Скачать fb2
Kroki w nieznane - 1970

Kroki w nieznane - 1970


Kroki w nieznane — 1970


Spis treści

    I. Inwazja Marsjan
    1. Dlaczego? — D. Bilenkin
    2. Lot dalekosiężny — R. Sawwa
    3. Ostatni Marsjanin — F. Brown
    4. Bardzo dziwny świat — A. Gromowa
    5. Cienie — D. Simak
    6. Kaczka w śmietanie — I. Warszawski
    7. Opowiadanie Pirxa — S. Lem
    8. Człowiek, który zaprzyjaźnił się z elektrycznością — F. Leiber
    9. Stan alarmowy — A. i B. Strugaccy
    10. Przedstawienie kukiełkowe — F. Brown
    11. Mąż opatrznościowy — F. Brown
    12. Hańba wandalom — M. Clifton
    13. Wieczorne niebo — A. Czechowski
    14. Żuk — W. Szczerbakow
    15. Spotkanie — A. i B. Strugaccy
    16. Własne drogi ku Słońcu — W. Grigoriew
    17. Zgodnie z prawami nauk nieścisłych — W. Grigoriew
    18. Podkomitet — Z. Henderson
    19. Wróble Galaktyki — K. Fijałkowski
    II. Diabelskie wynalazki
    1. Stragan z zabawkami — H. Harrison
    2. Koncentrator grawitacji — A. Szalimow
    3. Niebezpieczny sejf — G. Kersh
    4. Dzień, w którym zjawiła się żyrafa — D. Bilenkin
    5. Siedem dni strachu — R.A. Lafferty
    6. Okno w przyszłość — Ł. Mogilew
    7. Otchłań — A. Dnieprow
    8. Drugie stadium — R. Jarow
    III. Fakty, hipotezy, zagadki
    1. Człowiek, Ziemia, kosmos — J. Szkłowski
    2. Zamieszkany kosmos — B. Lapunow
    3. Tunguska katastrofa — A. Kazancew
    4. Co to jest fantastyka naukowa? — Lech Jęczmyk

Wizytówka książki

    Wydawnictwo: „Iskry”
    Rok wydania: 1970
    Nakład: 20.000
    Druk: Łódzka Drukarnia Dziełowa
    Format: B5
    Wybór: Lech Jęczmyk
    Opracowanie graficzne: Bohdan Bocianowski

I. Inwazja Marsjan


Dymitr Bilenkin
Dlaczego?

    Długo myślały maszyny, długo myśleli uczeni. Przez całą planetę Orbi przetaczały się strumienie informacji, dzieliły się, łączyły znów, mieszały, krystalizowały we wzorach, przepalały bezpieczniki obwodów pamięciowych i nie dawały spać naukowcom. Rozstrzygano problem podstawowy: jak można najskuteczniej zawiadomić o swym istnieniu hipotetyczne cywilizacje innych światów?
    Aż wreszcie znaleziono odpowiedź. — Przyjaciele! — rzekł uroczystym głosem przewodniczący Rady Naukowej. — Nadszedł kres wielowiekowych sporów i poszukiwań. Streszczę pokrótce ostateczny wniosek. Nieskończone odległości uniemożliwiają bezpośrednie podróże do dalekich światów. Warianty łączności za pomocą fal radiowych, promieniowania kosmicznego, strumieni neutrin owych i pól grawitacyjnych nie zadowalają z dwóch powodów. Po pierwsze, takimi sygnałami trudno ogarnąć całą galaktykę. Po drugie — i najważniejsze — sygnały takie może odebrać jedynie cywilizacja dysponująca odpowiednimi urządzeniami technicznymi, co już na wstępie zawęża krąg naszych poszukiwań.
    Doszliśmy do przekonania, że sygnał powinien od razu rzucać się w oczy i że powinien być adresowany „do wszystkich, do wszystkich, do wszystkich”. Tym warunkom odpowiada światło dostrzegalne dla wszystkich rozumnych istot, na wszystkich poziomach ich rozwoju.
    Pozostał drobiazg: skonstruowanie odpowiedniego urządzenia sygnalizacyjnego. Zawiadamiam z radością, że takie urządzenie już istnieje. W kierunku najbliższej gwiazdy wystrzelimy niebawem automatyczną stację, która będzie wiecznie krążyć wokół niej, a zainstalowane na jej pokładzie lasery będą zgodnie z ustalonym programem kierować procesami gwiezdnymi. Gwiazda zacznie się na przemian rozjarzać i przygasać, i właśnie te jej pulsacje staną się naszym sygnałem dla mieszkańców Galaktyki. Jedyna pulsująca gwiazda na nocnym nieboskłonie musi przyciągnąć uwagę nawet prymitywnego umysłu; zmusi do zadania sobie pytania: „Dlaczego ona mruga?” I to jest właśnie optymalny wariant sygnalizacji międzygwiezdnej.
    Planeta Orbi zatrzęsła się od oklasków.
* * *
    …Była ciepła, pachnąca noc. Szemrały fontanny Wersalu. Piękna kobieta wzniosła rozmarzone oczy ku górze. — Dlaczego ta gwiazdeczka mruga, tam, w niebie?
    Jej kawaler potrząsnął lokami pudrowanej peruki i powiedział z wytworną galanterią: — To bogowie miłości mrugają do nas, ma cher. Dama zadowoliła się tą odpowiedzią.
    …Była noc, wypełniona rykiem silników. Cichutko pojękiwały szyby w oknach. Referent otarł pot z czoła.
    — Reasumuję: natura błysków gwiazd pulsujących tłumaczy się wzajemnym oddziaływaniem grawigennych ąuasi-fluktuacji z pulsacją kwantów, co jest zgodne z prawem Releya zmniejszania się pulsacji w przestrzeni singularnej.
    Referent zszedł z katedry odprowadzany uprzejmymi oklaskami audytorium. Słuchacze zadowolili się jego wyjaśnieniem. Pytania „dlaczego” nie zadawali, gdyż już od dawna wiedzieli, że nie ma sensu zadawać go przyrodzie.
    A gwiazdy? Gwiazdy nie słyszały żadnego z tych wyjaśnień i mrugały, każda zgodnie z własnym programem. Teraz było wiele tych pulsujących latarni wszechświata, bowiem każda cywilizacja na określonym szczeblu rozwojowym nieuchronnie znajdowała optymalny wariant sygnalizacji międzygwiezdnej. I nikogo już ta szczególna właściwość nieba nie dziwiła.
    Przelożył Tadeusz Gosk

