za oszklone okna), szklanki, obuwie, sieci, sadzonki, płaty suszonego mięsa, mąka, ryż, piły, młotki i niezliczone bele tkanin.
    — Co chciałby pan wziąć w dół rzeki? — zapytał Rai, kiedy Len rozwinął przed nim jedną z rolek bawełny.
    Len zdjął czapeczkę i podrapał się po łysiejącej głowie.
    — Szczerze mówiąc, niewiele. Bo co wy tu produkujecie?
    Głównie żywność. Ludzie jej potrzebują, owszem, lecz koszty transportu są wysokie. Jeśli chcę zarobić na owocach, nie mogę wozić ich dalej niż sto kilometrów.
    — Rzeczy małe i cenne?
    — Otóż to, masz pan coś takiego?
    — Może mięso?
    — Boja wiem? Niektórym wioskom nie powodzi się tak dobrze jak wam. Wezmą żywność, tylko czym zapłacą? Jeśli zechcą kupować jedzenie bez ograniczeń, to wnet skończą im się pieniądze i czym będą wtedy płacić za towary, zwłaszcza te najbardziej potrzebne, jak sadzonki i zwierzęta? Widziałem już takie obrazki. Bieda z nędzą.
    — Naprawdę?
    — Weź pan dla przykładu hrabstwa nad Arklow. To taki dopływ Juliffe dalej na północy. Wszystkie wsie padły tam jakieś sześć, siedem lat temu. Zabrakło żywności, zabrakło pieniędzy na jej zakup. Mieszkańcy ruszyli ławą w dół rzeki. W stronę wiosek, którym wiodło się lepiej.
    — I co się stało?
    — Jeśli wierzyć temu, co ludzie gadają, gubernator posłał w teren komisarzy razem z grupą najemników z innych planet. Głodni wieśniacy dostali tęgie lanie. Niektórzy pochowali się w dżungli, ponoć wciąż tam siedzą. Do dziś bandyci grasują na północy. Ale większość z nich wystrzelano. Każdy z ocalałych dostał po dwadzieścia lat robót.
    Gubernator porozdzielał ich po innych wioskach, gdzie harują jak zesłańcy. Rozbite rodziny, dzieci na zawsze oddzielone od rodziców.
    — Wciągnął policzki, zasępiony. — O tak, bieda z nędzą.
    Rai znalazł materiał, który go interesował, i dodatkowo kupił jeszcze paczkę cukrowej kukurydzy dla swej żony Skyby. Znów wyciągnął miejscowe banknoty.
    — W ten sposób płacisz pan podwójnie — rzekł Len Buchannan. — Ci z LDC, co pracują na kosmodromie, nie wymienią mi tego po uczciwym kursie.
    Rai chwycił się ostatniej deski ratunku:
    — A może kurczaki?
    Len wskazał mu regał przeznaczony na kriostaty; maleńkie zielone diody mrugały wesoło w mrocznej ładowni.
    — Patrz pan na to. Dwie komory pełne jajek. Są tam kurczęta, kaczki, gęsi, bażanty, indyki i strusie. Nawet trzy łabędzie. Po co żywe kurczaki mają mi srać na pokładzie?
    — Trudno. — Rai miał już tego dosyć. Choć czuł się podle, sięgnął za pazuchę, skąd wyciągnął dysk Banku Jowiszowego. Ludzie powinni ufać walucie obowiązującej na ich własnej planecie.
    Jeśli… kiedy hrabstwo Schuster stanie się ważnym regionem gospodarczym, dołoży wszelkich starań, aby każdą transakcję przeprowadzano w tutejszych frankach. Tak patriotyczna postawa powinna mu przysporzyć zwolenników wśród głosujących.
    Len stał obok żony, kiedy Rai przemierzał z powrotem pomost.
    — Pomyśleć, że każdej sekundy rodzi się takich dziesięć tysięcy — mruknął.
    Gail zachichotała.
    — I wszyscy chcą tu mieszkać.
    Obserwujący z rzecznej łachy przebieg zdarzenia Irley i Scott pomachali radośnie Molviemu, gdy ten niósł na brzeg zakupione tkaniny. Następny, który dysponował dyskiem płatniczym Banku Jowiszowego, co oznaczało, że znali już takich siedemdziesięciu ośmiu. Quinn będzie z nich zadowolony.
    Molviego minęła u końca pomostu Marie Skibbow z wypchanym chlebakiem. Omiotła go tylko obojętnym spojrzeniem, śpiesząc w kierunku „Coogana”.
    A ta czego tu szuka? — zastanawiał się Rai. Gerald prowadził na sawannie wzorowe gospodarstwo, ale ten nadęty pyszałek grał już wszystkim na nerwach.

* * *

    Horst Elwes stał przy drewnianym narożnym słupie kościoła ze szmacianym woreczkiem gwoździ w garści, a mimo to nadal czuł się niepotrzebny. Nikt właściwie nie musiał podawać Lesliemu tych gwoździ, lecz Horst nie mógł pozwolić, aby ekipa zesłańców budowała kościół bez jego udziału czy chociażby pozoru, że i on wnosi swój wkład w to dzieło.
    Kościół powstawał jako jeden z ostatnich budynków w Aberdale. Jemu to nie przeszkadzało. Ludzie harowali jak woły, kładąc podwaliny miasteczka i karczując pola. Nie mogli marnować czasu na gmach, którego będą używać tylko raz czy dwa razy w tygodniu (choć łudził się, że w przyszłości będzie się odprawiać więcej mszy). Poza tym, nie godziło się tego od nich wymagać. Horst wiedział przecież, jak wznoszono katedry średniowiecznej Europy, kamienne pałace wyrosłe wśród gnijących, cuchnących chałup z drewna. Wiedział, jak Kościół żądał od ówczesnych ludzi, aby dawali, dawali, coraz więcej dawali. Jak pospólstwu wszczepiano w serca bojaźń bożą i ten strach pieczołowicie w nich pielęgnowano. A ponieważ byliśmy tacy w sobie zadufani, wyniośli niczym sam Stwórca, w przyszłych wiekach zapłaciliśmy za to straszną cenę. Cenę sprawiedliwą, albowiem za ciężkie przewinienia należy się surowa kara.
    A zatem odprawiał nabożeństwa w budynku publicznym i nigdy się nie uskarżał, że uczestniczy w nich trzydziestu, najwyżej czterdziestu wiernych. Kościół nie powinien pełnić roli barona domagającego się haraczu, ale stanowić ognisko jedności, miejsce, gdzie ludzie mogliby się zbierać i dzielić swoją wiarą.
    Teraz jednak, kiedy kultywatory wyrównały pola, obsiano rolę i obudzono zwierzęta ze stanu hibernacji, Aberdale mogło wreszcie odetchnąć. Horstowi przydzielono trzech zesłańców na dwa tygodnie. Zbudowali długą, podobną do tratwy platformę, ustawili ją pół metra nad ziemią na pniakach po ściętych drzewach, potem rozmieścili czterometrowe słupy do podtrzymywania spadzistego dachu.
    W chwili obecnej konstrukcja przypominała szkielet jakiegoś kanciastego dinozaura. Leslie Atciiffe tłukł młotkiem w belki przytrzymywane przez Daniela, gdy tymczasem Ann wycinała gonty z płatów kory zdartych z powalonych drzew kaltukowych. Sam kościół miał zajmować jedną z trzech części gmachu, na zapleczu bowiem zamierzano urządzić małą lecznicę, a pośrodku pokoik Horsta.
    Wszystko szło całkiem sprawnie, lecz prawdopodobnie szłoby lepiej, gdyby Horst nie pytał na okrągło, w czym mógłby jeszcze pomóc.
    Kościół przedstawiał się okazale, ustępując jedynie chacie zesłańców, a przyćmiewając swą konstrukcją budynek publiczny i domy osadników. Horst popierał Molviego, gdy ten przemawiał podczas narady, aby dać zesłańcom pewne poczucie niezależności i godności osobistej. A teraz Quinn dokonywał w Aberdale prawdziwych cudów. Odkąd budynek o schodzącym do ziemi dachu przykryły długie gonty z kory, także inni osiedleńcy poprawiali swoje domy, dodając narożne wzmocnienia, wstawiając okiennice.
    I żaden z nas nie weźmie przykładu z konstrukcji zesłańców — pomyślał Horst. Ach, cóż za niemądra duma! Wszystkich zauroczyły staroświeckie, białe domki, które widzieli na początku podróży rzeką, więc myślą, że wzorując się na nich, stworzą sobie równie błogie życie. I tak oto najbardziej praktyczna metoda budowy stała się swego rodzaju tabu. Bo gdybyśmy ją naśladowali, przyznalibyśmy zarazem, że skazańcy wiedzą lepiej. A ja nie mogę nawet wznieść kościoła w ten rozsądny sposób, gdyż uraziłbym ludzi. Nie okazywaliby tego głośno, lecz w sercu chowaliby żal.
    Dobrze, że mogę chociaż wykorzystać gonty z kory zamiast desek, które się skręcają i przeciekają, jak to widać na przykładzie domów zbudowanych najwcześniej.
    Leslie, zwinny dwudziestodwuletni młodzieniec w szortach przeszytych ze starego kombinezonu, zszedł po drabinie. Miał specjalnie wykonany pas z pętelkami na cały ciesielski ekwipunek.
    Z początku Powel Manani zbierał pod wieczór narzędzia, lecz teraz zesłańcy nie musieli się z nimi rozstawać. Niektórzy odkryli w sobie spore umiejętności stolarskie; do nich zaliczał się Leslie.
    — Przyniesiemy teraz dwie ramy poprzeczne, ojcze — rzekł młodzieniec. — Powinniśmy je dźwignąć do przerwy, potem zabierzemy się za łaty i gonty. Chyba wyrobimy się do końca przyszłego tygodnia. Gorzej z ławkami. Trudno będzie wystrugać na czas tak wiele jaskółczych wczepów, nawet nożami rozszczepieniowymi.
    — Tym się akurat nie przejmujcie — odpowiedział Horst. — Moje msze nie gromadzą aż tak wielu wiernych, żeby mogło im zabraknąć miejsca. Grunt to dach nad głową, reszta może poczekać. Nasz Pan rozumie, że pierwsze muszą powstać gospodarstwa.
    — Uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, jak smętnie musi wyglądać w poplamionej pomarańczowożółtej koszulinie i przydługich, sięgających za kolana szortach. Jakże się różnił od tych schludnie ubranych młodzieńców.
    — Tak, ojcze.
    Horst ubolewał, że zesłańców wyrzuca się poza margines, chociaż pracują ciężej niż większość osadników. Swój sukces Aberdale w niemałej mierze zawdzięczało właśnie ich wysiłkom. A Powel Manani wciąż narzekał, że pozostawia im się za dużo swobody.
    To rzecz niespotykana w innych osadach, utyskiwał. Z drugiej jednak strony, inne osady nie miały Quinna Dextera. Myśl ta nie poprawiała mu wcale nastroju. Quinn był zimny jak głaz. Horst znał wykolejonych dzieciaków, ich motywacje i niewygórowane pragnienia, lecz chłodne, jasne oczy Quinna kryły w sobie jakąś niezgłębioną tajemnicę, której on wolał nie dociekać.
    — Kiedy dach będzie gotowy, dokonam uroczystego poświęcenia kościoła — zwrócił się do dwójki robotników. — Mam nadzieję, że wszyscy przyjdziecie.
    — Zastanowimy się jeszcze — odparł Leslie uprzejmie. — Dziękujemy za zaproszenie, ojcze.
    — Rzadko się pokazujecie na moich mszach. A wszyscy są mile widziani. Nawet pan Manani, choć wątpię, czy cieszy się z tego, co robię. — Próbował nadać tej wypowiedzi żartobliwy ton, lecz oni zachowali kamienne twarze.
    — Nie jesteśmy zanadto religijni — stwierdził Leslie.
    — Z każdym chętnie porozmawiam o niejasnych aspektach chrześcijaństwa. Niewiedza nie jest przestępstwem, tylko przypadłością. Nie wyniknie z tego nic gorszego niż spór, nie musicie się bać, że mnie zszokujecie. Ho, ho, pamiętam te dysputy, gdy odbywałem nowicjat. Nieraz daliśmy popalić biskupowi. — I nagle zrozumiał, że ich stracił. Dotychczasowa wielkoduszność ustąpiła powściągliwej rezerwie, rysy twarzy skostniały, iskierki zniecierpliwienia pojawiły się w oczach. Horst przypomniał sobie, jak złowieszczą atmosferę mogą roztaczać wokół siebie ci młodzieńcy.
    — My mamy Jasnego Brata… — zaczął Daniel, lecz umilkł pod karcącym spojrzeniem Lesliego.
    — Jasnego Brata? — powtórzył Horst spokojnie. Niewątpliwie słyszał już kiedyś to określenie.
    — Jeszcze coś, ojcze? — spytał Leslie. — Chcielibyśmy teraz pójść po poprzeczne ramy.
    Horst wiedział, kiedy trzeba przycisnąć; teraz nie była na to odpowiednia pora.
    — No tak, oczywiście. A co ja mam robić? Pomóc wam je przynieść?
    Leslie rozejrzał się niecierpliwie po kościele.
    — Można by przyszykować gonty, porozkładać je na podłodze, żeby były gotowe, kiedy skończymy kłaść łaty — rzekł z ociąganiem. — W stosach po dwadzieścia sztuk przy każdym słupie.
    — Świetnie, już się robi.
    Podszedł do warsztatu, przy którym stała Ann, tnąc korę piłą rozszczepieniową. Miała na sobie szorty i bluzeczkę, ręcznie uszyte z pociętego szarego kombinezonu. Obok niej piętrzyła się ogromna sterta gontów. Rysy jej pociągłej twarzy ułożyły się w wyrazie wytężonej uwagi, ciemnokasztanowe włosy wisiały w wilgotnych kędziorach.
    — Nie potrzeba nam od razu aż tylu gontów — oświadczył Horst beztrosko. — Na pewno nie poskarżę się panu Mananiemu, jeśli troszkę zwolnisz.
    Ręka Ann poruszała się z mechaniczną precyzją, prowadząc wąskie ostrze po obwodzie prostokąta na wielkim płacie połyskliwej, rdzawej kory kaltuka. Nie trudziła się rysowaniem kształtu, a mimo to każdy egzemplarz wychodził niemal identyczny z poprzednim.
    — Dzięki temu nie muszę myśleć — powiedziała.
    Horst zabrał kilka gontów.
    — Przysłano mnie właśnie po to, żebym zachęcał ludzi do myślenia. To im wychodzi na dobre.
    — Nie mnie. Dzisiaj mam Irleya i wolę o tym nie myśleć.
    Irley był jednym ze skazańców. Horst znał tego szczupłego, w miarę spokojnego młodzieńca.
    — Masz go? Co to znaczy?
    — Jego kolej.
    — Kolej?
    Ann poderwała głowę, uniesiona nagłym gniewem.
    — Będzie się ze mną pieprzyć. Dzisiaj jest jego kolej. Mam ci dać to na piśmie, ojcze?
    — Ja… — Horst czuł, jak rumieniec zalewa mu policzki. — Ja nie wiedziałem.
    — A wyobrażasz sobie, że co my tam robimy nocą w tej wielkiej chacie? Wyplatamy koszyki? Na piętnastu chłopów przypadają trzy kobiety. A chłopy bardzo tego potrzebują, nie wystarcza im co noc okładać się pięściami, więc dajemy im po kolei, po równo. Quinn sporządził uczciwą, bezstronną listę i się jej trzymamy. Pilnuje, by nikt nie czuł się pokrzywdzony, ale też nie uszkodził towaru. Ale Irley tak się do tego zabiera, żeby to sprawiało ból, a jednocześnie nie bolało i mc nie było widać. Chcesz wiedzieć, ojcze, jak mu się to udaje? Chcesz poznać szczegóły?
    Jego sztuczki?
    — Dziecko drogie, to się musi skończyć, natychmiast. Porozmawiam z Powelem, poruszę ten temat na radzie.
    Ann zaskoczyła go, wybuchając przeraźliwym, wzgardliwym śmiechem.
    — Boży Bracie. Teraz rozumiem, czemu cię tu wygnali, ojcze.
    Musiałeś być na Ziemi cholernym niedołęgą. Chcesz, żeby chłopcy mnie nie rżnęli, co? Ani Jemimy, ani Kay? Gdzie będą wtedy tego szukać? Ha? Wielu twoich zacnych parafian ma córki. Ucieszą się, że nocą zesłańcy kręcą im się pod oknami? Zresztą sam powiedz, ojcze, czy chciałbyś, aby Leslie i Daniel puszczali oczka do twojej słodziutkiej przyjaciółki Jay? Chciałbyś? Bo tak się stanie, jeśli ja im nie dogodzę. Na jakim świecie ty żyjesz, ojcze?
    — Odwróciła się w stronę płata kory.
    Jakże definitywne, przerażające rozstrzygnięcie. Nic, co Horst mógł w tej sytuacji zaproponować, nie naprawiłoby zła. Nic…

* * *

    Wciąż tam była, na samym dnie pudła, gdzie przeleżała sześć i pół miesiąca. Nietknięta, niepotrzebna, ponieważ świat był pełen godnych wyzwań, świeciło słońce, wieś się rozwijała, rośliny kwitły, a dzieci śmiały się i tańczyły.
    Horst wyciągnął butelkę i napełnił kubek. Szkocka, aczkolwiek ten gęsty, bursztynowy trunek nigdy nie leżakował w dębowych beczkach Kaledonii. Pochodził prosto z filtra molekularnego, zaprogramowanego na smak dawno minionego ideału. Piekł jednak w przełyku, wolno rozpalając umysł i żołądek, do czego został stworzony.
    Jakże wielka głupota. Chyba tylko ktoś niespełna rozumu mógłby pomyśleć, że wąż nie przybędzie z nimi do nowego świata.
    On, ksiądz, wykazał się szczególną krótkowzrocznością, nie dostrzegając plugawego ścieku pod błyszczącą powierzchnią wspaniałych dokonań.
    Dolał sobie szkockiej. Między łykami łapał gorące powietrze.
    Boże, cóż za ulga oderwać się na chwilkę od codziennych niepowodzeń. Skryć się w owym ciepłym, cichym, oferującym przebaczenie sanktuarium.
    Boży Bracie, tak się wyraziła. I miała rację. Szatan również tutaj sięga szponami do naszych serc.
    Zdjęty strachem, Horst wpatrywał się w napełniony po brzegi kubek. Szatan, Lucyfer, Nosiciel Światła. Jasny Brat.
    — O, nie… — wyszeptał. Łzy naszły mu do oczu. — Byle nie to, nie tutaj. Byle nie sekty, które kalają czystość tego świata.
    Dobry Boże, to ponad moje siły. Popatrz na mnie. Jestem tu, bo do niczego się nie nadaję. — Zaszlochał.
    I teraz, jak zwykle, Bóg zbył go milczeniem. Sama wiara nie wystarczała Horstowi Elwesowi. Ale przecież zawsze o tym wiedział.

* * *

    Ptak znowu wrócił: długi na trzydzieści centymetrów, o jasnobrązowym upierzeniu w złociste cętki. Krążył dwadzieścia metrów nad Quinnem, na wpół schowany wśród powykręcanych gałęzi drzew, w zawiły sposób trzepocząc skrzydłami dla zachowania pozycji.
    Quinn przyglądał mu się kątem oka. Na Lalonde ptaki wyglądały inaczej, ich skrzydła zdawały się złożone z błoniastych łusek. Kiedy ustawił implant wzrokowy na najwyższą rozdzielczość, dostrzegł zwyczajne pióra, tak więc przodkowie tego ptaka z pewnością wywodzili się z Ziemi.
    Skinął ręką i wszyscy trzej wyszli wolno z zarośli, z jednej strony Jackson Gael, z drugiej Lawrence Dillon. Lawrence był najmłodszym zesłańcem, siedemnastolatkiem o smukłej sylwetce, chudych ramionach i płowej czuprynie. Lawrence’a dostali chyba w darze od samego Bożego Brata. Quinn złamał go dopiero po miesiącu. Było faworyzowanie, dodatkowe racje żywnościowe, uśmiechy i ochrona przed zaczepkami pozostałych. Potem doszły narkotyki kupione od Baxtera: delikatne odloty, które pozwalały zapomnieć o Aberdale, całym tym gnoju i wiecznej harówie, zamazując obraz świata, aż życie znowu wydawało się znośne.
    I wreszcie pewnego razu o północy dzieło zwieńczył gwałt dokonany na oczach wszystkich; chłopiec leżał na podłodze, obrysowany pięciobokiem z krwi danderila i odurzony narkotykami.
    Teraz Lawrence do niego należał — cały, wraz ze swym delikatnym tyłeczkiem, niesamowitym fiutem i umysłem. Jego oddanie dla Quinna przerodziło się w pewną formę kultu.
    Seks unaocznił reszcie, jaką moc posiada Quinn. Pokazał im, jak bliskie więzi łączą go z Bożym Bratem. Udowodnił, ile radości daje wyzwolenie wężowej bestii uwięzionej w sercu każdego człowieka. Pokazał, co się stanie, jeśli go zawiodą.
    Dał im nadzieję i siłę. W zamian żądał jedynie posłuszeństwa.
    Z pozytywnym skutkiem.
    Gdy zbliżał się teraz do upatrzonej zdobyczy, szerokie, gąbczaste liście oplatających drzewa pnączy ocierały się o jego wilgotną skórę, którą po miesiącach pracy w prażących promieniach słońca okryła brązowa opalenizna. Miał na sobie tylko szorty wycięte z kombinezonu i buty skradzione w Durringham. Odkąd zesłańcy zaczęli sami przygotowywać dla siebie posiłki, dobrze się odżywiał, a podczas robót w zagrodach osadników wyrobiły mu się mięśnie.
    Liany zwisały między pniami niczym sieć, jaką puszcza utkała, aby chwytać w nią swoich mniejszych lokatorów. Denerwowały go swoim chrzęstem, gdy odtrącał je na boki, gniotąc przy okazji twardymi podeszwami kruchy mech, który porastał dno dżungli.
    Ptaki skrzeczały i gdakały, śmigając w gęstwinie gałęzi. Quinn dostrzegał w górze ruchy pnączaków snujących się po konarach jak trójwymiarowe cienie.
    Światło sączące się poprzez baldachim listowia powoli ciemniało. Zauważył, że wśród zwyczajnych drzew pojawia się coraz więcej młodych gigantei. Przypominały wydłużone stożki, okryte czymś, co nie wyglądało na korę, ale raczej na twardą, purpurowo — brązową szczecinę. Konary odrastały od pnia rozłożonymi w równych odstępach pierścieniami; wszystkie opadały w dół pod kątem pięćdziesięciu stopni, stanowiąc szkielet dla podobnych do wachlarzy gąszczy gałązek, splątanych niczym ptasie gniazda.
    Górną ich powierzchnię porastał ciemny kobierzec zielonych liści.
    Gdy Quinn zobaczył po raz pierwszy dorosłą giganteę, pomyślał, że ma halucynacje. Miała dwieście trzydzieści metrów wysokości i czterdzieści pięć metrów średnicy u podstawy, wyrastając ponad dżunglę niby zabłąkana góra. Rozmaite pnącza owijały się naokoło niższych gałęzi, cętkując bladozielone listowie wielobarwnym kwieciem. Ale nawet dziarskie liany nie były w stanie oplatać całej gigantei.
    Jackson pstryknął palcami i wskazał przed siebie. Quinn zaryzykował, wysuwając głowę spoza metrowej wysokości zarośli i wrzecionowatych, spragnionych światła drzewek.
    Sejas, którego tropili, skradał się wśród skąpego poszycia w odległości dziesięciu metrów. Był to dorodny okaz, samiec o czarnej, pokrytej bliznami skórze, miejscami upstrzonej błękitnymi cętkami. Uczestniczył w wielu zwycięskich walkach, o czym świadczyły wytargane uszy.
    Quinn uśmiechnął się z zadowoleniem i dał sygnał Lawrence’owi. Jackson pozostał na swoim stanowisku, mierząc w głowę zwierzęcia z laserowej strzelby. Zabezpieczał myśliwych na wypadek, gdyby łowy przybrały niekorzystny obrót.
    Przygotowania do wyprawy zabrały im trochę czasu. Tego dnia dżunglę przetrząsało trzydziestu mieszkańców Aberdale, wszyscy jednak znacznie bliżej rzeki. Przy pierwszej sposobności Quinn, Jackson i Lawrence zboczyli na południowy wschód, głębiej w puszczę, byle dalej od rzeki i wilgotnego powietrza — do krainy, gdzie bytowały sejasy. Skoro świt, Powel Manani wyruszył pomagać w poszukiwaniu owiec, które wyrwały się z pewnsj zagrody na sawannie, gdy zawaliła się palisada. Co ważniejsze, zabrał z sobą Vorixa do tropienia śladów. Nikt nie wiedział, że to Irley zatroszczył się zeszłej nocy, aby powstała wyrwa w palisadzie.
    Quinn odłożył kupiony od Baxtera karabin wielostrzałowy i odpiął od pasa bolę. Zaczął kręcić nią wokół głowy, wrzeszcząc opętańczo. Na prawo od niego w stronę sejasa biegł Lawrence, wywijając bolą szalonego młynka. Zesłańcy nie zdradzili nikomu, jaką posiadają broń. A wykonać ją było dość łatwo, wystarczyło uwiązać do wysuszonych pnączy trzy kamienie. Mogli udawać, że z pnączy wyrabiają pasy, więc nikt niczego nie podejrzewał.
    Sejas odwrócił się, rozwarł szeroko paszczę i wydobył z gardła ów szczególny, żałosny skowyt. Ruszył prosto na Lawrence’a.
    Z dzikim okrzykiem, gdy adrenalina szumiała mu w żyłach, młodzieniec wyrzucił w powietrze bolę. Kamienie owinęły się wokół przednich łap zwierzęcia, zataczając z niebywałą prędkością coraz ciaśniejsze koła. Sekundę później bolą Quinna trafiła ofiarę w prawy bok i unieruchomiłajej tylną nogę. Sejas upadł, wijąc się w trawie i błocie i rzucając ciałem jak w epileptycznym szale.
    Quinn, zanim podbiegł do zdobyczy, ściągnął z ramienia lasso.
    Sejas miotał się w furii, wyjąc i próbując ostrymi jak brzytwa zębami dosięgnąć sznurów krępujących mu nogi. Qumn coraz szybciej obracał lassem, śledząc ruchy zwierzęcia. Rzucił. Pętla spadła sejasowi na pysk, gdy na chwilę zwarł szczęki. Quinn szarpnął z całej siły. Drapieżnik próbował otworzyć paszczę, lecz sznur z włókna krzemowego (skradziony jednemu z osadników) trzymał mocno. Zesłańcy słuchali, jak wściekłe, obłąkańcze wręcz wycie cichnie do urywanego charkotu.
    Lawrence przydusił szamoczącego się sejasa, usiłując spętać ostatnią wolną nogę zwierzęcia. Quinn wsparł go w jego wysiłkach: objął ramionami twardą, guzowatą skórę drapieżnika i spróbował zarzucić drugą pętlę na jego przednie łapy.
    Całkowite pokonanie i spętanie sejasa zajęło im jeszcze trzy minuty. Quinn i Lawrence zmagali się z nim na ziemi, podrapani, posiniaczeni i umazani błotem. W końcu jednak, drżąc ze zmęczenia, powstali i przyjrzeli się swej zdobyczy, związanej i leżącej bezradnie na boku. Zielonkawe oko łypało na nich złowrogo.
    — Pora przejść do drugiego etapu — oznajmił Quinn.

* * *

    Jay znalazła Horsta późnym popołudniem. Padała mżawka, a on siedział bezwładnie pod drzewem kauczukowym w stanie bliskim śpiączki. Rozbawił ją ten widok i potrząsnęła go za ramię.
    Horst wybełkotał coś niezrozumiale, po czym kazał jej się odwalić.
    Jay popatrzyła na niego przerażona, wargi jej zadrżały. Pobiegła natychmiast po matkę.
    — Ejże, przyjacielu, weź się w garść — rzekła Ruth, gdy przybyła na miejsce.
    Horst czknął.
    — Dalej, wstawaj. Odprowadzę cię do domu.
    Stęknęła, uginając się pod Horstem, kiedy wsparł się na niej całym ciałem. Markotna Jay dreptała dwa kroki za nimi, gdy przemierzali chwiejnie polanę w stronę chatki księdza.
    Ruth rzuciła go na łóżko i patrzyła beznamiętnie, jak próbuje zwymiotować na drewnianą podłogę. Z ust wyciekło mu zaledwie kilka kropel gorzkich, żółtawych treści żołądkowych.
    Jay stała w kącie i szarpała nerwowo futerko białego królika Drusilli. Przestraszone zwierzątko próbowało się wyrwać.
    — Nic mu się nie stanie?
    — Nie — odparła Ruth.
    — Myślałam, że to atak serca.
    — Upił się i tyle.
    — Ale on jest księdzem — zdziwiła się dziewczynka.
    Ruth pogłaskała po głowie córkę.
    — Wiem, kochanie. Ale to nie oznacza, że jest świętym.
    Jay pokiwała poważnie głową.
    — Rozumiem. I nikomu nie powiem.
    Ruth odwróciła się do Horsta i zmierzyła go badawczym spojrzeniem.
    — Dlaczego to zrobiłeś, Horst? Dlaczego właśnie teraz? Szło ci przecież tak dobrze.
    Zamrugał przekrwionymi oczami.
    — Źli… — wychrypiał. — Om są źli.
    — Kto taki?
    — Zesłańcy. Wszyscy co do jednego. Diabelski pomiot. Trzeba spalić kościół. Nie mogę go teraz poświęcić. Oni go zbudowali. Zło go zbudowało. Haryt… heryt… heretycy. Trzeba go spalić do cna.
    — Horst, niczego nie będziesz podpalał.
    — Zło! — mruknął.
    — Sprawdź, czy matryce elektronowe jego ogniw są naładowane i mogą zasilić kuchenkę mikrofalową — poleciła Ruth córce.
    — Zagotujemy trochę wody. — Zaczęła rozglądać się po izbie w poszukiwaniu opakowanych w srebrzystą folię torebek kawy.

* * *

    Dopiero warkot silników elektrycznych przekonał Marie Skibbow, że to się dzieje naprawdę. O nie, nie śniła: śruba napędowa „Coogana” pieniła wodę, powiększał się odstęp między łodzią a nabrzeżem.
    — Udało się — wyszeptała.
    Rozklekotany stateczek wypłynął na środek Quallheimu, kierując się dziobem w dół rzeki. Stopniowo nabierał szybkości. Marie przestała wrzucać drwa przez prostokątny otwór paleniska i parsknęła śmiechem.
    — Pieprzę was — pożegnała wioskę, której rąbek ukazał się za rufą. — Pieprzę was wszystkich. Gnijcie sobie tutaj. Już mnie więcej nie zobaczycie. — Potrząsnęła pięścią, lecz nikt na nią nie patrzył, nawet zesłańcy pracujący w wodzie. — Nigdy, przenigdy.
    Aberdale znikło za zakolem rzeki. Śmiech Marie zabrzmiał podejrzanie podobnie do łkania. Ktoś nadchodził od sterówki, więc zaczęła szybko ładować drewno do paleniska.
    Była to Gail Buchannan, która z trudem mieściła się na wąskim pasie pokładu między kabiną a półmetrowym nadburciem. Przez chwilę sapała głośno, oparta o ścianę kabiny z twarzą czerwoną i spoconą pod szerokim kapeluszem.
    — Już ci lepiej, kochanieńka?
    — Pewnie! — Marie błysnęła rozradowanym uśmiechem.
    — Taka jak ty dziewuszka nie powinna żyć w dziczy. Twój świat jest w dole rzeki.
    — Nie musi mi pani tego mówić. Boże, to było straszne! Nienawidziłam tej dziury. Nie cierpię zwierząt, nie cierpię warzyw, nie cierpię drzew owocowych, nie cierpię dżungli. I nie cierpię drewna!
    — Nie będziesz nam sprawiać problemów, co, kochanieńka?
    — O nie, obiecuję. Nie podpisałam kontraktu z LDC, bo kiedy opuszczaliśmy Ziemię, byłam niepełnoletnia. Ale skończyłam już osiemnaście lat, więc mogę opuścić dom, jeśli mam na to ochotę.
    Na chwilę wyraz konsternacji pomarszczył tłuste fałdy skóry na nalanej twarzy Gail.
    — Dobra, nie musisz już dokładać do kotła, starczy tego drewna na resztę dnia. Popłyniemy jeszcze ze dwie godziny, a potem Lennie zacumuje na noc gdzieś za Schuster.
    — W porządku. — Marie wyprostowała się; ramiona jej opadły, serce tłukło się w piersi. Dopięła swego!
    — Na razie zajmij się kolacją — rzekła Gail.
    — Tak, oczywiście.
    — Myślę, że najpierw chciałabyś wziąć prysznic, kochanieńka. Opłukać się co nieco.
    — Prysznic? — Marie miała wrażenie, że się przesłyszała.
    Gail jednak pokazała jej maleńką klitkę wciśniętą między kambuz a koje, odgrodzoną zasłonką i dość szeroką, aby zmieściła się tam tęga żona kapitana. Patrząc pod nogi, Marie widziała rzekę przez szpary w podłodze. Kocioł parowy zasilał w prąd pompę i grzejnik, dzięki czemu z miedzianego sitka mogła trysnąć ciepła woda. Marie doznała większej przyjemności niż sybaryta w jacuzzi. Po raz ostatni brała prysznic jeszcze na Ziemi. Brud był nieodłącznym towarzyszem człowieka w chatach Aberdale czy zagrodach na sawannie. Wnikał w pory ciała, wpychał się pod paznokcie i oblepiał włosy. I nigdy całkiem nie schodził. Bo i nie mógł — w chłodnym strumieniu, bez mydła czy żelu.
    Pierwsza struga wody z sitka była czymś zanieczyszczona i wywołała w niej obrzydzenie. Gail dała jej jednak kostkę bezwonnego, zielonego mydła, a także — do włosów — mydło w płynie. Marie zaczęła się zawzięcie szorować, podśpiewując sobie głośno.

* * *

    Gwyn Lawes nawet nie podejrzewał, że może się natknąć na zesłańców, póki nie oberwał pałką w potylicę. Ból zamroczył go na dłuższą chwilę. Nie pamiętał, jak padał na ziemię. Dopiero co mierzył do danderila ze strzelby elektromagnetycznej, ciesząc się na myśl o spodziewanej pochwale pozostałych myśliwych, aż tu nagle czuł ziemię w ustach, brakowało mu tchu, a kręgosłup zdawał się płonąć. Mógł jedynie cicho charczeć.
    Złapano go za ramiona i przewrócono na plecy. Po kręgosłupie przeszła kolejna fala ognia. Świat przyprawiał o mdłości swoim kołysaniem.
    Quinn, Lawrence i Jackson stali nad nim z wyszczerzonymi zębami. Ich włosy spadały w lepkich kędziorach na umorusane twarze, postrzępione brody błyszczały od śliny, ze świeżych zadrapań płynęły strużki czerwonej, przemieszanej z błotem krwi.
    Podobizny dzikusów, jacy o świcie dziejów przemierzali Ziemię.
    Gwyn jęknął z trwogi.
    Jackson pochylił się, obnażając zęby w jadowitym uśmiechu, po czym zakneblował mu usta kawałkiem szmatki. Teraz oddychanie przychodziło Gwynowi z jeszcze większym trudem; rozchylał szeroko nozdrza, wciągając życiodajny tlen. A potem znów go przewrócono twarzą do mokrej ziemi. Widział jedynie brudną trawę. Czuł też, jak cienki, twardy sznurek wiąże mu kostki i nadgarstki. Zaczęto go obszukiwać, macać po ubraniu, wywracać kieszenie. Czyjeś palce zatrzymały się niepewnie na schowku w nogawce spodni roboczych, rozpoznając kształt dysku kredytowego.
    — Mam, Quinn! — wykrzyknął Lawrence triumfalnie.
    Ktoś bez ceregieli odgiął prawy kciuk Gwyna.
    — Skopiowałem wzór — odezwał się Quinn. — Zobaczmy, ile miał przy sobie. — Nastąpiła krótka pauza, a potem gwizdnięcie. — Cztery tysiące trzysta fuzjodolarów. Hej, Gwyn, gdzie twoja wiara w szczęśliwą przyszłość na nowej planecie? — Rozległy się szydercze śmiechy. — W porządku, przelew dokonany.
    Lawrence, wsuń mu dysk z powrotem do spodni. Nikt go nie uaktywni, gdy facet będzie sztywny. Kto pozna, że został opróżniony?
    Sztywny. Słowo to przedarło się przez gąszcz otępiałych myśli Gwyna. Stęknął, usiłując się podźwignąć. Wtedy ktoś kopnął go butem w żebra. Wrzasnął, a właściwie spróbował. Knebel dławił go tak, że tracił oddech.
    — Ma przy sobie trochę przydatnego sprzętu, Quinn — rzekł Lawrence.
    — Nóż rozszczepieniowy, zapalniczkę, a tutaj nawet osobisty blok naprowadzający. I zapasowe ładunki do strzelb.
    — Zostawcie — rozkazał Quinn. — Jeśli będzie czegoś brakowało, mogą nabrać podejrzeń. Na razie musimy być ostrożni.
    W końcu i tak wszystko będzie nasze.
    Dźwignęli Gwyna i ponieśli na plecach niby łowieckie trofeum. To tracił przytomność, to ją odzyskiwał, w miarę jak nim potrząsano, a gałązki i pnącza chłostały go po twarzy.
    Kiedy wreszcie grzmotnął o ziemię, wokoło było ciemniej.
    Rozglądając się, dostrzegł w odległości kilku metrów gładki hebanowy pień starego deirara, którego ogromny parasolowaty liść rzucał szeroki krąg cienia. Uwiązany do drzewa sejas naciągał nierozerwalną linę z włókna krzemowego, drapiąc ziemię przednimi łapami, usiłując dopaść swoich dręczycieli. Z kłapiącej paszczęki ściekały długie strugi śliny. Raptem Gwyn uzmysłowił sobie, jaki los go czeka. Oddał mocz.
    — Zdenerwujcie porządnie to bydlę — zarządził Quinn.
    Jackson i Lawrence zaczęli rzucać kamieniami w sejasa. Zwierzę miotało się w bezsilnej wściekłości, wyginając konwulsyjnie ciało, jakby ktoś porażał je prądem elektrycznym.
    Czyjeś buty zatrzymały się dwadzieścia centymetrów od nosa Gwyna. Quinn przykucnął przed swoją ofiarą.
    — Chcesz wiedzieć, Gwyn, co tu się będzie dalej działo? Przydzielą nas do pomocy wdowie. Wszyscy zajęci są przecież własnymi kawałkami raju. Dodatkowe obowiązki spadną na zesłańców.
    Jak zwykle. Postaram się być jednym z nich, Gwyn. Postaram się odwiedzać regularnie twoją biedną, rozpaczającą Rachel. Polubi mnie, już moja w tym głowa. Wszystkim wam się wydaje, że na Lalonde życie płynie jak w bajce. Wmówiliście sobie, że jesteśmy grupką zwyczajnych chłopaków ze splamioną przeszłością. Nie chcecie obudzić się ze snu, żeby nie zajrzała wam w oczy brutalna rzeczywistość. Złudzenia przychodzą łatwo. Złudzenia to sposób na życie ludzi przegranych. Twój sposób. Twój i tych wszystkich, co ryją w błocie i na deszczu. W tym samym łóżku i pod tym samym dachem, które skleciłeś w pocie czoła, już niebawem zerżnę twoją Rachel. Będzie kwiczeć jak maciora w rui.
    Mam nadzieję, Gwyn, że to cię przeraża. Mam nadzieję, że robi ci się niedobrze. Bo to jeszcze nie wszystko. Nie, nie. Kiedy z nią skończę, wezmę się za Jasona. Za twojego ślicznego syneczka o błyszczących oczach. Będę jego nowym ojcem. Będę jego kochankiem. Jego właścicielem. Dołączy do nas, Gwyn, do mnie i do zesłańców. Zwiążę go z Nocą, pokażę mu, gdzie w człowieku ukrywa się wężowa bestia. Nie pójdzie na dno jak jego dupowaty tatuś. Ty jesteś dopiero pierwszy, Gwyn. Z czasem dorwę was wszystkich, jednego po drugim, i tylko niewielu dostanie szansę pójść za mną do Ciemności. Nie minie sześć miesięcy, a cala ta wiocha, z którą wiążecie tyle nadziei na przyszłość, przejdzie na własność Bożego Brata. Budzę w tobie odrazę, Gwyn? Oby. Bo chcę, żebyś nienawidzi! mnie z równą mocą, z jaką ja nienawidzę ciebie i wszystkiego, co uważasz za cenne. Wtedy zrozumiesz, że mówię prawdę. Upadniesz przed swoim żałosnym Panem Jezusem i zaskomlisz z trwogi. Lecz pocieszenia nie znajdziesz, ponieważ Nosiciel Światła odniesie na końcu zwycięstwo. Przegrasz po śmierci, jak przegrałeś za życia. Dokonałeś niewłaściwego wyboru, Gwyn. Trzeba było podążyć moją ścieżką. Ale teraz już na to za późno.
    Gwyn natężył siły, próbując wypchnąć knebel. Płuca zdawały się pękać z wysiłku. Nadaremnie: wrzask nienawiści i wszystkie te pomsty i złorzeczenia, którymi skazywał Dextera na wiekuiste męki, pozostały uwięzione w jego głowie.
    Quinn chwycił Gwyna za koszulę i postawił na nogi, a wtedy Jackson złapał go za nogawki. Obaj rozhuśtali nieszczęśnika i z całym impetem rzucili pod drzewo. Ciało zatoczyło płaski łuk, po czym spadło wprost na grzbiet rozwścieczonej bestii. Gwyn pacnął nosem w błoto z twarzą wykrzywioną panicznym strachem. Sejas skoczył.
    Quinn położył ręce na ramionach Lawrence’a i Jacksona. Razem patrzyli, jak zwierzę maltretuje człowieka, zdzierając zębami wielkie pasy ciała. Moc przynosząca śmierć równała się mocy dawania życia. Quinn obserwował w zachwycie, jak gorąca, czerwona krew wsiąka w ziemię.
    — A po życiu śmierć — powiedział. — A po ciemności światło.
    Zadarł głowę i odszukał wzrokiem brązowego ptaka. Siedział na gałęzi dębu czereśniowego, przypatrując się rzezi z przekrzywionym łebkiem.
    — Widzieliście, czym jesteśmy! — zawołał Quinn. — Widzieliście, co w nas siedzi. Widzieliście, że się nie boimy. Powinniśmy pogadać. Myślę, że możemy sobie nawzajem wiele zaoferować. Co wam szkodzi?
    Ptak zamrugał, jakby zaskoczony, po czym wzbił się w powietrze.

* * *

    Laton poczekał, aż cudownie wyraźne sensorium sokoła rozwieje się w nicość. Jeszcze przez kilka chwil napawał się pieszczotą przepływającego po skrzydłach powietrza. Fruwanie dzięki więzi afinicznej w skórze drapieżnika było jego ulubionym zajęciem, nic nie mogło się równać ze swobodą daną stworzeniom latającym.
    Odnalazł się nagle w zwyczajnym świecie. Znowu przebywał w swoim gabinecie, siedząc w pozycji lotosu na czarnej aksamitnej poduszeczce. Pomieszczenie miało osobliwie jajowaty kształt i ściany z wygładzonego do połysku drewna. Plaster umieszczonych w suficie komórek elektroforescencyjnych wypełniał wnętrze szafirową poświatą. Jedynie poduszeczka w dołku burzyła symetrię; niełatwe do wypatrzenia były nawet drzwi, których zarys zlewał się ze słojami drewna.
    Skromny gabinet oczyszczał umysł z niepotrzebnych myśli.
    Tutaj, gdzie ciało mogło spoczywać w bezruchu, a więź afiniczna z technobiotycznymi procesorami i zniewolonymi mózgami przesuwała progi postrzegania — tutaj zdolności jego umysłu wzrastały o rząd wielkości. Nikła namiastka tego, co mógł jeszcze osiągnąć. Blady cień celu, do którego dążył przed swoją ucieczką.
    Laton nadal siedział, rozmyślając o Quinnie Dexterze i popełnionej przez niego okropności. Gdy bezbronny kolonista padał na zwierzę, w oczach Dextera pojawił się upiorny błysk zadowolenia.
    A jednak był on kimś więcej niż tylko bezmózgim, brutalnym sadystą. Najdobitniej świadczył o tym fakt, że rozpoznał prawdziwą naturę sokoła i odgadł, co się za tym kryje.
    — Kim jest Nosiciel Światła? — zadał Laton pytanie półświadomej, technobiotycznej sieci procesorowej.
    — To Szatan. Diabeł w chrześcijańskich wierzeniach.
    — Czy to pospolite określenie?
    — Popularne wśród wykolejonej ludności na Ziemi. W wielu arkologiach rozwinęły się sekty, opierając się na kulcie tego bóstwa. Hierarchia kapłanów i akolitów odpowiada standardowym podziałom na oficerów i żołnierzy w organizacjach przestępczych. Ci na górze kontrolują tych na dole za pomocą nibyreligijnej doktryny, a status jednostki określają specyficzne rytuały inicjacyjne. Zgodnie z ich teologią, kiedy zostanie stoczona bitwa na równinie Armageddon, a wszechświat porzucony potępionym duszom, nadejdzie Szatan, niosąc światło. Sekty różnią się między sobą wyłącznie stopniem okrucieństwa, z jakim wymuszają dyscyplinę w swych szeregach. Ze względu na trwałość więzów łączących poszczególnych członków sekty władze rzadko odnoszą sukcesy w ich zwalczaniu.
    To wyjaśniało niektóre zachowania Quinna, medytował Laton.
    Do czego jednak potrzebował pieniędzy z dysku kredytowego?
    Jeżeli uda mu się przejąć władzę w Aberdale, nie zawiną tam już żadne statki handlowe, a wtedy nic nie kupi. Co więcej, gdy tylko wieść o tym się rozniesie, gubernator z całą pewnością pośle oddział szeryfów z rekrutami do zduszenia w zarodku buntu zesłańców. Quinn nie był głupi, musiał o tym wiedzieć.
    Tylko tego brakowało, żeby uwaga świata skierowała się na hrabstwo Schuster. Jeden węszący komisarz nie stanowił poważniejszego zagrożenia, o czym dobrze wiedział, porywając kolonistów z ich domostw. Ale jeśli cały ich zastęp zacznie przeczesywać dżunglę w poszukiwaniu czcicieli diabła, sytuacja może wymknąć się spod kontroli.
    Musiał poznać bliżej plany Dextera, spotkać się z nim, co sugerował sam skazaniec. Jednakże myśl o zgodzie na propozycję Quinna napawała go dziwnym niepokojem.

* * *

    „Coogan” przycumował na niewielkim piaszczystym cyplu oddalonym o godzinę drogi od miasteczka Schuster. Dzięki dwóm umocowanym do drzew linom z włókna krzemowego nurt nie miał szans porwać statku.
    Marie Skibbow siedziała na dziobie. Ciepły wieczorny wietrzyk suszył jej włosy i nawet wilgotne powietrze przestało być dokuczliwe. Rennison, największy księżyc Lalonde, wschodził pomału nad poszarzałymi koronami drzew, nadając zmierzchowi lekko różowe zabarwienie. Opierała się plecami o wątłą ścianę kabiny i cieszyła oczy jego widokiem.
    Fale ochlapywały leniwie bliźniacze kadłuby „Coogana”. Niekiedy przepływające ryby tworzyły kręgi na pustej tafli wody.
    Pewnie już się zorientowali, że mnie nie ma. Mama się rozpłacze, ojciec wpadnie w szał, Paula się zasmuci, a Frank uda obojętność, choć wszyscy będą się martwić, że zabraknie im pary usłużnych rąk do pracy w domu i przy zwierzętach. Nikt nie pomyśli, czego ja chcę i co jest dla mnie dobre.
    Usłyszawszy wołanie Gail Buchannan, ruszyła z powrotem do sterówki.
    — A już myśleliśmy, że wypadłaś za burtę, kochanieńka — stwierdziła żona kapitana. W wylewającym się z kambuza świetle na jej pulchnych ramionach błyszczały krople potu. Na kolację zjadła ponad połowę z tego, co Marie przygotowała dla nich trojga.
    — Patrzyłam tylko, jak wschodzi księżyc.
    Gail spojrzała na nią spod oka.
    — To bardzo romantyczne. Pewnie wprowadziło cię w dobry nastrój.
    Mrowie przeszło Marie po plecach. Mimo gorącego oddechu dżungli poczuła chłód.
    — Naszykowałam ci już strój na noc — rzekła Gail.
    — Strój na noc?
    — Bardzo gustowny. Sama robiłam koronki. Len lubi przyglądać się dziewczętom w ładnych ciuszkach. A ładniejszych nie znajdziesz po tej stronie Durringham — oznajmiła wielkodusznie.
    — Ta twoja koszulka jest ładna, obcisła, ale raczej nie podkreśla uroków ciała, sama powiedz.
    — Zapłaciłam wam — odparła Marie łamiącym się głosem.
    — Za podróż do samego Durringham.
    — Ależ to nie pokryje kosztów, kochanieńka. Chyba cię uprzedzaliśmy, że podróżowanie statkiem jest drogie? Musisz zapracować na bilet.
    — Nie.
    Tęga kobieta zrezygnowała nagle z apodyktycznego zachowania.
    — Jak chcesz, to cię wysadzimy na tym odludziu.
    Marie pokręciła głową.
    — Nie mogę.
    — Ależ możesz. Taka z ciebie miła dziewczyna. — Gail owinęła tłustą dłonią nadgarstek Marie. — Daj spokój, kochanieńka — nalegała. — Staruszek Lennie wie, jak traktować dziewczęta.
    Marie postąpiła jeden krok do przodu.
    — Otóż to, kochanieńka. Zejdź na dół. Tam już wszystko przygotowane, sama zobaczysz.
    Na stoliku w kambuzie leżała biała bawełniana bielizna damska.
    — Po prostu włóż to na siebie. I niech już nie słyszę żadnych bzdurnych gadek, że czegoś tam nie możesz. — Uniosła majteczki.
    — Hej, będziesz w tym wyglądać jak na obrazku, mam rację?
    Marie patrzyła osowiałym wzrokiem.
    — Mam rację? — powtórzyła Gail Buchannan.
    — Tak.
    — Dobra dziewczynka. A teraz zakładaj.
    — Gdzie?
    — Tutaj, kochanieńka. Tu, gdzie stoisz.
    Marie odwróciła się tyłem do grubej kobiety i zaczęła ściągać przez głowę koszulkę.
    Gail zachichotała ochryple.
    — Oho, kochanieńka, śliczny z ciebie aniołek. A to ci będzie zabawa.
    Dolny brzeg haleczki sięgał jej ledwie za pośladki, lecz gdyby chciała ją nieco obciągnąć, piersi wypadłyby z dekoltu. Nawet w dżungli ochlapana błotem czuła się czystsza.
    Nie przestając chichotać i szturchając ją lekko w plecy, Gail zeszła z Marie to kabiny, gdzie Len czekał już ubrany w bursztynowy szlafrok frotte. Wisząca u sufitu lampa elektryczna rzucała mdłe, żółte światło. Na widok Marie Len wyszczerzył szczerbate zęby.
    Gail opadła z westchnieniem ulgi na szeroki stołek.
    — No, kochanieńka, nie zwracaj na mnie uwagi. Ja lubię sobie tylko popatrzeć.
    Marie miała nadzieję, że dzięki pluszczącej wodzie i drewnianym ścianom kabiny zdoła sobie wyobrazić, że to „Swithland” z Karlem.
    Nie zdołała…
    Po wędrówce trwającej przeszło pięć miliardów lat Lisylf dotarł do galaktyki, gdzie w przyszłości miała zawiązać się Konfederacja — dominującą formą życia na Ziemi były wówczas dinozaury. Połowę swego istnienia spędził na przemierzaniu międzygalaktycznej pustki. Umiał korzystać z tuneli czasoprzestrzennych, skoro bowiem był stworzeniem złożonym z czystej energii, fizyczna struktura kosmosu nie kryła przed nim tajemnic. Natura obarczyła go misją obserwowania i zapamiętywania, gnał więc z szybkością bliską prędkości światła, obejmując swym polem percepcji wszelkie zbłąkane atomy wodoru, które podejmowały zakrojoną na eony podróż ku jasnym skupiskom odległych gwiazd. Każda z nich była jedyna w swoim rodzaju, bytem zasługującym na uwiecznienie, poszerzającym horyzonty wiedzy, wobec czego jej historia trafiała do śródwymiarowej matrycy pamięciowej, gdzie ogniskowała się tożsamość Lisylfa. Zajmował on bowiem pewien obszar przestrzeni, w którym owa matryca przemieszczała się narażona na mniejsze zakłócenia niż neutrino. Podobnie jak kwantowa czarna dziura, miała znikome wymiary fizyczne, choć zawierała w sobie cały wszechświat. Starannie posegregowany wszechświat czystej informacji.
    W ciągu pierwszych milionów lat po dotarciu do obrzeża galaktyki Lisylf żeglował od jednej gwiazdy do drugiej, indeksując parametry fizyczne różnorodnych układów słonecznych, systematyzując formy życia, które rozkwitały i więdły na planetach.
    Obserwował, jak międzygwiezdne imperia dochodzą do szczytu i gasną, a cywilizacje przykute do swych światów pochłania ostateczna noc w miarę stygnięcia ich macierzystych gwiazd. Napotkał kultury pokojowych, niemalże świętych istot, lecz również najbardziej bestialskich barbarzyńców. Wyniki wszystkich obserwacji zawarte były w nieskończonym wnętrzu Lisylfa.
    Posuwał się nieregularnym torem w stronę skrzącego się jądra galaktyki. Po drodze wleciał w rejon przestrzeni zamieszkany przez istoty zrzeszone w Konfederacji. Lalonde, nowo odkryta przez ludzi planeta na rubieżach tego terytorium, było pierwszym ich światem, z jakim się zetknął.

* * *

    Lisylf dotarł do miejscowego obłoku Oorta w roku 2610. Kiedy minął chmarę uśpionych komet, w granice jego pola percepcji wtargnęły sporadyczne emisje mikrofalowe i laserowe. Były to słabe, przypadkowe fragmenty przekazów telekomunikacyjnych, które wysyłały statki wchodzące na orbitę Lalonde.
    Po wstępnych oględzinach Lisylf znał już dwa ośrodki świadomego życia w układzie: samo Lalonde, zamieszkane przed osadników z ras ludzi i Tyrataków, oraz Aethrę, młody habitat edenistów samotnie okrążający Murorę.
    Zgodnie z typową procedurą badania nowego życia, Lisylf dokonał najpierw analitycznych opracowań jałowych planet. Zaczął od Calcotta, globu o spieczonej powierzchni, następnie przeszedł do kolosalnego Gatleya o zabójczej, gęstej atmosferze. Pominąwszy Lalonde, przyjrzał się nagiemu Plewisowi i podobnemu do Marsa mroźnemu Coumowi. W dalszej kolejności zajął się pięcioma gazowymi olbrzymami: Murorą, Bullusem, Achilleą, Tolem i odległym Puschkiem z jego niespotykaną kriosferą. Wszystkie one posiadały własne księżyce i indywidualne otoczenie wymagające wnikliwego zbadania. Przez piętnaście miesięcy Lisylf klasyfikował ich skład i osobliwości, po czym zawrócił ku Lalonde.

* * *

    Przetrząsanie dżungli trwało osiem godzin. Swoją pomoc zaoferowała większość dorosłych mieszkańców Aberdałe. Piętnaście minut po tym, jak Rennison zaszedł za horyzont, znaleziono Gwyna, a właściwie to, co z niego pozostało.
    Po pierwsze, zabił go sejas; po drugie, oprawcy ściągnęli mu sznury z kostek i nadgarstków oraz usunęli z ust knebel; po trzecie wreszcie, znaleziono przy nim strzelbę elektromagnetyczną i wszystkie rzeczy osobiste — każdy więc zgadzał się z tym, że była to, choć potworna, to jednak naturalna śmierć.
    Wykopanie grobu zlecono zesłańcom.

10

    „Udat” sunął nad powierzchnią nieobrotowego kosmodromu w Tranquillity jak po niewidzialnym sznurze. Pod błękitno — purpurowym kadłubem mrugały plastry głębokich przedziałów dokowych; wewnątrz w światłach reflektorów iluminacyjnych pobłyskiwały mętnie sferyczne korpusy statków adamistów. Meyer patrzył poprzez sensory czarnego jastrzębia, jak pięćdziesięciopięciometrowa korweta handlowa manewruje w stronę wysuniętej z przedziału platformy, bluzgając pomarańczowymi obłoczkami spalin z silników korekcyjnych. Na części dziobowej statku dostrzegł dwa wyraźne, przeplecione z sobą koła, fioletowe i zielone — wszechobecne tu logo przedsiębiorstwa Vasilkovsky Lines. Ledwie korweta dotknęła platformy, cylindryczne zatrzaski wpięły się w gniazda rozmieszczone wokół jego kadłuba. Zewsząd oplotły go przewody serwisowe podłączone do obwodów chłodzeniowych i programowych kosmodromu. Gdy złożyły się panele termozrzutu, platforma zaczęła opadać do przedziału.
    — Ile ceregieli przy zwykłym lądowaniu — zauważył „Udat”.
    — Nie tak głośno, bo zranisz uczucia ludzi — napomniał go Meyer ciepłym tonem.
    — Szkoda, że nie ma wielu takich statków jak ja. Twoja rasa powinna zerwać z przeszłością. A te mechaniczne jednostki należałoby włączyć do zbiorów muzealnych.
    — Moja rasa, powiadasz? I w tobie są ludzkie chromosomy, nigdy o tym nie zapominaj.
    — Jesteś pewien?
    — Chyba czytałem o tym w którymś rdzeniu pamięciowym. Na pewno są w jastrzębiach.
    — Aha. Jasne.
    Meyer uśmiechnął się przy nieco wzgardliwej odpowiedzi „Udata”.
    — Zdawało mi się, że lubisz jastrzębie.
    — Owszem, niektóre tak. Ale myślą jak ich kapitanowie.
    — A jak myślą kapitanowie jastrzębi?
    — Nie lubią czarnych jastrzębi. Uważają, że sprawiamy kłopoty.
    — Różnie to z nami bywa.
    — Kiedy brakuje pieniędzy, ale to inna sprawa — stwierdzi! „Udat” z niejakim wyrzutem.
    — Chciałbyś więcej czarnych jastrzębi, a mniej statków adamistow? Wtedy byłoby jeszcze trudniej o zarobek. A ja muszę opłacić ludzi.
    — Przynajmniej spłaciliśmy kredyt, który zaciągnąłeś, żeby mnie kupić.
    — To prawda. — I odłożyłem gotówkę na zakup nowego czarnego jastrzębia, gdy ciebie już nie będzie. Nie pozwolił jednak, by ta myśl umknęła z jego umysłu. „Udat” miał teraz pięćdziesiąt siedem lat, a przecież czarne jastrzębie żyły zazwyczaj od siedemdziesięciu pięciu do osiemdziesięciu. Meyer nie był do końca przekonany, czy po „Udacie” zechce pilotować drugi statek.
    W każdym razie czekało ich jeszcze ćwierćwiecze wspólnych przygód, a na brak pieniędzy ostatnio nie musiał narzekać. Płacił jedynie za serwis urządzeń regulacji składu powietrza i czteroosobowej załodze. Mógł sobie pozwolić na przebieranie w zamówieniach. Nie to, co w ciągu pierwszych dwudziestu lat. Z obecnej perspektywy tamte dni wydawały mu się niezwykle szalone. Na szczęście moc zawarta w wielkim asymetrycznym kształcie „Udata” dawała im niezrównaną szybkość i zręczność. Bywało, że tylko dzięki temu wychodzili cało z opresji. Pewne tajne misje wiązały się z wielkim niebezpieczeństwem. Nie wszyscy jego koledzy powrócili z wypraw.
    — I tak wolę rozmawiać z moimi krewniakami — oświadczył „Udat”.
    — Rozmawiasz z Tranquillity?
    — O tak, bez przerwy. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.
    — O czym rozmawiacie?
    — Pokazuję mu miejsca, gdzie podróżowaliśmy. W zamian mogę zwiedzać jego wnętrze i popatrzeć, co tam wyprawiają ludzie.
    — Naprawdę?
    — Tak, to bardzo ciekawe. Ten Joshua Calvert, który nas wynajął, to według Tranquillity recydywista najgorszego gatunku.
    — Tranquillity ma rację. Dlatego tak bardzo polubiłem Joshuę. Przypomina mi moje dni młodości.
    — O, nie. Aż taki zdeprawowany to ty nigdy nie byłeś.
    Dziób „Udata” z lekka się obrócił, wślizgując się zgrabnie pomiędzy dwa dozwolone korytarze lotów, zablokowane teraz przez cysterny z helem i statki lokalnego przewozu personelu. Dysk mamuciego kosmodromu zawierał w tej części większe przedziały dokowe, ponieważ tutaj dokonywano napraw i przeglądów technicznych. Tylko połowa z nich była zajęta.
    Olbrzymi czarny jastrząb zawisł tuż nad przedziałem MB 0-330, po czym obrócił się wolno wokół swej dłuższej osi, tak by górny kadłub skierował się prosto w studnię doku. W odróżnieniu od zwykłych jastrzębi, u których ładownia w dolnym kadłubie nie miała połączenia z toroidem załogi w kadłubie górnym.
    „Udat” wszystkie swoje mechaniczne sekcje zawierał w podkowiastym module wrośniętym w grzbietową wypukłość. Mostek nawigacyjny i kajuty załogi mieściły się z przodu, podczas gdy dwie ładownie ulokowano w skrzydłach tej swoistej podkowy. W małym hangarze w lewej burcie krył się aeroplan.
    Do sterówki weszła Cherri Barnes. Odpowiadała na „Udacie” za sprawy związane z załadunkiem towaru, dbała też o systemy mechaniczne statku. Miała czterdzieści pięć lat, śniadą karnację i szeroką twarz, na której często gościł wyraz zadumy. Dla Meyera pracowała od trzech lat.
    Po przesłaniu serii datawizyjnych poleceń procesorom konsoli otrzymała obrazy z zamontowanych na kadłubie czujników elektronicznych. Trójwymiarowa wizualizacja, która pojawiła się w jej umyśle, pokazywała „Udata” zawieszonego nieruchomo trzydzieści metrów nad dokiem remontowym.
    — Możesz nadawać — rzekł Meyer.
    — Dzięki. — Otworzyła połączenie z siecią informatyczną doku. — MB 0-330, tu „Udat”. Zamówiony towar gotowy do odbioru. Czekamy na instrukcje wyładunku. Jak się za to zabierzesz, Joshua? Czas to pieniądz.
    — To ty, Cherri? — zapytał Joshua datawizyjnie.
    — Nikt inny nie zniżyłby się do rozmowy z tobą.
    — Spodziewałem się was dopiero za tydzień, szybko się uwinęliście.
    Meyer przesłał konsoli polecenie dostępu.
    — Wynajmujesz najlepszy statek, więc najszybciej dostajesz towar.
    — Zapamiętam to sobie — odparł Joshua. — Następnym razem, kiedy będę miał trochę szmalu, postaram się o jakiś przyzwoity statek.
    — Zawsze możemy zabrać węzły gdzie indziej, kapitanie Mądralo, który nigdy nie wyściubił nosa poza Pierścień Ruin.
    — To są moje węzły, genetyczny dziwolągu, zbyt strachliwy, żeby zarabiać na życie w Pierścieniu Ruin.
    — Nie boję się Pierścienia Ruin, ale tego, jak Lord Ruin karze śmiałków, którzy zmykają poza układ, nie racząc zarejestrować w Tranquillity swoich znalezisk.
    Nastąpiło niezwyczajnie długie milczenie. Meyer i Cherri wymienili zdziwione spojrzenia.
    — Wyślę Ashly’ego w wielofunkcyjnym pojeździe serwisowym — powiedział w końcu Joshua. — I wszystkich was zapraszam dziś wieczór na przyjęcie.

* * *

    — A więc to jest ta sławna „Lady Makbet”? — zapytał Meyer dwie godziny później. Towarzyszył Joshui w ciasnym centrum kontrolnym doku 0-330; z lewą stopą zakotwiczoną na czepniku, rozglądał się ciekawie po wnętrzu przez szklaną bańkę ściany. Pośrodku na platformie spoczywał siedemdziesięciometrowy statek, nagi w próżni kosmosu. Zdarto z niego płyty kadłubowe, odsłaniając instalacje, zbiorniki i silniki — fantastycznie powikłane, srebrzystobiałe trzewia. Wszystkie urządzenia zawierały się w obrębie heksagonalnej konstrukcji nośnej. Nad każdym skrzyżowaniem żeber umieszczono węzeł modelujący. Od węzłów w stronę środka statku pełzły wiązki czerwono — zielonych kabli nadprzewodnikowych, podłączonych bezpośrednio do generatorów termonuklearnych. Meyer nie pomyślał o tym wcześniej, ale soczewkowate węzły swym kształtem do złudzenia przypominały jastrzębie.
    Inżynierowie w czarnych skafandrach Sil przeskakiwali z plecakami manewrowymi z miejsca na miejsce po obnażonym szkielecie nośnym, przeprowadzając testy i wymieniając podzespoły.
    Inni stali na podestach u końców wieloczłonowych wysięgników wyposażonych w ciężkie narzędzia do prac przy większych urządzeniach. Żółte światła błyskające na ruchomych maszynach w doku rzucały na każdą powierzchnię ostre, bursztynowe kręgi w zwariowanych deseniach.
    Między rozmieszczonymi wokół platformy pięcioma gniazdami interfejsowymi a statkiem ciągnęły się setki kabli sygnałowych, co dawało wrażenie, jakby „Lady Makbet” uwiązano do podłoża siecią światłowodów. Zaraz pod centrum kontrolnym harmonijkowy rękaw śluzy o średnicy dwóch metrów pozwalał mechanikom dotrzeć do kapsuł mieszkalnych schowanych w samym sercu statku. Na ściennych wspornikach czekały na zamontowanie przeróżne podzespoły. Meyer nie miał pojęcia, gdzie mogłyby pasować. Kosmolot z wyposażenia „Lady Makbet” wisiał na ścianie doku niczym gigantyczna naddźwiękowa ćma z płatami skrzydeł w skosie ujemnym; usunięto z niego dodatkowe zbiorniki i baterie, które służyły Joshui podczas wypraw do Pierścienia Ruin, a cybermonter i dwie postaci w skafandrach próbowały usunąć z kadłuba grubą warstwę pianki, opryskując ją rozpuszczalnikiem. We wszystkich kierunkach fruwały szare pokruszone płatki.
    — A czego się spodziewałeś? — zapytał Joshua. — Saturna 5?
    — Siedział opięty pasami przed konsolą monitorującą prace cybermonterów. Kanciaste roboty przemieszczały się wzdłuż szyn wijących się spiralnie po ścianach doku, dających im dostęp do każdej części statku. Trzy skupiły się akurat przy zapasowym generatorze termonuklearnym, opuszczanym na oprawę na długich, białych, zdalnie kierowanych wysięgnikach. Naokoło fruwali inżynierowie: nadzorowali dokonujących instalacji cybermonterów, łączyli kable, elementy systemu chłodzenia, węże paliwowe. Joshua śledził ich postępy dzięki rozmieszczonym przy konsoli wszechkierunkowym projektorom AV.
    — Cóż to ma być, krążownik liniowy? — dziwił się Meyer.
    — Przeglądałem dane znamionowe tych węzłów, Joshua. Przeskoczysz piętnaście lat świetlnych, jeśli doładujesz do pełna te potwory.
    — Coś w tym stylu — odparł w zamyśleniu.
    Meyer chrząknął i przesunął wzrok z powrotem na statek. Z kolejnej wycieczki do „Udata” powracał wielofunkcyjny pojazd serwisowy: bladozielona, prostokątna skrzynia długości trzech metrów z małymi, kulistymi zbiornikami u spodu i trzema wieloczłonowymi wysięgnikami opatrzonymi gęstwą manipulatorów.
    Pojazd przenosił zapakowany węzeł, kierując się w stronę jednej ze śluz warsztatowych.
    Cherri Barnes zmarszczyła brwi, spoglądając podejrzliwie na „Lady Makbet”.
    — Ile to cudo ma silników odrzutowych? — spytała. Zdawało się, że do tylnej części statku dołączono przesadną wręcz liczbę przewodów doprowadzeniowych. Na ściennych wspornikach dostrzegła dwie rury od napędu termojądrowego: grube dziesięciometrowe cylindry otoczone iniektorami wiązek jonowych, zwojami cewek magnetycznych, inicjatorami wiązań cząsteczkowych.
    Joshua przekręcił nieco głowę, włączając dodatkowy projektor AV. Nowa kolumna wystrzeliła kanonadę fotonów wzdłuż swych nerwów optycznych, dając mu wgląd pod innym kątem na dodatkowy generator termojądrowy. Przyglądał się przez chwilę, po czym przesłał jednemu z cybermonterów datawizyjne instrukcje.
    — Są cztery silniki napędowe — rzekł na głos.
    — Cztery? — Statki adamistów wyposażone były z reguły w jeden silnik termojądrowy i dwa indukcyjne w charakterze rezerwy na wypadek sytuacji awaryjnej.
    — Pewnie. Trzy termonukleame i jeden na antymaterię.
    — Ty chyba żartujesz! — wykrzyknęła Cherri Barnes. — Za to grozi kara śmierci!
    — Mylisz się!
    Joshua i Meyer wyszczerzyli zęby z doprowadzającą do furii wyższością. Także pięciu pozostałych operatorów konsol skwitowało uśmiechem tę wymianę zdań.
    — Kara śmierci grozi za posiadanie antymaterii — wyjaśnił Joshua. — Ale prawo kosmiczne Konfederacji nie wspomina o posiadaniu napędu na antymaterię. Dopóki nie napełnisz komór i nie uruchomisz napędu, jesteś czysty.
    — Jasny gwint.
    — A jak cię wszyscy szanują, kiedy wybuchnie wojna. Można samemu wypisać sobie bilet. Tak przynajmniej słyszałem.
    — Założę się, że masz naprawdę potężny maser telekomunikacyjny. Taki, który mógłby wywiercić dziurę w kadłubie statku swoją wiadomością.
    — Niezupełnie. „Lady Makbet” ma ich osiem. Tato był strasznym pedantem, jeśli chodzi o niezawodność systemu.

* * *

    Bar Harkeya mieścił się na trzydziestym pierwszym piętrze wieżowca świętej Marty. Na malutkiej scence występował prawdziwy zespół, mechanicznie odgrywając jazzowe numery przeplatane raz po raz jękliwym zawodzeniem trąbek. Piętnastometrowy dębowy bufet pochodził — jak zapewniał właściciel — prosto z dwudziestowiecznego paryskiego burdelu. Oferta trunków uwzględniała trzydzieści osiem rodzajów piwa i trzykrotnie więcej mocniejszych napojów wyskokowych, łącznie z „Norfolskimi Łzami” dla tych, którzy mogli sobie na nie pozwolić. Wnęki ścienne ze stolikami zasłaniało się w razie potrzeby przed wzrokiem pozostałych gości. Na uwagę zasługiwały także długie stoły do przyjęć, parkiet taneczny, oświetlenie emitujące fotony tuż przy dolnej granicy żółtego spektrum. Ponadto serwowano tu doskonałe posiłki przygotowywane przez szefa kuchni, który, jeśli wierzyć Harkeyowi, pracował niegdyś w królewskich kuchniach w księstwie Jerez. A kelnerki były młode, ładne i nosiły czarne, skąpe fartuszki.
    Szczypta elegancji w zestawieniu z niezbyt drogimi napojami przyciągała tutaj liczne załogi statków dokujących w porcie Tranquillity. Nocą przeważnie panował w barze ścisk. Joshua zawsze tu przychodził: najpierw jako nieopierzony wyrostek po codzienną porcję kosmicznych opowieści, potem jako zbieracz artefaktów, aby kłamać, ile zarobił i jakie to niewyobrażalne znalezisko przeleciało mu właśnie koło nosa — teraz zaś jako człowiek z najszacowniejszych elit, kapitan własnego statku gwiezdnego, w dodatku jeden z najmłodszych w historii.
    — Nie wiem, Joshua, jaki diabeł kazał ci wysmarować kosmolot tą pianką — skarżył się Warlow z goryczą. — Draństwo wcale nie chce złazić.
    Kiedy Warlow coś mówił, wszyscy go słuchali. Bo też nie mieli wyboru, przynajmniej ci w promieniu ośmiu metrów. Był kosmonikiem, urodził się w przemysłowym osiedlu asteroidalnym.
    Miał siedemdziesiąt dwa lata i przeszło dwie trzecie życia spędził w stanie nieważkości, przy czym nie odziedziczył po przodkach tego rodzaju genetycznych ulepszeń co Joshua czy edeniści.
    Po pewnym czasie jego narządy zaczęły ulegać degeneracji, kości wskutek odwapnienia upodobniły się do kruchych porcelanowych patyków, doszła atrofia mięśni, płyny zbierające się w tkankach uszkodziły płuca i doprowadziły do niewydolności układu limfatycznego. Początkowo walczył z tym za pomocą lekarstw i nanonicznych suplementów, potem suplementy ustąpiły na rzecz bardziej zaawansowanych przeróbek. Szkielet z włókna węglowego wyparł stare kości, pobór energii elektrycznej zastąpił przyjmowanie pokarmu. Ostatecznie wymieniono mu również niszczony przez egzemę naskórek — na gładką ochrowo — żółtą błonę silikonową. Warlow nie potrzebował skafandra, gdy wychodził w próżnię, mógł przeżyć ponad trzy tygodnie bez uzupełniania zapasów tlenu i energii. Rysy jego twarzy nabrały czysto kosmetycznego znaczenia, stanowiąc, niczym u manekina, karykaturę ludzkiej fizjonomii, aczkolwiek przez zastawkę wlotową gardła mógł pobierać płyny. Nie miał owłosienia i nie przejmował się czymś takim jak ubranie. Swą płeć zatracił gdzieś przed sześćdziesiątką.
    Wprawdzie daleko posunięte przeobrażenia nadawały wielu kosmonikom wygląd małych pojazdów serwisowych z mózgiem w środku, to jednak Warlow wolał zachować swój humanoidalny kształt. Jedynym rzucającym się w oczy udziwnieniem były jego ręce, rozwidlone w łokciach na dwie pary przedramion. Pierwsza z nich zachowała ludzki rozkład palców i dłoni, druga kończyła się przystosowanymi do wielorakich narzędzi tytanowymi gniazdami.
    Joshua uśmiechnął się łobuzersko i kiwnął kieliszkiem szampana w stronę dwumetrowego odmieńca, który dominował nad stolikiem.
    — Dlatego cię zatrudniłem. Jeśli ty tego nie zedrzesz, to już nikomu się nie uda. — Uważał się za szczęśliwca, że kosmonik dołączył do jego załogi. Niektórych kapitanów Warlow zniechęcał swoim wiekiem, lecz Joshua szanował go za jego doświadczenie.
    — A nie lepiej będzie, jak Ashly przeleci się po orbicie kołowej skrajem atmosfery Mirczuska? Pianka spłoniejak pancerz ablacyjny.
    Jedna runda i problem z głowy. — Warlow uderzył w blat stolika swą półludzką dłonią. Zatrzęsły się szklanki i butelki.
    — Jest też inne rozwiązanie — odciął się Ashly Hanson. — Podłącz sobie pompę do brzucha i użyj dupy jako odkurzacza.
    Możesz odessać tę piankę. — Wciągnął policzki, naśladując odgłos siorbania.
    Pilot był wysokim, sześćdziesięciosiedmioletnim mężczyzną, któremu genetyka dała krzepką posturę, miękkie brązowe włosy i uśmiech zdumionego dzieciaka. Urzekały go wszelkie dziwy wszechświata. Utrzymywał się dzięki swoim zdolnościom, umiał bowiem przesuwać w atmosferze tony żelastwa z iście ptasią gracją. Choć licencja wydana przez Komisję Astronautyczną, nadająca Ashly’emu uprawnienia do pilotażu zarówno w atmosferze, jak i w przestrzeni kosmicznej… straciła ważność przed trzystu dwudziestu laty. Ashly Hanson przemieszczał się w czasie; urodzony w dość zamożnej rodzinie, w roku 2229 oddal cały swój majątek w powiernictwo Bankowi Jowiszowemu w zamian za możliwość dożywotniego korzystania z kapsuły zerowej (już wtedy uważano edenistów za najlepszych opiekunów takich kapsuł). Naprzemiennie to zapadał w pięćdziesięcioletni letarg, to się budził na pięć lat „galaktycznego włóczęgostwa”.
    „Jestem futurologiem — powiedział Joshui przy ich pierwszym spotkaniu. — Odbywam podróż do wieczności. Czasem tylko wysiadam z wehikułu czasu, żeby się rozejrzeć”.
    Joshua przyjął go do załogi nie tylko przez wzgląd na jego umiejętności, lecz i opowieści, jakie można było od niego usłyszeć.
    — Dzięki, ale usuniemy piankę, jak każe podręcznik — rzekł do skłóconej dwójki.
    Z membrany syntezatora mowy, umieszczonego na piersi Warlowa tuż powyżej skrzelowych wlotów powietrza, wydobyło się metaliczne westchnięcie. Podsunął do ust pękaty kieliszek i wlał nieco szampana przez zastawkę. Nie był w stanie wyrzec się alkoholu, chociaż dzięki filtrom krwi mógł w razie konieczności zadziwiająco szybko wytrzeźwieć.
    Meyer pochylił się nad stołem.
    — Co z Neevesem i Sipiką? — zapytał cicho Joshuę. — Masz jakieś wieści?
    — A, tak. Zapomniałem, że wy nic nie wiecie. Wrócili do portu na drugi dzień po waszym odlocie na Ziemię. Mało brakowało, a ludzie zlinczowaliby drani. Sierżanci musieli ich ratować.
    Siedzą w pudle i czekają na orzeczenie sądowe.
    Meyer zmarszczył czoło.
    — Skąd to czekanie? Myślałem, że Tranquillity z marszu feruje wyroki.
    — Wielu tu oskarża Neevesa i Sipikę o śmierć swoich krewnych, którzy zaginęli w Pierścieniu. Dochodzi jeszcze sprawa odszkodowań. „Madeeir” wciąż jest wart półtora miliona fuzjodolarów, choć mu popaliłem bebechy. Osobiście mam to wszystko w nosie, ale rodzinom zabitych coś się chyba należy.
    Meyer sięgnął po kieliszek.
    — Parszywa sprawa.
    — Chodzą słuchy o przymusowym wyposażaniu statków zbieraczy w sygnalizatory alarmowe.
    — Nigdy się na to nie zgodzą, zanadto cenią sobie niezależność.
    — Owszem, ale cóż, ja już w tym nie robię.
    — Święta prawda — odezwała się Kelly Tirrel. Siedziała wciśnięta w bok Joshuy z nogą przewieszoną przez jego kolano, zarzucając mu rękę na szyję.
    W takiej pozycji było mu nad wyraz wygodnie. Kelly włożyła dziś ametystową sukienkę z szerokim, wyciętym w kwadrat dekoltem, który ukazywał jej ponętne wdzięki, przynajmniej komuś siedzącemu tak blisko. Miała dwadzieścia cztery lata, drobną postać, czerwonobrązowe włosy i delikatną twarz. Przez ostatnie dwa lata była korespondentką na etacie w tutejszej filii konsorcjum prasowego Collinsa.
    Spotkali się przed osiemnastu miesiącami, kiedy robiła reportaż o zbieraczach artefaktów, mający ukazać się w całej Konfederacji. Lubił ją, gdyż była niezależna i nie urodziła się w rodzinie milionerów.
    — To miłe, że się o mnie troszczysz — powiedział.
    — Wcale nie, ale chodzi o to, że my tu cierpimy na brak informacji, a ty zamierzasz rozbijać się po kosmosie tym swoim gruchotem. — Odwróciła się do Meyera. — Uwierzysz, że on nie chce mi dać namiarów na ten zamek, który znalazł?
    — Jaki zamek? — zdziwił się zapytany.
    — Znalazł w nim moduły elektroniczne Laymilów.
    Na czerstwej twarzy Meyera pojawił się uśmiech.
    — Ach, zamek. Nie opowiadałeś mi o tym, Joshua. Spotkałeś w nim rycerzy albo czarodziejów?
    — Nie — odparł chłodno kapitan. — To była wielka sześcienna struktura. Nazwałem ją zamkiem ze względu na sprzęt bojowy.
    Dostać się do środka to nie lada wyczyn, jeden fałszywy ruch i… — Zmarszczki poorały mu czoło.
    Kelly przysunęła się odrobinę bliżej.
    — Broń była sprawna? — Meyer dobrze się bawił.
    — Nie.
    — No to czemu mówisz, że tak tam niebezpiecznie?
    — Niektóre systemy ciągle były zasilane z naładowanych ogniw.
    Weźcie pod uwagę rozpad cząsteczkowy, któremu uległy w Pierścieniu. Jedno nierozważne trącenie i mamy krótkie spięcie. A potem piękną reakcję łańcuchową.
    — Moduły elektroniczne i jeszcze działające ogniwa. Naprawdę, Joshua, niesamowite znalezisko.
    Joshua spojrzał na niego posępnie.
    — A on nie chce mi zdradzić, gdzie to jest — żaliła się Kelly.
    — To przecież oczywiste, że jeśli tak duża rzecz przetrwała katastrofę, to może stanowić klucz do rozwiązania zagadki Laymilów. Puszczenie czegoś takiego w sensywizji ustawiłoby mnie na całe życie. Urzędowałabym w biurze u Collinsa. Cholera, miałabym własne biuro.
    — Mogę ci sprzedać informację — rzekł Joshua. — Wszystko mam tu zapisane. — Postukał się po głowie. — Mój neuronowy nanosystem potrafi określić parametry orbitalne zamku z dokładnością do jednego metra. Mogę zlokalizować go dla ciebie w każdej chwili w ciągu najbliższych dziesięciu lat.
    — Ile sobie liczysz? — zapytał Meyer.
    — Dziesięć milionów fuzjodolarów.
    — Dzięki, ja pasuję.
    — I nie gryzie cię to, że wstrzymujesz postęp? — indagowała Kelly.
    — Nie. Poza tym co się stanie, jeśli odpowiedź nie przypadnie nam zbytnio do gustu?
    — Otóż to. — Meyer uniósł kieliszek.
    — Ależ, Joshua! Ludzie mają prawo poznać prawdę. I nie trzeba za nich podejmować decyzji, tacy jak ty nie muszą ich bronić przed faktami. Tajemnice rodzą poczucie niepewności.
    Joshua wywrócił oczy.
    — Jezu. Wydaje ci się, że Bóg dal prawo reporterom wtykać nosy w nie swoje sprawy?
    Kelly przytknęła Joshui kieliszek do ust, zachęcając go do picia szampana.
    — Nie inaczej.
    — Pewnego dnia dostaniesz za swoje, zobaczysz. Ale prędzej czy później i tak wyjdzie na jaw, co spotkało Laymilów. Tranąuillity ściągnęło tu liczną rzeszę naukowców, tylko patrzeć rezultatów.
    — Oto cały ty, Joshua. Wieczny optymista. Bo tylko optymista myślałby poważnie o lataniu twoim statkiem.
    — „Lady Makbet” niczego nie potrzebuje — żachnął się Joshua. — Zapytaj Meyera, to ci powie, że lepszych przyrządów nigdzie nie dostaniesz.
    Kelly zatrzepotała długimi, ciemnymi rzęsami w stronę Meyera.
    — O tak, absolutnie — poświadczył.
    — A ja nadal nie chcę, żebyś się stąd ruszał — rzekła półszeptem, całując Joshuę w policzek. — Twój ojciec też posługiwał się dobrymi przyrządami, a ponadto statek był młodszy. I proszę, jak skończył.
    — To co innego. Gdyby nie „Lady Makbet”, tamte sieroty ze stacji szpitalnej nigdy by tu nie dotarły. Tato musiał zdecydować się na skok mimo bliskości gwiazdy neutronowej.
    Meyer jęknął boleśnie i wysączył drinka.

* * *

    Joshua stał akurat przy bufecie, kiedy podeszła do niego nieznajoma kobieta. Wcale jej nie zauważył, póki się nie odezwała: jego uwaga skierowana była gdzie indziej. Barmanka nazywała się Helen Vanham, miała dziewiętnaście lat i fartuszek wycięty głębiej, niż to się zwykle zdarzało u Harkeya. Z ochotą usługiwała Joshui CaWertowi, kapitanowi statku gwiezdnego. Powiedziała, że kończy pracę o drugiej nad ranem.
    — Kapitan Calvert?
    Odwrócił oczy od przyjemnego widoku piersi i ud. Jezu, jakże podobał mu się ten tytuł!
    — We własnej osobie.
    Kobieta była czarna, i to bardzo. Przypuszczał, że genetyczne modyfikacje w jej rodzinie należały do rzadkości, chociaż tak ciemny kolor skóry budził w nim podejrzenia. Była niższa od niego o jakieś dwie głowy, a jej krótkie włosy przyprószyła siwizna.
    Na oko mogła mieć sześćdziesiąt lat i starzała się chyba naturalnie.
    — Jestem doktor Alkad Mzu.
    — Dobry wieczór, pani doktor.
    — Rozumiem, że szykuje pan statek do wyjścia w kosmos?
    — Zgadza się, „Lady Makbet”. Najlepszy niezależny transportowiec po tej stronie królestwa Kulu. Chciałaby go pani wyczarterować?
    — Niewykluczone.
    Joshua wolał na razie nie drążyć tematu. Raz jeszcze przyjrzał się niskiej kobiecie. Alkad Mzu ubrała się w kostium z szarego materiału, wokół szyi wywinęła wąski kołnierz żakietu. Sprawiała wrażenie niezwykle poważnej osoby, rysy jej twarzy zastygły w wyrazie zimnej obojętności. Na obrzeżach podświadomości Joshua usłyszał coś jakby dzwoneczek alarmowy.
    Jesteś nadwrażliwy, zganił siebie w duchu. Czy ona musi od razu stanowić zagrożenie, skoro się nie uśmiecha? W Tranquillity nic nie grozi człowiekowi, taka już jest uroda tego miejsca.
    — W dzisiejszych czasach można chyba nieźle zarobić w medycynie — zagaił.
    — Uzyskałam doktorat z fizyki.
    — Pomyliłem się, przykro mi. Ale w fizyce też można chyba nieźle zarobić.
    — Różnie bywa. Wchodzę w skład zespołu badającego szczątki po Laymilach.
    — Tak? W takim razie musiała pani o mnie słyszeć. To ja znalazłem te moduły elektroniczne.
    — Owszem, słyszałam, chociaż kryształy pamięciowe to nie moja dziedzina. Zajmuję się przede wszystkim ich napędem termojądrowym.
    — Naprawdę? Czego się pani napije?
    Alkad Mzu zmrużyła oczy i wolno rozejrzała się po otoczeniu.
    — No tak, to przecież bar, prawda? W takim razie napiję się białego wina, dziękuję.
    Joshua skinął na Helen Vanham, by podała mu wino. Uraczyła go w zamian bardzo przyjacielskim uśmiechem.
    — Czego właściwie miałby dotyczyć kontrakt? — zapytał.
    — Muszę odwiedzić pewien układ planetarny.
    Mocno podejrzane, pomyślał Joshua.
    — Właśnie do tego najlepiej się nadaje „Lady Makbet”.
    A który system planetarny ma pani na myśli?
    — Garissę.
    Joshua ściągnął brwi; zdawało mu się, że zna większość układów planetarnych. Skonsultował się z plikiem kosmologicznym nanosystemu. I wtedy na dobre opuścił go dobry humor.
    — Garissa została porzucona trzydzieści lat temu.
    Alkad Mzu wzięła od barmanki smukły kieliszek i skosztowała wina.
    — Nie została porzucona, kapitanie, tylko unicestwiona. Rząd omutański zgładził dziewięćdziesiąt pięć milionów ludzi. Po bombardowaniu Flota Konfederacji zdołała ewakuować pewną część, około siedmiuset tysięcy ocalałych. Wykorzystano frachtowce i statki kolonizacyjne. — Jej spojrzenie stało się mgliste. — Akcję ratunkową przerwano po miesiącu. Uznano ją za bezcelową.
    Wszystkich, którzy przeżyli sam wybuch, dosięgnął opad radioaktywny, a także potop, fale tsunami i trzęsienia ziemi. Siedemset tysięcy spośród dziewięćdziesięciu pięciu milionów.
    — Przykro mi, nie wiedziałem.
    Wargi kobiety drżały wokół brzegu kieliszka.
    — I nic dziwnego. Mówimy o odległej planetce, która umarła, zanim pan przyszedł na świat. Z politycznych racji, które już wtedy nikogo nie przekonywały. Dlaczego ktoś miałby o niej pamiętać?
    Gdy barmanka przyniosła na tacce butelki szampana, Joshua przelał fuzjodolary z dysku płatniczego do barowego bloku rachunkowego. Na drugim końcu bufetu siedział mężczyzna o orientalnych rysach twarzy, ukradkiem obserwując doktor Mzu znad kufla z piwem. Joshua zmusił się, aby na niego nie patrzeć.
    Uśmiechnął się do Helen Vanham i dodał hojny napiwek.
    — Doktor Mzu, będę z panią szczery. Mogę polecieć do układu Garissy, lecz lądowanie, biorąc pod uwagę okoliczności, nie wchodzi w rachubę.
    — Rozumiem, kapitanie. I doceniam pańską szczerość. Nie chcę tam lądować, chcę tylko odwiedzić to miejsce.
    — Ee… Cóż, w porządku. Garissa to pani ojczyzna?
    — Tak.
    — Przykro mi.
    — Już po raz trzeci słyszę to od pana.
    — Cóż, zdarzają się takie chwile.
    — Ile by mnie to kosztowało?
    — Jedna pasażerka i lot w obie strony. Musiałaby pani wysupłać jakieś pięćset tysięcy fuzjodolarów. Wiem, że to fura pieniędzy, lecz zużycie paliwa wyniesie tyle samo bez względu na to, czy polecę z jedną osobą czy z pełną ładownią. A i załoga musi być w całym składzie, i wszystkim trzeba zapłacić.
    — Wątpię, czy zdołam od razu zebrać pełną sumę. Moje uposażenie związane z pracą badawczą uważam za przyzwoite, ale nie jest ono aż tak wysokie. Zapewniam jednak, że po przybyciu na miejsce będę dysponować odpowiednimi funduszami. Czy to pana interesuje?
    Joshua zacisnął palce na tacce, z trudem poskramiając ciekawość.
    — Zapewne doszlibyśmy do jakiegoś porozumienia, lecz nie obędzie się bez stosownej zaliczki. Moje stawki nie są wcale wygórowane, niższych nigdzie pani nie znajdzie.
    — Dziękuję, kapitanie. Czy mogłabym prosić o zestawienie parametrów pilotażowych pańskiego statku i jego zdolności przeładunkowych? Muszę wiedzieć, czy „Lady Makbet” jest w stanie spełnić moje dość specyficzne oczekiwania.
    Jezu. Jeśli chce znać pojemność ładowni, co zamierza stamtąd sprowadzić? Cokolwiek to było, musiało przeleżeć w ukryciu przez trzydzieści lat.
    Otworzyła kanał łączności, o czym go poinformował neuronowy nanosystem.
    — Nie ma sprawy. — Przekazał jej datawizyjnie tabelę osiągów „Lady Makbet”.
    — Będę w kontakcie, kapitanie. Dziękuję za wino.
    — Cała przyjemność po mojej stronie.
    Na drugim końcu barku Onku Noi, porucznik na służbie w Cesarskiej Flocie Oshanko, przydzielony do piątej sekcji wywiadu (Dział Rozpoznania Zagranicznego), dopił piwo i uregulował rachunek. Nanosystemowe programy filtrowania dźwięku pozwoliły mu wyodrębnić z gwaru i muzyki rozmowę, jaką Alkad Mzu odbyła z młodym, przystojnym kapitanem statku kosmicznego. Wstał teraz i otworzył kanał łączności z siecią telekomunikacyjną Tranquillity, prosząc o dostęp do komercjalnego podręcznego rdzenia pamięciowego kosmodromu. Plik z informacjami o „Lady Makbet” i Joshui Calvercie został przesłany datawizyjnie do neuronowego nanosystemu. Ledwie go zaczął przeglądać, wargi zadrżały mu z przejęcia. „Lady Makbet” była statkiem nieomalże wojennym, dysponującym napędem na antymaterię i wyrzutniami os bojowych, wyposażanym właśnie w najnowocześniejsze przyrządy. Zawahał się tylko na chwilę, aby mieć pewność, że wizualny profil Joshuy Calverta zostanie bez przeszkód przypisany do komórki pamięciowej nanosystemu, po czym wyszedł z baru Harkeya w ślad za doktor Mzu, trzymając się zawsze o pół minuty z tyłu.
    Joshuę już wcześniej dręczyła ciekawość, lecz teraz jak urzeczony obserwował spod oka trzech mężczyzn śledzących niepozorną doktor Mzu, którzy prawie wpadli na siebie w drzwiach baru. A więc i tym razem nie zawiodła go intuicja.
    Chryste, kim ona była?
    Tranquillity wie, to pewne. Wie ponadto, że jest szpiegowana i kim są ci szpiedzy. A to znaczyło, że i Ione będzie wiedziała.
    Wciąż łamał sobie głowę, jakie właściwie uczucia żywi wobec Ione. W całym wszechświecie nie znajdzie pewnie nikogo lepszego w łóżku, lecz świadomość, że tymi czarującymi, modrymi oczętami spogląda na niego Tranquillity, że wszystkie te beztroskie dziewczęce kaprysy są tylko przykrywką dla procesów myślowych chłodniejszych od zestalonego helu — stanowiła źródło niemałych konsternacji. Lecz to go nie odpychało. Miała całkowitą rację: nie był jej w stanie odmówić.
    Powracał do niej dzień w dzień, instynktownie, niczym ptak wędrowny do ciepłych krajów. Podniecała go myśl, że może się kochać z Lordem Ruin, z Saldaną. Gdy ich ciała się splatały, był w siódmym niebie.
    Ostatnimi dniami często sobie uzmysławiał, że męskie ego to władca marionetek z czarnym poczuciem humoru.
    Joshua nie miał czasu rozmyślać nad zagadką doktor Mzu, zbliżał się do niego bowiem ktoś jeszcze. Odwrócił się z nieco zbołałą miną.
    Trzydziestoletni mężczyzna w trochę znoszonym niebieskim, jednoczęściowym kombinezonie przeciskał się przez tłum, machając z ożywieniem ręką. Był niższy od Joshuy tylko o kilka centymetrów, miał krótkie czarne włosy oraz te regularne rysy twarzy, które sugerowały sporą dawkę genetycznych modyfikacji. Przywitał się uśmiechem bladym, ale i dość konfidencjonalnym.
    — Tak? — zapytał Joshua obojętnie w drodze do stolika.
    — Kapitan Calvert? Jestem Erick Thakrar, inżynier pokładowy piątego stopnia.
    — Aha — mruknął Joshua.
    Wybuch tysiąc decybelowego śmiechu Warlowa uciszył na moment gwary rozmów.
    — Stopnie przydziela się zwykle na podstawie liczby wylatanych godzin — dodał Erick. — Długo pracowałem w obsłudze kosmodromu. Właściwie należałby mi się stopień trzeci, jeśli nie wyższy.
    — I szuka pan zajęcia?
    — Dokładnie.
    Joshua wahał się. Wprawdzie brakowało mu wciąż dwóch osób do kompletu, w tym inżyniera pokładowego, lecz powróciło owo lodowate uczucie niepokoju, o wiele silniejsze niż w czasie rozmowy z doktor Mzu.
    Jezu, kim jest ten facet? Seryjnym mordercą?
    — Rozumiem — rzeki lakonicznie.
    — To dla pana dobra okazja, bo proszę jedynie o stawkę specjalisty piątego stopnia.
    — Wolę płacić załodze pewien procent od wartości kontraktu lub od zysku z transakcji, jeśli będziemy wozić własny towar.
    — Brzmi zachęcająco.
    Joshua nie znajdował w nim żadnej usterki. Młody, pełen entuzjazmu, niewątpliwie dobry z swoim fachu i chyba jeden z tych, którzy chętnie naginają prawo — czego nie sposób uniknąć, jeśli pilotuje się niezależny statek. Teoretycznie człowiek, jakiego dobrze mieć koło siebie. Tylko dlaczego budził w nim niepokój?
    — W porządku, wezmę od pana życiorys, ale przejrzę go później — powiedział. — Dziś wieczór nie czuję się na siłach do podejmowania ważnych decyzji.
    Na koniec zaprosił Thakrara do stolika, aby się przekonać, czy znajdzie on wspólny język z pozostałą trójką. Okazało się, że ma podobne poczucie humoru, kilka własnych historii do opowiedzenia, sporo pije, ale z pewnym umiarem.
    Joshua obserwował ich przez coraz to bardziej różową mgiełkę (sprawka szampana), zmuszony raz po raz przesuwać Kelly na bok, aby nie zasłaniała widoku. Warlow polubił Ericka, podobnie jak Ashly Hanson i Melvin Ducharme, specjalista od silników; Erick zaprzyjaźnił się nawet z Meyerem i załogą „Udata”. Stał się jednym z nich.
    I w tym cały kłopot, duma! Joshua. Thakrar za bardzo pasował do swej roli.
    Kwadrans po drugiej nad ranem, nieźle już wstawiony, Joshua zdołał zwiać Kelly i wymknąć się z baru Harkeya w towarzystwie Helen Vanham. Mieszkała sama w apartamencie dwa pietra niżej.
    W jej mieszkaniu nie dostrzegł wielu sprzętów, polipowe ściany były białe i puste. Wielkie kolorowe poduchy poniewierały się po topazowej, okrytej mchem podłodze, na kilku aluminiowych skrzyniach stały jak na stolikach butelki i kieliszki, a w kącie widniała potężna kolumna projektora AV. W łukowatych przejściach do sąsiednich pomieszczeń wisiały zsuwane jedwabne kotarki.
    Ktoś namalował na nich kontury zwierząt; na jednej ze skrzyń leżały pędzle i słoiczki po farbach. Pod mchem, niczym skalne grzyby, pęczniały polipowe guzy: zalążki mebli rozwijające się wolno do form określonych przez Helen.
    W ścianie naprzeciwko okna tkwił panel wydzielania jedzenia; swoiste dójki, niby żółtobrązowe gumowe smoczki, stały dumnie rzędem, wskazując na częste używanie. Od dawna już Joshua nie korzystał z paneli, choć jeszcze przed kilku laty, gdy cierpiał na brak gotówki, uważał to jedzenie za wybawienie.
    Podobne urządzenie spotykało się w każdym mieszkaniu w Tranquillity. Z dystrybutorów wypływały jadalne pasty i soki owocowe, zsyntetyzowane przez zespoły gruczołów wewnątrz ściany.
    Smakowały jak prawdziwe, pod tym względem nie sposób było odróżnić pasty od prawdziwego kurczaka, wołowiny, wieprzowiny czy baraniny, nawet kolory nie odbiegały za bardzo od pierwowzoru. Tylko ich konsystencja, takiej kleistej pulpy, zawsze odpychała Joshuę.
    Płyny odżywcze wydzielane przez narządy trawienne przy południowej czapie biegunowej wchłaniane były przez gruczoły z sieci arterii oplatających habitat. Dochodził też recykling: u podstawy każdego drapacza gwiazd wyspecjalizowane organy rozkładały ludzkie nieczystości i wszelkie resztki organiczne. Porowate sekcje powłoki wydalały substancje toksyczne, aby w zamkniętej biosferze habitatu nie nawarstwiły się niebezpieczne osady.
    Nie istniało coś takiego jak problem głodu w technobiotycznych habitatach, choć zarówno edeniści, jak i mieszkańcy Tranquillity importowali z całego obszaru Konfederacji znaczne ilości win i rzadkich przysmaków. Mogli sobie na to pozwolić, ale chyba nie Helen.
    Nabrzmiałe „dójki” i brak jakichkolwiek zbytków nadawały mieszkaniu, pomimo jego rozmiarów, wygląd dziupli studenckiej.
    — Zrób sobie drinka — powiedziała Helen. — A ja zrzucę z siebie ten szyty pod klientów fartuszek. — Przeszła do sypialni, zasunąwszy za sobą kotarę.
    — Czym się zajmujesz oprócz pracy w barze Harkeya? — spytał.
    — Studiuję sztukę! — odkrzyknęła. — Harkey daje mi forsę na rozrywki.
    Joshua oderwał wzrok od butelek i z większym niż przedtem zainteresowaniem przyjrzał się namalowanym zwierzętom.
    — Dobrze ci idzie?
    — Może kiedyś będzie szło lepiej. Nauczyciel twierdzi, że mam wyczucie formy. Ale to pięcioletnie studia i nadal jeszcze poznajemy zasady malowania i rysunku. Za rok przejdziemy do technologii AV, a za dwa lata dojdzie synteza nastroju. Strasznie się to ślimaczy, ale bez podstaw ani rusz.
    — Od jak dawna robisz u Harkeya?
    — Dwa miesiące. Miła praca. Wy, ludzie z przemysłu kosmicznego, lubicie dawać napiwki i nie pchacie się z łapami jak te palanty z finansjery. Przez tydzień pracowałam w wieżowcu świętego Pelhama. Okropność!
    — Spotkałaś kiedyś Ericka Thakrara? Siedział ze mną przy stoliku, taki pod trzydziestkę, w niebieskim kombinezonie.
    — Jasne. Od dwóch tygodni wpada regularnie. Też nie skąpi na napiwki.
    — Wiesz może, gdzie pracował?
    — W dokach. Firma Lowndes, o ile się nie mylę. Zatrudnił się kilka dni po przylocie.
    — Którym statkiem przyleciał?
    — „Shah of Kai”.
    Joshua otworzył kanał łączności z siecią telekomunikacyjną Tranquillity, prosząc datawizyjnie o dostęp do bazy danych w biurze Lloyda. „Shah of Kai” okazał się wycofanym ze służby we Flocie lekkim frachtowcem o napędzie termonuklearnym i maksymalnym przyspieszeniu 6 g, zarejestrowanym w pewnej spółce holdingowej z układu Nowej Kalifornii. Jedna z ładowni zawierała kapsuły zerowe dla oddziału piechoty, poza tym okręt dysponował laserowym systemem obrony zbliżeniowej. Jednostka bojowa osiedla asteroidalnego.
    Mam cię, pomyślał Joshua.
    — Widziałaś kogoś z załogi? — zapytał.
    Helen pojawiła się w progu sypialni. Miała na sobie koszulkę z przezroczystego opalu z długimi rękawami i białe welurowe buty sięgające do połowy ud.
    — Później ci powiem — odparła.
    Joshua mimowolnie oblizał wargi.
    — Mam plik ze świetnym pomieszczeniem, które pasuje do twojego stroju, gdybyś zechciała go wypróbować.
    Postąpiła krok do przodu.
    — Dawaj.
    Uruchomił plik środowiskowy i nakazał nanosystemowi otworzyć kanał łączności z Helen. Nerwy wzrokowe zarejestrowały krótkotrwały rozbłysk. Skromnie urządzone mieszkanie ustąpiło miejsca jedwabnym ścianom cudownego, pustynnego namiotu.
    W mosiężnych urnach przy wejściu rosły wysokie paprocie, długi stół bankietowy zastawiony był złotymi półmiskami i błyszczącymi od klejnotów pucharami, a egzotyczne wzorzyste draperie kołysały się wolno w podmuchach ciepłego, suchego wiatru, który hulał po szkarłatnej pustyni. Za plecami Helen znajdowała się zasłonięta część namiotu, choć lekko uchylone jedwabie ukazywały rąbek olbrzymiego łoża z purpurową pościelą i adamaszkowym baldachimem, wznoszącym się na słupkach z czerwonymi frędzlami niczym wschodzące słońce wycięte z materiału.
    — Miło tu — przyznała Helen, rozglądając się pobieżnie.
    — To tutaj Lawrence z Arabii przyjmował swoje nałożnice w osiemnastym wieku. Był szejkiem czy królem, który walczył z cesarstwem rzymskim. Stuprocentowo oryginalny zapis sensywizyjny ze staruszki Ziemi. Kapitan pewnego statku, mój przyjaciel, odwiedził muzeum i od niego to dostałem.
    — Poważnie?
    — Jasne. Ten Lawrence miał sto pięćdziesiąt żon, tak mówią.
    — Rany. I wszystkim osobiście dogadzał?
    — Pewnie, bo i musiał. Broniła ich przecież armia eunuchów.
    Żaden inny człowiek nie mógł się do nich zbliżyć.
    — Czy te czary zaraz się nie rozwieją?
    — A chcesz się przekonać?