Ryszard Sawwa
Lot dalekosiężny

    Był piękny, wiosenny dzień, pełen słońca, i jak zwykle Centrum Badań Kosmicznych przy obserwatorium w Wynnejack zapełniało się ludźmi. Jensen i Hollitz pracowali razem u profesora Kilseya. Po tym, kiedy ten opracował słynną już metodę poszukiwania kontaktu z innymi cywilizacjami, chętnych do pracy nad tym tematem było bardzo wielu, ale profesor tak zżył się ze swoimi starymi pracownikami, że nie zmieniał personelu.
    Tego dnia zaraz po przyjściu obydwaj zameldowali się u profesora. — Panie profesorze. Wspólnie z Hollitzem wpadliśmy na pewien pomysł. Mamy propozycję… — zaczął nieśmiało Jensen.
    — Proszę, mów, Bobby! — Profesor zawsze traktował ich trochę jak dzieci.
    — Zgadzamy się, panie profesorze, że pańska metodyka jest optymalna. Ale znajdując się na brzegu Galaktyki mamy i tak bardzo małe szansę na szybkie osiągnięcie kontaktu. Wydaje mi się, że te sygnały, które wysyłamy, są zbyt narażone na zakłócenia i zniekształcenia.
    Profesor uśmiechnął się. — No tak, mój drogi, ale nic na to nie poradzimy.
    — A właśnie — ożywił się Jensen — doszliśmy z Hollitzem do wniosku, że po pół roku wysyłania dotychczasowych stałych sygnałów można by spróbować czegoś innego.
    Na dobrodusznej twarzy Kilseya odbiło się zaciekawienie. — Proponujemy wysyłać sygnały zmienne co 2 minuty, oparte na trzeciej logice Weymanna z grupą sygnałów stochastycznie zmiennych — wyjaśnił Hollitz. — Opracowaliśmy specjalny układ z widmem minimalnie podatnym na zakłócenia kosmiczne. Podejmujemy się opracować taśmy do nadajnika w ciągu kilku dni. Potrzebujemy tylko pańskiej zgody na eksperyment.
    Kilsey zamyślił się. — Właściwie — powiedział powoli — nie mam na razie żadnych zastrzeżeń co do tej propozycji. Przygotujcie taśmy. Tylko jedno: chciałbym, żeby nasze stare sygnały również były nadawane przez kilka godzin dziennie.
    Jensen i Hollitz poderwali się z krzeseł. — Dobrze, panie profesorze, za trzy dni przystąpimy do wysyłania nowych sygnałów.
    Jasne, nocne niebo zaczęło szarzeć, czerwony świt przytłumił już blask miliardów gwiazd na niebie. Rubinowy brzeg pierwszego słońca wynurzył się zza horyzontu.
    „Tu, w centrum Galaktyki, noc jednak nigdy nie jest tak piękna i ciemna jak na jej brzegu” — pomyślał Alf obserwując wschód na ojczystej planecie. Spojrzał jeszcze raz na podobizną młodej, dziewczęcej twarzy na obelisku z szarego marmuru. Posąg Britt stał na placu Pamięci w grupie pomników pilotów solarnych i galaktycznych.
    Wiele razy już zastał go świt przed posągiem i mimo że minął rok od katastrofy, nie potrafił w pełni wrócić do zwykłego życia. Poprawił bukiet żywych, złotych kwiatów u stóp pomnika i ciężkimi krokami ruszył w stroną wyjścia.
    Hollitz przywitał się z Jensenem i usiadł przy pulpicie. — No, to zaczynamy, Bob. Puścimy naszą nową muzykę dla kolegów po fachu. Przyszedł
    Kilsey. Jensen krótko objaśnił:
    — W części stochastycznej daliśmy echo radiogwiazd centrum i środka drugiej najbliższej naszego układu spirali Galaktyki. Powiązaliśmy je logiką Weymanna z adresem naszej Ziemi i jesteśmy gotowi do eksperymentu.
    Kilsey przejrzał taśmy na ekranie czytnika sygnałów i oddał je Jensenowi. — No cóż, chłopcy, nawet podoba mi się ta wasza nowa oda do Księżyca. Nadawajcie, może wreszcie do kogoś trafimy.
    Hollitz założył taśmy do czytnika, włączył antenę i nadajnik.
    Alf wsiadł już do terralotu, kiedy zapaliła się lampka cerebrofonu. Włączył wzmacniacz informacyjny i skupił się na odbiorze. Mimo że istoty cywilizacji, do której należał, łatwo mogły się porozumieć także za pomocą myśli, ważniejsze wiadomości przekazywano poprzez wzmacniacze informacyjne. Szybko przejmował nadawane myśli komendanta Admiralicji. — Krótki komunikat do pilotów dalekosiężnych. Nasza przesyłka-informator do cywilizacji z drugiej spirali zboczyła z toru i zaczyna się oddalać od brzegu Galaktyki. Za 5 dni dokonamy dalekosiężnego lotu pościgowego. Rado Naczelna Admiralicji prosi o Wasze zgłoszenia.
    Alf już dawno czekał na jakieś poważne zadanie. Nie zastanawiał się ani chwili. Nacisnął sygnał zgłoszenia i pomyślał: „Zgłaszam swoją kandydaturą bez warunków dodatkowych”.
    Komendant Admiralicji był kolegą Alfa z czasu jego studiów w szkole pilotażu. Po jednej z tragicznych wypraw, podczas której tylko przypadkowo uratował życie, musiał zwrócić licencję pilota ze wzglądów zdrowotnych. Odpowiedział Alfowi: „Przyjdź do mnie jutro rano, ochotnicy dostaną pełną informacją o locie i nastąpi wybór kandydata”.
    Alf z niecierpliwością oczekiwał następnego dnia.
    Cztery dni po nadaniu pierwszych sygnałów metodą Jensena-Hollitza do obserwatorium w Wynnejack nadszedł komunikat z Głównego Obserwatorium w Norton. Kilsey przeczytał i powtórzył:
    — W Norton złapali obiekt radiowy. Nazwali go X. Ogromnie daleko i bardzo mały. To chyba nie jest radiogwiazda, bo nawet szperacze neutronowe nie mogą ustalić parametrów ruchu. Zauważyli tylko, że przypadkowo znajduje się na linii naszego nadajnika. Jeśli jest to odpowiedź na nasze sygnały, to będziecie chyba, chłopcy, ojcami chrzestnymi tej kruszyny. — Niemożliwe, panie profesorze, niech pan z nas nie kpi. Po czterech dniach nadawania? Kiedy pół roku nic nie dało?
    — Jensen nie był pewny, czy profesor mówi poważnie. — Rzeczywiście, bardzo mało prawdopodobne — zgodził się Kilsey.
    W informacyjnej sali Admiralicji zebrało się kilkunastu pilotów dalekosiężnych, członkowie Rady Naczelnej i komendant Admiralicji. Po przywitaniu się ze wszystkimi zabrał głos komendant:
    — Wiemy wszyscy, że od czasu, kiedy udało się nam zrealizować przejście przez barierą świetlną do przestrzeni informacyjnej, możemy nawiązywać łączność z cywilizacjami rozmieszczonymi dalej od centrum Galaktyki. Poruszanie się w przestrzeni informacyjnej równoważne jest szybkościom wielokrotnie przewyższającym prędkość światła w zwykłej przestrzeni trójwymiarowej. Od dawna już korespondujemy z innymi ośrodkami cywilizacyjnymi i Zrzeszenie Galaktyczne ma już 6000 członków, nie licząc niższych kultur, które zaprosimy prawdopodobnie za kilka tysięcy lat. Ostatnio wymianą korespondencji prowadzimy, jak zapewne wiecie, przy pomocy ulepszonych, automatycznych informerów-liniowców, które po zbliżeniu się do adresata automatycznie wywołują się i cała zawarta w nich informacja w postaci pola informacyjnego zostaje przyjęta przez odbiorców. Muszą tu wspomnieć, a za chwilą zrozumiecie dlaczego, o początkach naszych kontaktów i powstaniu paragrafu 2 Kodeksu Galaktycznego. Otóż jeden z naszych pilotów nawiązał samodzielnie kontakt z cywilizacją klasy A-3. Jest to klasa cywilizacyjna techniczna na etapie wojen i podbojów. W rezultacie próbowano wykorzystać pokładowy nadajnik informacyjny naszego liniowca do porachunków wewnątrz tej cywilizacji. Oczywiście pilot zginął. Musieliśmy zastosować blokadę informacyjną i wymazać z ich pamięci świadomość naszego istnienia. Kontakt ponowny z tą cywilizacją nawiązaliśmy później i bardzo jesteśmy z niego zadowoleni. Prowadzimy wspólnie z nimi poważne i cenne badania naukowe. Ale od tego czasu wprowadzono paragraf 2, który absolutnie zabrania nawiązywania kontaktu z cywilizacjami technicznymi klasy poniżej i równej A-3.
    Tydzień temu został wysłany automatyczny liniowiec informacyjny do środka drugiej spirali galaktycznej. Jest to świeży kontakt i wysłaliśmy im wiadomości wstępne o naszej kulturze i cywilizacji z instrukcją o sposobie odpowiedzi. Tymczasem informer z niewiadomych początkowo przyczyn zmielił gwałtownie kierunek lotu i zaczął się poruszać w kierunku brzegu Galaktyki. Dopiero sieć satelitarnych stacji nasłuchowych wykryła za pomocą penetratorów informacyjnych o dużej czułości, że informer dostał jakieś sygnały radiowe w naszym kodzie intersolarnym z adresem odbiorcy i skierował się pod nowy adres. Penetratory określiły na podstawie analizy rozkładu i charakteru pól informacyjnych, że cywilizacja ta mieści się niedaleko brzegu Galaktyki, jest młoda, klasy A-3, i że przypadkowe sygnały radiowe przez nią wysyłane zmieniły kierunek informera. Informer po podejściu do nich wywoła się i wyrzuci cały ładunek informacyjny, zamieniając go w bardzo silne pole, które natychmiast przekaże cały nasz list do ich świadomości.
    Otóż nie wolno nam do tego dopuścić. Informer zawiera zbyt poważne wiadomości. Nie są one przeznaczone dla A-3 z ich wrogimi ugrupowaniami i rozbudowanym aparatem wojennym. Informer nie może przekazać swej zawartości.
    Unikamy stosowania blokady informacyjnej, bo blokada taka jest to akt ingerencji. Zadaniem naszym jest odholowanie informera od A-3 i przełączenie go na adres właściwy. Pozostało bardzo mało czasu. Na wszelki wypadek, gdyby informer zaczął się wcześniej wywoływać, liniowiec pościgowy będzie dysponował ładunkiem bomby entropijnej dla anihilacji zawartości informera.
    Muszę podkreślić, że misja zawiera około 10 procent ryzyka, a więc jest bardzo niebezpieczna. Odległość jest ogromna. Jesteśmy w stanie przyjmować tylko informacje, ale komend dla zewnętrznego sterowania pościgiem przekazać już nie będziemy mogli.
    A teraz proszę pilotów o zabranie głosu. Żonaci i ojcowie rodzin proszeni są o zrezygnowanie z lotu.
    Komendant skończył i usiadł obok Alfa. Dyskusja ciągnęła się około godziny, ale innego, lepszego rozwiązania nie udało się znaleźć. Alf ponownie zgłosił swoją kandydaturę. Razem z nim jeszcze trzech innych, młodych chłopców, którzy niedawno opuścili akademię. Wszyscy pozostali mieli rodziny. Komendant z członkami Rady Naczelnej wyszli z sali na kilka minut. Po powrocie komendant ogłosił decyzję.
    — Przyjmujemy kandydaturą Alfa. Jeśli bada protesty, rozpatrzymy je od razu. Wtedy Alf wstał.
    — Koledzy, wierzcie mi, że ja muszą dostać to Marianie.1 Bardzo was proszą, nie zgłaszajcie protestów.
    Młodzi piloci wpatrzeni byli w Alfa, którego znali jeszcze z akademii jako wykładowcę pilotażu, a także z podrączników. Na początku rozdziału o przestrzeni informacyjnej było przecież jego zdjęcie jako pierwszego, który wrócił z przestrzeni informacyjnej. Wtedy właśnie wyjaśniono trudności powrotów i loty w przestrzeni informacyjnej stały się normalną praktyką.
    Alf usiadł i czekał. Wszyscy wiedzieli o katastrofie Britt i rozumieli, że Alf, by powrócić do równowagi psychicznej, musi się zająć jakąś trudną i niebezpieczną pracą. Protestów nie było.
    Następnego dnia po komunikacie o obiekcie X Kilsey z samego rana sam zadzwonił do Obserwatorium w Norton. — Zobaczymy, chłopcy, co u nich nowego. Jednak ich, urządzenia są trochę nowocześniejsze.
    Długo trzymał słuchawkę. Kilka razy przerywał: — Ile mówicie? Ile? Setki razy?
    W końcu odłożył słuchawkę i przez chwilę milczał. Ciszę przerwał Hollitz: — Co się stało, panie profesorze? Kilsey odpowiedział powoli:
    — Musimy to sprawdzić. Ci z Norton twierdzą, że X zbliża się z szybkością 100 razy przewyższającą prędkość światła. To przecież niemożliwe. Nadaje stale jednakowe sygnały. Impulsy o stałej częstotliwości. Czyżby to był… — Gwiazdolot — dokończył Jensen. — Tak, gwiazdolot — powtórzył Kilsey.
    Podał Jensenowi poranny telex z Norton że współrzędnymi. Hollitz ustawił analizator. — Mamy go, jest w siatce celownika radiowego.
    — No, a teraz zmierzcie szybkość — polecił Kilsey. Hollitz włączył dalmierz grawitacyjny i zaczął mierzyć. Plamka świetlna wyskoczyła poza skalę.
    — Tak, panowie — rzekł profesor — z odchylenia plamki poza skalę logarytmiczną widać, że szybkość X jest rzędu 100 c.
    Jensen nie mógł ochłonąć ze zdumienia. — Jak to możliwe? Jakim sposobem dostajemy normalne sygnały radiowe?