* * *

    Umysł Ione ogarniał sypialnię Helen Vanham: światłoczułe komórki w nagich polipowych ścianach, podłodze i suficie dawały jej kompletną wizualizację pomieszczenia, tysiąckroć bardziej szczegółową od projekcji AV. Mogła poruszać się po sypialni, jakby tam rzeczywiście była… co też w pewnym sensie odpowiadało prawdzie.
    Rolę łóżka pełnił zwyczajny dmuchany materac na podłodze, Helen leżała na wznak, na niej zaś siedział Joshua, pomału i metodycznie rozrywając jej haleczkę.
    — Interesujące — zauważyła Ione.
    — Skoro tak twierdzisz — odparło chłodno Tranquillity.
    Za jego plecami Helen machała długimi nogami w pończochach. Chichotała i piszczała, w miarę jak on zdzierał z niej kolejne paski bielizny.
    — Nie chodzi mi wcale o seks, chociaż tak się podniecił, że pewnego dnia sama chyba włożę na siebie coś w tym stylu.
    Myślałam o tym, jak zareagował na widok Ericka Thakrara.
    — Znowu dały o sobie znać jego rzekome zdolności parapsychiczne?
    — W ciągu tygodnia dwunastu chętnych ubiegało się o stanowisko inżyniera pokładowego statku. Wszyscy posiadali wymagane uprawnienia. Ale gdy tylko Erick poprosił go o pracę, zaraz nabrał podejrzeń. Nadal uważasz, że to ślepy traf?
    — Przyznaję, że działania Joshui wskazują na pewien stopień pozazmysłowego postrzegania.
    — Nareszcie! Dziękuję.
    — Czy to oznacza, że decydujesz się na tę ekstrakcję zygoty?
    — Tak. Chyba że masz jakieś obiekcje.
    — Nigdy bym się nie sprzeciwiał przyjęciu twojego dziecka, ktokolwiek byłby jego ojcem. To będzie przecież także nasze dziecko.
    — A ja go nigdy nie poznam — stwierdziła ze smutkiem.
    — Nigdy tak naprawdę. Zobaczę tylko kilka pierwszych lat jego dzieciństwa, podobnie jak krótko widziałam swego ojca.
    Czasami myślę, że nasza tradycja jest zbyt okrutna.
    — Będę go kochał. I opowiadał mu o tobie, kiedy tylko zapyta.
    — Dziękuję. Zresztą nie zapominajmy o innych dzieciach.
    Te poznam.
    — Z Joshuą?
    — Możliwe.
    — Co zamierzasz w związku z jego spotkaniem z doktor Mzu?
    Ione westchnęła z irytacją. Obraz sypialni Helen uległ rozmyciu. Rozejrzała się po gabinecie wypełnionym meblami z ciemnego drewna — kilkusetletnimi antykami, które sprowadził z Kulu jej dziadek. Cała otaczająca Ione rzeczywistość, przesiąknięta na wskroś historią, przypominała jej o rodowej spuściźnie i ciążących na nią obowiązkach. Było to uciążliwe brzemię, którego długo unikała, a które już wkrótce musiała udźwignąć.
    — Nic mu nie powiem, a przynajmniej na razie. Joshua jest siódmym kapitanem, do którego zwróciła się doktor Mzu w ciągu ostatnich pięciu miesięcy. Ona po prostu sieje zamęt, żeby sprawdzić, jak zareagujemy.
    — Ci wszyscy agenci wywiadu dostaną przy niej nerwicy.
    — Wiem. Po części to moja wina. Nie wiedzą, co się stanie, jeżeli spróbuje uciec. Nie istnieje Lord Ruin, do którego mogliby się zwrócić, pamiętają jedynie obietnicę mojego ojca.
    — Wciąż obowiązującą?
    — Oczywiście, że tak. Nigdy nie dam jej zgody na opuszczenie habitatu. Jeśli kiedykolwiek zaryzykuje ucieczkę, sierżanci mają ją powstrzymać. A jeśli wsiądzie na statek, będziesz musiał użyć broni strategicznej.
    — Nawet jeśli tym statkiem okaże się „Lady Makbet”?
    — Joshua nie będzie próbował jej stąd wywieźć, zwłaszcza że go o to poproszę.
    — A jeśli jednak spróbuje?
    Ione zacisnęła palce na małym srebrnym krzyżyku zawieszonym pod szyją.
    — Strzelaj bez wahania.
    — Przykro mi. Wyczuwam twoją boleść.
    — To czysto teoretyczne rozważanie. On tego nie zrobi.
    Ufam Joshui. Nie kieruje nim żądza pieniędzy. Mógł już opowiedzieć ludziom o moim istnieniu. Ta reporterka, Kelly Tirrel, dałaby fortunę za tak sensacyjną wiadomość.
    — Wątpię też, żeby przyjął ofertę doktor Mzu.
    — I dobrze. Ale to mi daje dużo do myślenia. Ludzie potrzebują jakiegoś zapewnienia, że za twoimi uprawnieniami stoi rzeczywista osoba. Jak sądzisz, czy jestem już na tyle dojrzała, aby pokazać się publicznie?
    — Jeśli chodzi o sferę psychiki, już od wielu lat jesteś gotowa. Lecz fizycznie… być może. W każdym razie dojrzałaś do tego, żeby przyjąć na siebie ciężar macierzyństwa. Aczkolwiek uważam, iż powinnaś się ubierać w coś bardziej stosownego do swej pozycji społecznej.
    Ione spojrzała po sobie. Nosiła różowe bikini i kusą zieloną bluzeczkę, strój idealny na wieczorne wyprawy pływackie do zatoczki.
    — Trudno odmówić ci racji.

* * *

    Przy południowej czapie biegunowej nie było półek cumowniczych dla czarnych jastrzębi. Polip tworzący tę półkulę miał grubość dwukrotnie większą od zwyczajnej powłoki, dzięki czemu mógł w sobie pomieścić kilka zbiorników wielkości małego jeziora ze związkami węglowodorowymi czy też potężne narządy trawienia minerałów. Narządy te wytwarzały krążące później w rozległej podpowłokowej sieci kanałów różnorodne płyny odżywcze, które zaopatrywały w pokarm warstwę kariokinetyczną odpowiedzialną za regenerację polipa, gruczoły wydzielania jedzenia w apartamentach wieżowców, cokoły na półkach kosmodromu, gdzie pobierały pokarm lądujące statki technobiotyczne, jak również wszystkie te wyspecjalizowane organy, które uczestniczyły w zachowaniu równowagi środowiskowej habitatu. Trudno byłoby wytyczyć dojścia do zewnętrznej powłoki wśród gęsto upakowanych zespołów tych kolosalnych wnętrzności.
    Nie powstał tu także nieobrotowy kosmodrom. W zewnętrznej stożkowatej pokrywie widniała podobna do krateru gardziel półtorakilometrowej średnicy. Od środka jej powierzchnię porastały rurowate rzęski — stumetrowe kolce, na które nadziewał się asteroidalny rumosz zwożony przez statki z wewnętrznego pierścienia Mirczuska. Wydzielane z rzęsek enzymy opłukiwały skalne bryły i rozdrabniały je na gruz i pył — okmchy łatwiej przyswajalne, pochłaniane i trawione już bez większych trudności.
    Brak kosmodromu nad czapą w połączeniu z rozlanym wokół jej podstawy słonowodnym morzem sprawiał, że niewiele się działo na zboczach krateru. Dwa pierwsze kilometry nad zatoczkami, niczym w starożytnym górskim gospodarstwie, pocięte były tarasami, obsadzone kwitnącymi krzewami i sadami pielęgnowanymi przez serwitory rolnicze. Ponad tarasami błotnista gleba lgnęła do coraz to bardziej stromego polipowego podłoża; tę pierścieniową łąkę porastała gęsto trawa, której korzenie próbowały przeciwdziałać skutkom grawitacji, zapobiegając erozji. Zarówno trawa, jak i gleba kończyły się raptownie trzy kilometry od pokrywy, gdzie polip piął się w górę na kształt ściany urwiska. Na samej jego osi wynurzała się na całej długości masywnego habitatu tuba świetlna: walcowata siatka przewodników organicznych, w których potężnym polu magnetycznym utrzymywała się fluoryzująca plazma, dająca wnętrzu światło i ciepło.
    Michael Saldana doszedł do wniosku, że spokojna, niemal wyludniona kraina pod południową czapą nadaje się wyśmienicie na miejsce dla ośrodka badawczego. Biurowce i laboratoria zajmowały obecnie ponad dwa kilometry kwadratowe niżej położonych tarasów — największy kompleks wolno stojących budynków wewnątrz habitatu przypominał kampus jakiegoś zamożnego, prywatnego uniwersytetu.
    Biuro dyrektora programu znajdowało się na ostatnim piętrze pięciokondygnacyjnego budynku administracji — przysadzistego walca z lustrzanego szkła miedziowego otoczonego szarymi, kolumnowymi balkonami. Zbudowany z tyłu kampusu na wysokości pięciuset metrów nad poziomem morza, zapewniał niezwykły, panoramiczny widok na subtropikalną sawannę niknącą w sinej dali.
    Parker Higgens był niezwykle dumny z tego widoku, bezsprzecznie najpiękniejszego w całym Tranquillity, traktując go jako jedną z przyjemności, na którą zasłużył sobie ósmy dyrektor programu badawczego — dodatek do komfortowego biura wyposażonego w ciemnopurpurowe meble z drewna ossalowego, które sprowadzono z Kulu jeszcze przed kryzysem abdykacyjnym. Parker Higgens miał osiemdziesiąt pięć lat. Nominację otrzymał przed dziewięciu laty na mocy jednego z ostatnich rozporządzeń Lorda Ruin oraz z łaski Boga (tudzież przodka na tyle majętnego, że pozwolił sobie na porządne modyfikacje genetyczne). Spodziewał się piastować swoje stanowisko przez następne dziewięć lat. Przed dwudziestu laty zrezygnował z pracy naukowej i skupił się na administracji. Na tym polu odnosił rozliczne sukcesy: tworzył zgrane zespoły, poskramiał nieznośne charaktery, wiedział, kiedy przycisnąć, a kiedy odpuścić. Skuteczni kierownicy programów badawczych należeli do rzadkości, każdy jednak przyznawał, że pod jego kierownictwem prace przebiegały bez większych zgrzytów.
    Parker Higgens lubił utrzymywać w swoim świecie ład i porządek, był to jego przepis na powodzenie, nic więc dziwnego, że doznał szoku, kiedy pewnego ranka przyszedł do pracy i zastał za swoim biurkiem młodą blondynkę rozpostartą wygodnie w głębokim, wyściełanym krześle.
    — A kimże ty jesteś, do jasnej cholery?! — wrzasnął. I wtedy zobaczył pięciu sierżantów stojących na baczność pod ścianami.
    Jedynie oni sprawowali w Tranquillity władzę policyjną, półświadome technobiotyczne serwitory kontrolowane kanałami afinicznymi przez osobowość habitatu. Przestrzeganie prawa wymuszali skrupulatnie i bezstronnie. Zaprojektowano ich na budzących strach humanoidów, dwumetrowych drągali opancerzonych brązowoczerwonym egzoszkieletem; wieloczłonowe pierścienie w stawach zapewniały im pełną operatywność przegubów. W topornie uformowanych głowach oczy osadzone były na dnie głębokich poziomych szczelin. Ludzkie ciało najbardziej przypominały ich dłonie, pokryte błoniastą skórą zamiast egzoszkieletu. Oznaczało to, że mogli posługiwać się wszystkimi przedmiotami stworzonymi dla człowieka, ze szczególnym uwzględnieniem broni. Każdy z nich nosił za pasem pistolet laserowy, porażacz mózgu i mankiety bezpieczeństwa. Pas wystarczał im za całą garderobę.
    Parker Higgens popatrzył w osłupieniu na sierżantów, potem skierował wzrok z powrotem na dziewczynę. Miała na sobie bardzo drogi jasnoniebieski kostium, a jej błękitne oczy onieśmielały głębią spojrzenia. I ten nos… Parker może i był biurokratą, ale nie idiotą.
    — To… pani? — wyszeptał z niedowierzaniem.
    Ione uśmiechnęła się blado, powstała i wyciągnęła dłoń.
    — Tak, dyrektorze. Obawiam się, że ja. Ione Saldana.
    Uścisnął z wahaniem jej dłoń, która wydała mu się wyjątkowo chłodna i drobna. Na palcu dziewczyny dostrzegł sygnet: na czerwonym rubinie wyryto feniksa w koronie, herb Saldanów. Był to pierścień książęcy, którego Michael nie raczył oddać strażnikowi królewskich klejnotów, udając się na zesłanie. Parker Higgens widział go po raz ostatni na palcu Maurice’a Saldany.
    — Czuję się zaszczycony — bąknął. Omal mu się przy tym nie wypsnęło: Ależ ty jesteś dziewczyną! — Znałem pani ojca, był nieprzeciętnym człowiekiem.
    — Dziękuję. — Twarz Ione pozostała kamienna. — Zdaję sobie sprawę, dyrektorze, że jest pan zajęty, lecz chciałabym dziś zwiedzić ośrodek badawczy. Niech kierownicy wydziałów przygotują sprawozdania ze swej działalności i w ciągu dwóch dni dadzą mi je do przeglądu. Starałam się być na bieżąco z postępami badań, lecz zapoznawanie się z nimi za pośrednictwem zmysłów Tranquillity i wysłuchanie wyjaśnień na miejscu to dwie zupełnie różne rzeczy.
    Wszechświat Parkera Higgensa zadrżał w posadach. Inspekcja… i czy to się komuś podobało, czy nie, ta oto panienka zarządzała funduszami, bez których upadłby cały program. Co będzie, jeśli…
    — Ma się rozumieć. Osobiście panią oprowadzę.
    Ione obeszła biurko.
    — Mogę o coś zapytać? Czy program badania cywilizacji Laymilów będzie kontynuowany? Poprzedni Lordowie Ruin bardzo…
    — Proszę się nie lękać, dyrektorze. Moi przodkowie mieli bezwzględną rację: trzeba dołożyć wszelkich starań, aby rozwikłać tajemnicę Laymilów.
    Oddaliła się wizja nieuchronnego nieszczęścia i Parker doznał wrażenia, jakby zza chmur wyjrzało nagle słońce. A jednak wszystko miało skończyć się szczęśliwie. Prawie wszystko. Dziewczyna!
    Spadkobiercy Saldanów zawsze byli mężczyznami.
    — Tak, proszę pani!
    Eskorta sierżantów otoczyła Ione.
    — Za mną — rzuciła, po czym wyszła z biura.
    W mało dostojny sposób nogi dyrektora spontanicznie przyspieszyły kroku. Żałował, że ludzie nie wykonują jego rozkazów z podobnym animuszem.

* * *

    A więc jednak trzeci Lord Ruin!
    Wieść ta gruchnęła trzydzieści siedem sekund po tym, jak Ione weszła w towarzystwie Parkera Higgensa do budynku laboratoryjnego mieszczącego wydział genetyki roślin. Każdy pracownik instytutu wyposażony był w neuronowy nanosystem. Gdy tylko minął moment instynktownego strachu przed karą za jakieś wykroczenie i towarzyszący temu szok na widok dyrektora i pięciu sierżantów wchodzących bez uprzedzenia ledwie dziesięć minut od rozpoczęcia pracy — gdy padły pierwsze słowa powitania, profesorowie i technicy zaczęli pośpiesznie otwierać kanały łączności z siecią telekomunikacyjną habitatu. Każdy przekaz datawizyjny rozpoczynał się mniej więcej tak: Nie uwierzysz w to, ale…
    Ione obejrzała projekcje AV genów ksenobiotycznych roślin, zamknięte inspekty z kiełkami przeciskającymi się przez warstwę gleby oraz donice z wielkimi, podobnymi do paproci roślinami o szkarłatnych liściach. Skosztowała też jakieś małe owoce, czarne i pomarszczone.
    Kiedy przyjaciele, znajomi i koledzy zostali już poderwani na nogi, upłynęło kolejne piętnaście sekund, zanim komuś przyszło do głowy powiadomić media.
    Ione i Parker Higgens przeszli z laboratorium zajmującego się budową roślin do wydziału analiz strukturalnych habitatów Laymilów. Ludzie stali szpalerem wzdłuż kamiennej alejki, depcząc po rabatach. Oklaski i wiwaty podążały za nią na podobieństwo fali, ten i ów gwizdał z uznaniem na jej widok. Sierżanci musieli delikatnie odsuwać na bok co bardziej energicznych widzów. Ione ściskała ręce i machała tłumom.
    Pięć spośród najbardziej liczących się w Konfederacji agencji prasowych posiadało swoje biura w Tranquillity i wszystkie one dowiedziały się o wizycie Ione w instytucie badawczym już w ciągu pierwszych dziewięćdziesięciu sekund trwania jej inspekcji.
    Zdumiony asystent redaktora z biura Collinsa zapytał natychmiast osobowość habitatu, czy to prawda.
    — Tak — brzmiała zwięzła odpowiedź.
    Przerywano zaplanowane wcześniej programy poranne, aby przekazać sensacyjną wiadomość. Reporterzy gnali w stronę wagoników kolejki tunelowej. Redaktorzy bez chwili zwłoki otwierali kanały łączności ze swoimi wtyczkami wśród personelu badawczego, żądni najświeższych raportów. Datawizyjne przekazy ustępowały sensywizyjnym, w miarę jak napływały do studia impulsy nerwów wzrokowych i słuchowych reporterów. Po dwudziestu minutach osiemdziesiąt procent mieszkańców Tranquillity albo oglądało na projektorach AV zaimprowizowaną przez Ione przechadzkę, albo odbierało przekaz sensywizyjny poprzez łącza neuronowych nanosystemów.
    To dziewczyna, Lord Ruin jest dziewczyną, Boże, Saldanowie dostaną obłędu, koniec szans na pojednanie z królestwem.
    W laboratorium fizjologicznym pracowało dwóch Kiintów; jeden z nich zjawił się w oszklonym holu, aby powitać Ione. Był to imponujący i poruszający widok: kruche dziewczę stojące twarzą w twarz z olbrzymim ksenobiontem.
    Śnieżnobiała skóra Kiinta (właściwie dorosłej samicy) połyskiwała w jasnych promieniach poranka, jakby się ubrał w świetlistą otoczkę. Obłe cielsko dziewięciometrowej długości i trzymetrowej szerokości stało na ośmiu tłustych, słoniowatych nogach. Głowę miało niemal tak długą, jak Ione była wysoka i to ją troszkę deprymowało, kojarzyła się bowiem z prymitywną tarczą; koścista, nieco odęta, trójkątna i zwężająca się ku dołowi, podzielona na dwie płaszczyzny biegnącym przez środek zgrubieniem. W połowie jej długości szkliła się para oczu, zaraz nad sześcioma otworami oddechowymi w kosmatych otoczkach, które drżały przy każdym oddechu. Wąskie zakończenie głowy pełniło funkcję dzioba, wspomaganego przez parę mniejszych, odchylnych segmentów.
    Dwa wyrostki ramienne, wynurzywszy się przy karku, zaczęły się wydłużać wokół górnej części głowy. Wyglądały jak gołe macki.
    Wtem pod skórą zafalowały mięśnie traktamorficzne i koniec prawego ramienia ukształtował się na podobieństwo ludzkiej dłoni.
    — Witamy cię serdecznie, Ione Saldana — odezwał się Kiint w jej myślach.
    Edeniści nie potrafili wyczuć jakiejkolwiek formy komunikacji między Kiintami, lecz ci swobodnie korzystali z ludzkich kanałów afinicznych. Może posiadali wrodzone zdolności telepatyczne? Był to jeden z licznych sekretów enigmatycznych ksenobiontów.
    — Zainteresowanie tym przedsięwzięciem badawczym przynosi ci chlubę — dodał Kiint.
    — A ja dziękuję, że nas wspieracie — odpowiedziała Ione.
    — Z tego, co słyszałam, zainstalowane przez was analizatory okazały się niezwykle przydatne.
    — Czyż mogliśmy odrzucić zaproszenie twego dziadka?
    Przezorność, jaką się wykazał, jest rzadką cechą w waszej rasie.
    — Kiedyś chciałabym o tym z wami porozmawiać.
    — Naturalnie. Teraz jednak musisz dokończyć swoje wspaniałe wystąpienie. — Myśli tej towarzyszyła pewna nuta powściąganej wesołości.
    Kiint wyciągnął swą uformowaną na poczekaniu rękę i na moment dotknęły się ich dłonie. Zwalista głowa pochyliła się z lekka.
    Szmery zdumienia przeszły po ludziach zebranych w holu.
    Rany, kto by pomyślał! Nawet Kiint jest pod wrażeniem.
    Po dokonaniu inspekcji Ione stała samotnie w sadzie poza obrębem instytutu, otoczona przyciętymi na kształt grzybów drzewkami o gałązkach okrytych puchem kwiecia. Płatki wirowały wolno w powietrzu, zaścielając sięgającą kostek trawę śnieżnobiałym kobiercem. Stalą odwrócona plecami do habitatu, toteż całe wnętrze wydawało się zawijać wokół niej niby dwie szmaragdowe fale o grzywach splecionych na firmamencie w długiej płomienistej linii białego, skrzącego się światła.
    — Chcę wam powiedzieć o wierze, jaką pokładam w tych wszystkich, którzy mieszkają w Tranquillity — zaczęła. — Sto siedemdziesiąt lat temu zbudowaliśmy od podstaw społeczeństwo szanowane w całej Konfederacji. Jesteśmy niezależni, właściwie całkowicie wolni od przestępczości i zamożni, zarówno we wspólnocie, jak i każdy z osobna. Mamy prawo być dumni z tego osiągnięcia, ponieważ nie zostało nam ono dane, okupiliśmy je ciężką pracą i wyrzeczeniami. A sukces wymaga stwarzania dogodnych warunków do rozwoju przemysłu i przedsiębiorczości. Mój ojciec i dziadek całą duszą wspierali prywatną inicjatywę, tworząc środowisko, w którym handel i przemysł podnoszą standard życia mieszkańców i pozwalają im pracować na lepszą przyszłość następnych pokoleń. W Tranquillity marzenia mają większą niż gdziekolwiek szansę, by się spełnić. Przedmiotem mojej głębokiej nadziei jest to, że wciąż będziecie próbowali nadać im realny kształt.
    Wobec tego przyrzekam poświęcić moje rządy zachowaniu ekonomicznych, prawnych i politycznych uwarunkowań, dzięki którym inni patrzą dziś z zazdrością na nasze postępy, a my możemy z optymizmem patrzeć w przyszłość.
    Obraz i głos, a wraz z nimi aromatyczna woń kwiatów przestały docierać do studiów datawizyjnych. A mimo to nie dało się zapomnieć tego nieśmiałego uśmieszku.
    Chryste: młoda, ładna, bogata i inteligentna. Co wy na to?
    Do wieczora Tranquillity zarejestrowało osiemdziesiąt cztery tysiące zaproszeń dla Ione. Oczekiwano jej na przyjęciach i obiadach, proszono o wygłoszenie mowy, wręczenie nagrody, a nawet o udział w posiedzeniach zarządu spółek międzygwiezdnych. Projektanci mody oferowali jej swoje kolekcje, organizacje dobroczynne błagały, aby objęła je swoim patronatem. Dotychczasowi znajomi traktowali Ione jak wcielenie mesjasza. Każdy starał się z nią zaprzyjaźnić. A Joshua… Joshua był w kiepskim humorze, ponieważ przez cały wieczór wolała przeglądać sprawozdania z niezwykłych reakcji mieszkańców Tranquillity, niż pójść z nim do łóżka.
    Remont „Lady Makbet” miał potrwać jeszcze dwa tygodnie, to również nie dawało mu spokoju. W ciągu dwudziestu godzin zorganizowano siedemdziesiąt pięć lotów czarterowych mających rozwieźć po całej Konfederacji nagrania z wystąpienia Ione. Agencje prasowe toczyły z sobą zażartą wojnę na procenty oglądalności, pragnąc jak najszybciej i na możliwie wielu światach przekazać bombową wiadomość. Dowódcy statków kosmicznych przeklinali podpisane wcześniej kontrakty na przewóz zwyczajnych towarów, a niektórzy nawet je zrywali. Ci, co nie byli akurat związani żadną umową, żądali teraz astronomicznych sum, które wypłacano im bez szemrania.
    Jak Konfederacja długa i szeroka, łowcy skandali brali na usta Ione, rozniecając na nowo żywe zainteresowanie odszczepieńczą gałęzią rodu Saldanów. Odgrzebano nawet z zapomnienia zamierzchłą tajemnicę Laymilów.
    Handlarze robili nadzwyczajne kokosy na gadżetach i modzie w stylu Ione. Na jej podobieństwo dyrektorzy z błękitnej awangardy kształtowali nową serię kobiecych modeli — Zespoły grające mood fantasy komponowały o niej utwory. Nawet Jezzibella oświadczyła, że Ione jest milutka i kiedyś chętnie się z nią prześpi.
    Agencje prasowe na światach książęcych Kulu poświęciły jej wystąpieniu raczej niewielką uwagę. Królewska rodzina nie cenzurowała co prawda środków masowego przekazu, lecz nie uważała pojawienia się nowego Lorda Ruin za sprawę wartą świętowania. Na czarnym rynku sensywizyjne nagrania z Ione osiągały jednak zawrotne ceny.

* * *

    To właśnie dzięki tym zerwanym kontraktom dwa dni później Joshua podpisał swoją pierwszą w życiu umowę czarterową.
    Roland Frampton był przedsiębiorcą i przyjacielem Barringtona Griera, od którego dowiedział się, że za dwa tygodnie „Lady Makbet” będzie gotowa do startu.
    — Niech no tylko dorwę tego McDonalda, każę pociąć drania na przeszczepy — rzekł Roland ze złością. — „Corum Sister” nie dostanie już nigdy żadnego zamówienia po tej stronie Jowisza, moja w tym głowa.
    Joshua popijał wodę mineralną i kiwał głową współczująco.
    Urok baru Harkeya rozwiewał się za dnia, jakkolwiek w drapaczu gwiazd to określenie nabierało symbolicznego znaczenia. Pomimo to biorytmy mieszkańców habitatu warunkowała tuba świetlna, zatem organizm Joshui wiedział, że jest już późny ranek.
    — Dawałem mu dobrze zarobić, nie darłem z niego skóry.
    I latał dla mnie regularnie. A teraz zjawia się ta cholerna dziewczyna i wszyscy dostają obłędu.
    — Hej! Ja się cieszę, że Saldana znowu rządzi tym całym interesem — zaprotestował Barrington Grier. — Jeśli jest choć w połowie tak dobra jak jej poprzednicy, to będzie nam się żyło jak w raju.
    — Niby tak, w sumie nic do niej nie mam — poprawił się szybko Frampton. — Ale ludziom już zupełnie odbija. — Potrząsnął wymownie głową. — Słyszeliście, ile agencje prasowe dawały za lot na Avon?
    — Jasne — odparł Joshua z szerokim uśmiechem. — Time Universe wysiało na Avon „Udata” z Meyerem.
    — Rzecz w tym, Joshua, że siedzę po uszy w gównie — rzekł Roland Frampton. — Moi klienci pieklą się, że nie dostaną na czas nanonicznych suplementów. W Tranquillity żyje mnóstwo dzianych staruszków, przemysł medyczny przynosi tu krociowe zyski.
    — Na pewno się jakoś dogadamy.
    — Wykładam karty na stół, Joshua. Zapłacę ci za lot trzysta pięćdziesiąt tysięcy fuzjodolarów i dorzucę siedemdziesiąt tysięcy premii, jeśli zdołasz je tu sprowadzić do pięciu tygodni, licząc od dzisiaj. Później mogę ci zaproponować długoterminowy kontrakt, loty na Rosenheim regularnie co sześć miesięcy. Nie ma co wybrzydzać.
    Joshua zerknął na Melvina Ducharme’a, który mieszał leniwie kawę. Podczas remontu statku nauczył się polegać na swoim specu od silników, dobiegającym pięćdziesiątki mężczyźnie z bogatym, przeszło dwudziestoletnim doświadczeniem w lotach międzygwiezdnych. Śniady inżynier potaknął lekko głową.
    — Niech będzie — zgodził się Joshua. — Ale znasz moje warunki, Roland. „Lady Makbet” nie wyjdzie z doku, póki nie uznam, że wszystko zostało należycie zmontowane. Nie będę niczego popędzać i nie pozwolę na żadną fuszerkę dla jakiejś tam premii.
    Roland Frampton patrzył żałosnym wzrokiem.
    — Oczywiście, Joshua, doskonale cię rozumiem.
    Uścisnęli sobie dłonie i przeszli do szczegółów.
    Po dwudziestu minutach nadeszła Kelly Tirrel; rzuciła torbę na dywan i usiadła z przesadnym westchnieniem. Przywoławszy kelnerkę, zamówiła kawę, po czym musnęła ustami policzek Joshuy.
    — Podpisałeś kontrakt? — zapytała.
    — Właśnie nad tym pracujemy. — Rozejrzał się szybko po barze, lecz nigdzie nie zauważył Helen Vanham.
    — To masz się z czego cieszyć. Boże, co za dzień! Mój wydawca miota się jak w ukropie.
    — Wystąpienie Ione wszystkich zaskoczyło, co? — zapytał Barrington Grier.
    — I to jak — przyznała Kelly. — Od piętnastu godzin z rzędu pracuję nad historią królewskiej rodziny. Składamy na wieczór program dokumentalny. Ci Saldanowie to bardzo dziwne typy.
    — Ty przedstawisz materiał? — spytał Joshua.
    — Skądże. Tę fuchę dostała Kirstie McShane. Dziwka. No, wiecie, sypia z redaktorem działu aktualności. Ja pewnie skończę jako reporterka w dziale mody czy coś w tym stylu. Gdybyśmy chociaż dostali wcześniej cynk, mogłabym się przygotować, znaleźć jakieś dojście.
    — Nawet Ione nie wiedziała, kiedy dokładnie to nastąpi — odparł.
    — Dopiero od dwóch tygodni myślała poważnie o publicznym wystąpieniu.
    W złowieszczej ciszy głowa Kelly obróciła się wolno w stronę Joshui.
    — Co?
    — Ee… — Miał wrażenie, jakby znalazł się raptem w stanie nieważkości.
    — Ty ją znałeś? Wiedziałeś, kim jest?
    — Czyja wiem, może trochę… Owszem, wspominała coś o tym.
    Kelly porwała się na równe nogi, omal nie przewracając krzesła.
    — Wspomniała?! Joshua, ty gnoju! Od trzech lat nie było w Konfederacji takiej sensacji jak sprawa Ione Saldany, a ty wiedziałeś i nic mi nie mówiłeś? O ty samolubny, arogancki, perfidny ksenojebco! Spałam z tobą, zależało mi… — Zazgrzytała zębami i chwyciła torbę. — Nic to dla ciebie nie znaczyło?
    — Oczywiście, że znaczyło. Było mi z tobą… — zażądał od nanosystemu dostępu do słownika synonimów — …przeuroczo.
    — Ty draniu! — Postąpiła dwa kroki w stronę drzwi i odwróciła się gwałtownie. — W łóżku też miałam z ciebie gówniany pożytek! — wykrzyknęła.
    Każdy w barze Harkeya gapił się na niego. Na wielu twarzach pojawiły się uśmiechy. Przymknął na chwilę oczy i westchnął z rezygnacją.
    — Ech, te kobiety. — Okręcił się na krześle i zwrócił do Rolanda Framptona. — A w sprawie wysokości ubezpieczenia…

* * *

    Czegoś podobnego do tej jaskini Joshua nie widział jeszcze w Tranquillity. Sklepienie miała w przybliżeniu półkuliste, średnicę około dwudziestu metrów i równe podłoże z białego polipa.
    Regularność rysów ścian naruszały jednak organiczne wypustki — wielkie kalafiorowate narośle, które niekiedy drżały z lekka, gdy im się przyglądał; dało się też zauważyć twarde pączki mięśni zwierających. Wnęki z przyrządami o medycznym wyglądzie były scalone z polipem; nie wiedział, czy zostały z niego wymodelowane, czy też wchłonięte osmotycznie.
    Całe to miejsce miało „biologiczny” charakter. Czuł się tutaj nieswojo.
    — Cóż to takiego? — zapytał dziewczynę.
    — Centrum klonowania łonowego. — Ione wskazała na jeden ze zwieraczy. — W czymś takim hodujemy serwoszympansy.
    Wszystkie serwitory w habitacie są bezpłciowe, więc nie mogą mieć potomstwa. Tranquillity musi je rozmnażać. Jest kilka typów serwoszympansów: oczywiście sierżanci, do tego dochodzą rozmaite twory wyspecjalizowane chociażby do remontów trakcji czy konserwacji tuby świetlnej. Ogółem mamy czterdzieści trzy odrębne gatunki.
    — Aha. To dobrze.
    — Łona podłączone są bezpośrednio do przewodów pokarmowych, nie potrzeba tu wiele dodatkowego sprzętu.
    — Jasne.
    — I ja tu się rozwijałam.
    Joshua zmarszczył brwi. Wołał o tym nie myśleć.
    Ione podeszła do stojącego na ziemi i sięgającego jej do pasa stalowoszarego urządzenia elektronicznego. Zielone i bursztynowe diody mrugały wesoło. U góry we wgłębieniu widniała cylindryczna kapsuła zerowa, długa na dwadzieścia centymetrów i na dziesięć szeroka. Jej powierzchnia przypominała mocno zmatowiałe lustro. Kanałem afinicznym Ione przekazała polecenie technobiotycznym procesorom urządzenia i zaraz otwarło się wieko kapsuły.
    Joshua wpatrywał się milcząco w kulisty sustentator, który Ione umieszczała w środku. Przecież to był jego syn. W głębi duszy pragnął położyć temu kres, sprawić, by dziecko narodziło się zwykłym sposobem — chciał je poznać i patrzeć, jak dorasta.
    — Zwyczaj pozwala nadać teraz dziecku imię — powiedziała Ione. — Jeśli masz ochotę.
    — Marcus. — Imię jego ojca. Nawet się nie namyślał.
    Jej szafirowe oczy były szkliste, odbijało się w nich skąpe, perłowe światło pasów elektroforescencyjnych.
    — Oczywiście. A zatem Marcus Saldana.
    Joshua otworzył usta, gotów zaprotestować.
    — Dziękuję — rzekł potulnie.
    Wieko się zamknęło i powierzchnia kapsuły przybrała czarną barwę. Nie wyglądała na rzeczywisty przedmiot, prędzej na szczelinę, za którą zieje kosmiczna pustka.
    Długą chwilę przyglądał się kapsule. Czy można odmówić Ione?
    Wsunęła mu rękę pod ramię, po czym wyszli z centrum klonowania na korytarz.
    — Jak przebiega remont „Lady Makbet”?
    — Nie najgorzej. Inspektorzy z Komisji Astronautycznej zatwierdzili integrację systemów. Zabieramy się za składanie kadłuba, co powinno zabrać jakieś trzy dni. Jedna ostateczna inspekcja, certyfikat zdolności do lotów kosmicznych i mogę startować.
    Podpisałem kontrakt z Rolandem Framptonem na dostawę towaru z Rosenheimu.
    — To świetna wiadomość. Wobec tego mam cię dla siebie jeszcze przez cztery noce.
    Przyciągnął ją odrobinę bliżej.
    — Jasne, jeśli tylko się wcisnę między twoje umówione spotkania.
    — Chyba jakoś znajdę dla ciebie te parę godzin. Dziś wieczór biorę udział w przyjęciu dobroczynnym, ale wrócę przed jedenastą, obiecuję.
    — Super. Spisałaś się na medal, Ione. Naprawdę, dałaś im wszystkim popalić. Wiesz, jak cię teraz kochają?
    — I nikt się jeszcze nie spakował i nie zwinął interesu, żaden z poważnych przedsiębiorców czy plutokratów. To mój wielki sukces.
    — Najwięcej zawdzięczasz przemówieniu. Jezu, gdyby jutro były wybory, zostałabyś prezydentem.
    Na niewielkiej stacyjce czekał już na nich wagonik kolejki tunelowej. Dwaj sierżanci odstąpili na boki, gdy drzwi się rozsunęły.
    Joshua popatrzył najpierw na nich, potem zajrzał do wnętrza dziesięciomiejscowego wagoniku.
    — Nie mogliby tu poczekać? — zapytał niewinnie.
    — Dlaczego?
    Uśmiechnął się zalotnie.

* * *

    Drżąc z lekka, przywarła doń całym ciałem, mokrym od potu i rozpalonym. On siedział na skraju fotela, ciasno opięty w talii jej nogami. Klimatyzator pracował głośno, wymuszając obieg niezwykle wilgotnego powietrza.
    — Joshua?
    — Yhm. — Pocałował ją w szyję, głaszcząc jędrne pośladki.
    — Kiedy stąd odlecisz, nie będę już cię mogła ochraniać.
    — Wiem.
    — Nie rób głupstw. Nie próbuj być lepszy od swojego ojca.
    Potarł nosem podbródek Ione.
    — Masz to u mnie. Jeszcze mi życie nie zbrzydło.
    — Joshua?
    — Tak?
    Odsunęła głowę i spojrzała mu prosto w oczy, aby nie zlekceważył jej słów.
    — Kieruj się instynktem.
    — Nic innego nie robię.
    — Proszę, Joshua. Nie chodzi mi o przedmioty, ale również o ludzi. Uważaj na ludzi.
    — Zgoda.
    — Obiecujesz?
    — Obiecuję.
    Powstał, choć Ione wciąż na nim wisiała. Czuła jego rosnące podniecenie.
    — Widzisz te uchwyty dla rąk? — zapytał.
    Podniosła wzrok.
    — Owszem.
    — Złap się i nie puszczaj.
    Wyciągnąwszy ręce, chwyciła dwie stalowe klamry przy suficie. Gdy Joshua ją puścił, wydała z gardła zduszony okrzyk: nie sięgała stopami podłogi. A on wyprostował się z szelmowskim uśmiechem, pchnął ją delikatnie i powoli rozkołysał.
    — Joshua! — Ione rozchyliła nogi w najwyższym punkcie łuku.
    Ruszył do przodu ze śmiechem.

* * *

    Holując swój bagaż, Erick Thakrar wfrunął do centrum kontrolnego doku MB 0-330. Zatrzyma! się wprawnym ruchem przy poręczy. Przed szybą bańki zebrała się bardzo liczna grupa ludzi.
    Wszystkich rozpoznawał, głównie inżynierów pracujących przy remoncie „Lady Makbet”. Każdy z nich harował bez wytchnienia przez ostatnie tygodnie.
    Erick nie uskarżał się na nadmiar pracy, gdyż dawała mu pewność, że zdobył sobie miejsce wśród załogi statku. Obolałe plecy i wieczne zmęczenie stanowiły cenę, którą warto było zapłacić.
    Już za dwie godziny miał wyruszyć w podróż.
    Gwar rozmów przycichł, gdy ludzie zdali sobie sprawę z jego obecności. Zrobiono mu nieco miejsca przy przezroczystej ścianie bańki. Uspokoił nerwy i wyjrzał na zewnątrz.
    Teleskopowe podnośniki dźwigały platformę z ustawionym na nim statkiem. Po chwili ze szczelin w matowoszarym kadłubie wysunęły się panele termozrzutu.
    — Gotowi do rozłączenia — przekazał datawizyjnie dyspozytor doku. — Bon voyage, Joshua. Uważaj na siebie.
    Przewody startowe odskoczyły od części rufowej „Lady Makbet”. Wokół krawędzi statku rozbłysły pomarańczowe płomyczki, gdy silniki korekcyjne zaczęły go unosić nad platformę z gracją dowodzącą wielkich umiejętności pilota.
    Ekipa remontowa zaczęła bić brawo i krzyczeć z entuzjazmem.
    — Erick?
    Obejrzał się na dyspozytora.
    — Joshua kazał ci przekazać, że mu przykro, ale Lord Ruin uważa cię za dupka.
    Erick skierował wzrok z powrotem na pusty dok. Platforma opadała powoli. Z góry spłynęło niebieskie światło, kiedy jonowe silniki sterujące statku przejęły rolę korekcyjnych.
    — A to sukinsyn — mruknął, oszołomiony.

* * *

    „Lady Makbet” zawierała w sobie cztery oddzielne moduły mieszkalne, dwunastometrowe kule zgrupowane w piramidalnym kształcie w samym sercu statku. A skoro wydatek na ich wyposażenie stanowił znikomy procent ogólnych kosztów pojazdu kosmicznego, zostały świetnie urządzone.
    Każdy z modułów B, C i D — kul umieszczonych niżej — podzielony był czterema pokładami, z czego dwa środkowe miały identyczny rozkład kabin, sal rekreacyjnych, kuchni i łazienek.
    Na pozostałych pokładach rozplanowano różnorakie pomieszczenia magazynowe, składy narzędziowe, warsztaty konserwacyjne i komory śluzowe hangarów mieszczących kosmolot i wielofunkcyjny pojazd serwisowy.
    Moduł A przeznaczono na mostek kapitański, który zajmował połowę drugiego od góry pokładu, a zawierał konsole i fotele amortyzacyjne wszystkich sześciu członków załogi. Neuronowe nanosystemy mogły się porozumiewać z komputerem pokładowym z dowolnego miejsca na statku, pełnił on zatem w większej mierze funkcję centrum dowodzenia aniżeli tradycyjnego mostka nawigacyjnego.
    Ekrany konsol i projektory AV wspomagały tutaj datawizyjne informacje wykresami działania poszczególnych układów.
    Licencja pozwalała „Lady Makbet” na przewóz trzydziestu pasażerów w kabinach mieszkalnych albo też — gdyby usunąć prycze i zamontować na ich miejsce kapsuły zerowe — siedemdziesięciu ludzi w stanie uśpienia. A ponieważ statkiem obecnie podróżował jedynie Joshua wraz z załogą, nie można było narzekać na brak miejsca. Joshua mieszkał w największej kabinie, która zajmowała ćwierć pokładu mostkowego. Taki a nie inny jej wystrój zaprojektował jeszcze Marcus Calvert, a on postanowił go zachować. Krzesła pochodziły z jakiegoś luksusowego statku pasażerskiego, wycofanego ze służby przed z górą półwieczem; dwuczęściowe rzeźby z czarnej pianki przypominały po złożeniu muszle gigantycznych małży. Półki dźwigały zabezpieczone przed skutkami przyspieszeń oprawne w skórę tomiska ze starożytnymi mapami gwiezdnych szlaków. Przezroczysta bańka osłaniała komputer nawigacyjny z modułu załogowego statku „Apollo” (wątpliwej autentyczności). Najważniejszym jednak sprzętem, z punktu widzenia Joshuy, była klatka do uprawiania seksu w warunkach nieważkości: kulista siatka powleczonych gumą prętów, którą rozkładało się pod sufitem. Wewnątrz człowiek mógł dokazywać do woli bez lęku, że uderzy się o pokład czy o jakiś twardy i ostry mebel. Joshua zamierzał ją wypróbować na wszystkie sposoby z Sarą Mitcham, dwudziestoczteroletnią specjalistką od systemów pokładowych przyjętą zamiast Thakrara.
    Wszyscy leżeli na fotelach z pozapinanymi pasami, kiedy Joshua podnosił „Lady Makbet” z platformy doku 0-330. A czynił to z naturalną łatwością, niczym poczwarka wysuwająca po raz pierwszy skrzydła do słońca; miał świadomość, że tę swobodę zawdzięcza głównie swoim zmodyfikowanym łańcuchom DNA.
    W jego myśli wkradały się wektory lotu wysyłane z centrum kontroli ruchu na kosmodromie, gdy jonowe silniki sterujące popychały niespiesznie statek. Wygasił je poza krawędzią ogromnego dysku konstrukcji kratowych, włączając najpierw zapasowy silnik odrzutowy, a potem pozostałe dwa główne silniki termojądrowe. Siła ciężkości wzrosła bardzo szybko, kiedy opuszczali pole grawitacyjne Mirczuska, kierując się w stronę zielonego sierpa oddalonej o siedemset kilometrów Falsii.
    Lot dziewiczy trwał piętnaście godzin. Programy testowe sprawdzały działanie wszystkich systemów. Z silników termojądrowych wyciskano krótkotrwałe przyspieszenia 7 g, prześwietlając plazmę w poszukiwaniu śladów ewentualnych zaburzeń. Badano wydajność układów regulacji składu powietrza w każdym module mieszkalnym, jak również układy sterownicze, czujniki, stabilizatory ruchu cieczy w zbiornikach paliwowych, izolację termiczną, obwody zasilania, generatory… milion tych elementów, z których składa się statek kosmiczny.
    Joshua unieruchomił „Lady Makbet” na orbicie dwieście kilometrów nad jałową, usianą kraterami powierzchnią księżyca, aby załoga mogła odpocząć przez półtorej godziny. Kiedy ostatecznie formalny raport potwierdził, że ogólna sprawność eksploatacyjna statku spełnia wymogi Komisji Astronautycznej, włączył silniki termojądrowe i ruszył z powrotem w stronę zamazanej, ochrowo — żółtej tarczy gazowego olbrzyma.
    Jednostki adamistów ustępowały jastrzębiom nie tylko pod względem zdolności manewrowej, ale też sposobu wykonywania nadświetlnych skoków translacyjnych. Statek technobiotyczny potrafił tak wymodelować tunel czasoprzestrzenny, aby terminal otworzył się w punkcie o wymaganych współrzędnych bez względu na początkową pozycję na orbicie czy wektor przyspieszenia, gdy tymczasem jednostki w rodzaju „Lady Makbet” dokonywały przemieszczeń wyłącznie wzdłuż linii lotu, bez możliwości najmniejszego dryfu. Przez to ograniczenie kapitanowie tracili dużo czasu pomiędzy skokami, ponieważ za każdym razem musieli ustawić statek dokładnie na wybraną gwiazdę. W przestrzeni międzygwiezdnej nie sprawiało to aż takich trudności, wystarczyło wziąć poprawkę na naturalny błąd, ale początkowy skok z układu słonecznego musiał być na tyle precyzyjny, na ile to było w ludzkiej mocy, ażeby odchyłki współrzędnych wynurzenia nie zaczęły wymykać się spod kontroli. Gdyby statek kosmiczny wystartował z asteroidy oddalającej się od portu docelowego, dowódca mógłby korygować kurs przez wiele dni, ponosząc olbrzymie koszty zużycia paliwa, korzystano więc zwykle z najbliższej osiągalnej planety: raz podczas każdego jej okrążenia nadarzała się sposobność wykonania skoku w kierunku określonej gwiazdy w galaktyce.
    „Lady Makbet” weszła na orbitę kołową sto osiemdziesiąt pięć tysięcy kilometrów od Mirczuska, zachowując dziesięciotysięczny margines bezpieczeństwa. Zakłócenia grawitacyjne nie pozwalały statkom adamistów na skoki translacyjne, gdy odległość od gazowego olbrzyma wynosiła mniej niż sto siedemdziesiąt pięć tysięcy kilometrów.
    W umyśle Joshui komputer nawigacyjny wyświetlił datawizyjnie linie wektorów. Kapitan zobaczył pod sobą rozległe, skłębione zwały pasm burzowych i skradającą się ku niemu czarną krawędź terminatora. Trajektoria lotu „Lady Makbet” przedstawiała się jako tuba złożona z zielonych neonowych pierścieni, zlewających się w dali w jednolitą nić, która zakręcała poza nocną stronę Mirczuska. Zielone pierścienie przemykały wokół kadłuba statku z zawrotną prędkością.
    Rosenheim ukazał się nad gazowym olbrzymem w postaci nikłego białego światełka, ujętego w czerwone nawiasy.
    — Generatory w gotowości — zameldował Melvin Ducharme.
    — Dahybi? — spytał Joshua.
    — Obwody modelowania stabilne — odparł spokojnie Dahybi Yadew, ich oficer węzłowy.
    — W porządku, pełna gotowość do skoku. — Gdy dał polecenie ładowania węzłów, cała moc wyjściowa generatorów zasiliła obwody modelowania. Rosenheim wznosił się wyżej i wyżej nad powierzchnię gazowego olbrzyma, „Lady Makbet” pędziła po swej orbicie.
    Jezu, nareszcie skok.
    Nanosystemowy program monitorujący procesy fizjologiczne organizmu donosił, że jego tętno osiągnęło sto uderzeń na minutę i rosło. W tej decydującej chwili zdarzały się przypadki paniki u ludzi ogarniętych myślą o rozstrojonych punktach energii. A wystarczyła jedna usterka, jeden wadliwy program nadzorczy.
    Nie ze mną te numery! Nie z tym statkiem.
    Polecił datawizyjnie komputerowi złożyć panele termozrzutu i zespoły czujników.
    — Węzły naładowane — oznajmił Dahybi Yadew. — Maleństwo należy do ciebie.
    Uśmiechnął się szeroko. Zawsze należało.
    Mrugnęły jonowe silniki korekcyjne, poprawiając trajektorię lotu.
    Rosenheim nasunął się w sam środek wektora zielonych pierścieni.
    Ułamki sekundy topniały do zera: dziesiętne, setne, tysięczne.
    Polecenie Joshui przemknęło poprzez węzły modelowania z prędkością światła. Popłynęła energia, jej gęstość gwałtownie wzrosła do nieskończoności. Powstały niespodziewanie horyzont zdarzeń objął kadłub „Lady Makbet”. Po pięciu milisekundach zapadł się w sobie, zabierając statek.

* * *

    Erick Thakrar zjechał windą na czterdzieste trzecie piętro wieżowca świętego Michała. Tam wysiadł i kolejne dwa piętra zszedł schodami. W holu na czterdziestym piątym piętrze nie spotkał żywej duszy. W tej krainie biur połowa z nich zawsze świeciła pustkami; poza tym była godzina dziewiętnasta miejscowego czasu.
    Wszedł do biura Sił Powietrznych Konfederacji.
    Komandor Olsen Neale podniósł wzrok ze zdumieniem, gdy Erick pojawił się w jego gabinecie.
    — A cóż ty, u diabła, tu jeszcze porabiasz? Myślałem, że „Lady Makbet” odleciała.
    Erick usiadł ciężko na krześle przed biurkiem.
    — Owszem, odleciała — rzekł, po czym wyjaśnił, co się stało.
    Komandor wsparł głowę na rękach i zmarszczył czoło. Erick Thakrar był jednym z sześciu działających w Tranquillity agentów służb wywiadowczych CNIS, którzy mieli za zadanie wkręcać się do załóg czarnych jastrzębi i niezależnych statków (zwłaszcza tych z napędem na antymaterię), aby tym sposobem szukać informacji o stacjach produkujących antymaterię i o poczynaniach piratów.
    — Lord Ruin ostrzegł CaWerta? — zapytał kapitan w zadumie.
    — Tak mi powiedział dyspozytor doku remontowego.
    — Wielki Boże, tylko tego nam trzeba, żeby ta mała Ione zmieniła Tranquillity w jakąś anarchistyczną ostoję piractwa. Mamy tu co prawda bazę czarnych jastrzębi, lecz Lordowie Ruin zawsze wspierali działania Konfederacji. — Komandor Neale zerknął na polipowe ściany, po czym utkwił wzrok w projektorze AV sterczącym z biurkowego bloku procesorowego, jakby się spodziewał, że osobowość habitatu skontaktuje się z nim i zaprzeczy jego oskarżeniom. — Uważasz, że jesteś spalony?
    — Nie wiem. Ekipa remontowa pomyślała, że to jakiś dowcip.
    Joshua Calvert zatrudnił pewną dziewczynę na moje miejsce. Podobno dosyć atrakcyjną.
    — No tak, to do niego podobne. Machnął na ciebie ręką, znalazł sobie laleczkę i wziął nogi za pas.
    — W takim razie skąd ta wzmianka o Lordzie Ruin?
    — Bóg raczy wiedzieć. — Neale westchnął przeciągle. — Chcę, żebyś nadal próbował się gdzieś zaokrętować. Wkrótce się okaże, czy naprawdę jesteś spalony. Nagram to na fleks z poufnym sprawozdaniem i niech się tym martwi admirał Aleksandrovich.
    — Tak, sir. — Erick Thakrar zasalutował i wyszedł.
    Kapitan Neale długo siedział za biurkiem, obserwując, jak za oknem przesuwa się gwiaździste niebo. Myśl, że Tranquillity mogłoby wkroczyć na drogę przestępczą, wydała mu się przerażająca, zwłaszcza biorąc pod uwagę owo szczególne, utrzymywane tu przez dwadzieścia siedem lat status quo. Na koniec wywołał z pamięci plik nanosystemowy z materiałami na temat doktor Mzu. Zaczął przeglądać listę okoliczności upoważniających go do zorganizowania zamachu na jej życie.

11

    Bardziej przesądni mieszkańcy Aberdale szeptali między sobą, że po ucieczce Marie Skibbow jakieś złowrogie fatum zawisło nad ich wioską. Nie odczuli wprawdzie żadnej wyraźnej zmiany w swej sytuacji materialnej, lecz wyglądało na to, że spadła na nich nagle istna plaga przygnębiających i nieszczęśliwych wypadków.
    Marie nie myliła się co do reakcji rodziny. Kiedy ostatecznie ustalono prawdę (Rai Molvi potwierdził, że weszła na pokład „Coogana”, a Scott Williams widział, jak wrzucała drwa do paleniska, kiedy łajba odpływała), Gerald Skibbow wpadł w dziką furię, określając postępek córki mianem zdrady. Domagał się od Powela Mananiego, aby ten pognał konno za statkiem, a jak nie, to skorzystał z bloku nadawczo — odbiorczego i nakazał sędziemu okręgowemu aresztować dziewczynę, gdy „Coogan” będzie przepływał koło Schuster.
    Powel wyjaśnił mu grzecznie, że w świetle prawa Marie jest osobą dorosłą, a ponieważ nie podpisała kontraktu osiedleńczego z Towarzystwem Rozwoju Lalonde, to mogła robić, co jej się podobało. Gerald, z łkającą Loren u boku, pomstował na dziejącą mu się krzywdę, potem zaczął narzekać na niekompetencję miejscowych przedstawicieli LDC. W tym momencie nadzorca zesłańców, wyczerpany poszukiwaniami GwynaLawesa, a wcześniej całym dniem spędzonym w siodle na zaganianiu błąkających się po sawannie zwierząt — doskoczył do Geralda z pięściami. Rai Molvi, Horst Elwes i Leslie Atcliffe musieli ich siłą rozdzielić.
    Odtąd nikt już nie wspominał w domu imienia wyrodnej córki.
    Wydzierane dżungli pola i plantacje zajmowały już tak duży obszar, że ledwo nadążano z karczowaniem pieniących się bujnie chwastów, które próbowały wtargnąć z powrotem na uprawne grunty. Walka z nimi była trudna i wyczerpująca nawet dla zdyscyplinowanych zesłańców. Dalsze wycinki lasu nie wchodziły w rachubę, póki nie zebrano jeszcze pierwszych plonów. Bardziej delikatne odmiany ziemskich warzyw zmagały się bez ustanku z napastliwymi deszczami. Chociaż poddano je genetycznym modyfikacjom, to jednak pomidory, cukinie, sałaty, selery, kapusty i oberżyny rodziły się z pomarszczonymi, oklapniętymi i żółknącymi po brzegach liśćmi. Pewnego razu rozszalała się taka burza, że połowa drobiu zaginęła, a potem opary mgły przez wiele dni snuły się nad dżunglą.
    Dwa tygodnie po wizycie „Coogana” do przystani dobił inny statek handlowy, „Louis Leonid”. Gdy kapitan podał ceny, omal nie wybuchły zamieszki; odpłynął w pośpiechu, przysięgając ostrzegać wszystkich żeglarzy w dorzeczu Juliffe przed wsiami nad Quallheimem.
    Na dodatek ginęli ludzie. Po Gwynie Lawesie przyszła kolej na Rogera Chadwicka, który się utopił. Prąd zniósł ciało kilometr w dół rzeki. Później straszna tragedia przydarzyła się rodzinie Hoffmanów: Donnie i Judy wraz z dwójką nastoletnich dzieci, Angie i Thomasem, spalili się pewnej nocy w swoim domu na sawannie.
    Dopiero rankiem Frank Kava dostrzegł cienką smużkę dymu nad pogorzeliskiem i wszczął alarm. Znalezione ciała były tak doszczętnie zwęglone, że nawet w dobrze wyposażonym laboratorium medycznym nie od razu by stwierdzono, że przyczyną śmierci był strzał z myśliwskiej strzelby laserowej oddany w oko z odległości pięciu centymetrów.

* * *

    Horst Elwes wetknął dolny zaostrzony koniec krzyża trzydzieści centymetrów w rozmiękłą ziemię, po czym zaczął go dociskać butem. Krzyż zbił własnoręcznie z drewna majopi i choć bardziej udany wyszedłby zapewne spod ręki Lesliego, to ten był przynajmniej nieskalany. Wydawało mu się, że to wiele znaczy dla młodziutkiej Angie.
    — Nie ma żadnych dowodów — rzekł, patrząc na żałośnie małą, prostokątną mogiłę.
    — E tam! — mruknęła Ruth Hilton, podając mu krzyż Thomasa.
    Podeszli razem do grobu chłopca. Horst z wysiłkiem przypominał sobie twarz Thomasa. Dzieciak miał trzynaście lat, zawsze roześmiany, zawsze w ruchu. Krzyż wbił się w ziemię z głośnym mlaśnięciem.
    — Sam mówiłeś, że to sataniści — upierała się Ruth. — Cholera, wiemy przecież, że ci trzej osadnicy w Durringham zostali zamordowani.
    — Napadnięci — poprawił Horst. — Zostali napadnięci.
    — Zamordowani z zimną krwią.
    Na krzyżu nóż rozszczepieniowy wypalił niezgrabnie imię chłopca. Mogłem się lepiej postarać, pomyślał Horst. Nieszczęsny Thomas nie zasłużył na to, żebym strugał mu krzyż po pijanemu.
    — Zamordowany czy napadnięty… to się działo w innym świecie, Ruth. Czy naprawdę było kiedyś takie miejsce jak Ziemia? Mówią, że przeszłość jest tylko wspomnieniem. Ostatnio coraz trudniej mi wspominać Ziemię. Czy to aby nie znak, że już jej nie ma?
    Spojrzała na niego z troską w oczach. Ksiądz był nie ogolony i pewnie chodził głodny. Ogródek warzywny, który kiedyś założył, zarósł rozłogami chwastów. Horst, dawniej taki otyły, teraz wyraźnie zeszczuplał. Większość mieszkańców Aberdale straciła na wadze, lecz w zamian ludziom wyrobiły się mięśnie. A tymczasem księdzu skóra wisiała luźno pod brodą. Podejrzewała, że znalazł sobie jeszcze jedno źródło trunków, odkąd stała na końcu pomostu, wylewając do rzeki trzy ostatnie butelki szkockiej.
    — Gdzie urodził się Chrystus, Horst? Gdzie umarł za grzechy śmiertelników?
    — Proszę, proszę, co za gorliwość. Pozwól, a w mig zrobię z ciebie świeckiego kaznodzieję.
    — Mam dość własnych zmartwień na głowie. Muszę karmić kozę i kurczęta. Muszę się opiekować Jay. Co zrobimy z tymi zesłańcami?
    — Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.
    — Horst!
    — Przepraszam. — Spojrzał ze smutkiem na trzymany przez nią krzyż. Wepchnęła mu go do ręki.
    — Nie chcę, żeby tu mieszkali. Cholera, mały Jason Lawes włóczy się bez przerwy za Quinnem Dexterem jak szczeniak na smyczy. Czyżbyś tego nie widział?
    — A kto z nas odwiedza dziś Rachel i Jasona? O tak, jakże pomocnymi sąsiadami byliśmy dla niej przez ten pierwszy tydzień po śmierci Gwyna. Nawet przez dziesięć dni. Ale teraz… Żeby tak w kółko to samo, tygodniami, bez końca, kiedy ma się własną rodzinę na karku? Ludzie rezygnują, brak im wytrwałości. Nic dziwnego, że zaraz wyznaczają zesłańców do pomocy Rachel.
    Zrobili swoje, więc mają czyste sumienie. Ale ja nikogo nie obwiniam. Ten świat nas wykańcza, Ruth. Każe nam myśleć wyłącznie o sobie, na nic więcej nie zostaje czasu.
    W takiej chwili Ruth wolała nie powtarzać pogłosek o Rachel Quinnie Dexterze. Gwyn, biedaczysko, zginął nie dalej jak przed pięcioma tygodniami. Czy ta idiotka nie mogła poczekać z tym trochę dłużej?
    — Kiedy to się wreszcie skończy, Horst? Kto będzie następny? Wiesz, co śni mi się po nocach? Że Jay biega za tym supermacho Jacksonem Gaelem lub za Lawrence’em Dillonem z tą jego ładną buzią i zimnym uśmiechem. Takie mam właśnie sny. I ty chcesz mi wmówić, że nie muszę się niczego obawiać, że zwyczajnie histeryzuję? Sześciu zabitych w ciągu pięciu tygodni.
    Sześć śmiertelnych wypadków. Z tym trzeba coś zrobić.
    — Racja! — Horst wbił do ziemi krzyż Judy Hoffman. Woda zebrała się wokół drewna. Jak krew, pomyślał. Jak brudna krew.

* * *

    Dżungla powoli parowała. Padało przed niecałą godziną, więc każdy pień i liść ociekał jeszcze wodą. Gęsta warstwa śnieżnobiałej mgły sięgała ludziom do pasa, co oznaczało, że zesłańcy idący tropem zwierzyny ledwo widzieli swoje buty. Wiązki światła przedzierające się przez sklepienie listowia błyszczały niczym złote nici w przesyconym wilgocią powietrzu. Z oddali dochodziły gulgoty i świsty ptactwa — chór głosów, które już dawno nauczyli się rozróżniać.
    Teren był tu nierówny, pokryty wężowymi, dość wysokimi pagórkami. Drzewa na skarpach wyrastały pod dziwacznymi kątami, wykręcone do góry i wsparte na splątanych korzeniach podporowych. Popielate pnie, rzadko grubsze niż na trzydzieści centymetrów, zdawały się wiotkie w stosunku do wysokości, która niemal zawsze przekraczała dwadzieścia metrów; korony składały się ze splecionych parasoli szmaragdowych liści. Na pniach nic nie rosło, a przy masywnych korzeniach nawet pnączom i niskim krzewom brakowało zwykłej im zadziorności.
    — Tu nie ma żadnej zwierzyny — stwierdził Scott Williams po półgodzinie wdrapywania się na nieprzeliczone pagórki i brodzenia w zbierającej się wokół nich wodzie. — W tej części lasu nie ma czego szukać.
    — I o to chodzi — odparł Quinn. — Dlatego nikt się tu nigdy nie zapuszcza.
    Wyprawili się do puszczy wczesnym rankiem. Z początku maszerowali dobrze wydeptaną ścieżką, prowadzącą na południe od Aberdale do zagród na sawannach. Jak na myśliwych przystało, wzięli z sobą cztery pożyczone strzelby laserowe i jedną elektromagnetyczną. Quinn prowadził ich ścieżką przez pięć kilometrów, potem skręcił w dżunglę. Odtąd szli na zachód. Postanowił wybierać się co tydzień na poszukiwania, przy czym blok naprowadzający, który zabrał Hoffmanom, pozwalał im na przeczesanie za każdym razem innej okolicy.
    Pięknie się obłowili przed dwoma tygodniami. Donnie przybył na Lalonde gotów sprostać wszelkim trudom pionierskiego życia.
    Znalazła się liofilizowana żywność, narzędzia, lekarstwa, kilka strzelb i dwa dyski kredytowe Banku Jowiszowego. Sześciu zesłańców, których poprowadził na nocną eskapadę, najadło się do syta, zanim pozwolił im poswawolić z Judy i dwójką dzieciaków.
    Wówczas Quinn po raz pierwszy dokonał pełnego obrzędu Odbyła się czarna msza dedykowana Bożemu Bratu, wiążąca pozostałych zesłańców wspólnym dziełem rozpusty. Do tej pory wymuszał posłuszeństwo strachem, teraz posiadł ich dusze.
    Dwaj z nich stanowili dotąd najsłabsze ogniwa w grupie skazańców; Irley i Scott nie wierzyli mu do końca, lecz to się zmieniło, gdy dostali śliczniutką Angie. W każdym z nich ocknęła się wężowa bestia, jak to się zawsze zdarzało w podobnych przypadkach — rozpalona przez żar, przez inkantacje, przez pomarańczowy blask pochodni na nagiej skórze. Boży Brat szeptał w ich sercach, ukazując im prawdziwą naturę ciała, naturę zwierzęcą.
    Pokusa znowu zatriumfowała, a w nieruchomym, nocnym powietrzu krzyki Angie niosły się daleko po sawannie. Od czasu tamtej ceremonii obaj stali się najwierniejszymi towarzyszami Quinna.
    Już Banneth mu unaoczniła, że podczas obrzędów nie tylko oddaje się cześć bóstwu, ale i umacnia więzy. Jeśli ktoś przeżył coś takiego, jeśli wziął czynny udział w rytuale, stawał się na zawsze członkiem sekty. I nie było odwrotu. Człowiek uzyskiwał miano pariasa, potępieńca; wzgardzony, znienawidzony i odrzucony przez przyzwoitą społeczność, przez wyznawców Jezusa i Allacha.
    Niebawem odbędą się kolejne obrzędy i wszyscy zesłańcy przejdą inicjację.
    Teren zaczął się z wolna wyrównywać. Drzewa rosły w coraz gęstszych kępach, krzewiło się bujne podszycie. Quinn przeciął jeszcze jeden strumień, chrzęszcząc butami na kamykach. Nosił przycięte pod kolanami dżinsowe spodnie i bezrękawnik z tego samego materiału, co wystarczyło, aby uchronić skórę przed cierniami i gałązkami. Kiedyś to ubranie należało do Gwyna Lawesa; Rachel rozdała zesłańcom całą jego odzież w podzięce za odchwaszczanie jej pola. Biedna Rachel Lawes nie czuła się najlepiej ostatnimi dniami, po śmierci męża stała się bardzo chorowita. Mówiła do siebie i słyszała głosy świętych. Nocami wysłuchiwała jednak wszystkiego, czego chciał Quinn, a potem to robiła. Rachel nie mniej niż on nienawidziła Lalonde, a w wiosce wielu podzielało jej uczucia. Quinn zapamiętywał imiona, gdy mu się zwierżała; później nakazywał zesłańcom wchodzić w komitywę z malkontentami.
    Lawrence Dillon zakrzyknął z entuzjazmem i wypalił ze strzelby laserowej. Quinn na tyle szybko zadarł głowę, że zdążył jeszcze zauważyć pnączaka śmigającego w koronach drzew: niewielkie, przypominające jaszczurkę zwierzątko, które pędziło jak strzała po gałęziach, ledwo co dotykając łapkami kory.
    Lawrence ponownie wystrzelił. Kłębuszek dymu uniósł się z konara, gdzie przed momentem przebiegł pnączak.
    — Szybkie to pieroństwo.
    — Zostaw — rzekł Quinn. — Tylko byś go musiał nieść w obie strony. W drodze powrotnej ustrzelimy coś do jedzenia.
    — W porządku, Quinn — zgodził się Lawrence z wahaniem.
    Kręcił głową, spoglądając na drzewa. — I tak go zgubiłem.
    Quinn popatrzył w stronę, gdzie niedawno biegł pnączak. Te zwinne nadrzewne stworzenia miały niebieskozieloną skórę, przez co niezwykle trudno było je dostrzec z odległości większej niż piętnaście metrów. Przełączył się na podczerwień i zbadał korony drzew w tym pozbawionym cieni, różowoczerwonym świecie, jaki odsłaniał przed nim implant wzrokowy. Zauważył trójkątną, jasnoróżową głowę pnączaka, który leżał płasko na szerokim konarze, popatrując na nich lękliwie. Quinn zatoczył pełne koło.
    — Chcę, żebyście odłożyli broń — powiedział, skupiając na sobie zdziwione spojrzenia.
    — Quinn…
    — I to już. — Zdjął z pleców strzelbę laserową i położył ją na mokrej trawie. Wśród zesłańców miał duży posłuch, toteż bez dalszych protestów wykonali rozkaz.
    Quinn rozłożył ręce, pokazując puste dłonie.
    — Zadowolony? — zapytał.
    Kombinezon kameleonowy stracił swój korowy deseń, był teraz ciemnoszary.
    Lawrence Dillon cofnął się o krok, zaskoczony.
    — Cholera. Wcale go nie widziałem…
    Quinn skwitował śmiechem jego słowa.
    Oparty plecami o drzewo kaltukowe, osiem metrów dalej stał nieznajomy mężczyzna. Gdy zsunął kaptur, ukazała się okrągła twarz czterdziestolatka z wąskim podbródkiem i jasnoszarymi oczami.
    — Witaj! — rzucił Quinn śmiałym tonem. Spodziewał się spotkać kogoś innego, przypominającego Banneth ciskającą z oczu pioruny; a tymczasem stał przed nim człowiek jakby pozbawiony osobowości. — A więc skorzystałeś z mojej rady? Bardzo mądrze.
    — Powiedz, dlaczego nie miałbym cię usunąć? — zapytał nieznajomy.
    Quinn miał wrażenie, jakby słuchał pozbawionego emocji głosu przetworzonego przez blok procesorowy.
    — Bo nie wiesz, komu jeszcze i co powiedziałem. Dzięki temu jestem bezpieczny. Gdybyś mógł węszyć po wioskach za każdym razem, gdy czujesz się zagrożony, nie chowałbyś się w norze. Mam rację?
    — O czym chciałbyś porozmawiać?
    — Powiem ci, ale najpierw muszę dowiedzieć się paru rzeczy.
    Zacznijmy od tego, kim jesteś.
    — To ciało nazywa się Clive Jenson.
    — Co z nim zrobiłeś, wszczepiłeś mu nanoukłady do sekwestracji osobowości?
    — Niezupełnie, lecz efekt jest podobny.
    — A więc będziesz teraz ze mną rozmawiał?
    — Będę słuchał. — Człowiek dał znak ręką. — Pójdziesz ze mną, reszta tu zaczeka.
    — Hej, nie ma mowy! — oburzył się Gael Jackson.
    Quinn uniósł dłonie.
    — Spokojnie, spokojnie. Poczekacie trzy godziny. Jeśli nie nadejdę, wrócicie do Aberdale. — Sprawdził jeszcze współrzędne na swym bloku naprowadzającym, po czym ruszył za ubranym w kombinezon maskujący mężczyzną, który dawniej nazywał się Clive Jenson.

* * *

    Po sześciu tygodniach podróży połączonej z handlem „Coogan” zbliżał się do portu docelowego. Wprawdzie Len Buchannan niczego jej nie mówił, lecz Marie Skibbow wiedziała, że od Durringham dzieli ich ledwie kilka dni drogi. Przekonywały ją o tym oszukańcze wioski: pomalowane na biało ściany zgrabnych domków, zadbane ogrody, przykłady idyllicznej fantazji. Juliffe znów przybrała barwę kawy, tocząc swe rwące wody na spotkanie z bezkresnym oceanem, który już nie mógł być daleko. Kiedy fale się uspokajały, dostrzegała Bagno Hultaina na północnym brzegu, posępną krainę cuchnącej roślinności, skąd napływały gryzące w oczy siarkowe wyziewy. Wielkie kołowce podobne do „Swithlanda” zasuwały w górę rzeki, pozostawiając za sobą ślad spienionej wody. Nowi koloniści przypatrywali się brzegowi; na twarzach malował się podziw i pożądanie, roześmiane dzieci biegały wesoło po pokładach.
    Głupcy. Skończone osły.
    „Coogan” coraz rzadziej dobijał do przystani. Większość towarów została już sprzedana i stateczek zanurzał się pół metra płycej niż na początku podróży. Zawartość dysku kredytowego Buchannana wzrosła proporcjonalnie. Kupował teraz suszone mięso, które zamierzał sprzedać w mieście.
    — Nie ładuj więcej! — krzyknął do niej Len ze sterówki. — Tutaj zacumujemy.
    Toporny dziób „Coogana” skręcił o kilka stopni, kierując się ku nabrzeżu biegnącemu wzdłuż szeregu dużych drewnianych magazynów. Z jednej strony stały cylindryczne silosy zbożowe. Motorowery podskakiwały na ubitych dróżkach, okrążając budynki.
    W tej wiosce żyło się dostatnio. Kiedyś Marie przypuszczała, że w takiej właśnie osiedli się jej rodzina. Jakże się pomyliła.
    Odrzuciła drwa przeznaczone do paleniska i wyprostowała plecy. Podczas tych wszystkich tygodni spędzonych na cięciu drzewa piłą rozszczepieniową, potem zaś na dorzucaniu drewna do kotła niezależnie od pogody, wyrobiła sobie mięśnie, jakich nie dałaby jej żadna siłownia w centrum dziennym w arkologn Straciła w talii blisko dwa centymetry, a stare szorty nie lgnęły już tak do ciała jak kiedyś.
    Dym z nieszczelnego stalowego komina wyciskał łzy z oczu.
    Mrugała wściekle powiekami, patrząc to na wioskę, to znów w kierunku zachodnim. Powzięła decyzję i ruszyła przed siebie pewnym krokiem.
    Gail Buchannan siedziała przy sterówce. Spięła na karku rzadkie włosy, szeroki kapelusz rzucał cień na szydełka. Przez całą drogę z Aberdale tylko szyła i działa.
    — A ty gdzie się wybierasz, kochanieńka? — zapytała tęga kobieta.
    — Do kajuty.
    — Dobra, tylko wróć mi tu zaraz, żeby pomóc Lenniemu podczas cumowania. Nie pozwolę ci się wałkonić, kiedy on haruje.
    W życiu nie spotkałam większego próżniaka od ciebie. Mój biedny mąż pracuje niczym mechanoid, żebyśmy mogli jakoś związać koniec z końcem.
    Marie zignorowała tę cierpką przemowę, minęła Gail, pochyliła głowę i weszła do kajuty. W jednym kącie ładowni urządziła sobie własne gniazdko, gdzie zasypiała na drewnianej półce, gdy już Len z nią skończył. Chociaż deska była twarda, a w ciągu pierwszego tygodnia — póki nie przywykła do ciasnoty — co i rusz nabijała sobie guza, to jednak w żadnym wypadku nie zamierzała spędzać całych nocy w uścisku kapitana.
    Zrzuciła z siebie bezbarwne ogrodniczki, w których chodziła po pokładzie, po czym z torby, gdzie przeleżały podróż, wyciągnęła czysty biustonosz i koszulkę z krótkim rękawkiem. Dotyk gładkiej, syntetycznej tkaniny przywoływał wspomnienia Ziemi i arkologii.
    Świata, gdzie kwitło życie i była przyszłość, gdzie Rząd Centralny rozpowszechniał kursy dydaktyczne, gdzie ludzie mieli dobrą pracę, chodzili do klubów i mogli wybierać spośród tysiąca sensywizyjnych kanałów rozrywkowych, a wakacyjną kolejką docierało się w sześć godzin na drugi kraniec planety. Dzieła przemiany dopełniły czarne skóropodobne dżinsy o tropikalnym splocie. Czuła się, jakby wróciła do cywilizacji. Złapała chlebak i ruszyła do wyjścia.
    Gail Buchannan pomstowała na nią, kiedy odsunęła kołek w drzwiach ubikacji. Sama ubikacja była prymitywną drewnianą skrzynią z dziurą u góry (zbudowaną z majopi, inaczej nie wytrzymałaby ciężaru żony kapitana); do podcierania się służyły szerokie, ułożone w stosik liście. Marie przyklękła i podważyła najniższą deskę w tylnej ściance. Metr niżej bulgotała rzeka. Wisiały tam pod pokładem dwa pakunki przymocowane żyłką wędkarską z włókna krzemowego. Przecięła żyłkę kieszonkowym nożem rozszczepieniowym i oba zawiniątka w polietylenowej folii włożyła do chlebaka. Były to głównie pakiety nanoopatrunków, najcenniejsze przedmioty tej wielkości, jakie przewoził „Coogan”. Dołączyła też kilka osobistych odtwarzaczy nagrań mood fantasy, dwa bloki procesorowe, kilka małych elektrycznych narzędzi. Skarb, który udało jej się stopniowo zgromadzić w czasie podróży. Ledwo dopięła chlebak.
    Głos Gail sięgnął pułapu histerii, kiedy Marie weszła do kambuza i po raz ostatni rozejrzała się po drewnianej celi, gdzie spędzała całą wieczność na gotowaniu i zmywaniu. Zdjąwszy sporych rozmiarów gliniany garnek z ziołami, wyciągnęła ze środka gruby plik franków. Był to jeden z licznych zaskórniaków Gail pochowanych w różnych miejscach na statku. Marie wsunęła do tylnej kieszeni szeleszczące plastikowe banknoty, a następnie, pod wpływem impulsu, przed wyjściem na pokład wyciągnęła zapałkę.
    „Coogan” akurat dobił do nabrzeża i Len Buchannan uwijał się, obwiązując liną pachołka. Oblicze Gail oblało się wściekłą purpurą pod szerokim kapeluszem. Zmierzyła Marie od stóp do głów zdumionym spojrzeniem.
    — A gdzieś ty się, do ciężkiej cholery, tak wystroiła, smarkulo? Pomożesz ładować mięso. Mój biedny Lennie nie da rady w pojedynkę przenieść ciężkich tuszy. I po kiego licha ci jeszcze ta torba? Co w niej masz? Gadaj zaraz!
    Obłudny uśmiech wypłynął wolno na usta Marie, z rodzaju tych nazywanych przez jej ojca bezczelnymi. Potarła zapałkę o ścianę kabiny.
    Obie patrzyły, jak fosforowy łebek zapala się z trzaskiem, a żółty płomyczek wżera się w drewniany pręcik, pełznąc ku palcom Marie.
    Gail rozdziawiła usta, gdy zrozumiała, na co się zanosi.
    — Do widzenia — powiedziała wesoło Marie. — Miło było panią poznać. — Wrzuciła zapałkę do stojącego obok Gail koszyka z przyborami do szycia.
    Kobieta wrzasnęła trwożnie, kiedy zapałka zniknęła w stosie bawełny i koronek. Niebawem buchnęły języki pomarańczowych płomieni.
    Marie pośpieszyła w stronę nabrzeża. Len stał przy pachołku ze zwojem liny w ręku.
    — Odchodzisz — powiedział.
    Z tyłu dobiegał istny potok gróźb i wulgaryzmów. Dał się też słyszeć głośny plusk, kiedy bezcenny koszyk Gail wpadł do wody.
    Marie na próżno usiłowała przybrać minę obojętności. Przy nim było to jakoś niemożliwe. Na suchej twarzy staruszka gościł dziwny wyraz smutku.
    — Nie odchodź — poprosił błagalnym tonem. Nigdy nie słyszała, by jego głos nabrał tak płaczliwego tonu.
    — Bo co? Nie dostałeś jeszcze wszystkiego? Zapomniałeś czegoś wypróbować? — Omal nie wybuchła.
    — Pozbędę się jej — rzekł z rozpaczą.
    — Dla mnie?
    — Jesteś piękna, Marie.
    — I to wszystko, co masz mi do powiedzenia?
    — Myślałem… Nigdy cię nie skrzywdziłem. Ani razu.
    — I chcesz, żeby wszystko było po staremu? Tego właśnie chcesz, Len, mam rację? Abyśmy ty i ja pływali sobie razem po Juliffe, póki śmierć nas nie rozdzieli?
    — Proszę, Marie. Nie znoszę tej baby. Chcę ciebie, nie jej.
    Stojąc dziesięć centymetrów od Buchannana, czuła w jego oddechu zapach owoców, które jadł rano.
    — Co ty powiesz.
    — Mam pieniądze. Żyłabyś jak królewna, obiecuję.
    — Pieniądze to jeszcze nie wszystko. Chciałabym być kochana. Oddam wszystko mężczyźnie, który mnie pokocha. Kochasz mnie, Len? Naprawdę mnie kochasz?
    — Naprawdę, Marie. Boże, jak ja cię kocham. Płyń ze mną, proszę!
    Przejechała palcem po jego podbródku. Łzy zakręciły mu się w oczach.
    — W takim razie odbierz sobie życie, Len — szepnęła jadowicie. — Bo tylko ta baba ci została. Tylko ona i nikt więcej.
    Do samej śmierci będziesz żył ze świadomością, Len, że jestem na zawsze poza twoim zasięgiem.
    Po chwili wszelka nadzieja opuściła Buchannana, jego twarz skurczyła się w wyrazie krańcowej udręki. Marie parsknęła śmiechem. Dało jej to więcej satysfakcji, niż gdyby tylko kopnęła go w krocze.
    Główną dróżką turkotał na zachód wóz wyładowany kiszonką Powoził czternastoletni chłopak w farmerkach, co jakiś czas szarpiąc lejcami rosłego konia. Marie pomachała kciukiem, na co on pokiwał z wigorem głową, gapiąc się na nią zdumionym wzrokiem. Zanim wóz się zatrzymał, wdrapała się na kozioł.
    — Daleko stąd do Durringham? — zapytała.
    — Pięćdziesiąt kilometrów. Ale ja nie jadę aż tam, tylko do Mepalu.
    — Na razie wystarczy. — Usadowiona wygodnie na twardym drewnianym siedzisku, kiwała się w lewo i prawo, gdy wóz podskakiwał na wybojach. Słońce prażyło, kołysanie nie ustawało, koń cuchnął, a ona czuła się wspaniale.

* * *

    Gigantea liczyła sobie przeszło siedem tysięcy lat, kiedy Laton wraz z niewielką grupką towarzyszy przybył na Lalonde. Rosła na wzniesieniu, tym bardziej więc górował nad okoliczną dżunglą wierzchołek trzystumetrowego drzewa. Burze poszarpały i nadłamały sam czubek, przez co powstało baniaste zgrubienie, z którego pod przeróżnymi kątami sterczały rozcapierzone gałęzie i pęki listowia Ptaki urządziły sobie w tej zdeformowanej iglicy wielkie podniebne gniazdo, wydrążywszy w nim w ciągu stuleci setki jam.
    W czasie deszczu na grubych, włochatych liściach gigantei zbierała się woda, której ciężar naginał do potężnego pnia i tak już pochylone w dół gałęzie. Później godzinami krople skapywały z liści, a konary zaczynały się podnosić kolejno od wierzchołka.
    Ktoś, kto stal wtedy na ziemi pod drzewem, mógł odnieść wrażenie, że trafił w strugę obfitego wodospadu. Już przed tysiącami lat ostatnie skrawki gleby zostały wymyte spod gigantei. Pozostał tylko pofałdowany gąszcz korzeni rozciągnięty w promieniu stu metrów i pokryty mułem jak przybrzeżne skały sterczące z dna morza w czasie odpływu.
    Czarny jastrząb wysadził Latona na Lalonde w 2575 roku. Na planecie przebywało wtedy najwyżej sto osób, przeważnie z brygady roboczej opiekującej się obozem przy lądowisku. Ekipa zwiadu ekologicznego przeprowadziła już swoje analizy i odleciała, a inspektorzy z Konfederacji mieli się pojawić nie wcześniej niż za rok. Laton zdobył kopię tajnego raportu dla spółki założycielskiej; planeta nadawała się do zamieszkania i miała otrzymać certyfikat Konfederacji. Z czasem należało się spodziewać przybycia kolonistów: ubogich, prostych ludzi, pozbawionych dostępu do zaawansowanych technologii. Rozpatrując swoje osobliwe plany na przyszłość, Laton doszedł do wniosku, że będzie można wygodnie eksperymentować z tutejszą społecznością.
    Wyładowali u wschodnich podnóży gór na kontynencie Amarisk: dwudziestu ludzi i siedem krążowników lądowych załadowanych wystarczającą liczbą luksusowych sprzętów, aby nie musieli cierpieć niedostatku na wygnaniu. Nie brakło, oczywiście, również tych niezbędnych rzeczy: małych cybernetycznych systemów produkcyjnych oraz urządzeń do prac genetycznych. Laton posiadał też dziewięć jaj czarnych jastrzębi wyjętych z zalążni i przechowywanych w kapsułach zerowych. Gdy czarnego jastrzębia wysłano na śmierć ku rozpalonej niebiesko — białej gwieździe, kolumna wygnańców zaczęła przedzierać się przez puszczę. Po dwóch dniach dotarli nad brzeg rzeki, która w przyszłości miała zostać nazwana Quallheimem. Jeszcze trzy dni żeglugi (krążowniki sprawdzały się w roli amfibii) i dopłynęli do hrabstwa Schuster, gdzie głęboka gleba dawała oparcie korzeniom potężnych drzew. Znów wędrówka przez dżunglę i oto tego samego dnia znaleźli zapewne największy okaz gigantei na kontynencie.
    — Wystarczy — oznajmił towarzyszom. — Myślę, że tu nam będzie wygodnie.