    — Nie wiem, chłopcy, nie wiem, jak — odparł Kilsey — i nie wiem, w jaki sposób sygnały są wysyłane. Ale tu nie ma pomyłki. W Norton też najpierw myśleli, że mają zepsuty blok pomiaru prędkości… Tylko, proszę was, nie rozgłaszajmy tego faktu, bo nas wyśmieją. Koledzy z Norton też na razie milczą. Poczekamy, aż X się przybliży.
    Alf wszedł do kabiny liniowca dalekiego zasiągu. Zamknął luk i zameldował gotowość do startu. Otrzymał rozkaz: „Włącz rozbieg” i później już cieplej: „Do zobaczenia, Alf”. Z ekranu zniknęła twarz komendanta i pokazał się schemat drogi startowej. Po włączeniu rozbiegu stacje startowe w układzie solarnym automatycznie przejmują akceleracją aż poza granice układu, nadając liniowcowi ogromną prędkość, która pozwala mu przejść do przestrzeni informacyjnej. Alf przekręcił przełącznik „start” i pogrążył się w fotelu. Akceleratory anty grawitacyjne zaczną działać za kilka minut. Za godzinę liniowiec przejdzie przez barierę i wynurzy się z przestrzeni informacyjnej bezpośrednio przy informatorze.
    „Britt” — pomyślał Alf, ale liniowiec już zaczął nabierać prędkości i włączył się automat usypiający. Ekran z niebieskim, poruszającym się ognikiem na schemacie drogi startowe j rozpłynął mu się przed oczami.
    Ktoś z Norton jednak wypaplał, bo nazajutrz rano gazety przyniosły krótki komunikat o nieprawdopodobnym fakcie astronomicznym. Było to podane jako nowy fałszywy alarm naszych szanownych astronomów.
    Kiedy Hollitz zmierzył około południa szybkość X, okazało się, że ta znacznie zmalała. — Czuję, że to jakaś bzdura, nabieramy się pewnie na nie Zitnane zakłócenia obserwacyjne — zwrócił się do profesora, który teraz stale przebywał w pracowni.
    Kilsey był jednak innego zdania. — A mnie się wydaje, że nie. Nie tracę nadziei, że po trzydziestu latach, od kiedy Ziemia w ogóle zaczęła wysyłać sygnały, będziemy mieli gości. — Czy potrafimy ich przyjąć? — zapytał Jensen.
    — No, jeśli przyjęli nasze sygnały, to na pewno nas zrozumieją. — Nie o tym myślę, profesorze. Gdzie oni wylądują? U nas czy u tamtych? — Ach, to. Rzeczywiście, o tym nie pomyślałem.
    — Sądzę, że nie będą na tyle naiwni, żeby się nie zorientować w naszych stosunkach na Ziemi — wtrącił Hollitz. Obserwując ekran, profesor przerwał dyskusję:
    — Patrzcie, X wyraźnie hamuje. W takim tempie znajdzie się w układzie słonecznym w ciągu 2 dni.
    Automat obudził Alfa w zadanym czasie. Na ekranie widniał informer zbliżający się na małej szybkości do układu słonecznego z jednym słońcem i dziewięcioma planetami. Zmniejszył szybkość na podświetlną i nastawił lot na trajektorię spotkania z informerem. Punkt spotkania wypadł niedaleko od środka układu. Alf skierował pokładowy inforlokator na trzecią planetę. Nie było wątpliwości. To była właśnie cywilizacja klasy A-3. „Niestety zakaz kontaktu obowiązuje” — pomyślał. W chwilę później niespodziewanie włączyła się ochrona liniowa. Zajarzyło się światło silnego pola informacyjnego. Po kilku sekundach alarm się wyłączył.
    Centralny analizator zameldował, że informer ma przeciek i w każdej chwili może zacząć się rozładowywać.
    Alf zaczął analizować położenie. Nie było ani chwili czasu do stracenia. Nie można się zbliżyć da informera i wyholować go z układu słonecznego. Pole informacyjne z przecieku jest zbyt silne i może zakłócić centralne sterowanie liniowca. Alf owi została jedyna możliwość. Włączył dźwignią przygotowania ładunku entropijnego i zaczął celować.
    Hollitz, niewyspany, po nocnym dyżurze, krótko zameldował Kilseyowi: — Telefony w nocy się urywały, panie profesorze. W Centrum Badań Kosmicznych szykują rakietę sondę, z pilotem, jeśli X wejdzie na orbitę ziemską. Dopiero wczoraj uwierzyli, że to statek kosmiczny, ale na razie zabronili cokolwiek ogłaszać dziennikarzom.
    — Dobrze, Hollitz, poczekajmy, aż sprawa się wyjaśni. Niech Jensen przejmie obserwacje, a ty idź spać.
    Hollitz odmówił: — Nie, panie profesorze, zostanę tutaj.
    Jesnsen wpadł z „Morning Telegraph” w ręku. — Proszę tylko spojrzeć, co się dzieje — zawołał i pokazał dziennik. Na pierwszej stronie tłustym drukiem wybity był tytuł artykułu:
    PANIKA NA WYBRZEŻU ATLANTYCKIM!
    Korespondenci z wybrzeża donosili, że od kilkunastu godzin zgłaszają się ludzie do policji i do lekarzy stwierdzając, że nagle wiedzą jakieś dziwne rzeczy. Po bliższych wyjaśnieniach przeprowadzonych przez władze okazało się, że w tym samym czasie wiele ludzi zaczęło nagle wiedzieć o istnieniu jakiejś cywilizacji na bardzo wysokim poziomie. Nie rozumieją, ale pamiętają urywki informacji o jakichś maszynach, urządzeniach i znają dziwne wzory matematyczne. Niestety wiadomości te są tak nieuporządkowane, tak źle przekazywane, że dotychczas nie udało się wyjaśnić istoty zjawiska. Część lekarzy przypuszcza, że wskutek wczorajszego sugestywnego programu telewizyjnego, opartego na plotkach prasy na temat prac prof. Kilseya w związku z próbami nawiązania kontaktu z braćmi kosmicznymi, wielu słuchaczy uległo zbyt silnej emocji. Jednakże chodzą słuchy, że osoby nie oglądające programu też odczuwają podobne halucynacje. Drobna grupka fantastów upiera się znowu przy twierdzeniu, że halucynacje nie mają nic wspólnego z audycją i że dziwny obiekt obserwowany prze profesora Kilseya to statek kosmiczny, i że w ten sposób są przeprowadzone próby porozumienia się z nimi.
    Kiedy Kilsey przeczytał artykuł, Jensen zapytał: — Co pan o tym wszystkim myśli, panie profesorze?
    — Myślę, że nie tak powinna wyglądać próba porozumienia się z nami. Zupełnie tego nie rozumiem. Jensen spojrzał w analizator i wykrzyknął:
    — X podzielił się na dwa! Są bardzo blisko siebie. Jeden z nich jakby manewruje. Wchodzą chyba na bardzo daleką orbitę ziemską.
    — Sprawdź to jeszcze raz, Jensen, i nie przerywaj obserwacji — rzucił Kilsey. — To na pewno są statki kosmiczne. Aha — dodał po chwili — zupełnie o tym zapomniałem, Hollitz, natychmiast wyłącz nadawanie naszych sygnałów na głównej antenie.
    Hollitz pobiegł do sterowania anteną, żeby włączyć zasilanie nadajnika. W dziesięć minut później do pokoju weszło dwóch przedstawicieli Centrum Badań Kosmicznych. Jeden z nich poprosił Kilseya o kilka minut rozmowy. Kilsey zaprosił obu do swego gabinetu obok. Razem opuścili pokój, trzasnęły drzwi i w pracowni zostali Jensen z Hollitzem.
    Wykonał już prawie pełny obrót, kiedy znów włączył się alarm informacyjny. Analizator zameldował, że wskutek ciągłych sygnałów z planety informer zaczyna się rozładowywać. W sekundę później doniósł, że sygnały przestały przychodzić. Ale już było za późno. Natężenie poła informacyjnego imitowanego przez informer zaczyna rosnąć. Teraz przez kilka obrotów planety dookoła Słońca informer automatycznie będzie przekazywał całą informacją w kierunku planety. Nie było sekundy do stracenia.
    Alf nacisnął spust bomby entropijnej. Ale nie odczuł lekkiego wstrząsu charakterystycznego dla odpalenia. Włączył się brzęczyk awaryjny wyrzutni. Jak przez watę usłyszał beznamiętny głos analizatora: — Celownik automatyczny zakłócony przez informera.
    Zmusił się do spokoju. Pozostało albo zrezygnowanie z zamierzonego zniszczenia informera, albo naprowadzenie ręczne. O tym ostatnim w szkole pilotów mówiono zawsze najmniej.
    Alf we wszystkich swoich lotach realizował zadania do końca. Od razu wiedział, co zrobi, i wiedział, że jego decyzja jest nieodwołalna. Wyłączył celownik i przeszedł na sterowanie ręczne. Osiągnie informer w ciągu 15 sekund. Zaczął naprowadzać przód liniowca na informer. Myślał bardzo szybko i sprawnie. Teraz już był spokojny. Opuściło go zupełnie podniecenie towarzyszące zawsze niszczeniu nie-posłusznych automatów. Kazał sterowni pokładowej przygotować meldunek z akcji wraz z pełnym tekstem swoich myśli i wysłać na 5 sekund przed osiągnięciem informera. Nie był tylko pewny, jaki ładunek entropii przygotowali to bazie. „Czy przewidzieli każde wykonanie zadania? Czy ładunku entropii wystarczy tylko na anihilację ładunku informacyjnego?”
    Do informera zostało kilkaset metrów. Szczęknął zawór śluzy nadawczej. Zapaliła się i zgasła czerwona lampka z napisem: „Depesza do bazy”.
    „To już załatwione. Dostaną pełną informację. Szperacze bazy wykryją gwałtowny zanik informacji zawartej w informerze jako zakłócenie pola. Myśli emanowane już po wysłaniu depeszy dojdą bardzo zniekształcone, ale dopełnią obrazu. Będą wiedzieli, jak zadanie zostało wykonane” pomyślał Alf.
    No trzy sekundy przed osiągnięciem informera analizator doniósł, że z trzeciej planety startuje rakieta na paliwo chemiczne. Alf pomyślał: „Szkoda, że paragraf 2 jest taki surowy”. Chciałby zobaczyć mimowolnych sprawców swego lotu. Chyba już niedługo wejdą do grupy A-2. Następny pilot w ten zakątek Galaktyki poleci już zapewne w locie zapoznawczym…
    Poczuł wstrząs — liniowiec zetknął się z informerem. To już koniec misji. Z pamięci wypłynęła najdroższa twarz. Pamiętał Britt przed jej startem do ostatniego lotu. W tym samym momencie nacisnął dźwignię „Wyzwolenia ładunku entropijnego”. Błysk nie był duży. Największa część energii wydzieliła się w postaci promieniowania korpuskularnego. Ułamek sekundy później szperacze bazy przyjęły zakłócenia pola informacyjnego spowodowanego anihilacją informera.
    Kiedy Kilsey i goście wrócili do pokoju obserwacyjnego, Jensen, blady i przejęty, zameldował:
    — Te dwa obiekty zetknęły się około 20 minut temu i od tego momentu już nic nie rozumiemy. X zaczął zachowywać się jak mały, słabo odbijający światło promieniotwórczy meteor. Żadnego ruchu, zmiany orbity, żadnych sygnałów radiowych.
    Kilsey i goście wysłuchali go w milczeniu. Potem jeden z przybyłych powiedział: — Właśnie przed chwilą dostaliśmy radiogram od pilota z rakiety sondy. Po wejściu na orbitę dokonał zdjęć obiektu, co pozwoliło na pierwsze wnioski. Wstępnie zanalizowano te zdjęcia pod względem widma i okazało się, że rzeczywiście jest to zwykły meteoryt z dużą zawartością żelaza, jakich wiele spotyka się w kosmosie w okolicach Ziemi. Wydaje się, że tak tę sprawę potraktujemy. Przede wszystkim musimy się liczyć z faktami.
    Kilsey twierdząco skinął głową, a gość po chwili jeszcze dodał: — Myślę, że nie będzie dla panów czymś zaskakującym, że na meteorycie były także proste związki organiczne. Ostatecznie zdarzyło się to już kilka razy. Jeszcze nie wiemy, jakiego pochodzenia mogą być związki organiczne na meteorytach.
    Gdy przedstawiciele Centrum Badań Kosmicznych opuścili pracownię, Hollitz i Jensen natychmiast podbiegli do Kilseya:
    — Panie profesorze, co pan naprawdę o tym wszystkim sądzi? — Co to było z tą prędkością nadświetlną?
    — A jak wytłumaczyć manewr i połączenie się dwóch obiektów? Kilsey cicho i w zamyśleniu odpowiedział:
    — Myślę, że najsensowniej jest liczyć się z faktami. Komunikat będzie taki, jak mówiliśmy… Chociaż wielu rzeczy nie rozumiem — dodał po chwili — to jeśli przyjdziecie dziś do mnie do domu na kawę, powiem wam, co naprawdę o tym wszystkim myślę. Ale to już jak najbardziej prywatnie… Wydaje mi się jednak, że już teraz powinniśmy uczcić Kogoś, z Kim nie mogliśmy się spotkać, a Kto poświęcił dla nas życie… Komunikat Admiralicji był zwięzły i krótki: „Mimo pewnych niedociągnięć, które uwzględnimy w przyszłości, cel ostatniego lotu dalekosiężnego został osiągnięty. Pilot Alf zginął przy wykonywaniu zadania w imię dobra istot rozumnych na niższym etapie rozwoju. Rada postanowiła wpisać Go do Wielkiej Księgi Lotów. Jak zawsze na placu Pamięci zostanie wzniesiony pomnik Pilota”.
    Kilka dni później na placu Pamięci stanął jeszcze jeden strzelisty obelisk z kometą na szczycie. Uśmiechnięta twarz Alfa patrzyła na Britt w kombinezonie kosmicznym uwiecznioną w kamieniu. Znowu byli razem, i teraz już na zawsze.

Fredric Brown
Ostatni Marsjanin

    Był to wieczór jak każdy inny, tyle że nudniejszy. Wróciłem do redakcji z oficjalnego bankietu. Wyżerka była tak marna, że czułem się oszukany, chociaż była za darmo. Z braku lepszego zajęcia rąbnąłem długie i błyskotliwe sprawozdanie z tego bankietu. Sekretarz redakcji i tak zostawi z tego jeden czy dwa beznamiętne akapity.
    Slepper siedział z nogami na biurku, ostentacyjnie nic nie robiąc, a Johnny Hale zakładał nową taśmę na maszyny. Reszta chłopców pracowała gdzieś na mieście.
    Cargan, szef działu miejskiego, wyszedł ze swojego pokoju. — Czy któryś z was zna Barneya Welcha? — zapytał.
    Głupie pytanie. Barney jest właścicielem baru po przeciwległej stronie ulicy. Nie ma w Trybunie reportera, który by nie znał Barneya i nie pijał u niego na kredyt, więc wszyscy kiwnęli głowami.
    — Właśnie dzwonił — powiedział Cargan. — Ma tam u siebie faceta, który twierdzi, że jest z Marsa.
    — Pijany czy wariat? — chciał wiedzieć Slepper.
    — Barney nie wie, ale powiedział, że może to być materiał na śmieszną historię, gdyby ktoś tam poszedł i pogadał z facetem. A ponieważ to jest naprzeciwko, a wy trzej i tak siedzicie na tyłkach, to jeden z was tam skoczy. Za alkohol nie zwracam.
    Slepper wyraził chęć pójścia, ale Cargan spojrzał na mnie. — Jesteś wolny, Bili? — spytał. — To ma być śmieszna historia, a ty masz lekkie pióro. — Wiadomo — mruknąłem. — Pójdę.
    — Może to tylko jakiś pijak się wygłupia, ale jeżeli facet ma rzeczywiście szmergla, dzwoń po policję, chyba że będziesz widział w tym coś zabawnego. Jak go zaaresztują, to też będzie materiał.
    — Cargan to by kazał aresztować rodzoną babcię, żeby zdobyć materiał — stwierdził Slepper. — Czy mogę pójść z nim, dla towarzystwa?
    Nie, ty i Johnny zostańcie. Nie przenosimy redakcji do Barneya powiedział Cargan i wrócił do siebie.
    Podpisałem swoje sprawozdanie z bankietu i posłałem je pocztą pneumatyczną. Wziąłem płaszcz i kapelusz.
    — Wypij za moje zdrowie, Bili — powiedział Slepper. — Tylko nie za dużo, żebyś nie przepił swojego lekkiego pióra. — Dobra, dobra — mruknąłem i opuściłem pokój.
    Wszedłem do Barneya i rozejrzałem się po sali. Nie była nikogo z Trybuny i tylko przy jednym ze stolików kilku facetów z drukarni grało w karty. Oprócz samego Barneya, który stał za ladą, w lokalu znajdował się jeszcze tylko jeden człowiek. Wysoki mężczyzna, chudy i blady, siedział samotnie przy stoliku wpatrując się tępo w pustą szklankę po piwie.
    Pomyślałem, że lepiej będzie zasięgnąć najpierw opinii Barneya, podszedłem więc do lady. — Jedna mała. Woda oddzielnie. Czy ten długi to jest Marsjanin, o którym mówiłeś Carganowi? Kiwnął głową i nalał mi whisky.
    — Co mam robić? Czy powiedziałeś mu, że będzie z nim rozmawiał reporter? Może postawić mu piwo i wyciągnąć z niego, co się da! Czy on jest bardzo nie tego…?
    — Niewąsko. Mówi, że przyjechał z Marsa dwie godziny temu i próbuje teraz wszystko zrozumieć. Mówi, że jest ostatnim żywym Marsjaninem. Nie wie, że jesteś reporterem, ale przygotowałem go do rozmowy.
    — W jaki sposób?
    — Powiedziałem mu, że mam bardzo inteligentnego przyjaciela, który potrafi mu coś poradzić.
    Nie wymieniałem nazwiska, bo nie wiedziałem, kogo Cargan przyśle. W każdym razie facet jest gotów wypłakać ci się w kamizelkę.
    — Wiesz, jak on się nazywa?
    Barney skrzywił się. — Mówi, że Jangan Dal. Tylko proszę ostrożnie. Nie chcę tutaj żadnych awantur. Wypiłem whisky i popiłem wodą sodową. — Okay, Barney — powiedziałem. — Proszę mi dać dwa piwa i pójdę do niego.
    Barney nalał dwa piwa i zgarnął pianę. Wziąłem z lady resztę i zaniosłem szklanki do stolika.
    — Pan Dal? — spytałem. — Jestem Bill Everett. Barney powiedział mi, że ma pan jakieś kłopoty i że potrzebuje pan pomocy.
    Spojrzał na mnie. — To on do pana dzwonił? Proszę usiąść. Bardzo dziękuję za piwo.
    Usiadłem obok niego. Facet dopił resztkę swojego piwa i nerwowym ruchem objął szklankę, którą przed nim postawiłem.
    — Pan pewnie pomyśli, że zwariowałem — powiedział. — I możliwe, że tak jest rzeczywiście, ale… ja sam tego nie rozumiem. Barman zdaje się uważa mnie za wariata. Przepraszam, czy pan jest lekarzem?
    — Niezupełnie. Może pan naszą rozmowę uważać za konsultację psychologiczną. — Czy pan uważa mnie za wariata?
    — Większość ludzi chorych umysłowo uważa się za zupełnie normalnych. Na razie jednak nic mi pan o sobie nie opowiedział.
    Pociągnął łyk piwa i odstawił szklankę, nie wypuszczał jej jednak z rąk, być może, aby ukryć ich drżenie.
    Po chwili powiedział. — Jestem Marsjaninem. Ostatnim Marsjaninem. Wszyscy inni nie żyją. Widziałem ich trupy zaledwie dwie godziny temu.
    — Był pan na Marsie dwie godziny temu? Jak się pan dostał z powrotem?
    — Nie wiem. To jest najokropniejsze. Nie wiem. Wiem tylko, że inni byli nieżywi, ich ciała zaczynały gnić. To było straszne. Było nas sto milionów, a teraz jestem sam. — Sto milionów. Tylu jest mieszkańców Marsa?
    — Około tego. Może trochę więcej. Tylu było mieszkańców. Teraz wszyscy nie żyją, z wyjątkiem mnie. Sprawdzałem w trzech miastach, w trzech największych miastach. Byłem w Skarze i kiedy zobaczyłem, że wszyscy tam umarli, wziąłem targan — nikt nie mógł mi w tym przeszkodzić — i poleciałem do Undanelu. Nigdy przedtem nie latałem, ale okazało się, że to zupełnie łatwe. W Undanelu też wszyscy byli martwi. Uzupełniłem paliwo i ruszyłem dalej. Leciałem nisko i rozglądałem się — nigdzie żywej duszy. Dotarłem do Zandaru, naszego największego miasta, gdzie mieszkało przeszło trzy miliony ludzi. Wszyscy byli nieżywi i zaczynali się rozkładać. To było okropne, powiadam panu, okropne. Wciąż jeszcze nie mogę przyjść do siebie.
    — Wyobrażam sobie — powiedziałem.
    — To przekracza ludzkie wyobrażenie. Oczywiście to był i tak umierający świat; zostało nam może ze dwadzieścia pokoleń. Dwieście lat temu było nas trzy miliardy — większość z nich głodowała. Potem wiatry z pustyni przyniosły kryl — chorobę, której nasi uczeni nie potrafili pokonać. W ciągu dwóch stuleci zmniejszył on liczbę ludności do jednej trzydziestej i szalał nadal.
    — Więc wasi ludzie umarli na ten… kryl?
    — Nie. Marsjanin umierając na kryl wysycha. Ciała, które widziałem, nie były wyschnięte.
    Wstrząsnął się i wypił resztę piwa. Zauważyłem, że zaniedbałem swoją szklankę i też wypiłem. Podniosłem dwa palce w stronę Barneya, który spoglądał na nas z zafrasowaną miną.
    Mój Marsjanin mówił dalej: — Usiłowaliśmy opanować technikę lotów kosmicznych, ale bez rezultatu. Sądziliśmy, że chociaż niektórzy z nas uciekną przed krylem, jeśli uda im się ujść na Ziemię lub na inne światy. Jednakże wszystkie próby skończyły się niepowodzeniem. Nie potrafiliśmy nawet dotrzeć do naszych księżyców, Dejmosa i Fobosa.
    — Nie opanowaliście podróży kosmicznych? Więc w jaki sposób…
    — Nie wiem. Nie wiem i powiadam panu, że to doprowadza mnie do szału. Nie wiem, jak się tutaj dostałem. Jestem Jangan Dal, Marsjanin. I jestem tutaj, w tym ciele. To wszystko doprowadza mnie do szału.
    Barney przyniósł piwa. Wyglądał na bardzo przejętego, więc zaczekałem, aż się oddali, i spytałem:
    — Jak to w tym ciele? Chce pan powiedzieć…
    — Oczywiście. To nie jest moje ciało. Nie sądzi pan chyba, że Marsjanie wyglądają identycznie jak ludzie? Mam dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i ważyłbym tu na Ziemi około dwunastu kilo. Mam cztery ręce, po sześć palców na każdej. To ciało, w którym się znalazłem, napawa mnie odrazą. Nie rozumiem go, podobnie jak nie rozumiem, skąd się tu wziąłem.
    — A skąd pan zna angielski? Czy potraf i pan to wytłumaczyć?
    — Owszem, w pewnym stopniu. To ciało nazywa się Howard Wilcox. Jest buchalterem. Jest ożenione z samicą swojego gatunku. Pracuje w przedsiębiorstwie Humbert Lamp Gompany. Rozporządzam wszystkimi jego wspomnieniami i wiem wszystko to, co on wie, czy raczej wiedział. W pewnym sensie jestem Howardem Wilcoxem. Posiadam na poparcie tego dowody w swoich kieszeniach. Ale to wszystko nic nie znaczy, ponieważ naprawdę jestem Jangan Dal, Marsjanin. Odziedziczyłem nawet upodobania tego ciała. Lubię piwo. I kiedy pomyślę o jego żonie… to… ja ją kocham.
    Popatrzyłem na niego, wyjąłem papierosy i poczęstowałem go. — Zapali pan?
    — To ciało, Howard Wilcox, nie pali. Dziękuję. Pozwoli pan, że teraz ja zamówię piwo. W kieszeniach tego ubrania są pieniądze.
    Kiwnąłem na Barneya. — Kiedy to się zdarzyło? Mówi pan, że zaledwie dwie godziny temu. Czy kiedykolwiek przedtem wydawało się panu, że jest pan Marsjaninem? — Nic mi się nie wydawało. Ja byłem Marsjaninem. Która jest teraz godzina? Spojrzałem na zegarek.
    — Pięć po dziewiątej.
    — Więc jest nieco później, niż myślałem. Trzy i pół godziny. Musiało być wpół do szóstej, kiedy znalazłem się w tym ciele, ponieważ było ono w drodze z pracy do domu, a z jego pamięci wiem, że kończy pracę o piątej.
    — I czy pan… to ciało… wróciło do domu?
    — Nie, byłem zbyt zdenerwowany. Zresztą to nie jest mój dom. Ja jestem Marsjaninem. Czy pan tego nie rozumie?
    Zresztą nie mogę mieć do pana pretensji, bo sam też tego nie rozumiem. Ale szedłem… I ja… to znaczy Howard Wilcox poczuł pragnienie i wszedł… to jest, ja wszedłem…
    Utknął i zaczął od nowa: — To ciało poczuło pragnienie i wszedłem tutaj, żeby się napić. Po dwóch czy trzech piwach pomyślałem sobie, że może barman potrafi mi coś poradzić, i zacząłem z nim rozmowę.
    Pochyliłem się do niego przez stół. — Niech mnie pan posłucha — zacząłem. — Miał pan przyjść do domu na obiad i teraz żona zamartwia się o pana. Czy dzwonił pan do domu?
    — Nie, skąd. Przecież nie jestem Howardem Wilcoxem. Widać jednak było, że moje słowa trafiły do niego.
    — Lepiej zadzwonić do domu — powiedziałem. — Co ma pan do stracenia? Niezależnie od tego, czy jest pan Janganem Dalem, czy Howardem Wilcoxem, tam w domu siedzi kobieta i martwi się o pana. Proszę do niej zadzwonić. Chyba pamięta pan numer? — Oczywiście. Przecież to mój własny… to jest Wilcoxa.
    — Niech pan przestanie wikłać się w sieciach gramatyki i niech pan idzie do telefonu. I proszę nie próbować niczego wyjaśniać żonie, jest pan zbyt zdenerwowany. Niech pan jej powie, że jest zdrów i cały i że porozmawiacie w domu.
    Wstał jak lunatyk i skierował się w stronę automatu telefonicznego.
    Podszedłem do lady i wypiłem jeszcze jedną whisky.
    Barney nachylił się do mnie. — Czy on jest…
    — Jeszcze nie wiem — powiedziałem. — Jest coś, czego jeszcze nie rozumiem. Wróciłem do stolika. Mój facet uśmiechał się blado.
    — Była wściekła jak diabli. Kiedy ja… Kiedy Wilcox wróci do domu, musi mieć w pogotowiu jakąś prawdopodobną historię. — Pociągnął łyk piwa. — W każdym razie bardziej prawdopodobną niż moja.
    Powoli jakby stawał się bardziej ludzki. Jednak po chwili wrócił do swojej opowieści.
    Popatrzył na mnie. — Zapewne powinienem panu opowiedzieć, jak się to wszystko zaczęło. Tam na Marsie byłem zamknięty w pokoju. W mieście Skar. Nie wiem, dlaczego mnie zamknięto, ale tak było. A potem przestali mi przynosić jedzenie i głód tak mi dokuczał, że wyrwałem kamień z podłogi i zacząłem nim rozbijać drzwi. Osłabłem z głodu i zajęło mi to trzy dni — marsjańskie, to jest około sześciu ziemskich. Resztkami sił dotarłem do miejsca, gdzie było jedzenie. Nie było tam nikogo. Najadłem się i potem… — Niech pan mówi, słucham.
    — Wyszedłem z budynku i wszyscy leżeli na ulicach martwi. Rozkładali się. — Zasłonił rękami oczy. — Zaglądałem do niektórych domów. Nie wiem, czego tam szukałem, ale zobaczyłem, że nikt nie umarł w domu. Wszyscy leżeli ma otwartej przestrzeni i nie było ciał wyschniętych — więc to nie kryl ich zabił.
    — Potem, jak już mówiłem, ukradłem targan. Właściwie nie można powiedzieć, że ukradłem, bo nie miał on już właściciela i poleciałem na poszukiwanie innych ludzi. Za miastem było tak samo: wszyscy leżeli na otwartej przestrzeni w pobliżu domów — martwi. W Undanelu i Zandarze — to samo.
    Wspominałem panu, że Zandar to największe miasto, stolica. W środku Zandaru jest wielkie gładkie pole, stadion sportowy. Cała ludność Zandaru tam się zbiegła, tak to przynajmniej wyglądało. Trzy miliony ciał leżało obok siebie, jakby się tam zeszli, aby umrzeć. Jakby wiedzieli. Leżeli na otwartej przestrzeni, tak jak wszędzie, ale tutaj zgromadziła się w jednym miejscu cała ludność stolicy.
    Zobaczyłem to z góry, kiedy przelatywałem nad miastem. Było tam coś pośrodku boiska, na podwyższeniu. Zniżyłem się i zatrzymałem targan w miejscu (zapomniałem powiedzieć, że przypomina on wasze helikoptery), żeby się temu przyjrzeć. Stało tam coś w rodzaju kolumny z czystej miedzi. Miedź na Marsie to tak jak złoto na Ziemi. U stóp kolumny znajdowała się tablica rozdzielcza ozdobiona drogimi kamieniami. Obok niej leżał Marsjanin w błękitnej szacie. Tak jakby nacisnął guzik i padł martwy. I wszyscy inni razem z nim. Cała ludność Marsa z wyjątkiem mnie.
    Wylądowałem na podwyższeniu, wysiadłem i nacisnąłem guzik. Chciałem umrzeć; wszyscy umarli i ja też chciałem umrzeć. Ale nie umarłem. Ocknąłem się na Ziemi, w autobusie, w drodze z pracy do domu i nazywałem się…
    Dałem znak Barneyowi. — Niech pan mnie posłucha, Howardzie — powiedziałem. — Wypijemy jeszcze po jednym piwie i proszę wracać do domu, do żony. I tak czeka pana awantura, a im dłużej pan zwleka, tym będzie gorzej. I jeśli ma pan olej w głowie, to niech pan kupi po drodze pudełko czekoladek i kwiaty i wymyśli jakąś historię. Tylko nie tę, którą mnie pan opowiedział. — Zastanawiam się…
    — Nie ma się co zastanawiać. Nazywa się pan Howard Wilcox i musi pan wracać do domu, do żony. Powiem panu, co mogło się zdarzyć. Wiemy bardzo mało o ludzkiej psychice i dzieją się z nią czasem dziwne rzeczy. Być może w średniowieczu mieli trochę racji, kiedy mówili o opętaniu. Chce pan wiedzieć, co sądzę o pańskim przypadku?
    — Na litość boską, jeśli może mi pan dać jakiekolwiek wyjaśnienie z wyjątkiem tego, że zwariowałem…
    — Myślę, że grozi to panu, jeśli nadal będzie pan się nad tym zastanawiał. Załóżmy, że jest jakieś naturalne wyjaśnienie całej tej sprawy, i nie myślmy o niej. Mogę spróbować jednej z wielu możliwych hipotez.
    Barney przyniósł nam piwo i zaczekałem, aż odejdzie. — Wyobraźmy sobie — powiedziałem — że człowiek… to jest Marsjanin nazwiskiem Jangan Dal rzeczywiście umarł dzisiaj na Marsie. Może był on naprawdę ostatnim Marsjaninem. I być może w chwili śmierci jego psychika w jakiś sposób zmieszała się z pańską. Nie twierdzę, że tak właśnie było, ale nie jest to rzecz całkowicie nieprawdopodobna. Niech pan przyjmie to wyjaśnienie i weźmie się w garść. Niech pan robi wszystko tak, jakby był pan Howardem Wilcoxem — i jeśli będzie pan miał co do tego wątpliwości, to niech pan spojrzy w lusterko. A teraz proszę iść do domu i udobruchać żonę, tak żeby jutro mógł pan pójść do pracy i zapomnieć o wszystkim. Czy nie sądzi pan, że to jest najlepsze wyjście?
    — Możliwe, że ma pan rację. Jeśli mam wierzyć swoim zmysłom…
    — Trzeba im wierzyć. Przynajmniej do czasu znalezienia lepszego wyjaśnienia sprawy.
    Skończyliśmy nasze piwa i wsadziłem go do taksówki. Przypomniałem mu, żeby kupił coś dla żony i żeby wymyślił sobie dobre i prawdopodobne alibi zamiast tej historii, której ja wysłuchałem.
* * *
    Wróciłem do Trybuny, wszedłem do pokoju Cargana i zamknąłem za sobą drzwi. — Wszystko w porządku — powiedziałem. — Załatwiłem go. — Co to było?
    — To był rzeczywiście Marsjanin — ostatni, który pozostał na Marsie. Nie wiedział, że przenieśliśmy się tutaj, i myślał, że wszyscy umarli.
    — Jak to się mogło stać, że go przeoczono? Jak mógł nie wiedzieć?
    — To jest imbecyl. Przebywał w szpitalu dla umysłowo chorych w Skarze i przez niedopatrzenie pozostawiono go w zamkniętym pomieszczeniu, kiedy naciśnięto guzik… Dlatego nie dotarło do niego promieniowanie, które przeniosło nasze psychiki na Ziemię. Potem udało mu się wydostać, odnalazł miejsce w Zandarze, gdzie odbyła się ceremonia, i sam nacisnął guzik. Widocznie pozostało dosyć energii, żeby go przesłać w ślad za nami.
    Cargan gwizdnął cicho. — Czy powiedziałeś mu prawdę? Czy jest na tyle inteligentny, żeby trzymać twarz na kłódkę.
    Potrząsnąłem głową. — Nie. Jego współczynnik inteligencji nie przekracza piętnastu. Ale jest to mniej więcej tyle, co u przeciętnego Ziemianina, więc da sobie jakoś radę.
    Wmówiłem w niego, że naprawdę jest tym Ziemianinem, którego psychikę opanował. — Całe szczęście, że trafił na Barneya. Zaraz do niego zadzwonię i powiem, że wszystko w porządku. Jestem zdziwiony, że go nie wyrzucił na zbitą twarz. — Barney jest jednym z nas. Nie wypuściłby faceta od siebie.
    — Ale ty go wypuściłeś. Czy jesteś pewien, że to bezpieczne? Czy nie powinieneś… — Wszystko będzie dobrze — powiedziałem. — Zobowiązuję się mieć go na oku do czasu opanowania sytuacji. Myślę, że potem trzeba będzie znowu go zamknąć. Cieszę się jednak, że nie musiałem go zabić. Mimo wszystko jest jednak jednym z nas, imbecyl czy nie. A gdy się dowie, że nie jest ostatnim Marsjaninem, to na pewno tak się ucieszy, że nie będzie miał nic przeciwko temu, że się go zamknie.
    Wszedłem do pokoju redakcyjnego i usiadłem przy swoim biurku. Slepper gdzieś wyszedł. Johnny Hale podniósł wzrok znad gazety. — No i jak? Masz materiał?
    — Nie — odpowiedziałem. — Jakiś pijak chciał być za wszelką cenę duszą towarzystwa. Nie wiem, po co Bamey dzwonił.
    Przełożył Lech Jęczmyk