* * *

    Z gałęzi wciąż spływała woda po wcześniejszych opadach, kiedy Clive Jenson wprowadził Quinna Dextera na śliskie sploty korzeni gigantei. Pod olbrzymimi kosmatymi konarami panował wieczny półmrok. Ściekająca woda tworzyła potoczki, które szumiały i bulgotały w splątanych trzewiach pod jego nogami.
    Omal nie skulił ramion, gdy pierwsze wielkie krople spadły mu na głowę. Zarodniki czy soki roślinne — w każdym razie coś organicznego — mieszały się z wodą, nadając jej lepkość. W cieniu nie dokuczał skwar; Quinn nie przebywał jeszcze na Lalonde w tak chłodnym miejscu.
    Podeszli do olbrzymiego pnia. Korzenie zaczęły się wykręcać do góry i wyglądały jak fale rozbijające się o ścianę pionowego klifu. Wśród tego rozrośniętego wężowiska pojawiały się ciemne, nieregularne, pięciokrotnie wyższe od człowieka gardziele, zwężające się w głębi do cienkich jak nóż szczelinek. Do jednej z nich wkroczył Clive Jenson. Kiedy zniknął za zakrętem, Quinn wzruszył ramionami i ruszył w ślad za swoim przewodnikiem.
    Po dziesięciu krokach podłoże się wyrównało, a ściany rozstąpiły na kilka metrów; szorstka, włóknista powłoka uchodząca za korę gigantei ustąpiła miejsca gładkiemu, nagiemu drewnu. Oszlifowanemu, zda! sobie sprawę Quinn. Jasny Bracie, wyrąbali sobie dom w drzewie! Ile wysiłku musiało ich to kosztować?
    U góry błysnęło światełko. Minąwszy dwa zakręty, wszedł do jasno oświetlonego pomieszczenia. Miało piętnaście metrów długości, dziesięć szerokości i me wyróżniało się niczym szczególnym oprócz braku okien. Na jednej ze ścian wisiały na kołkach zielone sztormiaki. Drewno gigantei miało ciemnoorzechowe zabarwienie i szerokie słoje, co dawało złudzenie, jakby ściany zrobiono z wielkich dech. Biurko przypominające długi bufet barowy zostało wycięte z pojedynczego kloca. Stojąca za nim kobieta zmierzyła gościa obojętnym spojrzeniem.
    Lubieżny uśmiech wykrzywił twarz Quinna. Wyglądała na dwadzieścia pięć lat, była od niego wyższa, miała czarną karnację, długie kasztanowate włosy i perkaty nosek. Bursztynowa bluzeczka bez rękawów i białe spódnico — spodnie ukazywały wszystkie kontury jej ciała.
    Po jej ustach przemknął wyraz obrzydzenia.
    — Nie bądź odrażający, Dexter.
    — No, co? Przecież nic nie mówiłem.
    — Nie musiałeś. Wolałabym się pieprzyć z serwoszympansem.
    — A mógłbym chociaż popatrzeć?
    Zmarszczyła brwi.
    — Stój spokojnie, nie ruszaj się albo każę cię wypatroszyć.
    — Sięgnęła po różdżkę sensytywną.
    Nadal uśmiechnięty, Quinn podniósł ręce i pozwolił się zbadać tym przyrządem. Dwa metry dalej Clive stał na baczność zupełnie bez ruchu, jakby był chwilowo wyłączonym mechanoidem. Quinn czuł się nieswojo w jego obecności, lecz próbował nadrabiać miną.
    — Jak długo tu jesteście? — zagadnął.
    — Dość długo.
    — Jak mam cię nazywać?
    — Camilla.
    — W porządku, Camilla, nie dąsaj się. O co w tym wszystkim chodzi?
    — Laton ci powie. — Wydęła językiem policzek. — O ile nie zdecyduje się wcielić cię jak tego tu Clive’a.
    Quinn rzucił okiem na nieruchomego człowieka.
    — Jeden z kolonistów z hrabstwa Schuster?
    — Zgadza się.
    — Aha.
    — Masz przyspieszone tętno, Dexter. Coś cię niepokoi?
    — Nie. A ciebie?
    Odłożyła różdżkę na stół.
    — Możesz się teraz spotkać z Latonem. Jesteś bezradny, masz tylko dwa implanty i całą furę tupetu.
    Wzdrygnął się na wzmiankę o implantach. Nie miał już żadnych asów w rękawie, choć i te niewiele znaczyły w tej rozgrywce.
    — Ale dzięki nim jakoś tu dotarłem, nie?
    Camilla ruszyła w stronę drzwi.
    — Tylko czy stąd wyjdziesz?
    W górę pnia pięły się szerokie, spiralne schody. Quinn dostrzegał wyloty korytarzy i przejścia do rozmaitych pomieszczeń.
    Na całym tym poziomie urządzono swego rodzaju miasteczko wodne. W powietrzu unosiły się kłęby pary, mężczyźni i kobiety brodzili w wodzie lub wylegiwali się na leżakach; jeden leżał plackiem, a kobieta w średnim wieku robiła mu masaż z kamienną miną; Quinn już wiedział, co to oznacza. Uświadomił też sobie, czego mu tu brakuje: niektórzy się śmiali, lecz nikt nic nie mówił.
    Serwoszympansy krążyły po korytarzach z tajemniczymi misjami; miały zwykle półtora metra wzrostu, wypielęgnowaną złocistą sierść i poruszały się niemal jak ludzie. Gdy im się bliżej przyjrzał, zauważył, że nie chodzą na łapach swoich protoplastów z ziemskiej dżungli, ale na porządnych stopach.
    To przecież twory edenistów! Jasna dupa, co tu się dzieje?
    Camilla poprowadziła go w głąb nie wyróżniającego się niczym korytarza. Grube drewniane drzwi umocowane na zawiasach z syntetycznego mięśnia odemknęły się przed nim bezszelestnie — Jaskinia lwa, Dexter. Właź do środka.
    Drzwi zamknęły się równie cicho, jak się otworzyły. Qumn znalazł się w przestronnym pomieszczeniu o sklepionym suficie, umeblowanym bardzo skromnie: było tu biurko o szklanym blacie i metalowych nogach, stół jadalny także ze szklanym blatem, dwie ustawione naprzeciwko siebie kanapy — przy czym wszystkie te sprzęty rozmieszczono tak, aby zachować między nimi jak największą odległość. Na jednej ze ścian wisiał ogromny ekran holograficzny z widokiem na dżunglę. Kamera śledziła okolicę z miejsca położonego wysoko nad wierzchołkami drzew, pokazując nieprzerwany kobierzec listowia; puchate strzępy obłoków dryfowały dołem bez ładu i składu. Pośrodku pomieszczenia stała trzymetrowa stalowa żerdź z grzędą dla sokoła, który uważnie ich obserwował. Na Quinna czekały dwie osoby: mężczyzna za biurkiem i młodziutka dziewczyna stojąca obok kanapy.
    Laton wstał z krzesła. Był to jeden z najwyższych ludzi, jakich Quinn kiedykolwiek widział: dobrze zbudowany, o cynamonowym kolorze skóry, który wyglądał bardziej na opaleniznę niż naturalny pigment. Miał foremną twarz o nieco orientalnych rysach, szarozielone głęboko osadzone oczy, krótką bródkę, hebanowe włosy spięte z tyłu w mały warkoczyk. Za całe okrycie służyła mu zielona, jedwabna tunika przewiązana paskiem w talii. Trudno było określić jego wiek: mieścił się zapewne w granicach od trzydziestu do stu lat. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Laton jest produktem wielu genetycznych modyfikacji.
    Właśnie kogoś takiego Quinn spodziewał się zobaczyć, kiedy Clive Jenson ściągał kaptur kombinezonu. Człowieka z niezachwianą pewnością siebie, umiejącego zjednywać stronników.
    — Quinn Dexter, wywołałeś spore poruszenie wśród moich kolegów. Niewielu tu przyjmujemy gości, czego nietrudno się domyślić. Usiądź, proszę. — Laton wskazał na purpurową kanapę, przy której stała dziewczyna. — Miałbyś na coś ochotę, skoro już tu jesteś? Na porządnego drinka? A może porządny posiłek?
    Kochane Aberdale nie opływa jeszcze w dostatki.
    Rozsądek nakazywał Quinnowi odmówić, lecz propozycja okazała się zbyt kusząca. Pal licho, niech tam go uważają za żarłoka i grubianina.
    — Poproszę o średnio wypieczony stek, do tego frytki i sałatkę warzywną, żadnej musztardy. I szklankę mleka. Nigdy nie sądziłem, że zatęsknię do mleka. — Wywołał na usta flegmatyczny (miał nadzieję) uśmiech, gdy wielkolud zasiadł na drugiej kanapie. Odgrywanie zimnego drania nie będzie przy nim takie łatwe, pomyślał.
    — Oczywiście, nie powinno być z tym problemu. Wykorzystujemy gruczoły wydzielające jedzenie, takie jak w drapaczach gwiazd, tylko przystosowane do pobierania soków gigantei. Smak wyda ci się całkiem znośny. — Laton podniósł głos: — Anname, zajmij się tym, proszę.
    Dziewczyna ukłoniła się nieśmiało. Musiała mieć najwyżej trzynaście lat, oceniał Quinn. Gęste blond włosy spadały jej za ramiona, cerę charakteryzowała nordycka bladość, rzęsy były prawie niewidoczne. Jasnoniebieskie oczy budziły w Quinnie wspomnienia miny GwynaLawesa na kilka chwil przed śmiercią. Anname była po prostu bardzo wystraszoną dziewczynką.
    — Należy do którejś z zaginionych rodzin? — domyślił się Quinn.
    — W rzeczy samej.
    — Jeszcze nie wcielona?
    — Nie było takiej potrzeby. Dorosłych mężczyzn zapędziłem do różnych niewdzięcznych prac, dlatego jeszcze żyją. Ale młodzi chłopcy nie spełniają moich wymagań, toteż przechowujemy ich na materiał do transplantacji.
    — A jakie są pańskie wymagania?
    — Zależy mi głównie na jajnikach. Nie miałem wystarczającej ich liczby, żeby przejść do następnej fazy programu. Na szczęście kobiety z osady rozwiązały ten problem. Nie brakuje nam tu pojemników suspensyjnych, w których jajowody mogą prawidłowo funkcjonować, dzięki czemu co miesiąc wybieram z nich bezcenną zawartość. Anname jeszcze całkiem nie dojrzała. A ponieważ, mimo wszystko, narządy czasem obumierają w pojemnikach, pozwalamy jej kręcić się między nami, póki nie będzie gotowa. Niektórym moim przyjaciołom zdążyła już przypaść do gustu. Przyznaję, że nawet mnie wydaje się całkiem ujmująca.
    Anname zerknęła na niego z wyrazem niewysłowionej grozy, nim drzwi się otworzyły i mogła wyjść na korytarz.
    — Strasznie dużo tu technobiotyki — stwierdził Quinn. — Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że jest pan edenistą.
    Laton zmarszczył czoło.
    — Ojej. A więc moje imię nie figuruje w twej pamięci?
    — Nie, a powinno?
    — Niestety, tak to już jest ze sławą. W najlepszym wypadku przemija. Cóż, zdążyłem zaszargać sobie imię na długo przed twoim urodzeniem. Nic dziwnego, że o mnie nie słyszałeś.
    — Co takiego pan zrobił?
    — Doszło kiedyś do pogwałcenia prawa za pomocą pewnej ilości antymaterii, w co wmieszał się wirus mutagenny, który dokonał dość dużych spustoszeń w osobowości mojego habitatu.
    Obawiam się, że go uwolniłem, choć nie był jeszcze dopracowany transfer RNA z kodem replikacyjnym.
    — Pana habitatu? W takim razie jest pan jednak edenistą.
    — Mówmy w czasie przeszłym. Byłem edenistą.
    — Ale wszyscy tu jesteście połączeni więzią afiniczną. Żaden z was nie może złamać prawa. Po prostu nie może.
    — Cóż mam ci powiedzieć, mój młody przyjacielu? Padłeś ofiarą powszechnego przesądu, nie wspominając już o dość żałosnej propagandzie ze strony Jowisza. Nie jest nas wielu, lecz uwierz mi: nie każdy, kto się urodził edenistą, umiera edenistą.
    Niektórzy z nas się buntują, odłączają od tej rozreklamowanej szlachetnej jedności, do której są nachalnie przekonywani w każdej sekundzie życia. Potrafią upomnieć się o swoją indywidualność, o swoją umysłową niezależność. Wytyczają sobie osobiste cele, próbują je osiągnąć. Dawni przyjaciele nazywają nas wężami.
    — Uśmiechnął się ironicznie. — Twierdzą, rzecz jasna, że takich jak my nie ma. Co więcej, podejmują trud, aby nas wytropić. Stąd moja obecna sytuacja.
    — Węże — szepnął Quinn. — Wszyscy ludzie są wężami. Tego nas uczy Boży Brat. Każdy kryje w sercu bestię, to ona jest naszą najmocniejszą stroną, dlatego najbardziej jej się lękamy. Ale kto znajdzie w sobie odwagę i dopuści ją do głosu, ten nigdy nie przegra.
    Nie wiedziałem, że edenistą też może uwolnić swoją bestię.
    — Ciekawa zbieżność — mruknął Laton.
    Quinn pochylił się do przodu.
    — To przecież proste, jesteśmy tacy sami, pan i ja. Obaj kroczymy tą samą ścieżką. Jesteśmy jak bracia.
    — Posłuchaj mnie, Dexter. Mamy kilka wspólnych cech, lecz musisz jedno zrozumieć: ty przystałeś najpierw do bandy wykolejeńców, a potem do sekty Jasnego Brata z powodów czysto socjalnych. Jedynie sekta dawała ci okazję zerwania z dotychczasową miernotą. Ja zdecydowałem się być tym, kim dzisiaj jestem, po drobiazgowym rozważeniu wszystkich możliwości. I jedyną rzeczą, jaką zachowałem z przeszłości, jest bezwzględny ateizm.
    — Otóż to! Sam pan to powiedział. Cholera, obaj olaliśmy zwyczajne życie. Każdy z nas na swój sposób podąża za Bożym Bratem, ale że podąża, to rzecz pewna.
    Laton uniósł brwi, zniecierpliwiony.
    — Widzę, że ten spór do niczego nie doprowadzi. O czym chciałeś ze mną porozmawiać?
    — Potrzebuję pańskiej pomocy, żeby podporządkować sobie Aberdale.
    — Czemu miałbym ci pomóc?
    — Ponieważ później oddam panu miasteczko.
    Laton namyślał się przez moment, potem kiwnął głową ze zrozumieniem.
    — Oczywiście, pieniądze. Zastanawiałem się, do czego ci te pieniądze. Ale ty nie zamierzasz zostać w Aberdale panem feudalnym, ty zamierzasz definitywnie opuścić Lalonde.
    — Pewnie, i to pierwszym statkiem, na który się załapię.
    Niech tylko dotrę do Durringham, zanim alarm się podniesie, a bez problemu zapłacę za bilet dyskiem kredytowym któregoś z kolonistów. Ale jeśli pan tu obejmie rządy, nie będzie żadnego alarmu.
    — A co z resztą zesłańców, twoimi kompanami, których chrzcisz krwią z taką gorliwością?
    — Pieprzyć ich! Chcę się stąd wyrwać. Mam na Ziemi pewną sprawę do załatwienia, bardzo ważną sprawę.
    — Nie wątpię.
    — I co pan na to? Moglibyśmy dojść do porozumienia. Za dnia mężczyźni polują albo kopią w polu. Wtedy zesłańcy spędzą do kupy kobiety i dzieci, żeby użyć ich jako zakładników. Potem zamknie się wszystkich w budynku publicznym i pozbiera broń.
    Gdy ludzie będą bezbronni, pan może sobie ich z łatwością wcielić. Niech żyją, jak żyli dotychczas. A jeśli ktoś tu się zjawi, to proszę bardzo, Aberdale stało się następną nędzną wiochą pełną baranów, co umieją się tylko drapać po dupie. Ja dopnę swego, to znaczy opuszczę tę planetę, a pan dostanie mnóstwo cieplutkich ciałek. Poza tym koniec z ryzykiem, że ktoś przez pomyłkę wywęszy ten patac z drewna i zacznie o nim rozpowiadać w Durringham.
    — Sądzę, że przeceniasz moje możliwości.
    — Ani trochę. Nie teraz, gdy już zobaczyłem, jak pan się tu urządził. Ta sztuczka z wcielaniem musi mieć jakiś związek z sekwestracją osobowości. Z taką technologią mógłby pan zawładnąć całą arkologią.
    — Owszem, lecz wszczepiane przez nas technobiotyczne regulatory muszą najpierw urosnąć. Nie mam ich na składzie, a już z pewnością nie w liczbie pięciuset pięćdziesięciu sztuk. Trzeba by uzbroić się w cierpliwość.
    — W czym kłopot? Nigdzie nie uciekam.
    — To prawda. I jeszcze jedno: jeśli wyrażę zgodę, nie wspomnisz o mnie słowem po powrocie na Ziemię?
    — Nie jestem zdrajcą. Inaczej by mnie tu nie było.
    Laton odprężył się na kanapie i przeszył Quinna długim, zamyślonym spojrzeniem.
    — A więc dobrze. Pozwól teraz, że to ja ci złożę propozycję.
    Machnij ręką na Aberdale i dołącz do mnie. Przyda mi się ktoś z twoją charyzmą.
    Quinn omiótł wzrokiem przestronne, skąpo urządzone pomieszczenie.
    — Jak długo pan tu mieszka?
    — Będzie ze trzydzieści pięć lat.
    — Tak właśnie przypuszczałem. Nie mógłby pan tu przybyć po kolonistach, jeśli rzeczywiście jest pan taki znany. Trzydzieści pięć lat w drzewie bez okien. Szczerze mówiąc, nie dla mnie takie życie. Żaden ze mnie edenista, nie umiem afinicznie dogadywać się z technobiotycznym sprzętem.
    — To się da naprawić. Możesz używać symbiontów neuronowych jak twój przyjaciel Powel Manani. Jedna trzecia moich kolegów to adamiści, pozostali są moimi dziećmi. Na pewno byś się przyzwyczaił. Bo widzisz, jestem w stanie dać ci to, czego najbardziej pragniesz.
    — Pragnę dostać Banneth w swoje ręce, a ona mieszka trzysta lat świetlnych stąd, więc chyba jednak nie możesz.
    — Mam na myśli to, czego naprawdę pragniesz, Dexter. Czego wszyscy pragniemy.
    — Niby czego?
    — Nieśmiertelności, że tak się wyrażę.
    — Bzdury. Nawet ja wiem, że to niemożliwe. Saldanom udaje się wyciągnąć góra dwieście lat, a mają kupę forsy i najlepszych genetyków.
    — To dlatego, że podchodzą do rzeczy z niewłaściwej strony.
    Myślą jak adamiści.
    Nie podobało się Quinnowi, że rozmowa schodzi na takie tematy. Nie po to tu przyszedł. Wyobrażał sobie, że będzie się rozwodził nad sposobami ujarzmienia Aberdale, a szef zrozumie jego racje. Teraz jednak musiał myśleć o tak fantazyjnych pomysłach jak życie wieczne i próbować znaleźć wymówkę, dlaczego nie odpowiadałoby mu coś takiego. Co było absurdalne, bo przecież by odpowiadało. Chociaż Laton i tak pewnie chwalił się na wyrost.
    Chyba że wchodziła w grę jakaś niezwykle zaawansowana technologia, a dziewczęta wykorzystywano do eksperymentów biologicznych. Boży Bracie, cóż szkodzi posłuchać?
    — A. jaki jest pana sposób? — zapytał niechętnie.
    — Kombinacja więzi afinicznej i przetwarzania równoległego wrażeń myślowych. Wiesz chyba, że z chwilą śmierci edeniści przekazują wspomnienia komórkom neuronowym habitatu?
    — Obiło mi się o uszy.
    — To również pewien rodzaj nieśmiertelności, choć w moim odczuciu wysoce niedoskonały. Samoświadomość zanika już po kilku stuleciach. Słabnie wola życia. I nie ma się czemu dziwić, skoro żadne fizyczne działania nie podtrzymują tej siły witalnej, która pcha nas naprzód. Pozostaje obserwować, żyć osiągnięciami potomków. Jakiż w tym urok? Zająłem się więc koncepcją przelewania wspomnień do świeżego ciała. Na przeszkodzie bezpośredniego transferu staje od razu kilka problemów. Po pierwsze, potrzebny jest pusty mózg, zdolny pomieścić wspomnienia osoby dorosłej. Mózg noworodka byłby pusty, ale też pozbawiony możliwości pomieszczenia dorosłej osobowości, wspomnień nagromadzonych w ciągu półtora wieku życia, które czynią nas takimi, jakimi jesteśmy. Zacząłem więc badać strukturę neuronową, aby sprawdzić, czy nie można jej udoskonalić. W tej dziedzinie nauka wciąż ma wiele do zrobienia. Powiększono objętość mózgu, aby dobrze służył człowiekowi przez sto pięćdziesiąt lat, podwyższono o kilka procent średni iloraz inteligencji, lecz samej strukturze genetycy nie poświęcili należytej uwagi. Zaabsorbował mnie pomysł z równoległym przetwarzaniem myśli, spotykanym na co dzień w habitatach edenistów. One mogą prowadzić milion rozmów równocześnie, ponadto nadzorować biosferę, zajmować się administracją i tysiącem innych spraw, a przecież mają tylko jedną świadomość. Tymczasem my, nieszczęśni śmiertelnicy, możemy rozważać lub robić tylko jedną rzecz w danej chwili. Podjąłem się tak przeprofilować sieć neuronową, aby dokonywała wielu świadomych operacji równocześnie. Znalazłem klucz. Zrozumiałem, że gdyby nie istniały ograniczenia co do liczby dokonywanych operacji, można by się też pokusić o posiadanie wielokrotnych niezależnych jednostek, połączonych więzią afiniczną, dzielących z sobą wspólną świadomość. W ten sposób, jeśli jedna umrze, nie nastąpi utrata świadomości, osobowość pozostanie nienaruszona, a nowa wytworzona jednostka zastąpi tę zużytą.
    — Jednostka? — zdziwił się Quinn. — Ma pan na myśli osobę?
    — Mam na myśli ludzkie ciało ze zmodyfikowanym mózgiem, połączone z dowolną liczbą replik więzią afiniczną. Oto dzieło, któremu na wygnaniu poświęcam się bez reszty. Osiągając pewne znaczące postępy, muszę dodać, pomimo trudności, z jakimi borykam się w tej dziczy. Mózg przetwarzający równolegle myśli został już zaprojektowany i obecnie dokonują się odpowiednie modyfikacje ogniw łańcucha DNA mojej plazmy zarodkowej. Potem w egzołonach będą się rozwijać moje klony. Ich myśli podłączą się już z chwilą zapłodnienia, poczują i zobaczą wszystko to, co ja czuję i widzę.
    Moja osobowość zamieszka w każdym z nas w równym stopniu, taka ujednorodniona wieloosobowość. Początkowe ciało rozsypie się w proch, lecz ja przetrwam. Śmierć będę wspominał jak zdarzenie z przeszłości. Śmierć umrze. Zamierzam objąć sobą cały ten świat, aż dostaną mi się wszystkie jego zasoby wraz z przemysłem i ludnością. Wtedy nabierze kształtu nowa forma ludzkiej społeczności, którą nie rządzi ślepy i bezwzględny biologiczny imperatyw reprodukcji. Będziemy lepiej zorganizowani, bardziej rozważni. Wyobrażam sobie ostatecznie wcielić do siebie technobiotyczne twory; tak samo jak ludźmi, będę również statkami kosmicznymi i habitatami. Życie nieskończone, nie podlegające fizycznym ograniczeniom.
    Osiągnę transcendencję, Quinn. Czyż to nie jest marzenie warte realizacji? I ty możesz mieć w nim swój udział. Dziewczęta z osad zapewnią nam dosyć komórek rozrodczych, byśmy wszyscy mogli się sklonować. Modyfikacja DNA to prosta sprawa, a każdy z twoich klonów będzie mógł się swobodnie rozmnażać. Dołącz do nas.
    Quinn, jeśli chcesz żyć wiecznie. Jeszcze zdążysz wyrównać rachunki z Banneth; przemnożony przez dziesięć, przez dwadzieścia, obiegniesz jej arkologię całą armią sobowtórów i dokonasz zemsty. Czy to cię nie przekonuje, Quinn? Czy to nie ciekawiej niż biegać nocą po dżungli i kroić ludziom bebechy za parę tysięcy fuzjodolarów?
    Tylko dzięki ogromnej sile woli udało się Quinnowi zachować na twarzy maskę obojętności. Żałował, że tu w ogóle przyszedł, że rozgryzł tego sokoła. Boży Bracie, jakżeż tego żałował. Banneth była nikim w porównaniu z tym szajbusem, Banneth była w porównaniu z nim wzorem zdrowego rozsądku. A jednak w tych pierdołach, wbijanych mu do głowy przez Latona, dostrzegał pewną okrutną logikę, która wciągała go niby taniec czarnej wdowy.
    Wprawdzie sam łudził zesłańców wizją nieśmiertelności, lecz nie z takim demonicznym rozmachem, drapieżnym wciąganiem do konspiracji, paleniem wszelkich mostów. Teraz już wiedział, że Laton nigdy mu nie pozwoli dotrzeć do kosmodromu w Durringham, nie mówiąc już o zaokrętowaniu się na orbitujący statek. Nie teraz, nie po tym, co tu zostało powiedziane. Jeżeli pragnął wyjść z tego drzewa — z tego pomieszczenia! — z mózgiem wciąż należącym do niego, pozostawało mu wyrazić zgodę. Przy czym musiało to być najbardziej przekonujące wyrażenie zgody w jego życiu.
    — A co do tej sztuczki z mnożeniem osobowości, to czy będę musiał wyrzec się moich przekonań? — zapytał.
    Laton uśmiechnął się blado.
    — Twoje przekonania zostaną wzmocnione, na zawsze zachowane we wspólnocie jednostek, żywe przez tysiąclecia. Mógłbyś nawet wyjść z ukrycia i jawnie nawracać ludzi. Czy stałoby się coś wielkiego, gdyby poszczególne jednostki trafiły do więzienia lub zostały stracone? Istota twej osobowości nie zginie.
    — A płeć? Chyba zostanę przy swojej płci?
    — Tak, choć z jedną małą różnicą: każdy gen będzie dominujący. Każde poczęte przez ciebie dziecko stanie się kolejną jednostką.
    — Dokąd pan zaszedł w tych pracach nad myślącym równolegle mózgiem? Wyhodował pan choć jeden, żeby zobaczyć, czy działa?
    — Przeprowadziliśmy symulację numeryczną w technobiotycznej macierzy procesorowej. Program analityczny potwierdził pełną sprawność mózgu. To standardowa technika, za jej pomocą genetycy zaprojektowali kiedyś jastrzębie. I co, działają?
    — Jasne. W porządku, jestem zainteresowany, nie przeczę. Boży Bracie, życie wieczne, kto by tego nie chciał? Zrobimy tak: nie będę się starał uciec stąd na Ziemię, póki te pańskie klony nie wyjdą z egzołona. Jeśli sprawdzą się, jak pan przewiduje, piszę się na to bez gadania. Jeśli nie, przedyskutujemy całą sprawę od nowa. Cholera, mogę chyba poczekać kilka lat, skoro inaczej się nie da.
    — Roztropnie mówisz — mruknął Laton.
    — A póki co, dobrze byłoby zepsuć blok nadawczo — odbiorczy nadzorcy Mananiego. Obaj na tym skorzystamy. Bez względu na to, jak się wszystko potoczy, żaden z nas by nie chciał, żeby wieśniacy wołali do stolicy o ratunek. Czy nie mógłbym dostać fleksa z jakimś wirusem niszczącym procesory? Bo jeśli zwyczajnie rozwalę mu ten blok, z miejsca mnie oskarży.
    Pojawiła się Anname, niosąc tackę ze stekiem i półlitrową szklanką mleka. Położyła ją Quinnowi na kolanach i spojrzała z obawą na Latona.
    — Nie, moja droga — rzekł do niej Laton. — To z pewnością nie święty Jerzy, który przybył, aby cię uwolnić od ziejącego ogniem smoka.
    Westchnęła lękliwie i poczerwieniała.
    Quinn obrzucił ją wilczym spojrzeniem, pałaszując stek.
    — Myślę, że to zdrowy układ — oświadczył Laton. — Zanim odejdziesz, jeden z moich ludzi przygotuje ci wirusa.
    Quinn napił się łapczywie mleka i obtarł usta wierzchem dłoni.
    — Świetnie.

* * *

    Budowa kościółka w Aberdale stanęła w martwym punkcie.
    Zbito i ustawiono tylko połowę ławek, mimo że Horst Elwes co pewien czas zabierał się do pracy z oheblowanymi deskami, przygotowanymi przez zesłańców z myślą o pozostałych ławach. Powątpiewał, czy te trzy, które osobiście sklecił w rzadkich chwilach wymuszonej wstydem pracowitości, udźwigną ciężar więcej niż czterech osób. Niemniej dach nie przeciekał, modlitewniki i szaty liturgiczne — owe niezbędne akcesoria kultu — cieszyły jego oko, ponadto dysponował na fleksach liczną kolekcją pieśni religijnych, których dźwięki dobywały się z bloku audio, wypełniając budynek. Pomimo swego nieczystego rodowodu kościółek stanowił jednak pewne źródło nadziei. Ostatnio stal się jego przytuliskiem.
    Czy wzniesiono go na poświęconej ziemi, czy też nie — chociaż Horst wcale nie uważał, by to miało jakieś większe znaczenie — zesłańcy nigdy nie zaglądali do środka.
    Coś wszakże zajrzało.
    Horst stał przed ławką służącą za ołtarz z włosami zjeżonymi na rękach, jakby je objęło niezwykle silne pole elektrostatyczne.
    W kościele dawało się wyczuć czyjąś obecność: niby eteryczna, narzucała się jednak z niemalże brutalną siłą. Czuł, że jest obserwowany… przez byt sędziwy, którego wiek wykraczał poza zdolność pojmowania zwykłego człowieka. Kiedy Horst po raz pierwszy zobaczył giganteę, ponad godzinę patrzył w niemym otępieniu na ową istotę starą już wtedy, gdy Chrystus stąpał po Ziemi. Tymczasem gigantea nawet się nie równała z tym niewiadomym bytem, zdawała się przy nim ledwie niemowlęciem. Długowieczność, prawdziwą długowieczność Horst uważał za rzecz przerażającą.
    Nie wierzył w duchy. Zjawa była zresztą zbyt rzeczywista.
    Rzec by można, nadwątlała kościółek, zacierała ostatnie ślady boskości, jakie tu się jeszcze zachowały.
    — Czym ty jesteś? — wyszeptał w stronę delikatnego wietrzyka.
    Na dworze zapadały ciemności, rozkołysane wierzchołki drzew odcinały się smoliście na tle różowozłotego nieba. Ludzie powracali z pól, spoceni i wycieńczeni, lecz z uśmiechem na twarzach. Głosy niosły się daleko nad polaną. W Aberdale panował niezmącony spokój; odnosił wrażenie, jakby niczego innego nie pragnął, gdy opuszczał Ziemię. — Czym jesteś? — powtórzył twardo. — To jest kościół, dom Boży. Nie ścierpię tu żadnego świętokradztwa. Tylko ci, co naprawdę żałują za grzechy, są tu mile widziani.
    I raptem jego wzburzone myśli pognały jak oszalałe poprzez pustą przestrzeń. Prędkość budziła trwogę. Wrzeszczał przerażony, gdyż wokół niczego nie było — ani ciała, ani gwiazd. Tak właśnie wyobrażał sobie bezwymiarową nicość panującą na zewnątrz statku kosmicznego, który skakał przez tunel.
    Niespodziewanie ocknął się w kościele. Dwa metry przed nim żarzyła się w powietrzu maleńka rubinowa gwiazdka.
    Zachichotał, zdumiony jej widokiem.
    — Gwiazdko, gwiazdko, mrugnij jeszcze. Chciałbym wiedzieć, kto ty jesteś.
    Gwiazdka znikła.
    Przestał się uśmiechać i wybiegł z żałosnym jękiem na pogrążoną w półmroku polanę, depcząc miękką ziemię ogródka warzywnego, tratując bezwiednie rachityczne rośliny.
    To jego śpiewy wywabiły ludzi z domów kilka godzin później.
    Siedział na pomoście z butelczyną pędzonej pokątnie wódki. Wieśniacy patrzyli na niego z politowaniem.
    — Demony! — krzyknął Horst, kiedy Powel Manani z pomocą innych stawiał go na nogi. — Już zdążyli przywołać okrutne demony!
    Ruth obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem, po czym wróciła do chaty.
    Horsta położono na pryczy i podano mu jeden z jego własnych środków uspokajających. Nawet po zaśnięciu rzucał bełkotliwe przestrogi.

* * *

    Lisylfa zaciekawili ludzie. Spośród stu siedemdziesięciu milionów samoświadomych gatunków, jakie poznał w czasie swoich wędrówek, dostrzec go potrafiło tylko trzysta tysięcy — czy to dzięki swym zdolnościom percepcyjnym, czy też rozwiniętej technice.
    Ksiądz widocznie zauważył rdzeń osobowości napotkanej istoty, chociaż jej natury nie był w stanie pojąć. Wszystko wskazywało na to, że ludzie posiadają elementarną umiejętność zestrojenia się ze swoim energistycznym otoczeniem. Lisylf sięgnął do kompendium wiedzy sporządzonego na podstawie informacji z dostępnych w Aberdale bloków procesorowych i fleksów, które zawierały przeważnie rozpowszechniane przez Ruth Hilton kursy dydaktyczne. Tak zwane zdolności parapsychiczne uważano powszechnie za halucynacje bądź oszustwa popełniane dla osiągnięcia korzyści finansowych. Niemniej jednak historia rasy ludzkiej obfitowała w wiele wymownych incydentów i mitów. Ponadto silne, nie słabnące wierzenia religijne świadczyły o ogromnym parapsychicznym potencjale ludzkości, która przypisywała pewnym „nadnaturalnym” zdarzeniom pierwszorzędne znaczenie. Drzemały w niej z pewnością wielkie możliwości rozwoju energistycznej percepcji, wciąż jednak blokowanego przez logikę racjonalnego poznania.
    Chociaż podobne sprzeczności nie były obce Lisylfowi, to po raz pierwszy zetknął się z rasą, której dwie przeciwstawne natury prowadziły z sobą tak zażartą walkę.

* * *

    — I cóż o nim myślicie? — zapytał Laton przyjaciół, kiedy drzwi zamknęły się za Quinnem Dexterem.
    — Psychopatyczny gówniarz o paskudnych sadystycznych upodobaniach — stwierdził Waldsey, naczelny wirusolog w grupie.
    — Dexter ma chwiejny charakter — stwierdziła Camilla.
    — Nie można ufać żadnym jego obietnicom. Głównym motorem napędowym jego działań jest obsesyjna chęć zemsty na Banneth. Nasze pomysły z nieśmiertelnością wcale go nie przekonały, są zbyt wyrachowane.
    — Głosuję za tym, żeby się go pozbyć — dodał Salkid.
    — Przychylam się do waszej opinii — oświadczył Laton.
    — A szkoda. Miałem wrażenie, jakbym patrzył na miniaturową wersję samego siebie.
    — Ty nigdy nie dawałeś się ponosić emocjom, ojcze — rzekła Camilla.
    — Wszystko zależy od okoliczności. Nie pora jednak na czcze słowa. Musimy zadbać o nasze bezpieczeństwo. Według wszelkiego prawdopodobieństwa Quinn Dexter poinformował większość zesłańców, jeżeli nie wszystkich, że coś złego czyha w lesie. A to może utrudnić nam życie.
    — W czym problem? — zdziwił się Salkid. — Sprzątnijmy całą bandę. — Byłemu kapitanowi czarnego jastrzębia najbardziej na wygnaniu doskwierała bezczynność. — Poprowadzę wcielonych. To będzie czysta przyjemność.
    — Salkid, nie błaznuj — rzekł Laton. — Sami nie damy rady rozprawić się ukradkiem z zesłańcami. Tak zuchwałe przedsięwzięcie, gdy jeszcze nie zatarła się pamięć o zniknięciu rodzin, ściągnie nam na kark całą masę kłopotów.
    — No to co robimy?
    — Po pierwsze zaczekamy, aż Quinn Dexter uszkodzi blok nadawczoodbiorczy nadzorcy Mananiego. Potem napuścimy na zesłańców mieszkańców wioski.
    — Tylko jak? — zapytał Waldsey.
    — Skazańcy są czcicielami diabła, o czym wie ksiądz. Postaramy się tylko, żeby ta wiedza dotarła również do innych, to w sposób, który wstrząśnie osadą.

12

    Idria krążyła po lekko spłaszczonej orbicie w pasie planetoid układu Nowej Kalifornii, oddalona średnio o siedemdziesiąt milionów kilometrów od gwiazdy typu G5. Ta żelazo — kamienna skała wyglądała jak pomarszczona, łuszcząca się brukiew, miała siedemnaście kilometrów w najszerszym miejscu i jedenaście wzdłuż krótkiej osi obrotu. Nad czarną, nierówną powierzchnią wisiał pierścień trzydziestu dwu stacji przemysłowych, nienasyconych odbiorców surowca, który bez ustanku wywoziły masowce z nieobrotowego kosmodromu.
    Zróżnicowanie złóż zachęcało do inwestowania pokaźnych sum w tę skałę. Idria mogła się pochwalić rzadką kombinacją minerałów, a wszystko, co rzadkie, zawsze przyciąga pieniądze.
    W roku 2402 statek badawczy natrafił tu na długie, poprzeplatane rudami zwyczajnych metali żyły mineralne o ciekawym zestawieniu składników, przede wszystkim siarczków, krzemionek i tlenków glinu. Na posiedzeniu zarządu najbliższej planety stwierdzono, że owa szczególna koncentracja warstw minerałów krystalicznych gwarantuje opłacalność wydobycia. W roku 2408 pojawili się górnicy z ciężkim sprzętem i rozpoczęto drążenie szybów w głąb planetoidy. Wkrótce powstały stacje przemysłowe, rafinujące i przetwarzające na miejscu urobek. Rosła liczba ludności, poszerzano komory, przystąpiono do tworzenia biosfery.
    W roku 2540 główna pieczara miała już pięć kilometrów długości i cztery szerokości, a prędkość obrotową Idrii tak zwiększono, by przyspieszenie grawitacyjne przy powierzchni osiągnęło połowę wartości standardowej. Dziewięćdziesiąt tysięcy mieszkańców tworzyło społeczność samowystarczalną w większości dziedzin życia. Idria uzyskała autonomię i zdobyła fotel w Zgromadzeniu układu. W rzeczywistości jednak osiedle należało do pewnej spółki o nazwie Lassen Interstellar.
    Spółka działała w przemyśle wydobywczym i transportowym, zajmowała się operacjami finansowymi, produkcją sprzętu wojskowego i części do statków kosmicznych, nie licząc wielu innych przedsięwzięć. Stanowiła typowy dla Nowej Kalifornii konglomerat, produkt niezliczonych fuzji i zmian w koncepcji zarządzania; wywodziła się w prostej linii ze staruszki Ziemi, gdzie na zachodnim wybrzeżu Ameryki rozwinął się jej zalążek. Kierownictwo korporacji było zagorzałym wyznawcą reguł skrajnego kapitalizmu: agresywnej ekspansji, bezpardonowej walki o zamówienia rządowe, wiecznych żądań o dodatkowe ulgi podatkowe, otwierania ekspozytur w całej Konfederacji, gnębienia konkurencji przy każdej sposobności.
    W Nowej Kalifornii powstały tysiące podobnych spółek — korporacyjnych tygrysów, których zdobycze podnosiły standard życia w układzie. Drapieżnie i brutalnie walczyły o rynki zbytu.
    Zgromadzenie Ogólne Konfederacji przyjmowało sporo wniosków o wydanie zakazu na eksport podejrzanych towarów i zarządzało śledztwa w sprawie niektórych indywidualnych kontraktów. Nowa Kalifornia zawdzięczała swą sławę osiągnięciom techniki, toteż istniał duży popyt na produkowany tu sprzęt bojowy. Przedsiębiorstwa nie zawracały sobie głowy tym, do czego będzie on wykorzystany: gdy tylko znaleziono kupca, sporządzono umowę i zebrano fundusze, nic już nie mogło przeszkodzić w transakcji. Ani urzędnicy wydający licencje wywozowe, ani tym bardziej wścibscy inspektorzy Konfederacji. Wobec powyższego przewóz towarów mógł być kłopotliwy, zwłaszcza w przypadku pokątnych kontraktów z którymś z układów planetarnych objętych niezrozumiałym embargiem. Kapitanowie decydujący się na takie trasy mogli się spodziewać wysokich zarobków. A podobne wyzwania zawsze przyciągały szczególnego rodzaju typy.

* * *

    „Lady Makbet” spoczywała na platformie dokowej w jednej spośród przeszło trzydziestu stacji przemysłowych rozmieszczonych na orbitach wokół Idrii. Otwarte w przedniej części kadłuba wrota okrągłej ładowni dawały dostęp do metalowej jaskini, pełnej zacisków do mocowania ładunku, gniazd interfejsowych systemów regulacji otoczenia, prętów usztywniających omotanych wiązkami kabli sygnałowych i zasilających; wszystko to było owinięte matową złotą folią i słabo oświetlone.
    Zbudowany z kompozytu i karbotanu, opleciony siecią przewodów i rur przedział dokowy przypominał wyglądem krater. Reflektory wiszące na okrągłych ścianach rzucały snopy białego światła na posępny kadłub statku kosmicznego, zastępując wątły blask słońca, gdy stacja pogrążała się w cieniu planetoidy. Naokoło obrzeża doku stało kilka szkieletowych urządzeń przeładunkowych, które wyglądały jak wieże rusztowań nie rozebrane po budowie stacji. Każde z nich miało długie, czteroprzegubowe ramię do załadunku towarów. Ramionami sterowało się z konsol umieszczonych wewnątrz przezroczystych baniek sterczących z karbotanowych pancerzy niby błyszczące wąsonogi.
    Uczepiony kabłąka w pomieszczeniu inspektora Joshua Calvert wisiał z nosem przy półokrągłej szybie antyradiacyjnej, obserwując, jak ramię dźwignicy przenosi następny zasobnik. Kontenery miały dwa metry długości: cylindry ciśnieniowe z lekko zaokrąglonymi końcami; przed nagłymi skokami temperatury w przestrzeni kosmicznej chroniła je gruba, biała powłoka z kompozytu.
    Naniesiono na nie geometryczne logo z orłem Lassen Interstellar i rządki drobnych czerwonych literek. Zgodnie z opisem, zawierały cewki indukcyjne do magnetycznego ściskania supergęstej plazmy w tokamakach. Dziewięćdziesiąt procent zasobników rzeczywiście zawierało to, co wymieniały wykazy, lecz w pozostałych schowano mniejsze, bardziej zwarte cewki, które wytwarzały jeszcze silniejsze pole magnetyczne stosowane w komorach utrzymania antymaterii.
    Ramię dźwignicy opuściło zasobnik do ładowni „Lady Makbet”, gdzie unieruchomiły go zaciski mocujące. Joshuę dręczył ciągły niepokój. W granicach układu Nowej Kalifornii cewki te nie były zakazanym towarem, przy czym mylne oznaczenia nie odgrywały tu żadnej roli. W przestrzeni międzygwiezdnej legalność ich przewozu budziła już szereg poważnych zastrzeżeń, aczkolwiek przyzwoity prawnik umiałby oczyścić go z zarzutów. Jednakże w układzie Puerto de Santa Maria, dokąd się udawał, takich jak on witano słowami: Wdepnąłeś w gówno, synku, z którego już nie wyjdziesz.
    Sara Mitcham ścisnęła jego dłoń.
    — Czy to nam naprawdę potrzebne? — zapytała półszeptem.
    Tutaj, w przezroczystej półkuli, ściągnęła watowany ochraniacz na głowę, przez co jej jasnobrązowe włosy falowały ospale w nieważkości. Zaciskała wargi, zmartwiona.
    — Niestety. — Pogłaskał palcem wewnętrzną część jej dłoni; często używali tego sygnału na pokładzie „Lady Makbet”. Sara była kochanką z dużym temperamentem, toteż długie godziny upłynęły im na eksperymentach w klatce. Tym razem jednak nie poprawił jej humoru.
    Nie to, żeby „Lady Makbet” nie przynosiła pieniędzy. W ciągu tych ośmiu miesięcy, jakie upłynęły od podpisania pierwszego kontraktu z Rolandem Framptonem, przewieźli siedem ładunków i jedną grupę pasażerów, bakteriologów mających dołączyć do ekipy zwiadu ekologicznego na planecie Northway. Ale też „Lady Makbet” pochłaniała pieniądze w zastraszającym tempie: ilekroć dokowali, należało uzupełnić zapasy i paliwo, przy czym nie było lotu, żeby coś się nie przepaliło lub nie podlegało regulaminowej wymianie. Do tego dochodziły pobory załogi, opłaty celne i portowe, wizy wjazdowe. Joshua nie zdawał sobie wcześniej sprawy z ogromu kosztów związanych z eksploatacją „Lady Makbet”.
    Marcus Calvert przemilczał tę stronę kosmicznych wędrówek. Zyski były małe, czasem wręcz znikome, a nie mógł podnieść stawek, gdyż nie dostałby żadnego zamówienia. Więcej zarabiał na zbieraniu artefaktów.
    Teraz więc poznał prawdę kryjącą się za słowami kapitanów, którzy odwiedzali bar Harkeya i inne tego typu lokale w całej Konfederacji. Opowiadali zawsze, jak dobrze im się wiedzie, jak to latają raczej z czystej miłości do gwiezdnych podróży niż z finansowej konieczności. Okazało się, że to wszystko stek bzdur, artystycznie zmyślonych kłamstw. Tylko bankierzy siedzieli sobie wygodnie w fotelach i zgarniali szmal, oprócz nich każdy tyrał, żeby się dorobić.
    „Nie ma się czego wstydzić — powiedział mu Hasan Rawand przed dwoma tygodniami. — Każdy tkwi w tym bagnie. Do diabła, Joshua, ty i tak masz się lepiej niż wielu z nas. Nie musisz spłacać kredytu”.
    Hasan Rawand był kapitanem „Dechala” — niezależnego transportowca, mniejszego od „Lady Makbet”. Dobiegał osiemdziesiątki i latał już od półwiecza, z czego ostatnie piętnaście lat jako kapitan własnego statku.
    „Prawdziwej kasy nie zarobisz na oficjalnych kontraktach — tłumaczył. — I nic na to nie można poradzić. Cienko przędziemy, bo wielkie przedsiębiorstwa przewozowe trzymają łapę na najbardziej dochodowych trasach. Powstały szczelne kartele, do których ty czy ja w życiu się nie wciśniemy”.
    Popijali drinki w barze na krążącej wokół Baydona stacji przemysłowej: dwukilometrowym alitynowym kole, obracającym się na tyle szybko, żeby zapewnić na obrzeżu dwie trzecie standardowej grawitacji. Oparty o bufet, Joshua patrzył, jak nocna strona planety przesuwa się za panoramicznym oknem. Świetliste cętki metropolii i miast rysowały dziwne wzory w mroku.
    „W takim razie gdzie szukać pieniędzy?” — zapytał. Pił tak już od dobrych trzech godzin, a więc dość długo, by alkohol przetoczył się przez jego wzmocnione organy i dotarł do mózgu. Dzięki temu wszechświat jawił mu się w weselszych kolorach.
    „Ano tam, gdzie mógłbyś przetestować ten poczwórny napęd, w który wyposażyłeś Lady Makbet”.
    „Daj spokój, aż tak napalony na kasę to ja nie jestem”.
    „Dobra, w porządku. — Hasan Rawand gestykulował żywiołowo, krople rozlewanego piwa zataczały w powietrzu wolne łuki.
    — Wiedz tylko, co się liczy w tym biznesie: akcje bojowe i łamanie sankcji. Po to właśnie istnieją w tej galaktyce niezależni przewoźnicy. Każdy bierze taką fuchę raz na jakiś czas. A niektórzy, jak ja, trochę częściej niż inni. Dzięki temu stać mnie na remont kadłuba i solidne deflektory antyradiacyjne”.
    „Pewnie robisz wiele kursów”.
    „Nie aż tak wiele. Stąd właśnie bierze się zła sława otaczająca niezależnych przewoźników. Ludzie myślą, że zawsze działamy poza prawem, ale to nieprawda. Nie słyszą o tych wszystkich zwyczajnych lotach, które zajmują nam pięćdziesiąt tygodni w roku.
    Słyszą o nas wtedy, gdy się damy złapać, a agencje prasowe bombardują sieci reportażami z aresztowania. Padamy ofiarą antyreklamy, powinniśmy wnieść skargę”.
    „Ciebie jednak nie łapią?”
    „Dotąd im się nie udało. Opracowałem pewną metodę, stuprocentowo niezawodną. Ale potrzebne są dwa statki”.
    „Aha. — Joshua musiał być jednak bardziej pijany, niz mu się wydawało, bo następną rzeczą, którą usłyszał, były jego własne słowa: — Opowiedz coś o tym”.
    No i teraz, dwa tygodnie później, zaczynał żałować, że go wtedy wysłuchał. Aczkolwiek, musiał przyznać, metoda była diabelnie chytra. Te dwa tygodnie zeszły mu więc na gorączkowych przygotowaniach. Fakt, że Hasan Rawand potraktował go jak partnera, stanowił poniekąd wyróżnienie, albowiem tylko najlepszym kapitanom mogło się powieść takie przedsięwzięcie. Ostatecznie to nie on ponosił największe ryzyko, nie tym razem. Był podrzędnym partnerem. Któż by jednak pogardził dwudziestoma procentami zysku? Tym bardziej że dostawał na czysto osiemset tysięcy fuzjodolarów, w tym połowę z góry.
    A tymczasem ostatni zasobnik z cewkami magnetycznymi został bezpiecznie zamocowany w ładowni „Lady Makbet”. Ciche westchnienie ulgi wyrwało się z piersi Sarze Mitcham, gdy ramię dźwignicy złożyło się na swym łożu. Lękała się tego lotu, ale i ona wraz z resztą załogi wyraziła zgodę, kiedy Joshua wyjaśnił wszystkie niuanse operacji. Ostatnio ich sytuacja finansowa wyglądała dość marnie. Słabo sprzedawały się nawet fleksy z nagraniami zespołów mood fantasy, które załoga wpychała w portach nie zarejestrowanym dystrybutorom. Jej prywatne zbiory powoli się starzały, legalne sieci dystrybucyjne doganiały ją ze swoją ofertą.
    Na Idrii więcej albumów kupiła, niż sprzedała. Przynajmniej kultura mood fantasy miała się doskonale w układzie Nowej Kalifornii, będzie mogła sprzedawać nowe nagrania przez następne sześć miesięcy, szczególnie na zacofanych światach, dokąd podróżowała „Lady Makbet”.
    Pieniądze miały zasilić wspólne konto załogi i umożliwić im za jakieś dwa miesiące zakup pierwszego własnego ładunku. Tylko temu pięknemu marzeniu zawdzięczali, że nie przygniotła ich jeszcze szara rzeczywistość. Norfolk miał wkrótce znaleźć się w koniunkcji. Ładunek „Łez” powinien przynieść im spore zyski, jeśli będą jego właścicielami, zamiast wynajmować komuś ładownię.
    I może długo sytuacja nie zmusi ich do wykonywania podobnych lotów.
    — Wszystko na miejscu, a kadłub nawet nie zarysowany — obwieściła z zadowoleniem operatorka ramienia dźwignicy.
    Joshua spojrzał przez ramię z uśmiechem. Była szczupła i jak na jego gust, nieco za wysoka, lecz pod szmaragdowym, jednoczęściowym kombinezonem uwydatniały się miłe dla oka krągłości.
    — Świetna robota, dzięki. — Połączył się datawizyjnie z jej konsolą, aby osobistym kodem potwierdzić przełożenie zasobników do ładowni „Lady Makbet”.
    Sprawdziła dane i wręczyła mu fleks z jego manifestem.
    — Bon voyage, kapitanie.
    Joshua i Sara wyfrunęli z pomieszczenia. Sunąc labiryntem wąskich korytarzyków, dotarli do teleskopowego tunelu śluzy, która łączyła stację z modułami mieszkalnymi „Lady Makbet”.
    Operatorka dźwignicy odczekała kilka minut, po czym przymknęła powieki.
    — Wszystkie zasobniki załadowane. Planowane rozłączenie „Lady Makbet” od stacji za osiemnaście minut.
    — Dziękuję — odparł „Oenone”.

* * *

    Zmysły Tranquillity natychmiast wykryły zaburzenie pola grawitacyjnego, gdy w strefie dozwolonego wyjścia w odległości stu pięćdziesięciu kilometrów od habitatu otworzył się wylot tunelu czasoprzestrzennego. Na tle olbrzymiej tarczy brudnożółtego Mirczuska terminal jawił się jako bezbarwny, dwuwymiarowy dysk.
    Obserwując go za pośrednictwem czujników optycznych jednej i czuwających nad tą strefą platform strategiczno — obronnych, Tranquillity doznało niezwykle potężnego wrażenia głębi.
    Z tunelu wynurzył się „Ilex”: jastrząb, którego kadłub był wprawdzie niebieski, lecz z szarym odcieniem. Obrócił się z gracją dookoła swej pionowej osi, uskakując płynnie od kurczącego się gwałtownie terminalu.
    — „IIex”, okręt Sił Powietrznych Konfederacji ALV-90100, prosi o zezwolenie na podejście do lądowania.
    — Udzielam zezwolenia — odparło Tranquillity.
    Jastrząb pomknął w stronę habitatu, niemal od razu osiągając przyspieszenie 3 g.
    — Witam serdecznie — rzekł habitat. — Nieczęsto odwiedzają mnie jastrzębie.
    — Dziękuję. Choć przyznaję, że nie spodziewałem się tego przywileju. Jeszcze trzy dni temu pełniliśmy zwykłą służbę patrolową w sektorze EUas, aż tu raptem nakładają na nas obowiązki kuriera dyplomatycznego. Auster, mój kapitan, jest cokolwiek rozżalony. Twierdzi, że nie po to się zaciągaliśmy, aby teraz służyć jako taksówka.
    — Oho, to brzmi interesująco.
    — Wierzę, że nastąpiły wyjątkowe okoliczności. W związku z tym mój kapitan ma jeszcze jedno życzenie. Prosi mianowicie, aby Ione Saldana przyjęła niejakiego kapitana Maynarda Khannę, specjalnego wysłannika admirała Samuala Aleksandro vicha.
    — Wieziesz tego kapitana bezpośrednio z Avon?
    — Owszem.
    — Lord Ruin przyjmie z honorami wysłannika od admirała, a kapitana Austera i jego załogę zaprasza wieczorem na obiad.
    — Mój kapitan się zgadza. Ciekawi go Ione Saldana, na temat której tak szczegółowo rozwodziły się agencje prasowe.
    — Mógłbym ci o niej opowiedzieć kilka historyjek.
    — Naprawdę?
    — Chętnie się też dowiem, co słychać w sektorze Ellas. Dużo tam macie piratów?