Ariadna Gromova
Bardzo dziwny świat

    Ogromna biała gwiazda stała w zenicie, promienie jej były nieznośnie jasne i palące. Trzeba było włączyć na pełną moc regulatory światła i temperatury, które zużywały mnóstwo energii. Może należało nałożyć hermetyczne skafandry, ale przecież wysłane na zwiady roboty wróciły z zupełnie innymi danymi — promienie gwiazdy padały wtedy na tę część planety z ukosa, sponad horyzontu, i wydawało się, że są nieszkodliwie ciepłe…
    — Co za dziwna planeta! — powiedział Młodszy. — Oślepiające światło, upał i ta mordercza, zatruta atmosfera… Czy tu naprawdę mogą żyć jakieś rozumne istoty?
    — Są na pewno dostosowane do życia w tych warunkach — spokojnie zaoponował Starszy. — Ucz się myśleć w skali kosmosu… — Popatrzył przez gęstą plątaninę gałęzi i sztywnych jasnych liści na rozległą równinę zalaną białym światłem, na jarzące się oślepiająco jezioro. — Musimy zejść niżej, w cień tego wzgórza. W przeciwnym wypadku regulatory zużyją całą energię, jaką dysponujemy, zanim dowiemy się czegokolwiek i cokolwiek zrozumiemy.
    Chwytając się szorstkich gałęzi krzewów, wysokich rurkowatych łodyg, traw o długich obwisłych liściach zeszli na dół. Od razu poczuli się lepiej. Od jeziora wionęło rześkim wilgotnym chłodem, głęboki cień wzgórza skrywał ich przed palącymi promieniami.
    Z ulgą usiedli w gęstej wysokiej trawie — była twardawa, sprężysta. Rozejrzeli się. Nad nimi nieruchomo zwisały okrągłe mięsiste liście jakiegoś krzaka — czy też może jakiejś gigantycznej trawy? — liście te miały grube zielone łodygi. Były wielkie, pokrywał je gęsty jasny puszek poprzecinany wyrazistą siatką grubych wypukłych żyłek. Łodygi także pokrywał puch. Młodszy dotknął takiego liścia.
    — Przypomina mi to roślinność Estry — powiedział. — Ale tam jest przecież zimno, znacznie zimniej niż u nas. A tu, w takim upale, po co im ta osłona?
    — Tak, wygląda to dziwnie — odpowiedział Starszy. — Tym bardziej że inne rośliny jej nie mają. Chociaż… ta na przykład ma…
    Popatrzyli na niedużą roślinę o jasnych błyszczących liściach — od spodu pokrywał je gęsty białawy puszek. — Jedne osłaniają się tylko od dołu, inne ze wszystkich stron, a większość nie ma żadnej osłony. Dlaczego? — zastanawiał się Młodszy.
    — Daj spokój — poradził mu Starszy. — Widocznie bronią się w jakiś inny sposób. Zresztą nie o to chodzi. Bardziej mnie interesuje, gdzie są gospodarze planety?
    — A jeżeli Główny się pomylił i nie ma tu żadnych istot rozumnych? — zapytał melancholijnie Młodszy.
    — A satelity? Przecież są sztuczne — przypomniał mu Starszy. — A i tutaj… Widzisz tę drogę? Jest zbyt prosta i zbyt równa jak na naturalną.
    — To prawda — niechętnie przyznał Młodszy. — Ale wiesz, to może być wymarła cywilizacja. Powiedzmy, że nagle zakłócona została równowaga biosfery, zwiększyła się na przykład przejrzystość atmosfery albo zmienił się jej skład i oni nie zdołali się przystosować… Przecież sam widzisz, jakie jaskrawe jest tu światło, jak gęste powietrze…
    — Okropnie lubisz fantazjować — skrytykował go Starszy. — Przecież z rakiety widziałeś ogromne skupiska mieszkalne, sztuczne światło…
    — Sztuczne światło może się palić także i po zagładzie tych, którzy je stworzyli — upierał się
    Młodszy. — A takie skupiska domów, jeżeli oczywiście są to domy, mogą być świadectwem katastrofy. Przewidzieli grożące im niebezpieczeństwo i zaczęli się gromadzić w jakichś określonych miejscach… Być może, chcieli zbudować sobie schrony ze sztucznym klimatem, ale już nie zdążyli…
    — Może i masz rację — zgodził się bez przekonania Starszy. — W każdym razie to dziwne, że do tej pory żaden się nie pojawił.
    — Tak, przecież nie mogli nas nie zauważyć. Jeśli oczywiście żyją.
    — Mogli nas nie widzieć — zaprotestował Starszy. — To zależy od tego, jak zbudowany jest ich organ wzroku. Dawniej tego u nas nie rozumiano, w każdym razie, póki nie zaczęły się loty kosmiczne. Jesteś młody. Wylądowałem na Ankrze, kiedy cię jeszcze nie było na świecie. Z początku mieszkańcy Ankry nie widzieli nas ani nie słyszeli. A myśmy widzieli ich zupełnie inaczej, niż wyglądali w rzeczywistości, ich głosy ogłuszały nas. Musieliśmy zastosować transformatory optyczne i akustyczne, dopiero wtedy uzyskaliśmy szansę nawiązania kontaktu. Mieszkańcy tej planety także widzą swój świat zupełnie inaczej niż my.
    — Jest zatem możliwe, że ich po prostu nie widzimy! — zawołał Młodszy z przerażeniem. — A tymczasem oni są tuż obok nas?
    — Nie… Nie sądzę. Na Ankrze wiedzieliśmy, bardzo dobrze wiedzieliśmy, że jej rozumni mieszkańcy są w pobliżu, wiedzieliśmy to nawet wtedy, kiedy nie nauczyliśmy się jeszcze widzieć ich naprawdę. Oni także wyczuwali naszą obecność. Dla nich to było pierwsze spotkanie z mieszkańcami innego świata. Dobrze, że mieliśmy już niejakie doświadczenie, inaczej nic by z tego wszystkiego nie wyszło… Jak dotąd nie ma tu nikogo. To znaczy — nie ma tu żadnych istot rozumnych…
    — Spójrz! — powiedział nagle Młodszy. — Co to?
    W górze, na niebie, płynnie i szybko przesuwał się podłużny skrzydlaty kształt, skrzydła były nieruchome, wygięte ku tyłowi. Kształt ów jarzył się w białych promieniach nieubłaganego blasku.
    — Ptak? Nie, to nie ptak. Skrzydła są nieruchome. A poza tym — ten metaliczny połysk… — głośno myślał Młodszy. — Oczywiście, to nie jest żywe stworzenie, lecz jakaś aparatura latająca. Słyszysz?
    Podłużny kształt już znacznie się oddalił, był niemal niedostrzegalny, niknął w jasności dnia i dopiero teraz doganiając go dał się słyszeć głuchy, narastający grzmot — przelewał się przez niebo w ślad za malejącą sylwetką.
    — Leci z szybkością naddźwiękową. W tak gęstej atmosferze! — skonstatował Starszy. — A ty wątpiłeś, czy są tu istoty rozumne?
    — Tak… — powiedział cicho Młodszy. — Ale… Ale, wiesz, zaczynam się obawiać spotkania z nimi.
    — Dlaczego? — zdziwił się Starszy.
    — Przez cały czas mam uczucie, że coś nie jest w porządku. Wydaje mi się, że coś wisi w powietrzu… coś niebezpiecznego. Czuję to przez cały czas.
    — Sprawdź — poważnie powiedział Starszy. — Wierzę w te wasze nowe metody, chociaż sam ich nie stosuję, jestem już za stary, żeby przestawić organizm na inny reżym. Ale wierzę w nie, choćby dlatego, że nasz Główny — wtedy nie był jeszcze Głównym — uratował nam wszystkim życie, kiedy byliśmy na planecie Rinkri. Dzięki tym wszystkim nowym metodom. Szybkościowe strojenie psychologiczne, katalizatory wrażeń… Pamiętam. Zginęlibyśmy, nie zdążywszy nawet zrozumieć, co się z nami dzieje, gdyby nie on. Przedtem sądziłem, że to jedna z tych bzdurnych nowinek, ale teraz wierzę.
    Młodszy szedł powoli brzegiem jeziora, często przystawał i wpatrywał się w wodę, w zarośla, w trawę. Starszy wyczuwał napięcie i niepokój swego towarzysza i to go trochę męczyło. Pomyślał, że jest już zbyt stary ma loty międzygwiezdne, choć te loty są teraz tak krótkie. Męczy go nawet kontakt z młodą, aktywniejszą niż jego własna, psychiką. „Może to już ostatni mój lot. Ostatnia planeta, jaką oglądam. Ostatnie istoty rozumne z innych światów — myślał Starszy. — Czemu on się niepokoi! Czyżby te istoty były zdolne napaść nas niespodziewanie, tak jak tamte na Rinkri? Ale tam panowała epidemia, oni na przemian to popadali w zupełne otępienie, to znów opanowywał ich ślepy, niepohamowany gniew… A tu? A jeśli to powietrze…” Przypomniał sobie, że po wyjściu z rakiety raz tylko otworzył zawór skafandra i raz tylko wciągnął w płuca to gęste, ostre, odurzające powietrze, a wtedy o mało nie stracił przytomności. Analiza dostarczonych przez roboty próbek wykazała, że atmosfera tutejsza nie jest trująca, ale przesycona tlenem, należy zatem pozostać w skafandrach. „Jeśli to powietrze… Ale nie, przecież oni mieszkają tu stale i zdołali się do niego przystosować… ale jeżeli rzeczywiście zaszły tu jakieś nagłe zmiany w biosferze…”.
    — Zdaje się, że już rozumiem, w czym rzecz — powiedział zbliżając się Młodszy. — Chodź, coś ci pokażę. Spójrz choćby tu.
    Starszy spojrzał i cofnął się ze wstrętem. — To prymitywne formy życia — stwierdził po chwili milczenia.
    — Tak. Ale przecież pożerają się wzajemnie. I popatrz,z jakim okrucieństwem! Widzisz? Te małe czarne rzuciły się kupą ma tego dużego skrzydlatego. On jest martwy, a one go pożerają. — No to co? Gdyby to były istoty rozumne…
    — Może są rozumne — sprzeciwił się Młodszy. — Popatrz, przecież działają w wysoko zorganizowany sposób. I, patrz, mają tu dom! O, tam, pod tym dużym krzakiem. A może to całe miasto?…
    — Fantazjujesz. Tak by miały wyglądać istoty rozumne? Przecież to przypomina nasze owady. — A mieszkańcy Ankry? Co sobie o nich z początku myślałeś?
    — W każdym razie nie braliśmy ich za owady. Po prostu no, niedokładnie ich widzieliśmy… To zupełnie coś innego.
    — Być może — powiedział Młodszy, śledząc ożywiony ruch wśród czarnych istotek. — Ale to bardzo duże owady, bardzo duże…
    — Tutaj przecież wszystko jest bardzo duże. To planeta gigantów. Jej rozumni mieszkańcy z pewnością będą dwa lub trzy razy więksi niż my. Popatrz na te kwiaty, na tę trawę. I cóż za zadziwiająca siła witalna! Widzisz, korzenie tej rośliny rozłupały kamień. Ostre światło, pod dostatkiem ciepła i wilgoci, zwiększone napromieniowanie, niewyobrażalne zagęszczenie tlenu… tak, życie tutaj musi się rozwijać znacznie bujniej niż u nas, jego formy muszą być znacznie różnorodniejsze. I właśnie dlatego tutejsze życie wydaje nam się drapieżne, okrutne, agresywne…
    Łopocąc jaskrawo rozmalowanymi wzorzystymi skrzydłami przeleciał nad nimi dziwny stwór o smukłym, pokrytym puchem tułowiu. Od jego wypukłych błyszczących oczu odbijało się światło napływające z nieba. Starszy zapatrzył się na cudaczny, trzepotliwy lot tego dziwnego stworzenia. Ale nagle z góry dobiegł jakiś szum, głuchy gwizd rozcinanego gęstego powietrza. Wielki ciemny cień prześliznął się nad nimi, rozłożył szeroko gładkie skrzydła, rozdziawiła się trójkątna paszcza pełna twardych narośli, dał się słyszeć wstrętny chrzęst i ciemny cień znów wystrzelił ku górze unosząc trzepoczącą się bezradnie istotę o pstrych skrzydłach.
    — Tak, życie jest tu rzeczywiście intensywne! — stwierdził ironicznie Młodszy. — A teraz chodźmy tam — poprowadził Starszego na sam brzeg jeziora. — Popatrz, tu jeszcze lepiej widać tę siłę witalną. Spójrz w wodę, tu, przy samym brzegu.
    Nad połyskliwą wodą tańczyły małe leciutkie owady. Przy brzegu było płytko, dno porastała gęsta trawa. W podwodnych zaroślach siedziało w bezruchu dziwaczne stworzenie o gładkiej lśniącej skórze — miało płaską głowę i szeroki otwór gębowy. Jego lśniące boki wydymały się miarowo. Kolor owego stworzenia nieomal uniemożliwiał odróżnienie go od tła podwodnych traw. Jego głowa odrobinę wystawała z wody, oczy były wybałuszone i wydawało się, że są martwe. Gdy tylko zbliżyły się szybujące owady, z szerokiej paszczy błyskawicznie wytrysnął wąziutki błyszczący języczek i nieostrożne tancerki przylgnęły doń i zniknęły w czeluściach rozwartej paszczęki. Stworzenie to działało sprawnie jak precyzyjny mechanizm.
    — Pierwszy stopień… prawdopodobnie pierwszy… — powiedział Młodszy. — Teraz popatrz na tego stwora. Cóż za konstrukcja!
    Dalej wzdłuż brzegu stała zwarta ściana wysokich roślin o gładkich pniach i długich jedwabistych i błyszczących liściach. Ściana ta sięgała daleko w jezioro. Pośród tych liści głupawo sterczał gigant cudem utrzymujący się na jednej długiej i cienkiej nodze. Jego niewiarygodnie długi i wyostrzony nos wycelowany był w wodę. Stwór ów raptem szybko uderzył nosem w wodę i natychmiast poderwał głowę. W zaciśniętej paszczy trzepotało i wymachiwało długimi łapami takie samo lśniące stworzenie jak to, które łowiło małe owady przy brzegu. Stwór odrzucił głowę do tyłu i zaczai żywcem pożerać nieszczęsne zwierzątko. Starszy odwrócił się.
    — Popatrz tam — powiedział Młodszy. Po wodzie pływały inne jeszcze ptaki — niewielkie, eleganckie, o płaskich szerokich nosach.
    — Widzisz, tam, z boku, jest matka z całą rodziną. — Młodszy wskazał ptaka, wokół którego krążyły pstre puszyste pisklęta. — Dopiero co było ich sześć, teraz jest tylko pięć. Patrz na tego, który płynie ostatni.
    Pisklę pisnęło słabo i żałośnie, zadarło krótkie skrzydełka i nagle zniknęło pod wodą. Po wodzie rozeszły się kręgi, a potem na powierzchni rozpłynęła się niewielka czerwona plama. — Co o tym powiesz? — zapytał Młodszy.
    — Dziwi cię to? Na niższych stopniach rozwoju można się z tym zetknąć dosyć często. Przecież byłeś na Mitegrze, widziałeś sam.
    — Mitegra to zupełnie inna sprawa! — zaprotestował Młodszy. — Tam eliminowano degeneratów, którzy przeszkadzali normalnemu rozwojowi.
    — No, nie zawsze można się w tym tak łatwo połapać. Okrucieństwo na Mitegrze było przerażające.
    — A tu, gdzie całe powietrze przesycone jest mordem? Przecież tutaj zabójstwo jest prawem natury! Czy tego nie widzisz? Jakaż tu może być cywilizacja? Nawet na Mitegrze nie było cywilizacji. — A paistry?
    — Paistry! Paistry prawie się nie różniły od dinków, a dinki…
    — Dinki miały wskaźnik mniejszy od jedności. Doskonale o tym wiesz. A paistry przekroczyły jedność.
    — Tylko najzdolniejsze egzemplarze! — zaprotestował Młodszy. — Sam skontrolowałem całe plemię, które mieszkało nad wielką rzeką na zachodzie. Mniej więcej co dwunasty miał wskaźnik wyższy niż jeden. Reszta była na poziomie dinków. Zresztą to nie o to chodzi. Tak czy owak na Mitegrze obserwowaliśmy zaledwie pierwsze kroki cywilizacji i baliśmy się nawet, że jej rozwój pójdzie w niewłaściwym kierunku… właśnie z powodu tego ich okrucieństwa… A poza tym — skąd wiesz, że spotkaliśmy tu właśnie niższe formy życia? Być może, że te ptaki… albo te czarne owady, które żyją w tak wielkich koloniach… — A po co ptakom aparatury latające? Cóż to, czy nie potrafią latać?
    — A po co nam aparaty, które służą do poruszania się po równej powierzchni? Przecież potrafimy się po niej poruszać i bez nich — zaprotestował Młodszy. — Zresztą nie twierdzę bynajmniej, że te ptaki czy te owady to właśnie rozumni mieszkańcy tej planety. Chciałem tylko powiedzieć, że istnieje i taka możliwość. A także że tutejsze istoty rozumne, jakkolwiek by wyglądały, z pewnością również biorą udział w tym okrutnym drapieżnym kołowrocie. Pomyśl, jak może wyglądać cywilizacja na takiej planecie?
    — Bardzo różnie — odparł zniecierpliwiony Starszy. — Niesłusznie zakładasz istnienie tak prostych związków między prawami obowiązującymi w przyrodzie a prawami, którymi się rządzi wyżej rozwinięte społeczeństwo. Dzięki rozumowi mogli się wznieść ponad to, przerwać ten krąg okrucieństwa i tępienia się nawzajem.
    Ale mówiąc to bał się w głębi ducha, że Młodszy ma rację. Ta obfitość światła, ciepła, wilgoci, która zrodziła tak bujne i tak niepohamowane życie, być może, rzeczywiście popychała wszystko, co żyje, do walki, włączała w nieustający krąg wzajemnego unicestwiania się. Być może działo się tak wszędzie, nawet na najwyższych stopniach rozwoju… Zupełnie inaczej niż na ich ojczystej planecie, gdzie wszystko, co żyje, związane jest nierozerwalnym łańcuchem i może istnieć tylko w warunkach nienaruszalnej pokojowej symbiozy. Wszystko — zwierzęta i ptaki, i owady, i rośliny — zależy od siebie nawzajem, ale ta zależność polega na wzajemnym wzbogaceniu się, a nie na unicestwianiu…
    — Zdaje mi się, że trzeba włączyć lanti — powiedział Młodszy. — Nie zajdziemy daleko przy takim upale, a termoregulatory pochłoną co najmniej tą samą ilość co lanti.
    — Spróbujemy. Nie wiemy jeszcze, czy oni mogą nas widzieć. Kiedy dam sygnał, natychmiast włączaj migotanie i ląduj.
    Przesunęli w prawo małe dźwignie na miękkich tarczach, umieszczonych na piersiach, i dolne części ich ciał osnuły się na wpół przejrzystymi obłoczkami. Potem oderwali się od ziemi i poszybowali nad jeziorem, nad zaroślami, łagodnym łukiem omijali wzgórze. I Starszy, i Młodszy patrzyli uważnie na dziwny nieznany świat, który rozciągał się pod nimi.
    Kiedy znaleźli się po tamtej stronie wzgórza, stało się jasne, że cywilizacja na tej planecie nie tylko zdążyła się ukształtować, ale żyje nadal, nie zniszczyło jej, jak się tego obawiał Młodszy, owo wzajemne unicestwianie się tutejszych mieszkańców. Wzdłuż dróg, po których pędziły wyjące maszyny, stały szeregi słupów połączonych ze sobą wieloma rzędami mocno napiętych nici metalowych. Młodszy chciał się zbliżyć do tych słupów, by zbadać, co to takiego, ale Starszy go powstrzymał.
    — Być może, że zachował się u nich jeszcze taki archaiczny sposób przesyłania energii na odległość. Gdzieś o tym czytałem… Chyba było coś w tym rodzaju na planecie Niebieskich Gór.
    — Więc to niezbyt wysoko rozwinięta cywilizacja — stwierdził z przekonaniem Młodszy. — Rozwój może być nierównomierny… — zaprotestował Starszy. — Uwaga! Zdaje się, że to oni… Włączaj migotanie! Ląduj tam, w tych zaroślach nad rzeką.
    Przesunęli dźwigienki ku dołowi i nacisnęli małe guziczki po lewej stronie tarczy. Na wpół przezroczyste obłoczki zaczęły szybować w dół, a wokół przybyszów wytworzyło się migotanie o wysokiej częstotliwości, rozmyło kontury ich ciał, które przemieniły się w mieniące się, opalizujące plamki, nie sposób było je i zauważyć w jasnym świetle dziennym. Wylądowali w zaroślach na brzegu powolnej przejrzystej rzeki i zaczęli obserwacje.
    Ci, których dostrzegł z góry Starszy, zbliżali się do rzeki. Poruszali się powoli i dość niezręcznie. Ich ciała okryte były czymś w rodzaju skafandrów, ale głowy i przednie kończyny mieli obnażone. Przybysze wpatrywali się w nich z uwagą.
    — Myślisz, że to właśnie oni? Tacy niezgrabni, tacy źle przystosowani?… — cicho zapytał Młodszy. — Jak oni w ogóle zachowują równowagę, przecież są cudacznie wyciągnięci ku górze? Popatrz na te przednie kończyny. Są chwytne. Ale co za żałosny kształt!
    — Nie są wcale tak źle skonstruowani — zaprotestował Starszy. — Gorzej jest z ich głowami. Jak sądzisz, co to za obrzeżone otwory po bokach? To organ słuchu, czy co? A poza tym odnoszę wrażenie, że widzą tylko z jednej strony, jak zresztą wszystkie tutejsze stworzenia. Mają specjalne organy wzroku jak ci z Ankry. Te błyszczące otworki na przedniej części głowy to ich oczy. Widzisz, kiedy chcą zobaczyć, co jest z tyłu, muszą się odwrócić. — Ależ oni są olbrzymi, ależ ogłuszające mają głosy — powiedział Młodszy. — Zobaczysz, że są tak samo okrutni jak wszystko na tej planecie.
    Olbrzymie dwunogie istoty przeszły koło nich rozmawiając głośno. Starszy włączył psychosyntezator, ale z przetłumaczonych urywków zdań prawie niczego nie zrozumiał. Tylko jedno było jasne jest im gorąco i są źli. — Patrz, tam, za nami — szepnął nagle Młodszy. — Co to?
    Z rzeki gramoliły się na brzeg trzy istoty podobne do tych, które minęły ich przed chwilą, ale znacznie mniejsze i bez skafandrów. Krople wody błyszczały na ich gładkiej skórze. Istoty położyły się na porośniętym trawą brzegu i zaczęły szybką, ożywioną rozmowę. Ich głosy były wysokie. Syntezator tłumaczył: „Zimna woda. Nie, po prostu za długośmy w niej siedzieli. Patrz, poszli… (tu syntezator opuścił kilka wyrazów, zasygnalizował tylko, że to imiona własne). Wczoraj złapał dużo ryb. Mojej matce dał (syntezator skomentował, że nie chodzi tu o» dawanie «w normalnym znaczeniu, to coś bardziej skomplikowanego). Swojemu… (znowu imię własne) też dał tyle ryb, że teraz leży i nawet ogonem nie machnie”. — Czyżby oni mieli ogony? — zapytał Młodszy, który uważnie śledził tłumaczenie syntezatora. — Być może niektórzy z nich mają — powiedział bez przekonania Starszy. — Ci nie mają. Co to za jedni, jak myślisz, czy to jakiś inny ich gatunek? — Raczej niedorozwinięte osobniki. — A może to dzieci?
    — Dzieci także miałyby skafandry… O, popatrz, ubierają się. Więc to jednak dzieci. Ale dlaczego zdejmują skafandry, kiedy wchodzą do wody?
    — Być może, że woda jest ich naturalnym środowiskiem i nic im w tym żywiole nie zagraża. Ale co to znaczy: „złapał ryby”? I dał je na jakichś warunkach matce tego stworzenia? I jeszcze nakarmił nimi kogoś, kto ma ogon? Czy to dziecko także jadło rybę? — Sam przecież mówiłeś, że oni też muszą być włączeni w ten obieg…
    — Tak, ale jednak nie wszystko rozumiem. Przypuśćmy, że oni się odżywiają właśnie rybami. Czyżby doprawdy mieli tak prymitywne pożywienie? Każdy z nich łapie ryby, zjada je, czasem karmi nimi innych… Widzieliśmy wielkie skupiska domów… Nawet jeśli wzniesiono je nad wielką rzeką, to przecież ryb dla wszystkich nie wystarczy. I kto w takim razie buduje i obsługuje wszystkie urządzenia, kto wychowuje dzieci i młodzież, kto się troszczy o ich zdrowie, skoro każdy sam się musi martwić o swoje pożywienie i zdobywać je w tak prymitywny sposób?
    — Nie wiem. — Starszy nadal słuchał tłumaczenia. — Nie, wątpię, żeby robili to z konieczności.
    Zapewne sprawia im to… przyjemność. Łowią ryby w wolnych chwilach.
    — No widzisz! — triumfował Młodszy. — Mają naturę drapieżników. Patrz, te większe rozsiadły się nad rzeką. Podejdźmy do nich bliżej.
    Biała gwiazda pochylała się już ku widnokręgowi, kiedy przybysze wyszli z nadbrzeżnych zarośli i znowu włączywszy lanti ruszyli w stronę pobliskiego skupiska dziwacznych wielokątnych budowli. Byli wstrząśnięci.
    — Nic nie mogę zrozumieć — powiedział Starszy. — Nigdzie niczego podobnego nie widziałem. Widocznie w tych naczyniach, które przynieśli, jest jakaś trucizna, która działa przede wszystkim na świadomość. Widziałeś? Ich ruchy stały się mniej skoordynowane, świadomość się zamgliła, impulsy agresywne wyraźnie się wzmogły. Kiedy ten najwyższy uderzył tamtego w głowę, a tamten upadł, pomyślałem… — zająknął się.
    — Ja też pomyślałem, że zacznie go pożerać. To by w każdym razie było logiczne, choć straszne. Ale on nawet nie dotknął tego leżącego bez przytomności, tylko usiadł i pił nadal trujący płyn. Dlaczego?
    — Tak… A u niektórych spośród nich wcale się nie wzmogły impulsy agresywne tylko raczej instynkty towarzyskie, co prawda chaotyczne…
    — W pierwszej chwili myślałem, że chce zabić jeszcze jednego… Kiedy rzucił się na niego i objął go przednimi kończynami i zaczął ściskać… i obaj tak krzyczeli.
    — Tak… A potem tak długo wyli wszyscy naraz… Cóż za dziwne zachowanie! Nie mogę zrozumieć, po co oni to wszystko robią. A teraz śpią.
    — A może jednak któryś z nich się obudzi i pożre pozostałych? Chociaż… nie, nie wygląda mi na to.
    Powoli przelatywali nad wierzchołkami wysokich drzew. Młodszy wpatrzył się w zielony gąszcz, a potem nagle pośpiesznie rzucił się do przodu.
    — Bardzo dziwny świat — powiedział ze smutkiem, kiedy Starszy się z nim zrównał. — Ptaki, małe ptaki karmią swoje pisklęta owadami! Nieustannie znoszą im żywe owady, a te maleństwa pochłaniają takie ich ilości… W pewnym gnieździe duże pisklę na moich oczach wypchnęło drugie pisklę, które spadło i zabiło się… Nie boisz się zbliżyć do tych domów? — Sądzę, że oni nas nie widzą — powiedział bez przekonania Starszy. — A zresztą, być może, lepiej będzie, jeżeli poczekamy, aż gwiazda skryje się za horyzontem. Istoty, które mają tak zbudowany organ wzroku, zazwyczaj nie rejestrują promieni podczerwonych, po zachodzie gwiazdy powinny widzieć bardzo źle.
    Wylądowali na skraju lasu i przeczekali tam do zmroku.
    Potem ruszyli do miasta. Im bliżej byli domów, tym wolniej i ostrożniej się poruszali. Kiedy znaleźli się na wąskich ulicach miasta, zrozumieli niebawem, że nikt ich właściwie nie widzi ani nie słyszy. W wątłym świetle zmierzchu wydawali się mieszkańcom miasta jakimś skupiskiem ledwie widocznych mętnych i porozrzucanych plamek. Raz zainteresowało się nimi jakieś powoli wędrujące stworzenie o siwej głowie, był to najwidoczniej stary osobnik. Przez pewien czas osobnik ten wędrował w ślad za nimi, przyglądał się im, ale coraz częściej potrącali go inni, nie wiadomo dokąd śpieszący mieszkańcy, aż wreszcie przystanął, zgubili mu się. Ich także potrącano brutalnie, niekiedy nawet boleśnie, zapragnęli się więc wydostać na mniej uczęszczane ulice. Nie można było włączyć lanti — pomiędzy domami porozpinana była gęsta siatka metalowych nici, przez którą trudno byłoby przeniknąć ku górze, byłoby to zresztą niebezpieczne, widzieli już bowiem, że tymi nitkami rzeczywiście przekazuje się energię.
    Wreszcie, zmęczeni i porządnie poobijani, znaleźli się na przestronnym placu i odetchnęli swobodniej. Wielka gwiazda całkowicie się już skryła za linią horyzontu, na niebie były teraz widoczne inne dalekie gwiazdy, które prawie wcale nie dawały światła, potem wypłynął na niebo wąski biały sierp, zalał wszystko niewyraźną zimną poświatą. Przybysze zobaczyli, jak niepewnie poruszają się tubylcy. Oni sami natomiast widzieli nadal wszystko — domy, maszyny i tutejsze stworzenia promieniowały w podczerwieni, a poruszanie się w świetle promieni podczerwonych nie było bynajmniej trudniejsze niż za dnia. Nawet łatwiejsze. Upał zelżał, powoli milkły ogłuszające dźwięki, które jeszcze tak niedawno wypełniały wąskie szczeliny między domami — głosy, łoskot maszyn, stukoty, piski i wycie dysharmonijnej w odczuciu przybyszów muzyki. Miasto się uciszało, jego mieszkańcy coraz to rzadziej przemykali ulicami, zapalały się i znowu gasły przezroczyste prostokątne otwory w ścianach domów.
    Po drugiej stronie placu znajdował się wielki ogród. Było w nim prawie zupełnie ciemno, ciemność panowała na jego bocznych drogach, tylko główne oświetlone były szeregami niezbyt jasnych latarń. Mieszkańcy miasta wchodzili do tego ogrodu, rozchodzili się po nim. Przybysze kryjąc się w cieniu drzew ruszyli za największą grupą tubylców. Znaleźli się w części ogrodu, która ze wszystkich stron ogrodzona była jakimiś dziwnymi płaskimi przedmiotami. Zbadawszy te przedmioty skonstatowali, że są to sztucznie dzielone pnie drzew. Z drzew również zrobione były długie rzędy siedzeń, które zajmowały całą przestrzeń między ogrodzeniami. Z przodu, dość wysoko, bielał prostokątny ekran.
    — Jak oni lubią kanty! — westchnął Młodszy. Nieraz już miał okazję przekonać się, jak twarde potrafią być takie kanty. Czyż można porównywać te zimne bezduszne linie z naszymi łagodnymi zaokrągleniami? Jak sądzisz, gdzieśmy się znaleźli? — Ponad ławeczkami pobiegł w kierunku ekranu szeroki snop światła, ekran za jaśniał, wystąpiły na nim jakieś duże znaki. Starszy nie odważył się na włączenie syntezatora — zbyt dużo tu było tuziemców — więc przybysze nie zrozumieli znaczenia tych znaków. Ale potem zjawiły się na ekranie ruchome obrazy i przybysze siedzieli zapatrzeni.
    Obrazy te były płaskie, czarno-białe, dźwięk również był niedoskonały i zawsze dobiegał z jednego tylko punktu, wszystko to było niezmiernie staroświeckie w porównaniu z tym, do czego byli przyzwyczajeni, a więc w porównaniu z trójwymiarowym, plastycznym w ruchach obrazem w naturalny sposób zsynchronizowanym z dźwiękami, zapachami, dającym pełne złudzenie materialnej rzeczywistości. Ale i tu, w tych umownych, płaskich i pozbawionych koloru obrazach dawało się wyczuć piękno prawdziwej sztuki i przybysze potrafili docenić to piękno, choć to nie tyle ono, ile żądza poznania sprawiała, że tak uważnie śledzili dzieje bohaterów na ekranie.
    Obejrzeli do końca jeden film, zostali jeszcze i na drugim, po czym wyszli, czując, że ich umysły pełne są sprzeczności i niejednoznacznych odczuć. Nie chciało im się teraz opuszczać miasta, tak spokojnego i cichego o tej porze, śpiącego i bardziej zrozumiałego niż za dnia. Położyli się pod krzakami, na zimnej ostrej trawie przy ciemnej bocznej alejce. — Tak, to bardzo zawiła cywilizacja. Rozwijają się z trudem, z niewiarygodnym trudem, niełatwo dm się uwolnić od strasznego dziedzictwa, które pozostawiła im okrutna przyroda tej planety. Nic dziwnego, że są pełni sprzeczności… — mówił Młodszy.
    — Tym bardziej zasługują na zbadanie — powiedział Starszy.
    — Tylko na zbadanie? Czy nie wolno nam im dopomóc, choćby tylko trochę?
    — Nie, nie wolno nam. Wiesz przecież, że to jest niedozwolone. Nie możemy zakłócać naturalnego toku rozwoju cywilizacji. A w ogóle jesteś nazbyt impulsywny. Przecież jeszcze niedawno nienawidziłeś tubylców. Czułem to.
    — To prawda — przyznał Młodszy. — Ale przecież miałem wystarczające powody także i do nienawiści, czyż nie? Dopóki się nie zrozumie, jak oni tu żyją…
    — Nie polubiłem ich nawet, jak ich trochę lepiej poznałem. Nadal są nam obcy. Ale zachwycają mnie. Rozumiem, jak im jest trudno. Słabsi ulegliby w takich warunkach, oni zaś idą naprzód — potykają się, przewracają, kaleczą się do krwi, znów się podnoszą, ale idą.
    Wydaje mi się, że to warte uznania. Wierzę, że zdołają odnieść zwycięstwo nad samym sobą, że wyzbędą się tych okrutnych zgubnych sprzeczności.
    — To możliwe. Ich siła witalna jest bardzo potężna — powiedział z zadumą Młodszy. –
    Gdybyśmy mieli taką… zresztą nie jest nam potrzebna.
    — Taka siła rodzi się w walce z przeciwnościami. Na szczęście nie musieliśmy zdobywać takiej niesłychanej wytrzymałości, takiej umiejętności dostosowywania się do warunków.
    — Tak. Czy pamiętasz tego, który odmawiał spożywania posiłków i zupełnie opadł z sił? Oni powinni przecież jadać trzy razy na dobę. A on nie jadł przez wiele dni i żył nadal.
    — Ale przecież to, przeciwko czemu protestował, już nie istnieje, prawda? — zapytał Starszy. –
    To był najwyraźniej film historyczny. Czy też pokazują go potajemnie, kiedy jest ciemno?