* * *

    Gdy wagonik kolejki tunelowej przystanął, kapitan Khanna wyszedł na peron niedużej stacyjki. Miał trzydzieści osiem lat, krótko przycięte rudawe włosy, bladą skórę pokrywającą się piegami w promieniach słońca, regularne rysy twarzy i ciemnobrązowe oczy. Nienaganną sylwetkę zawdzięczał zalecanym przez wojsko wyczerpującym, czterdziestominutowym porannym ćwiczeniom, których nigdy jeszcze nie zaniedbał. Spośród stu pięćdziesięciu słuchaczy akademii wojskowej ukończył ją z trzecią lokatą; byłby najlepszy, gdyby komputerowa diagnoza psychiki nie wykazała u niego pewnego braku elastyczności: był „doktrynalnie zorientowany”.
    W sztabie generalnym admirała pracował od osiemnastu miesięcy i w ciągu tego czasu nie popełnił ani jednej pomyłki. Jednakże ta pierwsza indywidualna misja przejmowała go grozą. Radził sobie ze strategią i odpowiedzialnością dowódcy, nawet z polityką biura admiralicji, lecz częściowo przebywająca w ukryciu, powszechnie uwielbiana nastolatka z okrytej złą sławą odnogi rodu Saldanów, w dodatku połączona afinicznie z nie należącym do edenistów technobiotycznym habitatem — to już zupełnie inna sprawa. I jak tu, do diabla, naszkicować sobie portret psychologiczny takiej istoty?
    „Poradzisz sobie bez trudu — rzekł admirał Aleksandrovich na ostatniej odprawie. — Jesteś wystarczająco młody, aby ją sobą zainteresować, i wystarczająco bystry, aby nie zrazić jej niską inteligencją. Poza tym wszystkie dziewczyny kochają się w mundurze”. Starszy mężczyzna mrugnął i poklepał go przyjacielsko po ramieniu.
    Maynard Khanna wygładził marynarkę nieskazitelnie błękitnego munduru galowego, włożył czapkę z daszkiem, wyprostował ramiona i ruszył schodami w górę. Po chwili wyszedł na wyłożony kamiennymi płytami dziedziniec, który ozdabiały donice pełne wielobarwnych begonii i fuksji. Stąd na wszystkie strony rozbiegały się ścieżki, tonące dalej w subtropikalnej zieleni. Kątem oka złowił oddalony o sto metrów budynek, lecz nie poświęcił mu większej uwagi, zajęty podziwianiem walorów okolicy. Po przejściu śluzą z półki kosmodromu wsiadł od razu do czekającego wagonika, więc dopiero teraz miał sposobność przyjrzeć się wnętrzu. Same rozmiary Tranquillity budziły zdumienie: można byłoby tu zmieścić kilka przeciętnych habitatów edenistów i potrząsnąć nimi jak kośćmi do gry. Z góry przygrzewała oślepiająca tuba świetlna, w powietrzu płynęły spokojnie obłoczki podobne do strzępów waty cukrowej. Panorama lasów i łąk, srebrnych jeziorek i wężyków strumieni rozciągała się na lewo i prawo niczym stoki bożej doliny. A jeszcze w odległości ośmiu kilometrów było morze — nie mógł inaczej tego nazwać, patrząc na skrzące się fale i malownicze wysepki. Unosił wzrok, aby objąć cały łuk wody, zadzierając głowę tak, że o mało mu czapka nie spadła. Miliony ton wody wisiały nad nim, gotowe runąć z siłą potopu, któremu nie sprostałby Noe.
    Gwałtownie spuścił wzrok, próbując sobie przypomnieć, jak zwalczył zawroty głowy podczas wizyty w habitatach przy Jowiszu.
    „Proszę nie patrzeć ponad płaszczyznę horyzontu i zawsze pamiętać, że nieboraki na górze też się boją, abyśmy im na głowę nie spadli” — doradzał wtedy stary zrzędliwy przewodnik.
    Wiedząc, że poniósł porażkę, zanim tak naprawdę rozpoczął swoją misję, Maynard Khanna ruszył dróżką z żółtobrązowego kamienia w kierunku budynku, który przypominał wyglądem starogrecką świątynię. Była to długa bazylika z wysuniętym ku przodowi, nakrytym kopułą portykiem z jakiegoś czarnego materiału, wspartym na białych kolumnach, między którymi wstawiono panele z błękitnego, lustrzanego szkła.
    Ścieżka zaprowadziła go na tyły bazyliki, gdzie przy sklepionym wejściu, niby posągi koszmarnych straszydeł, stali na warcie dwaj sierżanci.
    — Kapitan Khanna? — zapytał jeden z nich. Głos brzmiał ciepło, przyjaźnie i zupełnie nie pasował do tak groźnej postaci.
    — To ja.
    — Lord Ruin oczekuje, proszę pójść za moim serwitorem. — Sierżant odwrócił się i poprowadził go do środka. Szli główną nawą, gdzie na ścianach z białego i brązowego marmuru wisiały wielkie obrazy w złoconych ramach. Początkowo Maynard brał je za hologramy, wkrótce jednak spostrzegł ich dwuwymiarowość, a przyjrzawszy się uważniej, stwierdził, że są to arcydzieła malarstwa olejnego. Przedstawiały przeważnie sceny wiejskie, ludzi odzianych w wykwintne, staroświeckie stroje, dosiadających koni bądź zebranych w ostentacyjnych pozach. Obrazki ze starej Ziemi, z epoki preindustrialnej. Ktoś taki jak Saldana nie zadowoliłby się kopią, to musiały być oryginały. Na samą myśl o ich wartości kręciło mu się w głowie. Prawdopodobnie za jedno takie malowidło można byłoby kupić krążownik liniowy.
    Na końcu nawy, przykryta ochronnym kloszem, spoczywała na postumencie kapsuła Wostoka. Maynard przystanął, by przyjrzeć się z mieszaniną lęku i podziwu starej, wysłużonej kuli. Była taka mała, taka prymitywna, chociaż przez kilka lat stanowiła szczytowe osiągnięcie ludzkiej techniki. Co kosmonauta niegdyś w niej siedzący pomyślałby sobie, widząc Tranquillitę?
    — Z której to rakiety? — zapytał sierżanta przyciszonym głosem.
    — Wostok 6. Wyniósł na orbitę Walentinę Tierieszkową, pierwszą kobietę w kosmosie.
    Ione Saldana czekała w wielkiej, okrągłej sali audiencyjnej, siedząc za ustawionym pośrodku drewnianym biurkiem w kształcie półksiężyca. Przez gigantyczne szklane panele między kolumnami wpadały szerokie smugi światła, rozsnuwając w powietrzu srebrzystobiałą mgiełkę.
    Na białej polipowej podłodze widniało godło: ogromnych rozmiarów niebieskoczerwony feniks w koronie. Wydawało mu się, że nigdy nie dojdzie do biurka; stukot obcasów na wypolerowanej posadzce budził dźwięczne echa w pustej przestrzeni.
    Wszystko po to, aby onieśmielić, pomyślał. Stając przed jej obliczem, człowiek zdaje sobie sprawę ze swej samotności.
    Dotarłszy do biurka, wyprężył się na baczność i zasalutował.
    Bądź co bądź, była głową państwa. Objaśnienia protokolarne admirała kładły duży nacisk na to, jak ma się zachowywać w jej obecności.
    Ione włożyła na tę okazję prostą, szmaragdowozieloną sukienkę z długimi rękawami. Jej krótkie, złociste włosy połyskiwały w jasnym świetle.
    Wyglądała tak samo jak na tych wszystkich nagraniach AV, które przejrzał. Była śliczna.
    — Proszę usiąść, kapitanie Khanna — rzekła z uśmiechem.
    — Na pewno nie jest ci zbyt wygodnie na stojąco.
    — Dziękuję pani. — Po jego stronie biurka stały dwa krzesła z wysokimi oparciami. Usiadł sztywno na jednym z nich.
    — Rozumiem, że przybywasz ze sztabu głównego Pierwszej Floty na Avon tylko po to, żeby się ze mną zobaczyć?
    — Tak, proszę pani.
    — Jastrzębiem?
    — Tak, proszę pani.
    — Ze względu na cokolwiek niezwykłą naturę tego świata nie mamy tu korpusu dyplomatycznego ani służb cywilnych — powiedziała swobodnym tonem. Delikatną rączką potoczyła po sali audiencyjnej. — Wszystkie funkcje administracyjne spełnia bez zarzutu osobowość habitatu. Jednakże na Avon Lordowie Ruin korzystają z usług firmy prawniczej, która reprezentuje interesy Tranquillity na forum Zgromadzenia Ogólnego Konfederacji. Jeśli wyniknie jakaś pilna sprawa, zawsze się możesz z nimi skonsultować. Spotkałam się z zarządem i całkowicie mu ufam.
    — Tak, proszę pani.
    — Daj spokój, Maynard. Skończ wreszcie z tym „proszę pani”. To nieoficjalne spotkanie i nie chcę się czuć jak opiekunka niedorosłych arystokratów w klubie dziennym.
    — Zgoda, Ione.
    Uśmiechnęła się promiennie. Efekt był piorunujący. Zachwyciły go jej oczy w niespotykanym odcieniu błękitu.
    — Od razu lepiej — powiedziała. — O czym chciałbyś ze mną porozmawiać?
    — O doktor Mzu.
    — Aha.
    — Znasz to imię?
    — Imię i większość związanych z nim okoliczności.
    — Admirał Aleksandrovich wolał nie poruszać tej sprawy z twoimi przedstawicielami na Avon. Wychodzi z założenia, że im mniej ludzi będzie orientować się w sytuacji, tym lepiej.
    Uśmiechała się ironicznie.
    — Mniej ludzi? Posłuchaj, Maynard: osiem agencji wywiadowczych prowadzi działalność w Tranquillity i każda z nich sprawuje tajny nadzór nad nieszczęsną doktor Mzu. Czasem boję się, że popadną w bezmyślną rutynę. Nawet Agencja Bezpieczeństwa Zagranicznego z Kulu założyła tu swoje biuro. Przypuszczam, że to obraża królewską dumę mojego kuzyna Alastaira.
    — Moim zdaniem, admirał miał na myśli ludzi spoza kręgów wysokich urzędników rządowych.
    — No tak, oczywiście. Ludzi, którzy szybko znaleźliby wyjście z tej przykrej sytuacji.
    Maynard Khanna wzdrygnął się w duchu, słysząc szyderstwo w jej głosie.
    — Biorąc pod uwagę, że doktor Mzu kontaktuje się z dowódcami statków kosmicznych, a sankcje nałożone na Omutę niebawem wygasną, admirał będzie ci bardzo wdzięczny, jeżeli poinformujesz nas o swych zamiarach wobec doktor Mzu — rzekł formalnym tonem.
    — Nagrasz to dla admirała?
    — Tak, w pełnej sensywizji.
    Ione patrzyła mu głęboko w oczy, mówiąc niezwykle wyraźnie i starannie:
    — Mój ojciec obiecał poprzednikowi admirała Aleksandremcha, że doktor Alkad Mzu nigdy nie dostanie pozwolenia na opuszczenie Tranquillity, a ja tę obietnicę podtrzymuję. Nie pozwolę jej stąd odlecieć i zareaguję natychmiast, jeśli zechce sprzedać bądź odstąpić komukolwiek posiadane informacje, nawet Flocie Konfederacji. Po śmierci zostanie poddana kremacji, co zniszczy doszczętnie jej neuronowy nanosystem. I niech Bóg sprawi, żeby uwolniło nas to od groźby.
    — Dziękuję.
    Ione trochę się odprężyła.
    — Kiedy przybyła tu przed dwudziestu sześciu laty, mnie jeszcze nie było w egzołonie. Powiedz mi, bo jestem bardzo ciekawa, czy wywiad Floty odkrył, jak zdołała przetrwać zniszczenie Garissy?
    — Na pewno nie było jej wtedy na planecie. Ewakuację organizowały Siły Powietrzne Konfederacji, jej imię musiałoby figurować na którejś z list pasażerów. Nadaremnie pytaliśmy w osiedlach asteroidalnych. Narzuca się tylko jedno logiczne wyjaśnienie: kiedy Omutanie bombardowali Garissę, doktor Mzu uczestniczyła w jakiejś tajnej pozasystemowej misji wojskowej.
    — Nadzorowała „Alchemika”?
    — Kto wie? Urządzenie nie zostało użyte, to nie ulega wątpliwości. Albo nie zadziałało, albo zostali przechwyceni. Sztab generalny skłania się ku temu drugiemu wytłumaczeniu.
    — Jeśli ona przetrwała, „Alchemik” również musiał przetrwać.
    — O ile go w ogóle skonstruowano.
    Uniosła brwi.
    — Myślałam, że skoro upłynęło tyle czasu, uznaliście to za pewnik.
    — Otóż to, upłynęło tyle czasu, że powinniśmy już usłyszeć o nim coś więcej niż tylko pogłoski. Bo jeśli istnieje, to dlaczego rozbitkowie z Garissy nie próbowali wykorzystać go przeciwko Omucie?
    — Oby zawsze kończyło się na pogłoskach, gdy chodzi o machiny końca świata.
    — Oby.
    — Wiesz, czasami ją obserwuję, kiedy pracuje w wydziale fizyki instytutu badawczego. Jest dobrym fachowcem, koledzy ją szanują. Ale jeśli chodzi o zdolności umysłowe, to niczym specjalnym się nie wyróżnia.
    — Czasem wystarczy jedno wspaniałe olśnienie.
    — Rzeczywiście. To sprytne z jej strony, że się tutaj schroniła.
    W jedynym miejscu, gdzie może się czuć całkowicie bezpieczna, a zarazem w jedynym mininarodzie, który, o czym wszyscy wiedzą, nie stanowi militarnego zagrożenia dla innych członków Konfederacji.
    — Czy to oznacza, że nie będziesz się sprzeciwiać, jeśli pozostawimy tu nasz zespół obserwacyjny?
    — Owszem, tylko nie nadużywajcie mojej pobłażliwości. Pocieszcie się jednak, bo prawdopodobnie doktor Mzu korzysta z dobrodziejstw niewielu genetycznych modyfikacji, a możliwe, że z żadnych. Pożyje jeszcze trzydzieści, najwyżej czterdzieści lat.
    Później będzie po wszystkim.
    — Doskonale. — Pochylił się kilka milimetrów do przodu, wykrzywiając wargi w delikatnym uśmieszku. — Ale to nie wszystko.
    Ione otworzyła szerzej oczy z niewinnym zaciekawieniem.
    — Tak?
    — Joshua Calvert, kapitan niezależnego statku handlowego, wymienił twoje imię w odniesieniu do jednego z naszych agentów.
    Skierowała wzrok na sufit, jakby z największym wysiłkiem usiłowała coś sobie przypomnieć.
    — A tak, Joshua. Pamiętam go, spowodował tu wielkie poruszenie na początku roku. Znalazł w Pierścieniu Ruin cenny moduł elektroniczny Laymilów. Poznałam go na przyjęciu, to miły młody człowiek.
    — Owszem — przytaknął Maynard Khanna z wahaniem. — A więc nie ostrzegałaś go, że Erick Thakrar jest jednym z naszych najtajniejszych agentów?
    — Imię Ericka Thakrara nie przeszło nigdy przez moje usta.
    Nawiasem mówiąc, Thakrar wystarał się właśnie o miejsce wśród załogi kapitana Andre Duchampa na statku „Villeneuve’s Revenge”, jednostce adamistów wyposażonej w napęd na antymaterię.
    Komandor Olsen Neale niewątpliwie potwierdzi tę informację.
    Erick Thakrar nie został zdekonspirowany. Mogę cię zapewnić, że Andre Duchamp niczego nie podejrzewa.
    — Cóż, to dla nas wielka ulga, admirał się ucieszy.
    — Miło mi to słyszeć. I nie przejmuj się, proszę, Joshuą Calvertem. Jestem przekonana, że nie zrobi niczego, co jest niezgodne z prawem, to naprawdę przykładny obywatel.

* * *

    — „Lady Makbet” przygotowuje się do skoku w głąb układu — przestrzegł załogę „Oenone”. Znajdowali się w odległości dwóch tygodni świetlnych od gwiazdy Puerto de Santa Maria; w jej nikłym blasku na okrytym pianką kadłubie jastrzębia kładły się prawie niewidoczne cienie. „Nephele” dryfował tylko osiemset kilometrów nad górnym pokładem, a mimo to nie dostrzegały go optyczne sensory okrętu.
    Dwadzieścia tysięcy kilometrów bliżej słabo widocznej gwiazdy „Lady Makbet” chowała zespoły czujników i panele termozrzutu z wdziękiem lądującego orła.
    Gdybyż cała podróż statku adamistów przebiegała tak płynnie, rozmyślała Syrinx. Ten kapitan Calvert musiał być urodzonym nieudacznikiem. Dystans pięćdziesięciu lat świetlnych, jaki dzielił ich od Nowej Kalifornii, przebyli w ciągu sześciu dni. Manewry „Lady Makbet” przy każdorazowym podejściu do współrzędnych skoku przeciągały się godzinami. A w transporcie czas to pieniądz. Jeżeli Calvert pilotował w ten sposób statek, to nic dziwnego, że tak rozpaczliwie potrzebował pieniędzy.
    — Uwaga — zwróciła się do Larry’ego Kouritza. — Nakierował się na planetoidę Ciudad.
    — Zrozumiałem — potwierdził dowódca oddziału piechoty.
    — Ach, Ciudad — mruknęła Eileen Carouch, przeglądając w neuronowym nanosystemie plik z informacjami o układzie Puerto de Santa Maria. — Zgodnie z raportem służb wywiadowczych rządu planetarnego swoje bazy założyło tam kilka ugrupowań rebelianckich, które walczą o niepodległość.
    — Zwracam się do wszystkich — nadała Syrinx. — Zaraz po wynurzeniu wychodzimy z trybu niewykrywalności. „Lady Makbet” ma na wyposażeniu działka maserowe, więc nie róbmy żadnych głupstw. Chi, odpowiadasz za kierowanie ogniem.
    Jeśli spróbują jakiejś sztuczki, rozwal ich bez namysłu. „Nephele”, ty wypatruj obcych statków. Rebelianci, którzy tak desperacko zabiegają o technologię utrzymania antymaterii, mogą wysłać eskortę wraz z kurierem.
    — Będziemy cię osłaniać — odparł Targard, kapitan „Nephele”.
    Uwagę Syrinx przykuły teraz dane napływające z sensorów „Oenone”. „Lady Makbet” przybrała wygląd idealnej kuli. Błękitne płomienie jonów rozpłynęły się w nicość. Nastąpiło krótkotrwałe odkształcenie w jednorodnej strukturze przestrzeni.
    — W drogę — zakomenderowała.
    „Oenone” wystrzelił z terminalu tunelu czasoprzestrzennego w odległości tysiąca siedmiuset kilometrów od „Lady Makbet”.
    Z kadłuba posypała się chmura płatków pianki ochronnej, gdy wokół toroidu załogi wysunęły się czujniki elektroniczne i panele termozrzutu. Generatory termonuklearne systemów bojowych toroidu w dolnym kadłubie jastrzębia wznowiły wytwarzanie energii. Zaczęły się rozkładać lasery promieniowania X. W toroidzie załogi powstała sztuczna grawitacja. Równocześnie zwiększyło swą objętość pole dystorsyjne, nadając jastrzębiowi przyspieszenie 7 g. Statek zakręcił ostro, by wejść na trajektorię lotu „Lady Makbet”. Dwieście kilometrów dalej „Nephele” otrząsał się z płaszcza ochronnego.
    Ciudad jawił się stąd jako odległa, matowa plamka z towarzyszącą jej niewielką konstelacją stacji przemysłowych. Czujniki systemów strategicznoobronnych omiotły swym promieniowaniem korpus „Oenone”.
    Syrinx wyczuwała osobliwe, uboczne oscylacje pola dystorsyjnego. Pianka odpadała na całej powierzchni kadłuba.
    — Od razu lepiej — westchnął „Oenone” niemal podświadomie.
    Syrinx nie miała czasu na żadne reprymendy, z toroidu dolnego kadłuba wychodziła już bowiem czasza nadajnika, przekręcając się w stronę ściganego transportowca.
    — Do statku gwiezdnego „Lady Makbet” — przekazała Syrinx za pośrednictwem procesorów technobiotycznych nadajnika.
    — Tu okręt Sił Powietrznych Konfederacji „Oenone”. Nie zmieniajcie pozycji, nie włączajcie silników odrzutowych, nie inicjujcie skoku. Przygotujcie się do spotkania. Wejdziemy na pokład.
    „Oenone” objął polem dystorsyjnym statek adamistów.
    Syrinx słyszała, jak Tulą kontaktuje się z wojskowym ośrodkiem dowodzenia w Ciudad, zawiadamiając o uruchomieniu procedury przechwycenia statku.
    Wtem z projektorów AV dobiegł beztroski głos Joshuy Calverta:
    — Cześć, „Oenone”. Masz jakieś kłopoty? W czym możemy pomóc?
    Przy przyspieszeniu 4 g Syrinx leżała sztywno w fotelu z zaciśniętymi zębami, spoglądając tylko na wstrętną kolumnę w zdumieniu i konsternacji.

* * *

    Ostatnie pięć kilometrów „Oenone” pokonał z maksymalną ostrożnością, kierując na „Lady Makbet” każdy czujnik i każdą broń, gotów zareagować na najmniejszy przejaw oszustwa. Gdy odległość zmniejszyła się do stu pięćdziesięciu metrów, jastrząb powoli obrócił się górnym kadłubem do statku adamistów. Dwa rękawy śluzowe wyciągnęły się z obu stron, zetknęły i szczelnie zwarły. Larry Kouritz wprowadził swój oddział do modułów mieszkalnych „Lady Makbet”, stosując się do procedur zabezpieczenia i przeszukania z iście podręcznikową skrupulatnością.
    Za pośrednictwem pęcherzy sensorowych jastrzębia Syrinx obserwowała, jak rozwierają się podwójne wrota załadunkowe hangaru w toroidzie załogi „Oenone”. Oxley wyleciał w przestrzeń małym, kanciastym wielofunkcyjnym pojazdem serwisowym; pomarańczowożółte gazy wylotowe popychały go w kierunku otwartego luku ładunkowego „Lady Makbet”.
    Dwaj żołnierze w pancernych kombinezonach z ciemnego karbotanu wprowadzili na mostek Joshuę Calverta, który rozdawał członkom załogi „Oenone” przyjacielskie uśmiechy; na widok Syrinx jego twarz jeszcze bardziej się rozjaśniła.
    Nie umiała ukryć zakłopotania, gdy przystojny młodzieniec świdrował ją wzrokiem.
    — Wykiwali nas — zawyrokował nagle Ruben.
    Syrinx zerknęła na kochanka. Siedział za konsolą z wyrazem ponurej rezygnacji, przeczesując palcami białe, kręcone włosy.
    — Co masz na myśli?
    — Wystarczy na niego spojrzeć, Syrinx. Czy tak wygląda człowiek, któremu grozi czterdzieści lat za przemyt?
    — Przez cały lot siedzieliśmy mu na ogonie, z nikim się nie spotykał.
    Ruben drwiąco uniósł brwi.
    Skierowała uwagę z powrotem na wysokiego kapitana. Denerwowało ją, jak przewiercał wzrokiem jej piersi.
    — Kapitanie Syrinx — rzekł ciepło. — Chciałbym złożyć gratulacje zarówno pani, jak i temu wspaniałemu statkowi. Cóż za przedniej marki lot, naprawdę. Jezu, niektórzy z mojej załogi najedli się strachu co niemiara, kiedy tak na nas skoczyliście. Myśleliśmy, że to dwa czarne jastrzębie. — Wyciągnął rękę. — Miło mi spotkać tak niezwykle utalentowanego kapitana. Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale dodam jeszcze, że również wyjątkowo atrakcyjnego.
    — O tak, z pewnością nas wykiwali.
    Syrinx zignorowała wyciągniętą rękę.
    — Kapitanie Calvert, mamy powody przypuszczać, że jest pan zamieszany w import technologii zakazanej w tym układzie planetarnym. Ostrzegam, że na mocy przepisów ustanowionych przez Zgromadzenie Ogólne Konfederacji „Lady Makbet” zostanie dokładnie przeszukana. Każdy sprzeciw wobec moich żądań zostanie potraktowany jako pogwałcenie kodeksu prawa kosmicznego, który zezwala upoważnionemu oficerowi na pełny dostęp do systemów pokładowych i nagrań z przebiegu lotu, jeśli wyrazi życzenie.
    I ja właśnie takie życzenie wyrażam. Zrozumiał pan?
    — No cóż?! Zgadzam się — odparł Joshua z powagą. Nuta zwątpienia wkradła się w ton jego głosu. — Proszę się nie gniewać, ale czy jest pani pewna, że macie właściwy statek?
    — W stu procentach — odparła Syrinx lodowato.
    — Cóż, trudno. Oczywiście, we wszystkim pójdę wam na rękę. Uważam, że Siły Powietrzne odwalają kawał dobrej roboty.
    Dla nas, statków handlowych, to duża pociecha, że tacy jak wy czuwają nad porządkiem między gwiazdami.
    — Dałbyś już spokój, synku — odezwał się Ruben zmęczonym głosem. — Nie psuj wrażenia. Tak dobrze ci szło.
    — Jestem tylko zwykłym obywatelem, dlatego bez sprzeciwu poddam się procedurze.
    — Zwykłym obywatelem, który posiada statek z napędem na antymaterię — burknęła Syrinx z przekąsem.
    Joshua wbił wzrok w przód jej bladoniebieskiego kombinezonu.
    — Nie ja go projektowałem. Tak po prostu został zbudowany.
    Ściślej mówiąc, zbudowany został w Ferring Astronautics w ziemskim Halo 0’Neilla. A zdaje mi się, że Ziemia jest największym sojusznikiem edenistów w Konfederacji. W każdym razie tak mówią moje dydaktyczne kursy historii.
    — Mamy wspólny pogląd na świat — odparła Syrinx z niechęcią; cokolwiek innego zabrzmiałoby jak przyznanie się do winy.
    — Nie mogłeś wymontować tego napędu? — zapytał Ruben.
    Stosownie do sytuacji, Joshua natychmiast przybrał zafrasowaną minę.
    — Ba, gdybym tylko mógł sobie na to pozwolić. Nie macie pojęcia, jak poważnych uszkodzeń doznał statek, gdy mój ojciec ratował edenistów przed piratami. Naprawa pochłonęła wszystkie moje oszczędności.
    — Jakich edenistów? — wypsnęło się Cacusowi.
    — Ty idioto — oburzyli się na niego Ruben i Syrinx. Inżynier odpowiedzialny za moduły mieszkalne bezradnie rozłożył ręce.
    — Zorganizowano kiedyś konwój ratunkowy do Anglade — zaczął opowieść Joshua. — Przed laty wybuchła tam epidemia jakiejś choroby bakteryjnej. Mój ojciec, ma się rozumieć, przyłączył się do akcji, bo czymże są interesy handlowe w porównaniu z ratowaniem ludzkiego życia? Zabierali na planetę sprzęt do wytwarzania bakteriofagów, żeby na miejscu wyprodukować antidotum. Zły los sprawił, że zaatakowały ich czarne jastrzębie w celu przejęcia ładunku, gdyż tego rodzaju sprzęt jest bardzo drogi. Jezu, niektórzy ludzie są jak zwierzęta. Wywiązała się walka i jeden z jastrzębi eskortowych został ranny. Czarne jastrzębie szykowały się do zadania decydującego ciosu, lecz ojciec czekał, aż załoga opuści uszkodzony statek. Skoczył, mimo że objęło go już swym zasięgiem pole dystorsyjne wrogów. To była ich jedyna szansa.
    Poczciwa „Lady Makbet” doznała wielu zniszczeń, lecz dzięki niej uszli z życiem. — Joshua zamknął oczy, jakby wspominał stary ból. — Ojciec rzadko o tym mówił.
    — Czy on nie buja? — spytał Ruben.
    — Rzeczywiście mieli na Anglade jakąś epidemię? — chciała wiedzieć Tulą.
    — Tak — odparł „Oenone”. — Dwadzieścia trzy lata temu.
    Chociaż nie ma żadnych wzmianek o napaści na konwój ratunkowy.
    — Zaskakujesz mnie — rzekła Syrinx.
    — Ten kapitan wydaje się przyzwoitym człowiekiem — stwierdził „Oenone”. — I widać, że wpadłaś mu w oko.
    — Prędzej bym wstąpiła do klasztoru adamistów. A zresztą, pozostaw analizy psychologiczne ludziom, zgoda?
    Nastąpiła pełna wyrzutu cisza w jej myślach.
    — W porządku, ale to już przeszłość — powiedziała Syrinx z lekkim zakłopotaniem. — Natomiast pański problem odnosi się do dnia dzisiejszego.
    — Syrinx? — odezwał się Oxley wyważonym, ostrzegawczym tonem.
    — Tak?
    — Na razie otworzyliśmy dwa zasobniki. Oba zawierają cewki do tokamaków wyszczególnione w manifeście. Ani śladu technologii utrzymania antymaterii.
    — Co takiego? Oni nie mogą wieźć cewek do tokamaków.
    Oczami Oxleya rozejrzała się po ciasnej kabinie pojazdu serwisowego. Na kilku ekranach dominowały zawiłe, wielobarwne wykresy. Przy pilocie w oplotach pasów siedziała Eileen Carouch, oficer łącznościowy, obserwując ekrany z zatroskaną miną. Poza szybą Syrinx widziała jeden z zasobników z ładowni „Lady Makbet” w objęciach mechanicznych ramion o dużym udźwigu. Z odemkniętego zasobnika podobne do szczęk łapy manipulatora wydobywały cewki do tokamaków.
    Eileen Carouch odwróciła się twarzą do Oxleya.
    — Nie wygląda to dobrze. Zgodnie z naszymi informacjami, te właśnie zasobniki powinny zawierać cewki do komór utrzymania antymaterii.
    — Wykiwali nas — utrzymywał Ruben.
    — Przestaniesz wreszcie to powtarzać? — zirytowała się Syrinx.
    — Co dalej? — spytał Oxley.
    — Sprawdźcie każdy zasobnik, w którym mogą być przemycane cewki.
    — Już się robi.
    — Wszystko w porządku? — zapytał Joshua.
    Syrinx otworzyła oczy i przywołała na usta zabójczo słodki uśmiech.
    — Jak najbardziej, dziękuję.
    Eileen Carouch i Oxley otworzyli wszystkie osiemnaście zasobników, które miały rzekomo zawierać nielegalne cewki. W każdym z nich znaleźli starannie zapakowane cewki do tokamaków.
    Syrinx poleciła im otworzyć jeszcze pięć losowo wybranych zasobników. Zawierały cewki do tokamaków.
    Poddała się. Ruben miał rację, zostali wykiwani.

* * *

    Tej nocy, gdy leżała na koi, sen nie przychodził, ale przynajmniej zmęczenie ciała spowodowane dziesięcioma dniami morderczej pracy niemal ją opuściło. Obok spał Ruben. Po służbie nie mieli ochoty na seks, była w zbyt ponurym nastroju. Na dodatek Ruben przyjmował porażkę z obojętnością, która ją drażniła.
    — Kiedy popełniliśmy błąd? — zapytała jastrzębia. — Przez cały czas obserwowałeś pilnie tego starego gruchota. Nieomylnie za nim podążałeś. Bałam się czasem, czy „Nephele” za nami nadąży. Jego orientacja przestrzenna nie umywa się do twojej.
    — Może agenci w Idrii stracili z oczu cewki?
    — Byli stuprocentowo pewni, że trafiły do ładowni „Lady Makbet”. Jeden taki zasobnik Calvert mógł ukryć w którymś z licznych pomieszczeń na statku. Ale nie osiemnaście.
    — Musiało dojść do podmiany.
    — Ale jak?
    — Nie wiem. Przykro mi.
    — Słuchaj, to nie twoja wina. Wykonałeś wszystko, o co cię poproszono, chociaż byłeś pokryty pianką.
    — Nie znoszę tego świństwa.
    — Wiem. Ale cóż, przed nami jeszcze tylko dwa miesiące służby. Potem znowu będziemy cywilami.
    — I dobrze!
    Syrinx uśmiechnęła się w skąpo oświetlonej kabinie.
    — A myślałam, że podoba ci się służba wojskowa.
    — Podoba.
    — Ale?
    — Czuję się samotny na tych wszystkich patrolach. Podczas rejsów handlowych zaczniemy spotykać inne jastrzębie i habitaty. Będzie weselej.
    — Pewnie masz rację. Tylko że wolałabym zakończyć służbę z klasą.
    — Czyżby Joshua Calvert tak ci dopiekł?
    — Przecież się z nas naśmiewał!
    — A mnie się wydał sympatyczny. Młody i beztroski, przemierza pustkę wszechświata. Bardzo romantyczne.
    — Daj spokój! Nie będzie jej długo przemierzał. Nie z takim usposobieniem. Wkrótce popełni jakiś błąd, ta jego arogancja go zgubi. Żałuję tylko, że nie będzie nas przy tym. — Otoczyła ramieniem Rubena, aby wiedział po przebudzeniu, że nie na niego się gniewała. Zaraz jednak po zamknięciu oczu towarzyszącą jej zwykle przy zasypianiu panoramę gwiazd wyparł łobuzerski uśmiech na kościstej twarzy.

13

    Nazywał się Carter McBride i miał dziesięć lat. Był jedynakiem, dumą rodziców, Dimitriego i Victorii, którzy go rozpieszczali, na ile było to możliwe w takich warunkach. Podobnie jak większość młodzieży w Aberdale, uwielbiał dżunglę i rzekę; Lalonde wydawało mu się światem bez porównania weselszym od posępnych grot z suchego betonu, stali i kompozytu w ziemskich arkologiach. Tutaj na każdym kroku trafiały się okazje do zabawy.
    W kącie należącego do ojca pola posiadał własny ogródek, gdzie rozkrzewiły się poddane genetycznym zabiegom truskawki, których wielkie, szkarłatne owoce nie gniły na deszczu i wilgoci.
    Miał też cockerspaniela; Chomper zawsze kręcił się ludziom pod nogami i wywlekał ubrania z chaty McBride’a. Chłopiec pobierał dydaktyczne kursy agronomii pod okiem Ruth Hilton, według której dość łatwo przyswajał wiadomości i zapowiadał się na doskonałego farmera. A ponieważ wkrótce miał skończyć jedenaście lat, rodzice pozwalali mu bawić się bez opieki. Twierdzili, że jest już wystarczająco odpowiedzialny, aby nie zapuszczać się daleko w głąb lasu.
    Następnego ranka po tym, jak Horst Elwes napotkał w kościele Lisylfa, Carter bawił się nad wodą, gdzie grupka dzieciaków budowała tratwę z desek pozostałych po pracach dorosłych przy jakiejś’ drewnianej konstrukcji. Nagle uświadomił sobie, że od piętnastu minut nie widział w pobliżu Chompera, rozejrzał się więc po polanie.
    Dostrzegłszy skrawek rudej sierści na krzaku za budynkiem publicznym, krzyknął donośnie, zdenerwowany zachowaniem niemądrego zwierzaka. Kiedy nie usłyszał odpowiedzi, ruszył z werwą na poszukiwania, chlupiąc butami w cienkiej warstwie błota. Gdy dotarł na skraj puszczy, posłyszał zajadłe szczekanie Chompera, dobiegające chyba z gąszczu drzew i chaszczy. Pomachał panu Travisowi, który odchwaszczał motyką ziemię wokół swoich maleńkich ananasów, po czym w ślad za psem ruszył w puszczę.
    Chomper, jak można by przypuszczać, celowo zamierzał go odciągnąć jak najdalej od wioski. Carter wołał i wołał, aż wreszcie zachrypł. Zgrzał się, spocił, a na potarganej koszulce pojawiły się długie żółtozielone smugi z soków wydzielanych przez łodygi roślin. Wybryk Chompera bardzo go rozzłościł, postanowił zaraz po powrocie uwiązać psa na smyczy. A potem zacznie się przyzwoita tresura, w której obiecał pomóc pan Manani.
    Pościg dobiegł wreszcie końca na maleńkiej polance, otoczonej wysokimi drzewami kaltukowymi. Poprzez gęsty baldachim liści przeciskały się wątłe promyki słońca. Kruche źdźbła trawy sięgały chłopcu do kolan, pnącza z kiściami jasnożółtych jagód oplatały błyszczące pnie. Chomper stał pośrodku polanki, powarkując na drzewo ze zjeżoną sierścią.
    Carter złapał go za kark, wywrzaskując wszystko, co w tej chwili myślał o psach. Cockerspaniel nie dał się jednak odciągnąć, zamiast tego zaszczekał z furią.
    — Co się z tobą dzieje? — zapytał chłopiec, zniecierpliwiony.
    I wtedy pojawiła się wysoka czarnoskóra kobieta. Dopiero co miał przed sobą drzewo kaitukowe, aż tu nagle pięć metrów przed nim stała w szarym kombinezonie, zdejmując kaptur. Na ramiona rozsypały jej się długie, kasztanowate włosy.
    Chomper zamilkł. Carter przylgnął do psa, wpatrując się w nieznajomą z rozdziawionymi ustami. Zaskoczenie odebrało mu mowę. Lecz gdy mrugnęła okiem i kiwnęła zachęcająco palcem, Carter uśmiechnął się i podbiegł do niej z ufnością.

* * *

    — Mam go — oznajmiła Camilla. — Słodziutki chłopaczek.
    — Uważaj, bo się rozczulę — odparł Laton burkliwie. — Pamiętaj tylko, że ma zostać tam, gdzie osadnicy łatwo go znajdą.

* * *

    — Horst, tak dłużej być nie może — powiedziała Ruth.
    Ksiądz tylko stęknął, rozpaczając w duchu nad swoją nędzną dolą. Leżał na pryczy, gdzie rzucono go zeszłej nocy. Wokół jego nóg ciasno owinęły się pomięte, oliwkowozielone koce. W nocy musiało mu być niedobrze, o czym świadczyła gęsta kałuża żółtawych wymiocin na podłodze przy wezgłowiu.
    — Idź sobie — wybełkotał.
    — Przestań się wreszcie zadręczać i wstawaj!
    Odwrócił się do niej powoli. Dostrzegła, że płakał: rzęsy miał mokre, oczy zaczerwienione.
    — Mówię serio, Ruth. Wyjedź stąd, natychmiast. Weź z sobą Jay i razem uciekajcie. Wsiądźcie na jakąkolwiek łajbę, choćby z was zdarli za bilet. Dopłyniecie do Durringham, a potem wyniesiecie się z tej planety. Bo tu nie da się żyć.
    — Skończ z tymi bredniami. W Aberdale nie jest aż tak źle.
    Poradzimy sobie jakoś z zesłańcami. Każę Molviemu zwołać dziś wieczór naradę, na której opowiem ludziom, co według mnie tutaj się wyrabia. — Zaczerpnęła powietrza. — Chcę, żebyś mnie poparł, Horst.
    — O nie, tylko nie to. Nie wolno drażnić zesłańców. Proszę, Ruth, posłuchaj mnie dla własnego dobra. Nie rób tego. Wyjedź stąd, póki czas.
    — Na miłość boską, Horst…
    — Ha! Bóg umarł! — przerwał jej z goryczą. — A przynajmniej dawno temu wykluczył tę planetę ze swojego królestwa.
    — Niecierpliwie kiwnął na nią palcem, zezując ukradkiem ku otwartym drzwiom.
    Ruth zbliżyła się z ociąganiem do pryczy, marszcząc nos, gdy poczuła smród.
    — Widziałem to — oświadczył Horst stłumionym, zachrypniętym głosem. — Zeszłej nocy. To było w kościele.
    — Niby co takiego?
    — To. Demon, którego wezwali. Widziałem go, Ruth. Był czerwony, błyszczał czerwienią, oślepiał piekielnym blaskiem.
    Oko szatana otworzyło się i spojrzało prosto na mnie. To jego świat, Ruth. Nie naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Niedobrze się stało, żeśmy tu przybyli. Niedobrze.
    — Cholera — mruknęła cicho. Uświadomiła sobie szereg rzeczywistych problemów: jak zabrać go do Durringham, czy na tej planecie mają w ogóle psychiatrę i kto mógłby przejąć tę prowizoryczną lecznicę, która służyła całej wiosce. Drapała się po spoconym karku, przypatrując mu się z namysłem, jakby stanowił jakąś skomplikowaną zagadkę czekającą na rychłe rozwiązanie.
    Rai Molvi przebiegł w pośpiechu po drewnianych schodkach i wpadł jak burza do środka.
    — Ruth — sapnął, zadyszany. — Wiedziałem, że cię tutaj zastanę. Carter McBride gdzieś zniknął. Dzieciaka nie ma już dwie godziny. Ponoć widziano, jak gnał do dżungli za tym swoim utrapionym psiskiem. Organizuję wyprawę poszukiwawczą. Idziesz z nami? — Rai Mol vi zdawał się nie zauważać Horsta.
    — Idę. Tylko poproszę kogoś o opiekę nad Jay.
    — Pani Cranthorp już się wszystkim zajmuje. Zbierze dzieci i przyrządzi im jakiś posiłek. Za dziesięć minut spotykamy się przy budynku publicznym. — Odwrócił się, by odejść.
    — I ja pomogę — zaofiarował się Horst.
    — Jak chcesz — odparł Rai, po czym wypadł na dwór.
    — No, no, zrobiłeś na nim wrażenie — rzekła Ruth.
    — Proszę cię, Ruth, musisz opuścić to miejsce.
    — Wieczorem o tym pogadamy. Teraz muszę się zająć szukaniem dzieciaka. — Zamilkła na moment. — Do licha, ten Carter jest mniej więcej w wieku Jay.

* * *

    Przeciągły gwizd poderwał wszystkich do biegu. Arnold Travis siedział skurczony pod pniem majopi. Srebrny gwizdek wisiał żałośnie w kąciku jego ust, a on sam wpatrywał się w ziemię tępym wzrokiem.
    Wieśniacy nadbiegali parami, przedzierając się przez pnącza i niskie krzewy, wyganiając hordy skrzeczącego ptactwa ku rozpalonemu niebu. Kiedy docierali na polankę, makabryczny widok zdawał się odbierać im resztki sił. Ludzie stawali w półokręgu przed wielkim dębem czereśniowym, patrząc ze zgrozą na jego potworne brzemię.
    Powel Manani przybył ostatni. Towarzyszył mu Vorix, przemykając zwinnie przez bujne podszycie. Umysł Powela rejestrował wrażenia psich zmysłów, monochromatyczne obrazy, ostre dźwięki i szeroką gamę zapachów. W powietrzu unosiła się ciężka woń krwi.
    Pomagając sobie łokciami, przecisnął się przez zszokowany tłum i objął spojrzeniem dąb czereśniowy…
    — Jezu! — Przykrył dłonią usta. Jakaś pierwotna cząstka jego duszy pragnęła dać upust straszliwej boleści, krzyczeć i krzyczeć, póki nie opuściłoby go całe wezbrane w nim raptem szaleństwo.
    Carter McBride zwisał z drzewa do góry nogami. Stopy uwiązano mu do pnia sznurami z wysuszonych pnączy, przez co wyglądał, jakby stał na głowie. Obie ręce były szeroko rozłożone, równolegle do ziemi za sprawą dwóch kołków wbitych przy nadgarstkach. Z długich ran nie ciekła już krew. Maleńkie owady kłębiły się w mokrej trawie poniżej głowy, sycąc się obfitością pokarmu.
    Dimitri McBride postąpił chwiejnie dwa kroki w stronę syna, po czym osunął się na kolana jakby do modlitwy. Powiódł błędnym wzrokiem po pobladłych twarzach.
    — Nie rozumiem. Carter miał dziesięć lat. Kto to zrobił? Nie rozumiem. Proszę, powiedzcie mi. — Ujrzał własny ból odbity w oczach łkających ludzi. — Za co to? Kto to zrobił?
    — Zesłańcy — odpowiedział Horst. Szkarłatne oczy małego Cartera mierzyły go martwym spojrzeniem, nagląc do mówienia.
    — To odwrócony krzyż — wyjaśnił skrupulatnie. Czuł, że należy teraz nazywać rzeczy po imieniu, aby wszyscy zrozumieli, co tu się naprawdę stało. — Przeciwieństwo krucyfiksu. Musicie wiedzieć, że oni czczą Jasnego Brata. A Jasny Brat jest kimś krańcowo różnym od naszego Pana Jezusa, dlatego sekty składają takie ofiary na znak szyderstwa. To właściwie całkiem logiczne zachowanie.
    — Horst z trudem łapał oddech, jakby przebiegł właśnie bardzo długi dystans.
    Dimitri McBride runął na Horsta z siłą młota pneumatycznego, przewrócił go na plecy i przycisnął całym swoim ciężarem.
    — Wiedziałeś’.’ Wiedziałeś! — ryczał. Zacisnął stalowe palce na gardle księdza i zaczął go dusić. — To był mój syn. A ty wiedziałeś! — Poderwał głowę Horsta, po czym grzmotnął nią o gąbczastą ziemię. — Żyłby teraz, gdybyś nam wcześniej powiedział.
    To ty go zabiłeś! Ty go zabiłeś! Ty!
    Świat Horsta jawił się teraz w czarnych barwach. Próbował coś powiedzieć, wytłumaczyć. Do tego właśnie go przygotowano: miał się starać, aby ludzie zaakceptowali rzeczywistość taką, jaka była naprawdę. Teraz jednak widział przed sobą tylko otwarte, wrzeszczące usta Dimitriego McBride’a.
    — Trzeba ich rozdzielić — zwróciła się Ruth do Powela.
    Nadzorca obrzucił ją pochmurnym spojrzeniem i niechętnie kiwnął głową na znak zgody. Skinął na dwóch osadników, którzy rozwarli zaciśnięte na gardle Horsta palce Dimitriego. Ksiądz nie podnosił się z ziemi, wciągając w płuca powietrze jak człowiek po ataku serca.
    Dimitri McBride szlochał zwinięty w kłębek.
    Trzech wieśniaków odcięło Cartera z drzewa i owinęło go płaszczem.
    — I co ja teraz powiem Victorii? — zapytał Dimitri, osowiały.
    — Co mam jej powiedzieć?
    Ręce znów dotykały jego ramion w wyrazie współczucia, oferując mu swą żałośnie bezskuteczną pociechę. Przytknięto mu do warg piersiówkę. Zakrztusił się, kiedy poczuł w przełyku palący trunek.
    Powel Manani stał nad Horstem Elwesem. Ponoszę nie mniejszą winę niż ten ksiądz, rozmyślał. Wiedziałem, że Quinn, ta gnida, przysporzy nam problemów. Ale, dobry Boże, żeby coś takiego? Ci zesłańcy nie są chyba ludźmi. Kto potrafi zrobić coś takiego, zdolny jest do wszystkiego.
    Do wszystkiego. Ta myśl uderzyła go niczym powiew mroźnego wiatru, odpędzając ostatnie resztki współczucia dla nieszczęsnego, pijanego księdza. Trącił Horsta czubkiem buta.
    — Hej, ty! Słyszysz mnie?
    Horst stęknął, wywracając oczy.
    Powel przelał na Vorixa całą swoją wściekłość. Pies puścił się pędem w stronę Horsta, obnażając wściekle zębiska.
    Na widok szarżującej bestii Horst z trudem dźwignął się na czworaka, przerażony furią zwierzęcia. Vorix zaszczekał głośno z pyskiem oddalonym o dziesięć centymetrów od twarzy księdza.
    — Hej! — zaprotestowała Ruth.
    — Zamknij się! — warknął Powel, nawet na nią nie patrząc.
    — Ty, ocknij się. Słyszysz, co do ciebie mówię?
    Vorix zawarczał.
    Wszyscy przyglądali się z napięciem tej dramatycznej scenie, nawet Dimitri McBride.
    — Oni nie są tu przypadkowo — rzekł Horst. — Musi być równowaga w naturze. Coś jest białe, coś czarne. Jest dobro i jest zło. Królestwo Boże w niebie i otchłań piekielna. Ziemia i Lalonde. Chyba to rozumiecie? — Uśmiechnął się do Powela.
    — Nie wszyscy zesłańcy przybyli z tej samej arkologii — stwierdził nadzorca niebezpiecznie obojętnym tonem. — Dopiero tutaj pierwszy raz się spotkali. A to oznacza, że Quinn dokonał tego wszystkiego na miejscu, zmienił ich w to, czym są dzisiaj.
    Ty dobrze znasz ich doktrynę. Przejrzałeś ją na wskroś. Kiedy wstąpili do sekty? Jeszcze przed Gwynem Lawesem? Jeszcze przed nim, księżulku? Wszyscy byli w to wmieszani przed jego dziwną, tajemniczą, brutalną śmiercią w dżungli? Czy tak?
    Z piersi kilku gapiów wyrwały się głośne westchnięcia. Powel usłyszał, jak ktoś szepcze:
    — Boże, proszę, tylko nie to.
    Horst nadal uśmiechał się obłąkańczo do nadzorcy.
    — Czy to zaczęło się wtedy, księżulku? — ciągnął Powel.
    — Quinn miał wiele miesięcy na to, aby ich złamać i odmienić, aby przejąć nad nimi kontrolę. Mam rację? A więc tym się przez cały czas zajmował w tej zmyślnej chacie o spadzistych dachach.
    A kiedy już nad nimi zapanował, zabrał się za nas. — Wymierzył palec w Horsta. Żałował, że to nie strzelba, że nie może rozwalić na kawałki tego niezdarnego gamonia. — A te napady w Durringham, Gwyn Lawes, Roger Chadwick, Hoffmanowie? Mój Boże, co oni zrobili Hoffmanom, że musieli ich później spalić, byśmy niczego nie poznali? A wszystko dlatego, że trzymałeś gębę na kłódkę. Jak zamierzasz się z tego wytłumaczyć Bogu, kiedy przed nim staniesz, księżulku? Ha?
    — Nie miałem pewności — jęknął Horst. — Poza tym oni nie są gorsi od ciebie. Jesteś nieokrzesany, podoba ci się życie w tej dziczy. Różni cię od nich tylko to, że tobie płacą. Gdybym bodaj pisnął, że wstąpili do sekty, wściekłość odebrałaby ci rozum.
    — Kiedy się dowiedziałeś?! — zagrzmiał Powel.
    Ramiona obwisły Horstowi, wtulił głowę w pierś i zwinął się w kłębek.
    — W dniu śmierci Gwyna.
    Powel zadarł głowę i pogroził pięściami niebiosom.
    — Quinn!!! — huknął. — Dopadnę cię! Dopadnę każdego z twoich pieprzonych koleżków! Słyszysz mnie, Quinn? Już po tobie!
    Vorix ujadał potępieńczo.
    Nadzorca potoczył wzrokiem po skupionych na nim posępnych obliczach, na których strach ustępował z wolna pierwszym przebłyskom gniewu. Znał się na ludziach, a ci gotowi byli pójść za nim. Nareszcie, wszyscy bez wyjątku. Nie zaznają spokoju, póki nie wytropią i nie zakatrupią ostatniego zesłańca.
    — Nie możemy tak po prostu założyć, że wszyscy skazańcy są jednakowi — wtrącił Rai Molvi. — Nie opierajmy się na jego słowach. — Spojrzał z odrazą na Horsta. I wtedy Vorix dopadł go znienacka. Pies wylądował mu na piersiach i Rai upadł na ziemię. Wrzasnął z przerażenia, gdy Vorix zaszczekał, kłapiąc paszczą o centymetry od jego nosa.
    — To znowu ty! — rzekł Powel Manani, a raczej prychnął tonem oskarżenia. — Urodzony urzędas! To ty chciałeś, żebym im pofolgował. Niech sobie wybudują chatę, mówiłeś. I dzięki tobie grasują teraz po okolicy. Gdybyśmy przestrzegali instrukcji, trzymali tych śmierdziuchów w gnoju, gdzie ich miejsce, nic podobnego by się nie zdarzyło. — Odwołał Vorixa od ciężko dyszącego, wystraszonego mężczyzny. — Ale masz rację. Nie wiemy, czy zesłańcy mieli cokolwiek wspólnego z Gwynem, Rogerem i Hoffmanami. Nie dojdziemy już prawdy, adwokacie oskarżonych, zgadza się? A więc wszystko, co mamy, to Carter. Znasz tu może kogoś, kto byłby zdolny rozszarpać w ten sposób dziesięcioletnie dziecko? Znasz? Bo jeśli tak, to chętnie posłuchamy, kto to taki.
    Rai Molvi pokręcił przecząco głową, zaciskając zęby z bólu.
    — A więc dobrze — rzekł Powel. — I cóż ty na to, Dimitri?
    Carter był twoim chłopakiem. Co według ciebie powinniśmy zrobić z ludźmi, którzy tak postąpili z twoim synem?
    — Zabić — odezwał się Dimitri pośrodku gromadki próbujących go pocieszyć sąsiadów. — Wybić do nogi.