    — Nie, w otaczających nas tubylcach nie wyczułem ani napięcia, ani strachu — zaprotestował
    Młodszy. — Denerwowali się, ale tylko dlatego, że podzielali uczucia bohatera filmu.
    Widocznie ten sposób sprawowania rządów należy już do przeszłości. Artyści zresztą byli ubrani inaczej niż się ubierają dzisiejsi mieszkańcy miasta. Jak nazywali tego głównego władcę? Zdaje się, że Tsaar? No, więc tego Tsaara już na pewno nie ma. Ale za to wojna…
    Pamiętasz te straszliwe sceny w pierwszym filmie? Co za potworna i wymyślna technika służy wzajemnemu wymordowaniu się! Trudno uwierzyć, że wymyśliły to istoty rozumne…
    — Tylko istoty rozumne mogły to wymyślić — cicho powiedział Starszy. — Sądzisz zatem, że taka wojna może się jeszcze powtórzyć?
    — Tak. Docierało do mnie promieniowanie psychiki widzów, bardzo wielu z nich było zaniepokojonych. Bali się. To niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło.
    — A czy zrozumiałeś, jaka jest przyczyna tego dziwnego zjawiska? Czy to epidemia?
    — Nie. Tego nie zrozumiałem. Być może, że to epidemia. Choć wątpię. Ale musimy rozstrzygnąć ten problem. Bo przecież, jeśli to jest choroba, to powinniśmy interweniować, prawda?
    — Tak, oczywiście… — Starszy milczał przez chwilę — Więc już nie uważasz, że cywilizacja tutejsza jest ogniwem w łańcuchu wzajemnego unicestwiania się? Przecież patrząc na rzeczy w ten sposób, nietrudno by było wyjaśnić przyczyny powstawania wojen. Można nawet założyć, że wojna powinna trwać nieustannie to przygasając, to znowu wybuchając z nową siłą. To logiczniejsze niż teoria epidemii. Ale w takim razie nie mamy prawa wtrącać się do tych spraw.
    Młodszy długo się zastanawiał. Kontakt z nim tym razem nie męczył Starszego — to już nie były eksplozje żywiołowych emocji, ale wytężona i rytmiczna praca myśli. Kontakt z tym jasnym teraz i zdyscyplinowanym umysłem sprawiał przyjemność.
    — Masz rację, nazbyt ulegam emocjom — powiedział wreszcie Młodszy. — Teraz jednak spróbowałem usystematyzować wrażenia, jakich doznałem na tej planecie, i wydaje mi się, że słuszna jest hipoteza, którą zbudowałeś na samym początku. Tak, oni są włączeni w krąg morderstw, każdy osobnik od chwili narodzin jest w to włączony, każda gałąź tutejszego drzewa genetycznego. I niezmiernie im trudno wyrwać się z tego kręgu. Ale oni — na razie tylko najlepsi z nich — dzięki potędze swojej myśli i swojej świadomej woli usiłują się jednak z niego wyrwać. Ich sztuka także skierowana jest przeciwko morderstwom, przeciwko złej woli, przeciwko gwałtowi i przemocy.
    — To ich sztuka przekonała cię o tym?
    — Tak, przede wszystkim sztuka. Przecież bardzo mało ich jeszcze znamy.
    — Tak, bardzo mało. A jeśli ich sztuka wyraża tylko nierealne marzenia wybrańców… a raczej nie wybrańców tylko odszczepieńców? Tych osobników, którzy czują swoją straszliwą samotność wśród brutalnego, przepychającego się, wiecznie dokądś się śpieszącego tłumu, który oszałamia się truciznami, aby uzyskać złudzenia szczęścia?
    Młodszy znowu długo milczał. — Zastanawiasz się, czy to, co mówię, jest dostatecznie przemyślane. Masz do tego prawo — zapalczywie wypowiadałem wiele lekkomyślnych sądów, popadałem w skrajności. Powtórzyłeś zresztą jedno ze stadiów moich przemyśleń o tutejszej cywilizacji. Tak, myślałem o tamtych na brzegu rzeki i pomyślałem — cóż dla nich znaczy sztuka? Ale potem przypomniałem sobie tych, którzy wraz z nami patrzyli na ekran. Było ich znacznie więcej, dla nich sztuka była czymś żywym, czymś nieodzownym. O nie, tak namiętna, tak bardzo pewna słuszności swoich celów sztuka nie mogła się zrodzić w oderwaniu od życia całego społeczeństwa.
    Usłyszeli ciche, powolne kroki i u wylotu owej bocznej alejki zobaczyli dwie dziwne świetliste sylwetki.
    — Włączę psychosyntezator — powiedział Starszy kryjąc się w gąszczu. — Zrobimy jeszcze jedno doświadczenie. Ostatnie. Czas już na nas, musimy wracać.
    Świetliste sylwetki zbliżyły się do nich. Być może, że przybysze zdążyli się już przyzwyczaić do tuziemców, w każdym razie ta para nie wydała im się ani brutalna, ani niezręczna, choć osobniki były wysokie dziwaczne, niestabilnie zbudowane. Para usiadła na ławeczce i zdziwieni przybysze zobaczyli, że ciała tubylców mogą się zginać i załamywać w najprzedziwniejszych miejscach, jak gdyby były na zawiasach. A jednak przybysze dostrzegali w tych cudacznych ruchach swoistą grację i wyrazisty rytm. Ale pierwsze słowa, które zamieniła owa para, sprawiły, że przybysze przywarli do syntezatora. — To wina wojny! — Gdyby mój ojciec wrócił z wojny, wszystko ułożyłoby się inaczej…
    Starszy śledząc ich promieniowanie zorientował się, że są to młode, pełne sił osobniki. I że się kochają. Już poprzednio zauważył, że rozumne istoty na tej planecie są dwupłciowe, a teraz wywnioskował, że osobniki siedzące na ławeczce reprezentują różne płci — ich kształty i ich głosy różniły się od siebie. Starszy podsumował znane sobie fakty i w myślach zaczął nazywać tego wyższego, mocniej zbudowanego, którego głos składał się z niższych tonów — „On”, a drugą istotę, drobniejszą i krąglejszą, o śpiewnym wysokim głosie nazwał „Ona”. — Ale teraz już nie będzie wojny. Ludzie jednak zmądrzeli — powiedziała Ona.
    — Kto wie? Niektórzy są zdania, że człowiek wcale się nie zmienia nawet w porównaniu z zamierzchłą starożytnością. A w każdym razie są to zmiany nieistotne, nie są to zmiany na lepsze.
    — Tak mówią reakcjoniści.
    — Dlaczego reakcjoniści? Sam niekiedy patrząc na jakiegoś pijanicę, darmozjada czy chuligana myślę sobie — tacy jak oni zawsze byli, są i chyba będą.
    — A co w takim razie będzie z komunizmem?
    Przybysze byli wstrząśnięci. Tam, nad rzeką, wydawało im się, że psychosyntezator daje niedokładne przykłady, że sposób budowy myśli i mowy tubylców jest dlań nazbyt skomplikowany. Teraz zaś syntezator tłumaczył nieomal słowo w słowo. Największe trudności miał z rozszyfrowaniem tego, co On powiedział o ludziach, którzy zawsze byli, są i będą. Syntezator przełożył to „istoty niepełnowartościowe”, potem jednak dodał: „Ale z różnych powodów. Jedne z nich nie chcą nic robić, inne są bardzo złe i niedobrze się zachowują, a jeszcze inne piją coś niedobrego”.
    — Widzisz! — powiedział Młodszy. Miał na myśli tamten obrazek nad rzeką. — Ich język zna negatywne określenia takich postępków.
    Pytanie, które zadała Ona, syntezator w pierwszej chwili także rozszyfrował niedokładnie: „A co będzie ze wspólną pomyślnością?” i dopiero później dodał: „Mowa jest zapewne o idealnym ustroju społecznym, który wkrótce powinien zapanować na całej planecie”. Ale w zasadzie syntezator znakomicie dawał sobie radę i im dalej, tym było lepiej.
    Dzieje się tak, bo ich psychika jest na wyższym poziomie, bardziej zbliżonym do naszego — pomyślał Starszy, a Młodszy natychmiast powiedział to samo na głos. Usiłowali wydedukować z rozmowy, kim są ci wieczorni rozmówcy. Młodszy sądził, że są to uczeni, okazało się jednak, że to zupełnie młodzi ludzie, że dopiero niedawno zdecydowali się, jaki sobie wybrać zawód, i teraz przygotowują się do wykonywania tych zawodów. Ona w przyszłości będzie uczyła dzieci. On chce budować drogi i mosty. Ale długo jeszcze muszą się w tym celu uczyć. Teraz, z powodu gorącej pory roku, mają przerwę w nauce i przyjechali tu, ponieważ tu się urodzili i tu mieszkają ich rodzice.
    — Słuchaj, wygląda na to, że to zupełnie zwykli, niczym się nie wyróżniający spośród innych przedstawicieli rozumnej rasy! — powiedział Młodszy.
    Starszy zgodził się z nim — tak, chyba tak właśnie jest. Więc Młodszy mówił dalej: — Czy teraz wierzysz, że oni będą w stanie wyrwać się z kręgu nienawiści i zabójstw? Że podźwigną się na wyższy szczebel rozwoju?
    On i Ona siedzieli trzymając się za ręce. Twarze ich zwrócone były ku dalekim gwiazdom. — Już niedługo — mówili. Za rok, za dwa, no, najdalej za pięć lat ludzie zaczną latać na pobliskie planety… A potem — podróże międzygwiezdne… My już tego chyba nie zobaczymy. Ale chciałbym polecieć na Księżyc i na Marsa… Więc polecisz. A co, czy tam nie będą potrzebne drogi i mosty? Mój zawód jest pod tym względem gorszy… No, dla ciebie też się tam znajdzie zajęcie, skoro już się z tym uporamy… Dobrze by to było… Tak…
    Starszy dał znak i powolutku zaczęli się odsuwać od ławki, na której siedziała zakochana para. Wyszli za ogrodzenie opustoszałego parku, włączyli lanti i polecieli ponad cichym uśpionym miastem, które wygasiło już swoje światła. Chcieli się jak najszybciej dostać na wzgórze, u którego stóp ukryta była ich mała rakieta patrolowa — kończył im się już zapas mieszanki do oddychania, a syntetyzowanie jej z otaczającego środowiska byłoby zbyt kłopotliwe.
    — Trzeba będzie jeszcze tu wrócić — powiedział z zadumą Młodszy. — Zbadać wszystko dokładnie. Jest tu mnóstwo ciekawych i zupełnie niezwykłych rzeczy.
    — Oczywiście, że tak to zreferujemy Głównemu — odparł Starszy. — Trzeba będzie nawiązać z nimi kontakt, wymienić doświadczenia.
    — Tak. Bo pomóc im nie możemy. Byłem w błędzie. Nie jest im potrzebna żadna pomoc.
    Światła miasta z wolna tonęły i rozpływały się w mroku. Jakiś czas widać było jeszcze na horyzoncie rudawą łunę — odblask tych świateł na chmurach — potem i ona zniknęła. Lanti łagodnym łukiem wymijały wzgórze. — Nie, nie jest im potrzebna — powtórzył Starszy. — Są silni, sami dadzą sobie radę…
    Wskazał na coś pod nimi. Szybko i bezszelestnie leciał tam wielki ptak o okrągłych fosforyzujących oczach. Złożył skrzydła, spadł ku ziemi i przejęci wstrętem i litością przybysze usłyszeli pełen bólu i przerażenia krzyk — przedśmiertny krzyk jakiegoś nieszczęsnego zwierzątka.
    — Tak, sami dadzą sobie radę… Ale będą się musieli nad tym napracować. Niełatwo jest przebudować coś, co wywodzi się z najtajniejszych głębi psychiki, z ogólnych praw natury wspólnych dla całej planety. Trudne to będzie, bardzo trudne…
    W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin w rejonowym mieście N. nie zaszło nic nadzwyczajnego. Ciężarówka zderzyła się z autobusem, ale ofiar w ludziach nie było; amatorzy popijawy na świeżym powietrzu udali się nad rzeczkę, żeby oblać wolny od pracy dzień, tam wszczęli awanturę, rozbili głowę malarzowi pokojowemu, I. Nikiforowowi, on zaś zełgał w poliklinice, że spadł ze strychu i dostał zwolnienie „z powodu wypadku przy pracy”. Obywatelce L. Sidorowej, zamieszkałej na Kosmonautów pod czwartym, skradziono z podwórza dwie pary męskich trykotowych kalesonów suszących się na sznurze. I to już wszystko, co zarejestrowały protokoły milicyjne — jak na dzień wolny od pracy wyjątkowo skromnie.
    Co prawda, zdarzyło się jeszcze to i owo, czego protokoły milicyjne nie zanotowały, ale nikt temu nie dawał wiary. Może zresztą nic z tego w ogóle się nie zdarzyło, może ludzie wszystko zmyślili z nudów.
    I tak na przykład emeryt W. Małaszkin przezywany na podwórku „nieznośnym dziadygą” z powodu swego niepohamowanego wścibstwa (byli nawet tacy, którzy używali dosadniejszych określeń) przysięgał na wszystkie świętości, że kiedy przed wieczorem spacerował sobie po głównej ulicy miasta, po Prospekcie Jurija Gagarina (dawniej Hutnicza, a jeszcze dawniej Gubernatorska), był świadkiem niespotykanego zjawiska. Mianowicie poprzez zwarty tłum spacerowiczów przepychał się niewidzialny człowiek. Jego, W. Małaszkina, również ów niewidzialny człowiek potrącił, na szczęście niezbyt boleśnie — Małaszkin odniósł wówczas wrażenie, że niewidzialny jest z gumy, nadmuchiwany. Zresztą nie był on tak zupełnie niewidzialny, bo ten i ów fragment jego ciała można było dostrzec, wszakże bardzo niewyraźnie. Małaszkin chciał schwytać niewidzialnego, wiedząc wszakże jak rozbestwioną mamy dzisiaj młodzież, obawiał się, że przy realizacji tego szlachetnego zamiaru mógłby oberwać po karku, a potem — szukaj wiatru w polu. Na pytanie: „Co tu ma do rzeczy młodzież?” emeryt Małaszkin odpowiedział, że komu, jeśli nie młodym, przyszło do głowy wynajdować niewidzialność. Zaś te darmozjady mogły coś takiego wykombinować, wiadomo bowiem, że nie pociąga ich rzetelna praca, nie uprawiają sportów, żyją w izolacji od kolektywu i taka czapka-niewidka bardzo by im się przydała przy popełnianiu przestępstw. Dalsze rozwijanie tej tezy przerwał Małaszkinowi przedstawiciel komitetu blokowego K. Łukjanow, który zaprotestował przeciwko takiemu krzywdzącemu naszą młodzież uogólnianiu. Poza tym K. Łukjanow dał do zrozumienia, że w ogóle nie wierzy w ani jedno słowo z tego, co tu wygadywał emeryt W. Małaszkin i że niewidzialni ludzie to nienaukowe wymysły. Obecni przy tej dyskusji wyrazili w kuluarach pogląd, że staruch załgał się ze szczętem, skleroza go wykańcza, ale że w każdym razie mając do czynienia z takim intrygantem, trzeba się mieć na baczności, a także, że K. Łukjanow myli się, jeśli sądzi, że jego stopień pułkownika w stanie spoczynku i jego odznaczenia wywrą jakieś wrażenie na staruchu, bo emeryt nie z takimi dawał sobie radę, a teraz to już na pewno zajmie się zbieraniem interesujących wiadomości o pułkowniku i przekazywaniem ich redakcjom, komitetowi blokowemu, organizacji partyjnej, a w ogóle to lepiej trzymać się od niego z dala.
    Natomiast fotoamatorów Kolę Piechtierowa i Walerka Czajkina nawet przyjaciele wyśmiali — Kola i Walerek pletli zupełne bzdury. Twierdzili, że robili zdjęcia nad rzeką i że po wywołaniu filmu na jednym z kadrów zobaczyli jakieś dziwne, podobne do ośmiornic stwory. Stwory te kryły się za krzakami. Kola i Walerek obstawali przy swoim, niczego jednak nie mogli udowodnić, ponieważ ów kadr z ośmiornicami wycięli z filmu i pobiegli z nim do nauczycielki, do Klaudii Siergiejewny, ale po drodze w jakiś niewytłumaczony sposób go zgubili. I nie znaleźli go już, choć przeszukali całą drogę od strychu w domu Koli do ganku domu Klaudii Siergiejewny. Może porwał go wiatr. A szkoda. Był to przecież bądź co bądź dowód rzeczowy, a nie jakaś tam zdziecinniała gadanina o czapce niewidce.
    Studentce drugiego roku Instytutu Pedagogiki Gali Swiridowej przyjaciółki również nie uwierzyły, choć mówiła nie o żadnych ośmiornicach ani niewidzialnych ludziach tylko o Witi Szewcowie, w którego istnienie nikt bynajmniej nie wątpił. Gala wszakże oświadczyła, że Witia to bardzo rzeczowy i wartościowy chłopak, jej przyjaciółki zaś jak na złość uważały go za wartogłowa i faceta bez charakteru.
    Kiedy Gala próbowała bronić swojego poglądu, przyjaciółki zjadliwie przyznały, że Witia rzeczywiście jest dość przystojny, i zapytały Galę, czy się aby w nim nie podkochuje. Nie ona pierwsza, mówiły, nie ona ostatnia… I choć Gala gorąco protestowała przeciwko tym podejrzeniom, przyjaciółki nie uwierzyły jej.
    Ale właściwie trudno to nazwać jakimś wydarzeniem…
    Przełożyła Irena Lewandowska