* * *

    Wysoko nad czubkami drzew sokół kołował i zakręcał w zwinnym, podniebnym tańcu. Korzystał z gorących, wilgotnych prądów, aby przy minimalnym nakładzie sił utrzymać się w powietrzu. W podobnych przypadkach Laton nie zakłócał naturalnych instynktów ptaka — wystarczyło, że wskazywał mu cele. W dole, pod gęstą zasłoną liści, wędrowali ludzie. W maleńkich szparkach między gałęziami pojawiały się kolorowe plamki: to wyróżniający się wzór czyjejś koszulki, to znów brudna i spocona skóra. Zmysły łowieckie sokoła zapamiętywały każdy ruch, budując w wyobraźni kompletny, szczegółowy obraz.
    Czterech mężczyzn dźwigało ciało chłopca na prowizorycznych noszach. Poruszali się wolno, ostrożnie przestępując korzenie i strumyki, przytłoczeni smutkiem.
    Przed nimi w pewnym oddaleniu maszerowała główna grupa ludzi, a prowadził ją nadzorca Manani. Szli dziarskim krokiem.
    Znali swój cel. Laton wyczytywał to z ich ponurych, zaciętych i naznaczonych nienawiścią twarzy. Ci, co nie mieli strzelb laserowych, postarali się o pałki lub twarde kije.
    Z tyłu za wszystkimi sokół wypatrzył Ruth Hilton i Rai Molviego. Osłabione, przygaszone postacie, pogrążone w grobowym milczeniu. Każdą dręczyły wyrzuty sumienia.
    Horst Elwes pozostał sam na polance. Nadal leżał skulony na ziemi, wstrząsany gwałtownymi dreszczami. Raz po raz wydawał głośne okrzyki, jakby coś go kąsało. Prawdopodobnie postradał zmysły — Tak czy inaczej, doskonale odegrał swoją rolę i tylko to się liczyło.

* * *

    Leslie Atcliffe wynurzył się nad powierzchnię dziesięć metrów od pomostu w Aberdale, holując więcierz pełen myszokrabów. Przewrócił się na plecy i ruszył do brzegu, kopiąc wodę.
    Nad zachodnim widnokręgiem zaczynały się rozsnuwać ciemnoszare chmury. Ocenił, że za dwadzieścia minut spadnie deszcz.
    Kay siedziała na brzegu tuż nad lustrem wody, wysypując do skrzynki z otwartego więcierza skłębioną gromadkę przeznaczonych do filetowania myszokrabów. Miała na sobie wyblakłe szorty, bluzeczkę zrobią z koszulki, buty z wywiniętymi na cholewkę niebieskimi skarpetkami oraz kapelusik z plecionej trawy, który sama zrobiła. Leslie z przyjemnością patrzył na jej gibkie ciało, opalone na orzechowy kolor w ciągu miesięcy pracy w słońcu.
    Dopiero za trzy dni będzie mógł się z nią przespać. Podobało mu się, że Kay woli kochać się z nim niż z innymi. Resztę czasu spędzali na rozmowach, jak przyjaciele.
    Wstał, kiedy stopy zachrzęściły na żwirze.
    — Niosę świeżą dostawę! — zawołał. Myszokraby ślizgały się i wiły w więcierzu. Było ich co najmniej dziesięć; szczupłe, spłaszczone ciała z dwunastoma patykowatymi odnóżami, brązowymi łuskami przypominającymi mokrą sierść i szpiczastą głową zakończoną czarnym czubkiem niczym nos ziemskiego gryzonia.
    Kay wyszczerzyła zęby i energicznie pomachała ręką, ściskając nóż do filetowania, którego stalowe ostrze połyskiwało w słońcu. Jeden taki uśmiech sprawiał, że życie zdawało się Lesliemu piękniejsze.
    Oddział poszukiwawczy wynurzył się z dżungli czterdzieści metrów od nabrzeża. Leslie miał przeczucie, że coś niedobrego się święci. Maszerowali zbyt szybko: tak zwykli maszerować ludzie powodowani gniewem. I cała chmara zmierzała w stronę pomostu, co najmniej pięćdziesiąt osób. Leslie przypatrywał im się z niepokojem. Nie chodziło im o sam pomost, chodziło im o niego!
    — Boży Bracie — mruknął. Wyglądali na tłum żądny linczu.
    Quinn! Z pewnością Quinn znowu narozrabiał. Quinn, który nigdy nie dał się złapać, zawsze taki sprytny.
    Kay odwróciła się, słysząc głuchy pomruk wielu głosów. Przesłoniła oczy ręką. Akurat pojawił się Tony z pełnym więcierzem; i on spoglądał z lękiem na zbliżającą się grupę.
    Leslie zerknął za siebie, na rzekę. Przeciwległy brzeg z błotnistą skarpą i wałem drzew oplecionych pnączami znajdował się w odległości stu czterdziestu metrów. Wydał mu się nagle niezwykle kuszący. W ciągu ostatnich miesięcy Leslie nauczył się świetnie pływać. Na pewno by go nie złapali, gdyby teraz rzucił się do ucieczki.
    Czoło tłumu zbliżyło się do siedzącej Kay. Dostała prosto w twarz bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Leslie widział, kto ją uderzył: niejaki Garlworth, czterdziestopięcioletni koneser win, który uparł się, że założy własną winnicę. Spokojny, nie wchodzący nikomu w drogę człowiek, typ odludka. Teraz twarz nabiegła mu krwią, zwierzęca furia ożywiła jego rysy. Warknął triumfalnie, trafiwszy Kay pięścią w szczękę.
    Krzyknęła z bólu i przewróciła się na plecy, z ust wypłynęły jej czerwone krople. Ludzie ją otoczyli i zaczęli kopać z wściekłością podobną dzikiemu szałowi rozwścieczonego sejasa.
    — Wy gnoje! — wrzasnął Leslie. Odrzucił więcierz i ruszył ile sił w nogach w kierunku brzegu, rozchlapując sięgającą kolan wodę. Kay krzyczała pod nawałą bolesnych kopniaków. Leslie dostrzegł błysk noża do filetowania. Jeden z mężczyzn upadł i złapał się za łydkę. Wysoko w powietrze uniosła się pałka.
    Leslie nie usłyszał ani nie zobaczył, czy pałka opadła na zmaltretowaną dziewczynę. Runął jak burza na grupę osadników, którzy zbiegali ku niemu po stoku. Wśród nich pędził Powel Manani i wielką, odchyloną pięścią. W świecie Lesliego zapanował chaos, zawładnął nim instynkt. Razy spadały na niego ze wszystkich stron jednocześnie. Sam też rozdawał ciosy ze ślepą gwałtownością. Ludzie krzyczeli, ryczeli. Czyjaś pulchna dłoń schwyciła go za włosy, które ze straszliwym odgłosem darcia zaczęły wolno odrywać się od czaszki. Spryskała go struga piany, jakby walczył pod wodospadem. Ostre kły zwarły się wokół nadgarstka, ciągnąc w dół ramię. Wśród zajadłego warczenia trzask pękającej kości przeciągał się w nieskończoność. Ból wyparł wszelkie inne wrażenia, płynął każdym włóknem nerwowym. Ale jakoś tym się nie przejmował. Nie był w stanie oddawać ciosów, jakby tego chciał. Ręce nie reagowały. Opadł na kolana, przed oczami zatańczyły różowoszare pasma. Woda zamulonej rzeki burzyła się i nabierała szkarłatnego odcienia.
    Nastała taka chwila, kiedy nic się nie działo. Leżał sztywno, unieruchomiony pod nieustępliwymi rękami. Powel Manani wznosił się przed nim jak wieża. Gęstą, czarną brodę miał mokrą i potarganą, szczerzył okrutnie zęby. W chwilowej ciszy Leslie posłyszał dobiegające z dali żałosne zawodzenie dziecka. Zaraz jednak ciężki but Powela rąbnął go w krocze z całą siłą, na jaką mógł się zdobyć rosły nadzorca.
    Śmiertelna męka niemalże pozbawiła go zmysłów. Lesłie stracił kontakt ze światem pośrodku gęstej, czerwonej mgły. Nic już nie słyszał ani nic nie czuł. Pozostało jedynie fizyczne cierpienie.
    Czerwień ustąpiła czerni. Strzępy wrażeń znów docierały ospale do jego świadomości. Przyciśnięto mu twarz do chłodnego żwiru. Miało to jakiś związek z czymś ważnym, ale nie wiedział z czym. Płuca płonęły żywym ogniem. Leslie ze strzaskaną szczęką próbował złapać powietrze połamanym nosem. Wtedy wdarła się do jego płuc brudna, zaplamiona krwią woda Cjuallheimu.

* * *

    Lawrence Dillon szukał ocalenia w ucieczce, ratując się przed szaleństwem, jakie ogarnęło mieszkańców Aberdale. Pracował wraz z Douglasem na wydzielonych im poletkach za chatą o spadzistych dachach, kiedy tłuszcza wróciła z poszukiwań. Fasola na wysokich tykach i kwitnąca kukurydza ukryły ich częściowo, gdy nad rzeką ludzie zaatakowali Kay, Lesliego i Tony’ego. Lawrence nie spotkał się dotąd z podobnym przykładem niepotrzebnego bestialstwa. Taki fanatyczny nie był nawet Quinn, w którego okrucieństwie był sens i celowość.
    Zarówno on, jak i Douglas stali jak zaklęci, kiedy ich kompani ginęli pod ciosami. Dopiero gdy Powel Manani wyszedł ociężale z wody, pomyśleli o ratowaniu własnej skóry.
    — Rozdzielmy się! — wrzasnął Lawrence Dillon, pędząc w stronę dżungli. — Będziemy mieli większą szansę. — Wtem posłyszał donośne szczekanie tego potwornego psa, Vorixa. Zerknąwszy przez ramię, dostrzegł, jak w pogoni za nimi bestia gna skrajem wioski. — Znajdź Quinna! Trzeba go ostrzec! — Wtedy się rozstali, przedzierając się przez zarośla, jakby zrobione były z bibuły.
    Po chwili Lawrence natrafił na wąską ścieżkę zwierząt. Odkąd po wybudowaniu wioski zaczęły jej unikać danderile, zarastała trawą, tym niemniej mógł teraz zwiększyć szybkość. Prymitywne buty rozleciały się w biegu, za całe ubranie służyły mu szorty.
    Pnącza i gałązki targały go ostrymi jak igła cierniami. Bez znaczenia. Liczyło się wyłącznie zachowanie życia, oddalenie się od wioski.
    Vorix puścił się tropem Douglasa. Z piersi Lawrence’a wydarł się nieartykułowany okrzyk wdzięczności do Jasnego Brata. Zwolnił nieco biegu, wypatrując na ziemi odpowiednich kamieni. Psisko po rozprawie z Douglasem ruszy za nim bez zwłoki. Psisko zdoła odszukać trop nawet w wilgotnej dżungli. Psisko zaprowadzi wieśniaków do każdego ukrytego zesłańca. Musiał jakoś temu zaradzić, inaczej żaden z nich nie doczeka jutra. Zasrany nadzorca nie miał pojęcia, jak groźni mogą być słudzy Jasnego Brata dla tych, co stają im na drodze. Pokrzepiony tą myślą, otrząsnął się ze strachu. Tę otuchę zawdzięczał Quinnowi. To on mu uświadomił, że prawdziwie wyzwolony człowiek jest w stanie przezwyciężyć strach. To on pomógł mu odnaleźć wewnętrzną siłę, pokazał sposób na oddanie się wężowej bestii. To on najczęściej nawiedzał jego sny jako mroczna, czarodziejska postać, otoczona aureolą pomarańczowych płomieni.
    Skrzywiwszy się na widok zadrapań po szaleńczej ucieczce, Lawrence potoczył wokoło przytomniejszym spojrzeniem.

* * *

    Powel Manani przywykł oglądać świat oczami Vorixa. Obrazy składały się wtedy z błękitów i szarości, jakby każdy przedmiot tworzyły nakładające się warstwy cienia. Drzewa pięły się wysoko w górę, niknąc w niemal mglistej kopule nieba, a chaszcze nabierały olbrzymich, niepokojących kształtów. Czarne liście uskakiwały na boki niczym karty zbierane przez wprawnego gracza.
    Rosły pies mknął na wpół zarośniętą ścieżynką za Lawrence’em Dillonem. Zapach młodego zesłańca był wszędzie. Zalegał niby oleista mgiełka nad odciskami stóp w miękkiej ziemi, spływał z listków, o które się otarł uciekinier. Tu i ówdzie w gąbczastą glebę wsiąkały plamy krwi z poranionych nóg. Vorix nie musiał nawet pochylać pyska.
    Do świadomości Powela docierały przeróżne wrażenia: prężących się w zadzie niespożytych mięśni, wywieszonego języka, gorącego oddechu w nozdrzach. Obaj mieli dwoistą naturę, ciało Vorixa i umysł Powela perfekcyjnie z sobą współpracowały. Choćby wtedy, gdy pies dopadł Douglasa. Odruchy atakującego zwierzęcia i ludzkie umiejętności zespoliły się w synergiczną niszczycielską machinę zagłady, która doskonale wiedziała, gdzie uderzyć, aby spowodować największe zniszczenia. Powel wciąż czuł miękkie ciało, ustępujące pod twardymi łapami; posmak krwi nie opuszczał go długo po tym, jak kły przebiły gardło młodzieńca, rozszarpując tętnicę szyjną. Czasem szelest wiatru wydawał się nieść z sobą rozpaczliwe rzężenie Douglasa.
    Ale to był jedynie przedsmak. Niebawem oko w oko z psem stanie Quinn. Będzie wył z przerażenia. Tak samo, jak musiał wyć mały Carter. Ta myśl obu im dodawała siły, serce Vorixa łomotało radośnie.
    Nagle trop stał się niewyraźny i na koniec zniknął. Vorix przemierzył jeszcze kilka metrów, po czym stanął z uniesioną głową, węsząc intensywnie. Powel zmarszczył czoło. Trochę siąpiło, ale nie na tyle, aby zmyć taki silny zapach. Niewiele brakowało, a byłby już dopadł Lawrence’a. Zesłaniec musiał być gdzieś w pobliżu.
    Z tyłu dał się słyszeć cichy odgłos kroków. Vorix odwrócił się z szybkością błyskawicy. Siedem metrów dalej Lawrence Dillon stał na ścieżce pochylony, jakby zamierzał skoczyć na psa. W jednej ręce trzymał nóż rozszczepieniowy, w drugiej jakąś pętlę z pnączy.
    Zapewne cofnął się po swoich śladach i wdrapał na drzewo. Cwany gnojek. Ale to mu nie pomoże, nie w starciu z Vorixem. Nadzieję na zwycięstwo mógłby mieć jedynie wtedy, gdyby znienacka skoczył psu na grzbiet i dźgnął go nożem. Cóż, zawalił sprawę.
    Powel śmiał się, gdy pies ruszył do ataku. Lawrence zakręcił pętlą. Powel zrozumiał poniewczasie, że pętlę obciążono owalnymi kamieniami. Kiedy umysł nadzorcy wykrzyczał ostrzeżenie, Vorix już skakał. Lawrence wypuścił bolę.
    Zdradzieckie oploty uwięziły przednie nogi Vorixa z ledwie słyszalnym szumem, wirujące sznury wgryzły się głęboko w psią sierść. Jeden z kamieni uderzył go mocno w czaszkę — ból w postaci deszczu gwiazdek przepłynął kanałem afinicznym i wstrząsnął Powelem. Vorix gruchnął na ziemię w lekkim oszołomieniu.
    Wygięty w łuk, próbował dosięgnąć zębami pętli. Raptem spadł na niego ogromny, wyciskający powietrze z płuc ciężar, od którego niemal pękł mu kręgosłup. Z największym trudem złapał oddech.
    Kilka żeber pękło. Przebierał desperacko tylnymi nogami, chcąc znaleźć oparcie i strząsnąć z grzbietu zesłańca.
    Powel Manani poczuł, jak mózg przeszywa mu włócznia ostrego bólu. Krzyknął na całe gardło, zatoczył się, a gdy ugięło się pod nim kolano, stracił równowagę. Na chwilę więź afiniczna osłabła, mógł więc dostrzec wokół siebie pierścień zdjętych trwogą ludzi. Wyciągali ręce, aby go podtrzymać…
    Szok i cierpienie poraziły Vorixa. Zupełnie stracił czucie w jednej z tylnych nóg. Tarzając się w błotnistej ziemi, dostrzegł swoją nogę: drgała jeszcze w ubroczonej krwią trawie.
    Nożem rozszczepieniowym Lawrence oderżnął mu drugą tylną nogę — Krew syczała i parowała, bulgocząc na żółtym, błyszczącym ostrzu.
    Obie nogi Powela wydawały się ściśnięte opaskami z lodu. Klapnął ciężko na ziemię, łapiąc ze świstem powietrze przez spierzchnięte wargi. Mięśniami ud targały konwulsyjne skurcze.
    Ostrze rozszczepieniowe dźgnęło z boku w żuchwę Vorixa, rozcinając mięśnie, kości i chrząstki. Czubek noża, wynurzywszy się głęboko w paszczy psa, odciął też spory kawałek języka.
    Powel zaczął się krztusić, tracić oddech. Trząsł się spazmatycznie, po brodzie spływały mu strużki wymiocin.
    Vorix wydobywał z pokiereszowanego pyska przeraźliwy skowyt. Łypał na wszystkie strony żółtymi oczami, aby odnaleźć swego dręczyciela. Lawrence przejechał nożem po przednich nogach Vorixa, odcinając je równo w kolanach. Psu pozostały kikuty.
    Na drugim końcu mrocznego, okrągłego tunelu Powel dostrzegł jasnowłosego młodzieńca, który obszedł psa dookoła i splunął na jego oklapnięty pysk.
    — I co, zrzedła ci mina, kanalio!? — wykrzyknął Lawrence.
    Powel słyszał go, jakby głos dobiegał z dołu jakiegoś głębokiego szybu. — Chcesz sobie jeszcze pobiegać, pieseczku? — Zesłaniec podreptał w miejscu ze śmiechem. Kikuty Vorixa grzęzły w błocie w parodii chodzenia. Na ten widok Lawrence ryknął jeszcze większym śmiechem. — Do nogi! No już, do nogi!
    Powel jęczał w bezradnej złości. Splunął żółcią. Więź afiniczna słabła, zdawała się rozciągać udręczone myśli psa w wiotką niteczkę.
    — Wiem, że mnie słyszysz, Manani, ty ścierwo! — podjął Lawrence. — I mam nadzieję, że serce ci krwawi przez te rany.
    Nie zamierzam zabijać psa, skracać mu męczarni, nic z tych rzeczy. Tutaj go zostawię, niech się tarza we krwi, gównie i szczynach. W ten sposób będziesz czuł, jak zdycha, bez względu na to, jak długo to potrwa. Podoba mi się ten pomysł, bo naprawdę go kochałeś. Nie ucieknie przed zemstą Bożego Brata ten, kto go zdenerwował. Vorix to dopiero zapowiedź, kapujesz? Patrz, co zrobiłem psu, i pomyśl, co Quinn zrobi tobie.

* * *

    Mimo nieustającego deszczu Jay wyprowadziła Sango, beżowego konia Powela Mananiego, ze stajenki dobudowanej do chaty nadzorcy. Pan Manani dotrzymał słowa danego jeszcze na pokładzie „Swithlanda”, pozwalał jej wyprowadzać na ćwiczenia i pielęgnować Sango, a także pomagać w jego karmieniu. Przed dwoma miesiącami, kiedy ustała nerwowa krzątanina panująca w Aberdale podczas stawiania chat i wyrównywania pól, nauczył ją jeździć konno.
    W Aberdale nie ziściły się jej marzenia o sielankowym życiu, lecz właściwie było tu całkiem miło. W dużym stopniu właśnie za sprawą Sango. Jay wiedziała jedno: za żadne skarby świata nie chciałaby wrócić do arkologii.
    Przynajmniej jeszcze do wczoraj.
    Bo rankiem w dżungli wydarzyło się coś, o czym dorośli nie chcieli z nią rozmawiać. Dzieci dowiedziały się o śmierci Cartera, lecz nic więcej im nie powiedziano. Przy nabrzeżu wywiązała się okropna bitwa, wiele kobiet płakało, a nawet — ukradkiem — niektórzy mężczyźni. W dodatku dwadzieścia minut temu pan Manani dostał jakiegoś strasznego, przeciągłego ataku: wył, charczał i rzucał się na ziemię.
    Potem wszystko się uspokoiło. W budynku publicznym odbyła się narada, po której ludzie rozeszli się do domów. Teraz jednak widziała, że znów zbierają się i dyskutują na środku wioski, ubrani jak na polowanie. Chyba każdy miał ze sobą jakąś broń.
    Zastukała w drewniany słup przed wejściem do chaty pana Mananiego. Pojawił się w niebieskich dżinsach, koszuli w niebieskozieloną kratę i płowej kamizelce z mnóstwem cylindrycznych magazynków z ładunkami do strzelb laserowych. Trzymał w ręku dwie ciemnoszare, półmetrowej długości rury z uchwytami jak przy pistoletach. Chociaż nigdy nie widziała czegoś takiego, była pewna, że to broń.
    Na moment spojrzała mu prosto w oczy, potem wbiła wzrok vv ziemię.
    — Jay?
    Popatrzyła na nadzorcę.
    — Posłuchaj, skarbie. Zesłańcy zachowali się źle, bardzo źle.
    Zupełnie przewróciło im się w głowach.
    — Tak samo jak wykolejeńcom w arkologiach?
    Niewinna ciekawość dziewczynki wywołała smutny uśmiech na jego usta.
    — Coś w tym rodzaju. Zabili Cartera McBride’a.
    — Tak myśleliśmy — przyznała.
    — Dlatego będziemy musieli ich wyłapać i powstrzymać przed podobnymi zbrodniami.
    — Rozumiem.
    Wsunął karabinki maserowe do futerałów przy siodle.
    — To dla dobra wszystkich, skarbie, naprawdę. Posłuchaj, przez parę tygodni nie będzie zbyt łatwo w Aberdale, lecz później wszystko wróci do normy. Obiecuję. Nim się spostrzeżesz, staniemy się najlepszą wioską w całym dorzeczu. To dla mnie nie pierwszyzna.
    Pokiwała głową.
    — Niech pan na siebie uważa, panie Manani. Proszę.
    Pocałował ją w czubek głowy. W jej włosach skrzyły się kropelki wody.
    — Będę uważał. I dziękuję za osiodłanie Sango. A teraz idź i poszukaj mamy, jest bardzo zmartwiona tym, co się stało rano.
    — Od dawna nie widziałam ojca Elwesa. Czy wróci?
    Wyprostował się w siodle, nie potrafiąc spojrzeć dziewczynce w oczy.
    — Tylko po swoje rzeczy. Nie zostanie dłużej w Aberdale.
    Jego misja dobiegła końca.
    Końskie kopyta rozchlapywały błoto, gdy Powel zdążał w stronę oczekujących go myśliwych. Większość z nich miała na sobie ociekające wodą nieprzemakalne poncha. Wyglądali nie tyle na rozgniewanych, ile zmartwionych. Gdy opadły pierwsze emocje po śmierci Cartera, z wolna zaczęły do nich docierać konsekwencje zabicia trojga zesłańców. Strach o rodziny i własną skórę zagłuszył stopniowo pragnienie zemsty. Wszystko to jednak przynosiło ten sam skutek, lęk przed Quinnem zmuszał ich bowiem do dokończenia dzieła.
    Wśród nich stał Rai Molvi, zaciskając pod ponchem palce na strzelbie laserowej. Powel nie zamierzał niczego owijać w bawełnę. Pochylił się z siodła i zwrócił do tłumu:
    — Przede wszystkim powinniście wiedzieć, że mój blok nadawczo — odbiorczy przestał działać. Nie jestem w stanie powiadomić szeryfa w Schuster, co się tutaj dzieje, ani biura gubernatora w Durringham. A przecież bloki nadawczo — odbiorcze to sprzęt wysokiej klasy, mają wbudowane wszelkiego rodzaju systemy redundancyjne. Nigdy nie słyszałem, żeby taki blok nawalił. Diody świecą, więc nie chodzi o zwykły brak zasilania. Działał jeszcze trzy dni temu, gdy wysyłałem rutynowy raport. Domyślacie się chyba, co to oznacza, że wysiadł akurat dzisiaj?
    — Chryste, z czym nam przyjdzie się zmierzyć?
    — Z wykolejeńcami — odparł Powel. — Podstępnymi i wystraszonymi. Bo tacy właśnie oni są. Dzięki tej zabawie w sektę Quinn mógł ich sobie podporządkować.
    — Mają broń.
    — Mają osiem strzelb laserowych, lecz brakuje im zapasowych ładunków. Tymczasem ze sto dwadzieścia strzelb widzę już z tego miejsca. Nie sprawią nam większych problemów. Strzelajcie tak, aby zabić, bez ostrzeżenia. To wystarczy. Nie mamy tu sądów i nie ma na nie czasu w tej głuszy. Nie ulega żadnej wątpliwości, że zesłańcy są winni. I chciałbym, do cholery, żeby pozostałe dzieciaki mogły do końca życia spacerować bez strachu po wiosce. Bo po to tu przybyliście, czyż nie? Żeby uwolnić się od tego łajna, którym was zarzucano na Ziemi. Trudno, trochę go tu z wami przyjechało, lecz dzisiaj będzie po wszystkim. Dramat Cartera McBride’a już się nie powtórzy.
    Zapał na nowo obudził się w ludziach: kiwali głowami, spoglądali na sąsiadów zachęcająco. Przy wzmiance o Carterze odrobinę silniej zacisnęły się dłonie na strzelbach. Rósł duch bojowy w gromadzie, każdy czuł się z góry rozgrzeszony.
    Powel Manani z satysfakcją obserwował tę zmianę. Znów należeli do niego, podobnie jak w dniu, kiedy zeszli z pokładu „Swithlanda”. Zanim zaczął się wtrącać ten dupek Molvi.
    — W porządku, zesłańcy podzielili się rano na trzy zespoły.
    Dwa pomagają rodzinom na sawannie, inna grupa wyruszyła na łowy. Utworzymy dwa oddziały. Arnold Travis dość dobrze zna dżunglę na wschodzie, więc weźmie z sobą pięćdziesięciu ludzi i poszuka myśliwych. Ja pojadę na sawannę i spróbuję przestrzec, kogo się da. Skoro przebywa tam Quinn, właśnie do niego musiał się udać Lawrence Dillon. Reszta niech podąża za mną co tchu, ale tak, na Boga, żeby nikt się nie zgubił. Gdy dotrzecie do gospodarstw na sawannie, wtedy postanowimy, co dalej. Teraz w drogę!

* * *

    Poszerzanie palisady w gospodarstwie Skibbowa nie należało do łatwych przedsięwzięć. Drewno na ogrodzenie obciosywali z grubsza w dżungli, a następnie ciągnęli przez kilometr. Nielekką pracą było też przygotowywanie podłoża pod wbijane pale, a to ze względu na splątaną, obumarłą trawę i zwartą piaszczystą glebę.
    Loren Skibbow przyrządziła lunch w postaci zimnego mięsa gniazdółek i papkowatych, duszonych, pozbawionych smaku warzyw, których zesłańcy woleli nie ruszać. Na domiar złego Gerald Skibbow poszukiwał na sawannie zabłąkanej owcy, przez co pracą zarządzał Frank Kava, przemądrzały dupek.
    Późnym popołudniem Quinn był już całkowicie przekonany, że podczas następnej czarnej mszy główne role powierzy rodzinie Kavy i Skibbowa.
    Zastrugane tego ranka pale leżały na trawie w przyległym do istniejącego już ostrokołu kwadracie o boku trzydziestu pięciu metrów. Quinn i Jackson Gael pracowali razem, na zmianę wbijając młotem wyprostowane słupki. Pozostali czterej zesłańcy zajmowali się przybijaniem poprzecznych żerdzi. Jeden bok został już ukończony, w drugim stały dopiero trzy pale. Wcześniej spadł deszcz, lecz Frank nie pozwolił im na przerwę w pracy.
    — Sukinsyn — mruknął Jackson Gael, biorąc zamach dwuręcznym młotem. Pal zatrząsł się, wchodząc trzy centymetry do ziemi. — Chce skończyć przed wieczorem, żeby pokazać Geraldowi, jaki z niego porządny, pracowity zięciunio. A to oznacza, że będziemy dziś wracać po ciemku.
    — Tym się nie przejmuj — odparł Quinn. Klęcząc, przytrzymywał oburącz czarny pal. Drewno majopi było mokre, trudne do uchwycenia.
    — Po deszczu wszystko jest śliskie — narzekał Jackson. — Łatwo o wypadek, a na tej planecie, jeśli coś sobie zrobisz, nikt ci nie pomoże. Ten zdziadziały, zapijaczony księżyna gówno się zna na porządnym leczeniu. — Młot grzmotnął w drewno.
    — Wyluzuj się. Sporo ostatnio myślałem i wiem, że to miejsce będzie dla nas dobrym celem.
    — W porządku. Ale wiesz, co mnie najbardziej wkurza? Co noc ten cholerny Frank włazi do łóżka z Paulą. Ona nie ma takich cycków jak Marie, wiadomo, ale Jasny Bracie, co noc!
    — Przestałbyś myśleć fiutem choć na jedną pieprzoną chwilę.
    Pozwalam ci spać z Rachel, czy tak? Jest gorsza od naszych dziewczynek?
    — Jasne, że nie, Quinn. Wybacz.
    — Dobra, teraz trzeba się zastanowić, kogo z sobą weźmiemy i kiedy to zrobimy.
    Jackson poprawił owinięte wokół dłoni strzępy szmat, dzięki czemu mógł pewniej uchwycić rękojeść młota.
    — Może być Tony. Zadomowił się w wiosce, gada z osadnikami. Chyba dobrze by było, gdyby sobie przypomniał, jakiej sprawie służy.
    — Zobaczymy.
    Jackson wziął potężny zamach. Wtem Quinn dostrzegł jakieś poruszenie na szerokiej równinie falującej trawy, która ciągnęła się do ciemnozielonej linii puszczy.
    — Zaczekaj. — Przełączył implant wzrokowy na maksymalną rozdzielczość. Biegnąca postać stała się wyraźniejsza. — To Lawrence. Jasny Bracie, wygląda prawie jak trup. — Przyjrzał się okolicy, w której pędził młodzieniec, spodziewając się ujrzeć sejasa albo krokolwa. Kto biegłby tak bez powodu? — Chodźmy. — Ruszył truchtem w stronę zataczającego się Lawrence’a.
    Jackson odrzucił młot i podążył za Quinnem.
    Frank Kava odmierzał odległości między palami, aby zesłańcy nie popełnili błędu. Leniwe łotry ani myślały mu za to dziękować, tym bardziej denerwował się w duchu. Należało mieć ich ciągle na oku, wszystko trzeba im było dokładnie wyjaśniać, sami nie wykazywali nigdy żadnej inicjatywy. Przypuszczał, że większość z nich jest niedorozwinięta, ponure milczenie z pewnością było tego świadectwem.
    Pochylony nad ziemią ze szpadlem w ręku, wyrywał bulwiaste korzenie trawy. Nowa zagroda była nieodzownym elementem rozwijającego się gospodarstwa. W pierwszej robiło się tłoczno, odkąd zwierzęta zaczęły dorastać. Wkrótce będą potrzebowali dodatkowej przestrzeni, aby pomieścić drugie pokolenie. Jeszcze kilka miesięcy i rozpocznie się inseminacja dorosłych owiec.
    Frank trochę się wahał, zanim ruszył na Lalonde. Teraz jednak przyznawał, że była to najlepsza decyzja w jego życiu. Człowiek mógł tu sobie usiąść wieczorem i popatrzyć na to, co już osiągnął.
    Czuł się wtedy jak w niebie.
    Dochodziła jeszcze Paula, ma się rozumieć. Niczego dotąd nie powiedziała, lecz Frank nabrał pewnych podejrzeń. Ostatnio była taka… ożywiona.
    Wsłuchawszy się w odgłosy pracy, podniósł głowę: coś się nie zgadzało. Czterech zesłańców nadal wbijało gwoździe do poprzecznych żerdzi, lecz nikt nie używał młota. Zmełł w ustach przekleństwo. Quinn Dexter i krzepki Jackson Gael odbiegli już sto metrów od zagrody. Nie do wiary. Przytknął dłonie do ust i wrzasnął w ich stronę, lecz albo go nie usłyszeli, albo po prostu zlekceważyli. Pewnie to drugie. Wtem dostrzegł jakąś biegnącą w ich kierunku postać, która potykała się i poruszała resztką sił.
    Gdy tak patrzył, człowiek w pewnej chwili się przewrócił, machając rozpaczliwie rękami. Quinn i Jackson przyspieszyli. Frank ruszył w ich kierunku z gniewną miną.
    Przez ostatnie dwadzieścia metrów Frank kierował się słuchem. Cała trójka skryła się za kępą bujnej trawy.
    Okazało się, że z dżungli nadbiegł zesłaniec, ten najmłodszy.
    Leżał teraz na plecach, łapał powietrze potężnymi haustami i próbował coś mówić zachrypniętym, urywanym głosem. Zranione stopy krwawiły obficie. Quinn i Jackson klęczeli nad rannym.
    — Co to ma znaczyć? — zapytał Frank.
    Quinn zerknął przez ramię.
    — Sprzątnij go — rzekł spokojnie.
    Frank cofnął się o krok, kiedy Jackson powstał.
    — Hej, zaczekaj…

* * *

    Paula i Loren czekały w głównej izbie domostwa, aż zagotuje się w garze marmolada z elwisiów. Elwisie były miejscowymi owocami o ciemnopurpurowym zabarwieniu. Na skraju puszczy rosła duża kępa niskich, karłowatych drzewek, z których przez cały poprzedni dzień obrywały owoce. Gorzej sprawa przedstawiała się z cukrem. Niektórzy w wiosce uprawiali trzcinę cukrową, lecz te kilka kilogramów, które kupiły, nie było szczególnie wysokiej jakości.
    Ale to się zmieni, pomyślała Loren. Wszystko w Aberdale powoli było coraz lepsze. Dzięki temu życie tutaj wydawało się takie piękne.
    Paula zdjęła z pieca rozgrzane gliniane słoje.
    — Jeszcze minutkę — orzekła Loren. Mieszała łychą w wielkim bulgoczącym garze.
    Paula odstawiła na bok tacę ze słojami i wyjrzała przez otwarte drzwi. Spoza narożnika zagrody wynurzyła się grupka ludzi. Jackson Gael niósł kogoś na rękach — młodzieńca, któremu krew ciekła po nogach. Pozostali dwaj zesłańcy dźwigali bez wątpienia ciało Franka.
    — Mamo! — Paula wybiegła na dwór.
    Twarz Franka była okropnie zmasakrowana, nos niemal spłaszczony, wargi rozerwane, oczy i policzki sine i napuchnięte.
    — O mój Boże! — Paula zasłoniła twarz rękami. — Miał wypadek?
    — Z naszym udziałem — odparł Quinn.
    Niewiele brakło, a Loren Skibbow dopięłaby swego. W obecności Quinna zawsze czuła się nieswojo, teraz więc przerażający widok pobudził ją do natychmiastowego działania. Odwróciła się i wbiegła z powrotem do mieszkania. Na ścianie w głównej izbie wisiały myśliwskie strzelby laserowe. Pięć sztuk, po jednej dla każdego. Gerald zabrał swoją rano. Sięgnęła po tę, która kiedyś należała do Marie.
    Wtedy ktoś uderzył ją w nerki. Pod wpływem ciosu zatoczyła się i odbiła od ściany. Quinn kopnął ją z tyłu w staw kolanowy.
    Runęła na podłogę, jęcząc z bólu. Strzelba też upadła z łomotem.
    — Wezmę ją sobie, dzięki — rzekł zesłaniec.
    Łzy przyćmiły wzrok Loren. Zdołała odwrócić głowę, słysząc krzyki Pauli, która rozpaczliwie wierzgała nogami, gdy Jackson Gael wnosił ją pod pachą do mieszkania.
    — Irley, Malcolm. Chcę mieć ich broń, zapasowe magazynki, sprzęt medyczny i zakonserwowaną żywność. Bierzcie się do roboty! — rozkazał Quinn, gdy do chaty wpadli pozostali zesłańcy.
    — Ann, staniesz na warcie przed domem. Manani przyjedzie tu pewnie na koniu, poza tym trzeba uważać na Geralda. — Rzucił jej strzelbę. Złapała broń i energicznie pokiwała głową.
    Irley i Malcolm zabrali się do przetrząsania pólek.
    — Stul gębę! — wrzasnął Quinn na Paulę.
    Zamilkła, wpatrując się w niego rozszerzonymi z przerażenia oczami. Jackson Gael cisnął ją w kąt, gdzie skuliła się ze strachu.
    — Od razu lepiej — mruknął Quinn. — Imran, posadź Lawrence’a na krześle i pozbieraj do kupy wszystkie buty, jakie tylko znajdziesz w domu. Będziemy ich potrzebować. Przed nami daleka droga.
    Loren zobaczyła, jak przy kwadratowym stole kuchennym zesłańcy opuszczają ostrożnie na krzesło młodego mężczyznę z okrwawionymi stopami. Twarz miał poszarzałą i mokrą od potu.
    — Znajdźcie mi tylko jakieś bandaże i parę butów, to już sobie poradzę — powiedział Lawrence. — Naprawdę, Quinn, nic mi nie będzie.
    Quinn pogłaskał go po czole, sczesując palcami mokre kosmyki jasnych włosów.
    — Wiem. Strasznie się nabiegałeś, Lawrence. Dałeś z siebie wszystko. Naprawdę, jesteś najlepszy.
    Loren dostrzegła wyraz uwielbienia w oczach młodzieńca.
    A później Quinn wyciągnął z kieszeni nóż rozszczepieniowy. Próbowała coś powiedzieć, kiedy ostrze ożyło w rozbłysku żółtego światła, lecz z jej gardła wydobyło się tylko charczenie.
    Quinn wbił Lawrence’owi nóż w kark, tak aby ostrze przeszło przez mózg.
    — Najlepszym z najlepszych — szepnął. — Boży Brat przywita cię w mroku Nocy.
    Paula otworzyła usta w niemym krzyku, gdy ciało Lawrence’a osunęło się na podłogę. Loren pochlipywała z cicha.
    — Cholera, Quinn! — zaprotestował Irley.
    — A co? Musimy się stąd wyrwać, i to jak najszybciej. Spójrz na jego nogi, przez całą drogę trzeba by go niańczyć. Zaraz by nas złapali. Chciałbyś tego?
    — Nie — wymamrotał Irley ponuro.
    — Przecież gdyby go złapali, dłużej by się męczył — mruknął Quinn pod nosem.
    — Słusznie postąpiłeś — odezwał się Jackson Gael. Odwrócił się do Pauli i wyszczerzył zęby. Stęknęła, próbując wcisnąć się głębiej w kąt. Złapał ją za włosy i postawił na nogi.
    — Mamy mało czasu — rzekł Quinn niezbyt pewnie.
    — Wystarczy. Prędko się uwinę.
    Loren usiłowała się podnieść, gdy krzyki Pauli rozbrzmiały z nową siłą.
    — Nieładnie — powiedział Quinn. Rąbnął ją butem w skroń.
    Padła na plecy niczym zepsuty, niezdolny do ruchu mechanoid.
    Świat stał się zamazany, kształty przysłonięte szarymi plamami.
    Widziała jeszcze, jak Quinn ściąga ze ściany strzelbę Pauli, bez pośpiechu sprawdza stan magazynku i strzela do Franka. Potem odwrócił się i skierował lufę w jej stronę.

* * *

    W dżungli rozległ się ostry dźwięk gwizdka, zwołujący myśliwych na zbiórkę. Scott Williams westchnął i podniósł się z ziemi, strzepując zeschłe liście z wytartego kombinezonu.
    Bałwany! Przypuszczalnie w zaroślach chował się danderil.
    Cóż, już nigdy się o tym nie przekona.
    — Ciekawe, co się stało? — zdziwił się Alex Fitton.
    — Nie wiem — odparł Scott. Nie przeszkadzało mu towarzystwo Alexa. Facet miał dwadzieścia osiem lat i lubił sobie pogadać, nawet z zesłańcem. Znał też parę dobrych świńskich kawałów. Polowali razem regularnie.
    Znowu zabrzmiał sygnał.
    — Chodźmy — mruknął Alex, poirytowany.
    Zaczęli się przedzierać w stronę źródła dźwięku. Spomiędzy drzew wynurzały się kolejne pary myśliwych, a wszyscy zmierzali tam, gdzie tak natarczywie gwizdano. Ciągle ktoś o coś pytał. Nikt nie wiedział, dlaczego są wzywani. Gwizdek oznaczał z reguły nieszczęśliwy wypadek albo koniec polowania.
    Scott zdumiał się bardzo na widok gromady ludzi ustawionych w szeregu na niewielkim pagórku. Musiało ich być ze czterdziestu albo i pięćdziesięciu. Na przedzie stał Rai Molvi, to on ze wszystkich sił gwizdał. Scott czuł, jak wszystkie oczy kierują się na niego, gdy wdrapywał się na stok u boku Alexa Fittona.
    Na szczycie rosło wielkie, rozłożyste drzewo kaltukowe, którego grube konary sięgały nad przeciwny stok wzgórza. Do jednej z niższych gałęzi umocowano trzy sznury z włókna krzemowego.
    Gromada osadników rozstąpiła się w ciszy na boki, tworząc szpaler prowadzący do drzewa. Teraz już mocno zaniepokojony Scott wszedł między ludzi i zobaczył, co wisi na sznurach. Jemima była ostatnia, wciąż charczała i kopała nogami w powietrzu. Twarz jej spurpurowiała, oczy wychodziły z orbit.
    Próbował uciekać, lecz trafili go w udo laserowym impulsem i zawlekli pod drzewo. Alex Fitton osobiście zacisnął mu pętlę na szyi. Policzki miał mokre od łez, ale cóż: był szwagrem Rogera Chadwicka.

* * *

    Gerald Skibbow omal nie wyzionął ducha, pędząc do swojego obejścia. Wracał z odnalezioną owcą na sznurku, kiedy dostrzegł smugę dymu. Orlando, owczarek alzacki, hasał zadowolony wśród wysokiej trawy. Wiedział, że dobrze się spisał, gdyż nie zgubił tropu zagubionej owcy. Gerald z pobłażliwym uśmiechem patrzył na jego wybryki. Pies był już prawie dorosły. Dziwne, ale z tresurą Orlanda najlepiej radziła sobie Loren.
    Gerald przewędrował tego ranka chyba z pół sawanny; nie mieściło mu się w głowie, jak przeklęta owca mogła zajść tak daleko w ciągu zaledwie paru godzin. Gdy ją odnalazł, pobekiwała nad skrajem stromego wąwozu jakieś trzy kilometry od zagrody. Dobrze chociaż, że sejasy nie wychodziły z dżungli na Iowy. Nie sprawiały mu też dotąd żadnych kłopotów krokolwy, które przemierzały trawiaste równiny; z daleka tylko widywał lśniące, na wpół skryte w zieleni sylwetki, a czasem w nocy słychać było ryki.
    Kiedy jednak dzieliły go od domu dwa kilometry, dostrzegł w dali ów straszny, wijący się leniwie ku niebu szarobiały kosmyk dymu, którego źródło leżało poniżej linii horyzontu. Obezwładniła go nagła trwoga. Pozostałe gospodarstwa były oddalone wiele kilometrów, zatem dym mógł ulatywać tylko z jednego miejsca. Miał wrażenie, jakby jego własna krew wyciekała prosto w bezchmurne, lazurowe niebo. Gospodarstwo było dla niego wszystkim, zainwestował w nie całe swoje życie, poza nim nie widział dla siebie nadziei.
    — Loren! — zawołał. Puścił owcę luzem i zaczął biec. — Paula! — Strzelba laserowa obijała się o jego nogę, więc i jej się pozbył. Orlando szczekał zajadle, udzielało mu się wzburzenie Geralda.
    Wszystko przez tę trawę, przez tę cholerną trawę. Czepiała się z uporem nóg, przeszkadzała w biegu. Wciąż się potykał na nierównościach terenu. Padał jak długi, ocierając sobie ręce i tłuJcac kolana. Ale tym się nie martwił. Wstawał i biegł dalej. I tak w kółko.
    Sawanna niejako spijała z niego dźwięki: ciężkie sapanie, szelesty trawy na spodniach, jęki podczas upadków — rozpływały się w gorącym, nieruchomym powietrzu, które jakby się nimi żywiło, zachłanne na najcichszy odgłos.
    Najstraszniejsze było ostatnie dwieście metrów. Wbiegł na niewielkie wzniesienie, gdzie ukazało mu się całe gospodarstwo. Jedynie szkielet pozostał po zabudowaniach, ogień wciąż lizał twarde, czarne dźwigary. Poszycie dachu i deski ścian spłonęły już do cna, szczątki odpadały niczym płaty zgniłej skóry, zbierając się w stosy na obrzeżu.
    Zwierzęta się rozbiegły. Wystraszone przez gorące i buchające płomienie, staranowały ścianę palisady. Przebiegły jakieś sto metrów, potem strach je opuścił. Teraz wałęsały się bez celu po okolicy. Gerald dostrzegł przy stawie konia i dwie świnie: gasiły spokojnie pragnienie. Reszta zwierząt błąkała się wśród traw.
    Nic więcej się nie ruszało. Ani jeden człowiek. Gerald toczył wokoło otępiałym wzrokiem. Gdzie się podział Frank, gdzie Loren i Paula? Co się stało z zesłańcami? Czyż nie powinni gasić pożaru?
    Wstrząśnięty, zbiegł z pagórka, choć oddech palił go w płucach, a nogi ciążyły jak z ołowiu. Wysoko pod niebo wzlatywały snopy jasnych, złocistych iskier. Konstrukcja domu skrzypnęła jękliwie, po czym zapadła się z łoskotem. Gdy runęły ostatnie belki, jeden straszny okrzyk rozpaczy wydarł się z piersi Geralda.
    Przystanął piętnaście metrów od pogorzeliska.
    — Loren? Paula? Frank? Gdzie jesteście?! — Jego wołanie uleciało w niebo razem z iskrami. Nikt mu nie odpowiedział. Za bardzo się bał, żeby teraz wchodzić między zgliszcza. Wtem usłyszał żałosny skowyt Orlanda. Podszedł do psa.
    To była Paula. Kochana Paula, ta sama dziewczynka, która w arkologii siadywała mu na kolanach i z dzikim chichotem próbowała go ciągnąć za nos. Ta, która wyrosła na śliczną kobietę, silną i zrównoważoną. Która rozkwitła w tej nieujarzmionej krainie.
    Paula. Oczy wpatrzone ślepo w roje iskier. Dwucentymetrowy otwór w samym środku czoła, osmalony promieniem lasera strzelby myśliwskiej.
    Z knykciami wetkniętymi do ust Gerald Skibbow patrzył osłupiały na córkę. Nogi się pod nim ugięły i upadł wolno na zdeptaną trawę.

* * *

    I tak go zastał Powel Manani, kiedy nadjechał po czterdziestu minutach. Jedno uważne spojrzenie wystarczyło, by wiedzieć, co tu zaszło. Cały połączony z nienawiścią gniew, który narastał w nim od rana, przybrał teraz formę jakiegoś złowieszczego wyciszenia.
    Zbadał tlące się resztki domu. W środku natknął się na trzy zwęglone ciała, co zrazu wydało mu się dziwne, póki w drugim mężczyźnie nie rozpoznał Lawrence’a Dillona.
    Quinn chciał szybko uciec, to oczywiste. A stopy Lawrence’a były w opłakanym stanie już wtedy, gdy zabił Vorixa. Chryste, co za zimny drań z tego Quinna.
    Pytanie tylko, dokąd mógł się udać?
    Pozostało jeszcze sześciu skazańców. Wcześniej Powel odwiedził gospodarstwo Nichollsów, gdzie drugi zespół robotników budował stodołę. Karabinek maserowy kładł trupem jednego po drugim, a wszystko na oczach przerażonej rodziny. Później im tłumaczył, dlaczego tak postąpił. Mimo to patrzyli na niego jak na jakieś monstrum. Ale tym się nie przejmował. Nazajutrz mieszkańcy wioski przekonają wątpiących, że nie było innego wyjścia.
    Powel wbił wzrok w oddaloną o kilometr linię lasu. Gdzieś tam ukrywał się Quinn, to nie ulegało wątpliwości. Chyba że…
    Równie dobrze mógł wrócić do wioski. Był teraz prawdziwym bandytą, potrzebował broni i żywności, zapasów pozwalających mu opuścić hrabstwo Schuster. W lasach mała szajka rozbójników była w stanie przez długi czas wywijać się z rąk szeryfów czy nawet komisarzowi (zakładając, że gubernator zechce go wysłać).
    Orlando węszył pod nogami. Powel pogłaskał go w zamyśleniu. Jakże brakowało mu teraz Vorixa, który wytropiłby Quinna w ciągu godziny.
    — Racja — rzekł do owczarka. — Chce wrócić do Aberdale.
    — Powel miał obowiązek powiadomić osadników o tym, co się tutaj stało. Quinn z pewnością zabrał z domu broń. Dzięki Bogu, że kolonistom zezwalano jedynie na strzelby myśliwskie, a nie sprzęt większego kalibru.
    Gerald nie odezwał się słowem, kiedy Powel nakrył Paulę brezentową płachtą zdjętą ze schnącego stogu siana. Potem pozwolił się odprowadzić na bok i posłusznie dosiadł Sango.
    Obaj ruszyli przez sawannę z powrotem do zagrody Nichollsów. Nieopodal Orlando biegł raźnie w gęstej trawie. Za nimi nad stawem zaczynały się zbierać porzucone zwierzęta, zdezorientowane na wolności, której nigdy przedtem nie zaznały.

* * *

    Jay Hilton czuła się znudzona. Wioska wyglądała bardzo dziwnie, kiedy nikt nie pracował na polach i w ogródkach. Późnym popołudniem wszystkie dzieci musiały wrócić do domu. Okolica zdawała się wymarła, choć spacerując bez celu swojskimi ścieżkami, Jay dostrzegała w oknach zlęknione twarze ludzi.
    Matka nie chciała z nią rozmawiać, co zdarzało się niezwykle rzadko. Po powrocie z poszukiwań Cartera McBride’a położyła się na łóżku i patrzyła w sufit. Nie dołączyła do oddziału, który wraz z panem Mananim tropił zesłańców.
    Jay minęła kościółek. Ojciec Elwes jeszcze nie wrócił. Wiedziała, że zrobił coś bardzo złego, i nie chodziło wcale o picie — wywnioskowała to z zachowania pana Mananiego, gdy wspomniała o księdzu. Mimo wszystko nie powinien po zmroku chodzić sam po dżungli. A słońce kryło się już za wierzchołkami drzew.
    W jej wybujałej wyobraźni pustą dżunglę wypełniły różnorakie obrazy. Ksiądz przewrócił się i skręcił nogę w kostce. Stracił kierunek i błąkał się na oślep po lesie. Bronił się na drzewie przed napaścią dzikich sejasów.
    Jay znała na wylot obrzeże otaczającej wieś dżungli, jakby laserowy imprinter utrwalił w jej mózgu dydaktyczną mapę. Jeśli odnajdzie ojca Elwesa, będzie prawdziwą bohaterką. Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę swojej chaty. W środku nie paliło się światło, mama nawet nie zauważy, że zniknęła na pół godzinki. Pośpieszyła ku posępnej ścianie drzew.
    Nad dżunglą zaległa cisza, nawet gniazdółki milczały. Jay nigdy nie zapuszczała się między tak gęste cienie. Słupy różowego i pomarańczowego światła przebijały się przez szeleszczące liście, nienaturalnie lśniące w zapadającym zmierzchu.
    Po dziesięciu minutach nie była już taka pewna, czy postąpiła rozsądnie. Ale tuż obok zobaczyła dobrze wydeptaną ścieżynkę, prowadzącą do gospodarstw na sawannie. Zanurzyła się prędko między zarośla i po chwili istotnie wyszła na dróżkę.
    Od razu poczuła się lepiej, tutaj bowiem mogła już dostrzec kształty oddalone o siedemdziesiąt metrów w górę i w dół ścieżki.
    Przestała się bać.
    — Ojcze? — zawołała z nadzieją. Głos zabrzmiał niespodziewanie wyraźnie wśród wyciszonych szeregów mrocznych drzew, które ją zewsząd otaczały. Nic się nie poruszyło, nic nie wydało dźwięku. Marzyła o spotkaniu myśliwych: mogłaby z nimi wrócić do wioski. Czyjeś towarzystwo z pewnością podniosłoby ją na duchu.
    Z tyłu coś zachrzęściło, jakby ktoś nadepnął na gałązkę.
    — Ojcze? — Jay odwróciła się i pisnęła ze strachu. Z początku sądziła, że głowa czarnoskórej kobiety wisi w powietrzu, lecz gdy wysiliła wzrok, dostrzegła zarys postaci. Wyglądało to tak, jakby światło wokół niej zakręcało, tworząc na brzegach blade, purpurowo — niebieskie smużki.
    Kobieta uniosła dłoń. Wzory liści i gałązek nakładały się płynnie na jej rękę. Przyłożyła palec do ust i kiwnęła na Jay przyjaźnie.

* * *

    Sango kłusował ścieżką do Aberdale w jednakowym rytmie, nawet gdy pod drzewami zaczęły się gromadzić ciemności. Powel Manani pochylał czasem głowę pod nisko wiszącymi gałęziami.
    Te drogę znał na pamięć. Jechał automatycznie, rozważając różne możliwości.
    Nazajutrz wszyscy musieli zostać w wiosce; rozstawione straże pozwolą ludziom spokojnie pracować w polu. Każdy większy wstrząs w życiu tych ludzi byłby zwycięstwem Quinna, więc nie mógł pozwolić, żeby tak się stało. Ostatnie wydarzenia i tak już ostudziły zapał osadników, należało właściwie od początku budować ich wiarę we własne siły.
    Przed kwadransem minął powracający do domu oddział Arnolda Travisa. Powiesili wszystkich zesłańców. Druga grupa, która wyprawiła się do Nicholssów, zapewne grzebała teraz zabitych przez niego zesłańców. Jutro kolejna ekipa wyruszy do zagrody Skibbowa, aby naprawić, co się jeszcze da.
    Wiele nie zostało tam do zrobienia, pomyślał z goryczą. Ale mogło być gorzej. Chociaż, z drugiej strony, mogło też być o wiele, wiele lepiej.
    Powel syknął przez zaciśnięte zęby na myśl o włóczącym się na wolności Quinnie. Zamierzał udać się z samego rana do Schuster. Tamtejszy szeryf powiadomi Durringham, a wtedy zorganizuje się porządne polowanie. Dobrze znał nadzorcę z Schuster, Gregora O’Keefe’a, związanego afinicznie z dobermanem. Obaj bez chwili zwłoki wyruszą za bandytą, zanim znikną ślady. Gregor zrozumie powagę sytuacji.
    Po tej rozróbie jego akta nie będą się prezentować zbyt dobrze.
    Wymordowane rodziny i otwarty bunt zesłańców. Pewnie Biuro Alokacji Gruntów nie podpisze już z nim następnego kontraktu.
    A niech tam, do diabła z nimi! Teraz liczył się tylko Quinn.
    Nagle Sango zakwiczał i stanął gwałtownie dęba. Powel odruchowo ścisnął w dłoniach lejce. Koń opadł, lecz ugięły się po nim nogi. Jeździec siłą rozpędu uderzył głową o wyprostowany nagle kark zwierzęcia. Grzywa chlasnęła go po twarzy, zarył nosem w twardą, beżową sierść. Poczuł smak krwi na języku.
    Sango runął na ziemię. Impet przesunął go jeszcze dwa metry, po czym zwalił się ciężko na bok. Powel usłyszał, jak prawa noga pęka mu z przeraźliwie głośnym trzaskiem, przyciśnięta ciężarem konia. Na chwilę stracił przytomność. Gdy przyszedł do siebie, od razu zwymiotował. Stracił czucie w prawej nodze od biodra w dół.
    Kręciło mu się w głowie, na twarz wystąpił zimny pot.
    Koński bok przyszpilił jego nogę do ziemi. Dźwignął się na łokciu i spróbował ją wyszarpnąć, a wtedy miał wrażenie, jakby ktoś przypiekł go rozżarzonym żelazem. Jęknął i opadł na miękką trawę, dysząc ciężko.
    Krzaki się za nim zatrzęsły. Usłyszał odgłos czyichś kroków na ścieżce.
    — Hej! — zawołał. — Chryste, pomocy! Cholerny koń mnie przywalił! Nie czuję nogi. — Wygiął szyję. Z mrocznych cieni wynurzyło się sześć postaci.
    Quinn Dexter wybuchł głośnym śmiechem.
    Powel sięgnął błyskawicznie do futerału po karabinek maserowy. Zacisnął palce na rękojeści.
    Ann tylko czekała na ten ruch. Wystrzeliła ze strzelby laserowej. Impuls promieniowania podczerwonego trafił Powela w grzbiet dłoni, przechodząc gładko przez ciało. W miejscu, gdzie wyparowały mięśnie i skóra, powstała pięciocentymetrowa dziura. Naczynia krwionośne momentalnie się zasklepiły, spieczone ścięgna popękały. Wokół obrzeża rany łuszczyła się zwęglona skóra, pojawił się pierścień olbrzymich pęcherzy. Powel krzyknął ochryple i cofnął rękę.
    — Dawajcie go! — rozkazał Quinn.

* * *

    Demoniczna istota raz jeszcze zawitała do kościoła. Była to pierwsza rzecz, jaką Horst Elwes odkrył po powrocie pamiętał tylko niektóre wydarzenia minionego dnia. Musiał przeleżeć na polance wiele godzin. Przemoczone na deszczu spodlę i koszula ubrudziły się w błocie. A przekrwione oczy Cartera McBride’a wciąż na niego patrzyły.
    „To twoja wina!” — oskarżył go z wściekłością nadzorca Manani. I słusznie.
    Grzech zaniedbania. Przeświadczenie, że ludzka godność w końcu zatriumfuje. Że wystarczy poczekać, a zesłańcom znudzą się te głupie rytuały i wtedy spokornieją. Że uprzytomnia sobie, iż sekta Jasnego Brata jest tylko chytrym sposobem na podporządkowanie ich rozkazom Quinna. Wówczas przygarnie ich pod swoje skrzydła, rozgrzeszy i wliczy w poczet bożej owczarni.
    Cóż, przez tę jego arogancję życie straciło dziecko, a pewnie też inne osoby, jeśli podejrzenia Ruth i Mananiego znajdą swoje potwierdzenie. Po czymś takim Horst nie miał ochoty dłużej żyć.
    Kiedy mrok otulił świat, a nad wierzchołkami drzew zabłysły pierwsze gwiazdy, pomaszerował z powrotem do wioski. W kilku chatach paliły się wątłe żółte światła, lecz we wsi panowała śmiertelna cisza. Jakby uleciało z niej życie.
    Duch, pomyślał Horst. Brakuje tu ducha. Nawet później, nawet po dokonaniu krwawej zemsty na zesłańcach to miejsce będzie skażone. Ludzie zjedli już jabłko i świadomość prawdy splugawiła ich dusze. Wiedzą, jaka bestia czai się w ich sercach. Nawet jeśli maskują ją pod pozorami honoru i społecznej sprawiedliwości. Już wiedzą.
    Wynurzył się wolno z cienia, idąc w stronę kościoła. Tego prostego kościółka, który symbolizował wszystko, co było złe w wiosce.
    Zbudowanego na kłamstwie, jawnie wyśmiewanego, dającego schronienie głupcowi. Nawet tutaj, na najbardziej zacofanej planecie w Konfederacji, gdzie nic się naprawdę nie liczy, nie mogę dać sobie rady. Nie umiem zrobić tej jedynej rzeczy, do której powołał mnie Bóg. Nie umiem zaszczepić w ludziach wiary.
    Przepchnął się przez drzwi wahadłowe na tyłach kościoła.
    Z przodu na ławie leżał owinięty kocykiem Carter McBride. Ktoś Opalił świecę na ołtarzu.
    Metr nad ciałem mrugała delikatna, czerwona gwiazdka.
    Cała męka Horsta powróciła z gwałtownością, od której nieledwie postradał zmysły. Zagryzł drżącą wargę.
    Jeśli istnieje Bóg, jeśli istnieje Święta Trójca, argumentowali sataniści z sekt w arkologiach, to, ipso facto, syn ciemności także musi istnieć. A skoro szatan kusił Chrystusa i obaj stąpali po Ziemi, obaj również powrócą.
    Horst Elwes patrzył na punkcik czerwonego światła i znów doznawał tego osobliwego wrażenia, jakby brzemię niezliczonych eonów rzucało wyzwanie jego rozumowi. W obliczu dowodu na istnienie nadprzyrodzonego bóstwa czuł się ohydnie wydrwiony; ludzie mieli przecież dochodzić do wiary, nie powinna być nikomu siłą narzucana.
    Uklęknął na kolano, jakby przydusiła go gigantyczna, nie znosząca sprzeciwu dłoń.
    — Przebacz mi, Boże. Przebacz mi, żem słaby. Błagam.
    Gwiazdka przepłynęła wolno w jego kierunku. Nie rzucała blasku na ławy ani na podłogę.
    — Czym ty jesteś? Po co tu przybyłeś? Jesteś duszą tego chłopca?
    Quinn Dexter cię przywołał? Współczuję ci. Chłopiec miał czyste myśli, bez względu na to, co z nim zrobili, bez względu na to, co kazali mu powiedzieć. Nasz Pan go nie odtrąci z powodu bezeceństw twoich akolitów. Sam archanioł Gabriel powita w niebie Cartera.
    Gwiazdka zatrzymała się dwa metry przed Horstem.
    — Precz — rzekł ksiądz. Podniósł się, czując, jak niezłomna siła wstępuje w jego ciało. — Opuść to miejsce. Przegrałeś. Przegrałeś w dwójnasób. — Powoli uśmiech wykrzywił jego twarz, ślina pociekła po brodzie. — Ten stary grzesznik nabrał ducha dzięki twojej wizycie. A miejsce, które bezcześcisz, jest poświęcone! Precz, mówię! — Skierował sztywny palec na osnutą mrokiem dżunglę za drzwiami. — Wynoś się stąd!
    Wtem na schodkach przed kościołem rozległ się tupot kroków, drzwi wahadłowe rozchyliły się raptownie.
    — Ojcze! — krzyknęła Jay piskliwym głosem.
    Małe, szczupłe rączki objęły go w pasie z siłą dorosłej osoby, przytulił instynktownie dziewczynkę, głaszcząc jej splątane, srebrzystobiałe włosy.
    — Ojej, ojcze — łkała. — To było straszne, oni zabili Sango.
    Zastrzelili. Nie żyje. Sango nie żyje.
    — Kto? Mów, kto go zastrzelił?
    — Quinn. Zesłańcy. — Uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy.
    Xwarz miała mokrą od płaczu. — Ale ona pomogła mi się schować. Byli bardzo blisko.
    — Widziałaś Quinna Dextera?
    — Tak. Zastrzelił Sango. Nienawidzę go!
    — Kiedy to się stało?
    — Przed chwilą.
    — Tutaj? W wiosce?
    — Nie. Byłyśmy na ścieżce do zagród na sawannie, pół kilometra stąd.
    — Kto był z tobą?
    Jay pociągnęła nosem i przetarła piąstką oko.
    — Nie wiem, jak się nazywa. Po prostu wyszła z dżungli w takim śmiesznym stroju. Powiedziała, że muszę uważać, bo zesłańcy są tuż — tuż. Bardzo się bałam. Schowałyśmy się za krzakami. A potem Sango nadbiegł ścieżką. — Zadrżał jej podbródek. — On nie żyje, ojcze.
    — Gdzie teraz jest ta kobieta?
    — Poszła sobie. Odprowadziła mnie do wioski i poszła.
    Bardziej zdziwiony niż zaniepokojony, Horst próbował zapanować nad wzburzonymi myślami.
    — Co było dziwnego w jej stroju?
    — Wyglądał jak kawałek lasu, nie można jej było zobaczyć.
    — Komisarz? — mruknął pod nosem. Nie, to nie miało sensu.
    Nagle uświadomił sobie, że w jej relacji czegoś mu brakuje. Chwycił ją za ramiona i zmierzył badawczym spojrzeniem.
    — Czy pan Manani znajdował się w siodle, kiedy Quinn zastrzelił Sango?
    — Tak.
    — Nie żyje?
    — Żyje. Krzyczał, bo go bolało. A potem zesłańcy gdzieś go wzięli.
    — O dobry Boże. Czy po niego wracała ta kobieta? Chciała uratować pana Mananiego?
    Na twarzy Jay malował się wyraz udręki.
    — Chyba nie. Nic nie powiedziała, po prostu znikła, gdy tylko doszłyśmy do pól za wioską.
    Horst odwrócił się do demonicznej istoty, lecz już jej nie było.
    Zaczął wyganiać Jay z kościoła.
    — Masz teraz wrócić prosto do domu, do mamy. Nigdzie nie zbaczaj. Powiedz jej to samo, co mnie powiedziałaś, i niech zwoła pozostałych mieszkańców wsi. Trzeba ich ostrzec, że zesłańcy są blisko.
    Jay kiwnęła głową z szeroko otwartymi oczami i śmiertelnie poważną miną.
    Horst omiótł spojrzeniem polanę. Noc już prawie zapadła, drzewa w mroku wydawały się bliższe i o wiele większe. Ciarki przeszły mu po plecach.
    — Co teraz zrobisz, ojcze?
    — Trochę się rozejrzę, nic więcej. A ty już zmykaj. — Pchnął ją delikatnie w kierunku chaty Ruth. — Do domu.
    Pognała między szeregami chałup; długie, smukłe nogi śmigały rozchwianym krokiem, jakby Jay lada chwila miała stracić równowagę. Horst został sam. Obrzucił dżunglę posępnym spojrzeniem, po czym ruszył w stronę wyrwy w ścianie drzew, gdzie zaczynała się ścieżka wiodąca do zagród na sawannie.

* * *

    — Sentymentalna idiotka — skonstatował Laton.
    — Posłuchaj, ojcze. Po tym, co dzisiaj zrobiłam, wolno mi chyba okazać trochę uczucia — odcięła się Camilla. — Quinn rozerwałby ją na sztuki. Nie potrzeba nam więcej takich mordów. Cel został osiągnięty.
    — Tylko że teraz ten zwariowany ksiądz postanowił zostać bohaterem. I jego zamierzasz ratować?
    — Nie. On jest dorosły. Odpowiada za swoje czyny.
    — W porządku. Ale strata nadzorcy Mananiego trochę pokrzyżowała mi szyki. Ufałem, że rozprawi się z resztą zesłańców.
    — Mam ich powystrzelać?
    — Nie, drużyna myśliwych już wraca, niebawem znajdą konia i ślad zostawiony przez Dextera. Zastanawialiby się, co ich zabiło. Nie mogą wpaść na najdrobniejszy ślad naszej obecności. Chociaż ta Jay…
    — Nikt jej nie uwierzy.
    — Oby.
    — Co zamierzasz zrobić z Dexterem? Nasz scenariusz nie przewidywał, że dożyje do tej chwili.
    — Quinn Dexter przyjdzie do mnie, bo dokąd miałby się udać? Szeryfowie dojdą do wniosku, że zaszył się gdzieś na odludziu, skąd nigdy nie wyściubi nosa. Niespecjalnie trafne założenie, lecz każdy plan bitwy bierze w łeb, gdy do ciebie pierwsi strzelają. Poza tym gonady Ann uzupełnią nasze genetyczne zbiory.
    — To znaczy, że moja misja prowokatora dobiegła końca?
    — Tak. Nie sądzę, aby sytuacja wymagała dalszych interwencji z naszej strony. Będziemy śledzić rozwój wydarzeń za pomocą serwitorów zwiadowczych.
    — Świetnie. Wracam do domu. Przygotuj mi kąpiel i mocnego drinka, to był długi dzień.

* * *

    Quinn patrzył z góry na Powela Mananiego. Nagi nadzorca znów odzyskał przytomność, gdy przywiązali jego zmaltretowane nogi do pnia majopi. Głowa wisiała kilka centymetrów nad ziemią; policzki napuchły od płynów zbierających się w tkankach. RozkrzyżowaJi szeroko jego ramiona, a dłonie przymocowali do kołków wbitych w ziemię. Odwrócony krzyż.
    Powel Manani jęczał boleśnie.
    Quinn nakazał ciszę gestem ręki.
    — Ciemność nabiera mocy. Witaj w naszym świecie, Powel — Dupek — wycharczał nadzorca.
    Quinn włączył kieszonkowy induktor termiczny i przycisną go do złamanej goleni Powela. Ranny stęknął i szarpnął się słabowicie.
    — Dlaczego to zrobiłeś, Powel? Dlaczego utopiłeś Lesliego i Tony’ego? Dlaczego zabiłeś Kay? Dlaczego wysłałeś Vorixa za Douglasem?
    — To nie wszyscy — syknął Powel. — Nie zapominaj o reszcie.
    Quinn znieruchomiał.
    — Jakiej reszcie?
    — Tylko wy zostaliście, Quinn. A jutro nawet was już nie będzie.
    Dexter ponownie przytknął induktor do nogi jeńca.
    — Dlaczego? — zapytał.
    — Carter McBride. A co sobie myślałeś? Wszyscy jesteście pieprzonymi zwierzętami. Po prostu zwierzętami. Żaden człowiek nie zrobiłby drugiemu czegoś podobnego. On miał dziesięć lat!
    Quinn ściągnął brwi, wyłączając induktor.
    — Co się stało z Carterem?
    — Mnie o to pytasz, dupku jeden?! Ty go przywiązałeś, ty i ci twoi zasrańcy od Jasnego Brata! Przeciąłeś go na pół!
    — Quinn? — zapytał niepewnie Jackson Gael.
    Dexter uciszył go machnięciem ręki.
    — Nawet nie tknęliśmy Cartera. Niby jak? Pracowaliśmy w zagrodzie Skibbowa.
    Powel naprężył pnącza krępujące jego dłonie.
    — A Gwyn Lawes, a Roger Chadwick, a Hoffmanowie? Co z nimi? I teraz znajdziesz alibi?
    — No tak, przyznaję, tutaj się nie mylisz. Ale skąd wiedziałeś, że służymy Jasnemu Bratu?
    — Elwes, on nam powiedział.
    — Jasne. Powinienem się domyślić, że ksiądz się zorientuje, co jest grane. Ale teraz to już bez znaczenia. — Z kieszeni farmerek wyciągnął nóż rozszczepieniowy.
    — Quinn — wtrącił się Jackson gorączkowo. — Ta sprawa śmierdzi. Kto sprzątnął Cartera, jeśli nie my?
    Zapytany zbliżył nóż do twarzy i przyglądał mu się jak w transie.
    — Co się stało, kiedy znaleziono Cartera?
    — O czym ty mówisz?! — wrzasnął Jackson. — Zwariowałeś? Cholera, Quinn, skończ z tym nareszcie. Zabiją nas, jeśli zaraz stąd nie zwiejemy.
    — To prawda. Mają nas zabić. Zostaliśmy wrobieni. — Zabłysło ostrze. W jego upiornym żółtym świetle twarz Quinna przybrała siarkowy odcień. Uśmiechnął się.
    Jackson Gael poczuł, jak śmiertelna trwoga ściska jego serce.
    Nie zdawał sobie dotąd sprawy z szaleństwa Quinna, który był stuknięty, owszem, czasem zachowywał się jak psychopata, ale żeby…? Jasny Bracie, Quinn dobrze się bawił. Naprawdę wierzył, że jest apostołem Nocy.
    Pozostali zesłańcy wymienili ukradkowe spojrzenia.
    Quinn niczego nie zauważył, pochylony nad Powelem Mananim. Nadzorca obwisł, rezygnując z walki.
    — Jesteśmy książętami Nocy — zaintonował Quinn.
    — Jesteśmy książętami Nocy — powtórzyli zesłańcy z tępym posłuszeństwem.

* * *

    — Camillo, wracaj tam niezwłocznie. Masz ich wyeliminować, bez żadnych wyjątków. Wysyłam wcielonych, żeby pomogli ci usunąć ciała. Jeśli myśliwi nadejdą zbyt szybko, użyj granatu termicznego, wysadź wszystko w powietrze. Niezbyt to eleganckie, ale będzie musiało wystarczyć. Quinn Dexter nie może zdradzić naszej obecności.
    — Już się robi, ojcze.

* * *

    Lisyjf przemieszczał swój rdzeń osobowości między Quinnem Dexterem a Powelem Mananim, obejmując polem percepcji wszystkich ludzi zgromadzonych na ciasnej, leśnej polance. Nie potrafił na razie odczytywać poszczególnych myśli; odkrywanie i katalogowanie skomplikowanych współzależności synaptycznych u ludzi zabierało sporo czasu, lecz emocjonalna zawartość ich mózgów nie kryła przed nim tajemnic.
    Różnica potencjałów emocjonalnych Quinna Dextera i Powela Mananiego była ogromna; pierwszy z nich triumfował i promieniał radością, rozkoszował się życiem, drugi natomiast, pogodzony z porażką, pragnął szybkiej śmierci. W tym właśnie odzwierciedlały się ich diametralnie przeciwstawne zapatrywania religijne.
    Na samej granicy percepcji Lisylf zarejestrował przepływ znikomej energii od Powela do Quinna. Dało się to wytłumaczyć istnieniem podstawowej siły energistycznej, która wywierała wpływ na każdą żywą komórkę. Tego rodzaju transfer zachodził niezwykle rzadko między cielesnymi bytami. Quinn Dexter wydawał się jej świadomy na pewnym fundamentalnym poziomie, był bez porównania bardziej niż ksiądz wyczulony na energistyczne pola.
    Dla Quinna Dextera ofiary składane podczas czarnych mszy stanowiły coś więcej niż pusty wyraz kultu, dzięki nim porywał go nastrój wielkiego oczekiwania — spoiwo bezgranicznej wiary. Lisylf obserwował, jak człowiek nabiera ufności w swoją moc; czatował, przygotowując z niecierpliwością wszystkie swoje aparaty perceptywne, aby utrwalić to zjawisko.
    — Kiedy fałszywy pan powiedzie w otchłań swe legiony, my będziemy z tobą — powiedział Quinn.
    — My będziemy z tobą — powtórzyli zesłańcy.
    — Kiedy zapalisz światło w mroku, my będziemy z tobą.
    — My będziemy z tobą.
    — Kiedy czas dobiegnie końca, a przestrzeń zapadnie się sama w sobie, my będziemy z tobą.
    — My będziemy z tobą.
    Quinn wyciągnął nóż rozszczepieniowy. Zagłębił czubek w ciało przy pachwinie Powela Mananiego, bardzo blisko członka. Skóra skwierczała, włosy łonowe zwęglały się i kurczyły. Powel zacisnął zęby. Mięśnie szyi napęczniały mu jak sznury, gdy próbował zdusić w sobie okrzyk. Quinn zaczął wpychać nóż głębiej do wnętrzności nadzorcy.
    — Oto nasza ofiara dla ciebie, Panie — rzekł. — Uwolniliśmy węże, jesteśmy bestiami, bo tak nas stworzono. Żyjemy pełnią życia. Przyjmij to istnienie, będące świadectwem naszej miłości i oddania. — Nóż sięgnął pępka Mananiego, z rany wyciekały strugi krwi. Quinn wpatrywał się z dzikim zachwytem, jak szkarłatna ciecz zlepia gęste owłosienie mężczyzny. — Użycz nam siły, Panie, a pokonamy twych wrogów. — Wężowa bestia napełniała serce oszałamiającą radością, przepełniała szczęściem. Każda komórka ciała drżała z podniecenia. — Ukaż nam się, Panie! — krzyczał. — Przemów do nas!
    Powel Manani umierał. Lisylf patrzył na szalejącą w jego ciele burzę energistycznych wyładowań. Mały strumyczek energii przeciekł na Quinna, natychmiast łapczywie wchłonięty, wynosząc uniesienie zesłańca na jeszcze wyższy pułap. Reszta energii życiowej Powela Mananiego stopniowo malała, aczkolwiek jej ubytek nie odbywał się tak całkiem liniowo: maleńka jej cząstka uleciała poprzez jakąś zagadkową deformację między wymiarową. Lisylf był zafascynowany, ten rytuał niesłychanie poszerzał jego horyzonty wiedzy; mimo swej niewyobrażalnie długiej egzystencji nigdy dotąd nie dostroił się tak dokładnie do śmierci innej istoty.
    Zanurzył się w strumieniu energii wypływającej z komórek Mananiego, przenikając powłoki kwantowej rzeczywistości, aby wyłonić się raptem w kontinuum, o którego istnieniu dotychczas nie miał pojęcia — w energistycznej próżni, otchłani dla niego równie nieprzyjaznej, co przestrzeń kosmiczna dla nagiego ciała.
    Zachowanie spójności w takim środowisku przychodziło mu z najwyższym trudem. Musiał dokonać samozagęszczenia, ażeby strzępy jego własnej energii nie uległy rozproszeniu niczym warkocz komety. Po ustabilizowaniu wewnętrznej struktury Lisylf rozpostarł szeroko pole percepcyjne. Okazało się, że nie jest sam.
    W tej dziwnej przestrzeni wirowały porozrzucane w nieładzie zlepki informacji, podobne z natury do mechanizmów pamięciowych Lisylfa. Z całą pewnością były to odrębne byty, choć bez przerwy się z sobą mieszały, zespalając się i rozłączając. Lisylf zauważył, że obce jaźnie tłoczą się naokoło strefy granicznej jego rdzenia osobowości. Muskały go delikatne kosmyki promieniowania, niosące z sobą mnóstwo niebywale zagmatwanych obrazów. Ułożył standardową wiadomość identyfikacyjną i wysłał ją w tym samym paśmie promieniowania, którego tutaj używano.
    Jednakże, o zgrozo, zamiast mu odpowiedzieć, obcy wdarli się w jego granice.
    Lisylf walczył o zachowanie swej fundamentalnej integralności, gdy nastawione agresywnie obce jaźnie burzyły jego procesy myślowe i przejmowały nad nimi kontrolę. Napór był zbyt wielki, aby mógł go powstrzymać. Zaczął tracić panowanie nad swoimi funkcjami, pole percepcyjne uległo zawężeniu, dostęp do repozytorium zmagazynowanej wiedzy stał się utrudniony, nie mógł wykonać ruchu. Obcy zmieniali jego wewnętrzną strukturę energetyczną, otwierał się szeroki kanał między ich kontinuum a czasoprzestrzenią. Pierwsze strzępy informacji pognały środkiem międzywymiarowej deformacji, łańcuchy czystej pamięci wykorzystujące Lisylfa w charakterze elementu przewodzącego, poszukujące określonej matrycy fizycznej, w której mogłyby się uaktywnić.
    Była to potworna uzurpacja, która nadwerężała najgłębsze fundamenty natury Lisylfa. Obce byty zmuszały go do interakcji, do wzięcia udziału w ciągu zdarzeń rządzących wszechświatem. Pozostało mu tylko jedno wyjście. Zapamiętał sam siebie. Procesy myślowe i informacje z pamięci doraźnej zostały wpisane do makrosegmentowej matrycy danych. Zanikły wszelkie aktywne funkcje.
    Lisylf miał pozostać w letargu, zawieszony między dwoma odmiennymi kontinuum, dopóki drugi osobnik z jego gatunku nie odnajdzie go i nie ożywi. Prawdopodobieństwo, że coś takiego wydarzy się jeszcze przed końcem wszechświata, było znikomo małe, lecz Lisylf nie przykładał wagi do upływającego czasu. Zrobił wszystko, co mógł.
    Trzydzieści metrów od zesłańców i Powela Mananiego przekradał się wśród zarośli Horst Elwes, wsłuchany w głuche inkantające. Wiodący od zabitego konia szlak połamanych pnączy i potarganych liści był aż nazbyt widoczny, nawet w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Jakby Quinn nie przejmował się, że ktoś go może odnaleźć.
    Noc nastała z deprymującą nagłością, kiedy Horst zszedł ze ścieżki. Dżungla otuliła go złowieszczym kręgiem. Czerń dawała złudzenie rozrzedzonej cieczy, w której on tonął.
    Wtem posłyszał ochrypłe głosy, jakieś posępne zaklęcia. Głosy przestraszonych ludzi.
    Przed nim w gęstwinie rozbłysła iskierka żółtego światła. Przylgnął do wielkiego kaltuka i wyjrzał ostrożnie za pień. Quinn zatapiał nóż rozszczepiemowy w rozciągnięte ciało Powela Mananiego.
    Horst jęknął i prędko się przeżegnał.
    — Przyjmij go, panie, do swego królestwa…
    Demoniczna istota lśniła niby supernowa między Quinnem a Powelem, powlekając okoliczną dżunglę nieziemską czerwienią.
    Błyski zdawały się drwić z organicznego życia. Na twarzy Quinna drgała pajęczyna cynobrowego światła.
    Horst nie odstępował od drzewa. Pozbył się trwogi, ale pozbył się też nadziei. Żaden z zesłańców nie zauważył obecności demona. Żaden z wyjątkiem Quinna, który uśmiechał się z dziką radością.
    Kiedy jego uniesienie sięgnęło zenitu, Quinn usłyszał głosy.
    Dochodziły z wnętrza głowy, a przypominały urywane szepty wydawane przez senne widziadła. Te jednak się wzmagały, w zgiełkliwej paplaninie brzmiały cale słowa. Ujrzał przed sobą jaśniejące światło, szkarłatną aureolę wokół ciała Powela. Dokładnie w miejscu serca ziała absolutnie czarna szczelina.
    Quinn wyciągnął ręce w stronę pustej wyrwy w przestrzeni.
    — Panie mój! Przybyłeś!
    Wrzawa się spotęgowała.
    — Pożądasz ciemności, Quinn? — padło zgodne pytanie.
    — O tak, tak.
    — My jesteśmy z ciemności. Długie wieki szukaliśmy ciebie.
    — Czym mogę służyć, Panie?
    — Powitaj nas, Quinn.
    — Witam. Sprowadź do mnie Noc, Panie.
    Ze świdrującym w uszach piskiem z ciała Powela Mananiego trysnęły wzburzone macki widmowego, dwuwymiarowego światła. Niczym zachłanny sukub sięgnęły od razu do Quinna. Jackson Gael zatoczył się do tyłu z okrzykiem przerażenia, zasłaniając oczy przed oślepiającym purpurowobiałym blaskiem. Opodal do smukłego pnia przypadła Ann, jakby uderzył w nią podmuch huraganu: zaciskała powieki, włosy jej fruwały. Wokół Quinna wiły się nieprzerwanie płaskie kosmyki światła. Ręce i nogi tańczyły mu jak w ataku epilepsji. Po polance miotały się oszalałe cienie.
    W powietrzu dało się wyczuć woń spalonego mięsa: ciało Powela trawił ogień.
    — Jesteś naszym wybrańcem, Quinn! — zawołały jednocześnie wszystkie głosy w czaszce zesłańca.
    Czuł, jak wyłaniają się z cienia, z nocy nieprzejrzanie czarnej, gdzie cierpiało się wiekuiste męczarnie. Serce wzbierało mu radością, byli bowiem jego krewniakami, wężowymi bestiami. Ofiarował im siebie, a oni opadli go niczym powiew obłąkanej wichury. Gdy nurzał się w ciemności, świat blasków i kolorów uciekał przed nim z zawrotną prędkością.
    Samotny w swym uwielbionym mroku, Quinn czekał na nadejście Jasnego Brata.
    Horst Elwes zobaczył, jak gaśnie światło czerwonego demona. Zamiast niego szatańskie błyski zaczęły hasać w powietrzu, krążyć bez ładu i składu po polanie. Coś wydawało się ujeżdżać rozżarzone smugi, wiotkie i matowe cienie komponowały się jakby w negatywowe zdjęcia meteorów. Gwałtowne podmuchy wiatru kołysały liśćmi drzew i pnączami.
    Zesłańcy krzyczeli, młócąc panicznie rękami. Na oczach Horsta dzika, rozedrgana błyskawica trafiła Irleya, który przeleciawszy w powietrzu dwa metry, upadł oszołomiony i wstrząsany drgawkami.
    Quinn stał niezłomnie pośrodku tej zawieruchy; choć ciało mu drżało, zachowywał wyprostowaną sylwetkę. Uśmiechał się z wyrazem zdumienia na twarzy.
    Błyskawice zniknęły.
    Odwrócił się powoli, niezdecydowanie, jakby czuł się obco we własnym ciele i sprawdzał jego możliwości. Horst uzmysłowił sobie nagle, że widzi go jak na dłoni, choć panowały nieprzeniknione ciemności. Pozostali zesłańcy jawili mu się jako prawie niewidoczne cienie. Quinn omiótł ich wszystkich płomiennym spojrzeniem.
    — I wy też — odezwał się łagodnym tonem.
    Strzelił błyskawicą rozdzieloną na cienkie, drgające włókna, które uderzyły bezbłędnie w pięcioro jego kompanów. Podniósł się nieludzki wrzask.
    — Ojcze nasz, któryś jest w niebie… — modlił się Horst. Spodziewał się, że lada moment i jego dopadnie błyskawica. — …święć się imię Twoje… — Okrzyki zesłańców powoli zamierały. — …odpuść nam nasze winy…
    Nareszcie zgasło piekielne światło i zapanowała cisza.
    Horst wyjrzał zza drzewa. Sześcioro zesłańców stało wciąż na polance, wszyscy opromienieni błyszczącą aureolą.
    Niczym anioły, pomyślał. Nad podziw dostojne w swych zdrowych młodzieńczych ciałach. Jakże okrutną oszustką jest natura.
    Gdy tak patrzył, postaci zaczęły szarzeć. Jackson Gael odwrócił się i spojrzał prosto na niego. Horst skamieniał z grozy.
    — Ksiądz! — Roześmiał się głośno. — Wyśmienicie. Nie potrzeba nam twej posługi, padre, ale ciało mogłoby się przydać.
    — Postąpił krok w jego stronę.
    — Tam, na górze! — krzyknęła raptem Ann. Skierowała palec między drzewa.
    Camilla przybyła na sam koniec makabrycznej ceremonii, akurat żeby zobaczyć, jak po polanie szaleją błyskawice. Dzięki przylepcom kameleonowego kombinezonu wdrapała się bez trudu na wysokie drzewo, gdzie przysiadła w rozwidleniu konarów, obserwując z góry całe zdarzenie.
    — Nie wiem, co to za cholerne światło — przyznał Laton.
    — Nie może być związane z elektrycznością, bo już by nie żyli.
    — A jaka to różnica? — odparła. Adrenalina szumiała jej w żyłach. — Cokolwiek za tym stoi, nie jest po naszej stronie.
    — Prawda. Ale patrz, jak ich widać. Obraz holograficzny?
    — Niby skąd?
    — Nie mam pojęcia. Ktoś go musi wyświetlać.
    — Przecież zwiadowcy nikogo nie spotkali.
    Ann krzyknęła i wskazała na nią palcem. Pozostali zesłańcy natychmiast się odwrócili.
    Po raz pierwszy w życiu Camilla doświadczyła uczucia strachu.
    — Cholera, widzą mnie! — Podniosła strzelbę maserową.
    — Nie! — zawołał Laton.
    Zapalił się kombinezon kameleonowy. Całą jej postać objęły jasne, białe płomienie. Wrzasnęła, czując, jak pali się jej skóra.
    Plastikowa tkanina szybko się topiła, z drzewa padał deszcz świetlistych kropel. Na próżno się miotała, próbując rękami zgasić ogień. Spadła z gałęzi w płomienistej kuli, ciągnąc za sobą biały warkocz. Z braku powietrza w płucach nie mogła nawet krzyczeć.
    Uderzyła o ziemię z głuchym łomotem, roztaczając wokół siebie wieniec płomieni. Rosła temperatura żarłocznego ognia, który z blaskiem palącego się magnezu trawił mięśnie, organy i kości.
    Zesłańcy stali naokoło, kiedy ostatnie płomyki zachwiały się i zgasły. Wszystko, co pozostało, to czarny płat spalonej ziemi, a na nim lśniące, podobne do żużlu popioły. Skwierczały głośno, kiedy stygły.
    — A to szkoda — rzekł Jackson Gael.
    Jak na komendę, odwrócili wzrok w stronę kryjówki Horsta Elwesa. On jednak dawno już uciekł.

* * *

    Ruth Hilton i pozostali dorośli mieszkańcy wsi otoczyli budynek publiczny zwartym pierścieniem obronnym. W środku schroniły się dzieci. Nikt nie wiedział, jak potraktować opowiadanie Jay, wszyscy jednak byli zgodni, że widziała Quinna Dextera.
    Światła latarek ślizgały się po pustych chałupach i zabłoconych dróżkach. Ściany z desek ukazywały swe szare i posępne oblicza. Ludzie ze strzelbami wyposażonymi w noktowizory bajali okoliczną dżunglę.
    — Chryste, jak długo jeszcze będziemy czekać na tych myśliwych? — utyskiwała Skyba Molvi. — Mają dość amunicji, żeby wystrzelać całą armię zesłańców.
    — Zaraz nadejdą — mruknęła Ruth cierpko.
    — Widzę jednego! — ryknął ktoś.
    — Gdzie? — Ruth okręciła się na pięcie, z trudem panując nad nerwami.
    Błyskające lasery celowników utworzyły w powietrzu zygzaki rubinowych i szmaragdowych wiązek. Odezwała się strzelba elektromagnetyczna. Czterdzieści metrów dalej zatrzęsła się ziemia; ładunki wyżłobiły wąskie, głębokie kratery, a roślinność w pobliżu zajęła się ogniem.
    Strzały ustały.
    — Cholera! To tylko pies.
    Ruth wypuściła z płuc powietrze. Ręce jej drżały.
    Z budynku dobiegały krzyki dzieci, które chciały wiedzieć, co się stało.
    Powinnam być w środku razem z Jay, rozmyślała Ruth. Przykładna matka ze mnie, nie ma co. Dziecko włóczy się samo po lesie, a ja leżę jak kłoda. Poza tym co tam się, u diabła, naprawdę wydarzyło?
    Nieoczekiwanie z dżungli wypadł Horst, machając dziko rękami dla utrzymania równowagi. Ubranie miał w strzępach, twarz i ręce podrapane. Na widok snopów światła strzelających ku niemu od strony budynku publicznego przedstawił się głośno.
    Dały się słyszeć głosy:
    — To zwariowany ksiądz.
    — Znowu się uchlał.
    — Ten drań mógł uratować Cartera.
    Ruth pragnęła zapaść się pod ziemię, zejść ludziom z oczu.
    %ła pewna, że każdy i ją po cichu obwinia.
    — Demony!!! — wrzeszczał Horst, biegnąc co tchu. — Wyzwolili demony! Boże, ratuj! Uciekajcie! Uciekajcie!
    — Pijany.
    — To powinien być on, nie Carter.
    Horst zatrzymał się niezdarnie przed gromadą. Słaniał się na nogach, wyczerpany i obolały po długim biegu. Dostrzegł w ich twarzach wzgardę i odrazę. Łzy napłynęły mu do oczu.
    — Na miłość boską, ja nie żartuję. Quinn tu idzie, zabił Powela Mananiego. Coś się stało, coś nadeszło!
    W tłumie rozległy się gniewne pomruki. Ktoś splunął pod nogi Horstowi.
    Ruth zauważyła, że latarka słabnie. Uderzyła w obudowę.
    — Dlaczego nie pomogłeś Powelowi, księże? — padło pytanie.
    — Ruth! — błagał Horst. — Proszę, powiedz im, jakie zło drzemie w Quinnie.
    — Sami wiemy.
    — Siedź cicho, księże. Nie potrzeba nam tu twojej czczej, pijackiej gadaniny o zesłańcach. Niech się tylko Quinn pokaże, a damy mu do wiwatu!
    Latarka Ruth zgasła. Wkrótce dały się słyszeć okrzyki zdumienia, kiedy wszystkie latarki zaczęły mrugać i ciemnieć.
    — Demony zaraz tu będą! — ryknął Horst.
    Wtem z jednej z chat pięćdziesiąt metrów dalej buchnęły syczące, pomarańczowe płomienie. Chwilę lizały ją u dołu, by zaraz przebiec po słupach do dachu. Nie minęło pół minuty, a cała konstrukcja stała w ogniu. Poskręcane płomienie strzelały dziesięć metrów w górę.
    — Nie do wiary — mruknęła Ruth. Nic nie powinno się pali