Clifford D. Simak
Cienie

    Tata i mama znów się posprzeczali. Nawet nie to, żeby sobie rzeczywiście skakali do oczu, ale kłócili się dosyć głośno. I tak było całymi tygodniami.
    — Nie możemy przecież rzucić nagle wszystkiego i wynosić się! — powiedziała mama. — Musimy to przemyśleć. Trudno tak zupełnie bez zastanowienia rozstać się z miejscem, w którym człowiek spędził całe życie.
    — Owszem, zastanawiałem się nad tym! — odparł tata. — I to nie raz. Zwłaszcza że ci nieziemcy nie przestają się tu pchać. Znów dzień czy dwa temu jakaś nowa rodzina osiedliła się u Pierce’a.
    — Skąd pewność — rzekła mama — że na którejś z Planet Osiedleńczych będzie nam lepiej? A może jeszcze gorzej niż na Ziemi?
    — Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być gorzej. Nic nam się nie wiedzie. Przyznam szczerze, że mam już tego dość!
    I tata rzeczywiście nie przesadzał z tymi naszymi niepowodzeniami. Zbiór pomidorów był w tym roku do niczego, padły nam dwie krowy, niedźwiedź powyjadał miód i porozwalał ule, a do tego wszystkiego zepsuł nam się traktor i naprawa kosztowała siedemdziesiąt osiem dolarów i dziewięćdziesiąt centów.
    — Każdy ma jakieś niepowodzenia — upierała się mama. — Miałbyś je wszędzie, obojętne gdzie.
    — Każdy, tylko nie Andy Carter! — wrzasnął tata. — Nie wiem, jak on to robi, ale do czego się weźmie, wszystko mu wychodzi idealnie. Andy gdyby nawet upadł w kałużę, unurzałby się w brylantach.
    — Nie wiem… — powiedziała mama filozoficznie — mamy co jeść, mamy się w co ubrać, mamy dach nad głową — może dziś człowiek nie powinien więcej oczekiwać od życia.
    — Owszem, powinien — odparł tata. — Człowiekowi nie może wystarczać, że wiąże koniec z końcem. Nie śpię po nocach, tylko łamię sobie głowę, co by tu zrobić, żeby było lepiej. Snułem różne plany — dlaczego miałyby się nie powieść? A jednak nic z tego nie wyszło. Tak jak z tym nowym grochem adaptowanym z Marsa. Posadziliśmy go na czystym piasku. Wiadomo przecież, że tam, gdzie się udają inne rośliny, taki groch jest nic niewart. A ten kawałek ziemi był zupełnie bezużyteczny — wymarzony pod marsjański groch. I co — udał się? — Nie — odpowiedziała mama — o ile sobie przypominam, to nie.
    — A na drugi rok — pamiętasz, co było? Andy Carter posadził ten sam groch, w tym samym miejscu co ja, tylko przez płot. Przecież to ten sam grunt i wszystko. I Andy unieść nie mógł swojego zbioru.
    Tata mówił prawdę. Jeśli chodzi o gospodarkę, to Andy nie mógł się z nim nawet równać. I głowę tata też miał lepszą. A jednak, czegokolwiek się tknął, nic mu nie wychodziło. A niech Andy spróbował tego samego — wychodziło mu bez pudła.
    Zresztą dotyczyło to nie tylko taty — całego sąsiedztwa. Nikomu się nie szczęściło poza Andy’m. — Pamiętaj — zaklinał się tata — jeszcze jedno niepowodzenie i rzucam wszystko. Spróbujemy gdzieś od nowa. A Planety Osiedleńcze wydają mi się najlepsze z tego wszystkiego. Dlaczego mamy…
    Ale ja już nie słuchałem. Wiedziałem, co będzie dalej. Wymknąłem się cichcem i idąc drogą myślałem z żalem, że może kiedyś rzeczywiście zdecydują się wyemigrować, tak jak to już zrobiło bardzo wielu naszych sąsiadów.
    Może to by i nie było takie złe, ale co sobie pomyślałem, że moglibyśmy opuścić Ziemię, robiło mi się jakoś dziwnie. Wszystkie te planety są tak daleko, że nie wiadomo, czy byśmy mogli wrócić, jakby nam się nie spodobało. A poza tym miałem tutaj blisko kumpli, i to całkiem fajnych, chociaż to byli nieziemcy.
    Aż się troszkę wzdrygnąłem na myśl o tym. Pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że moi przyjaciele to sami nieziemcy. Tak mi było z nimi dobrze, że się nigdy nad tym nie zastanawiałem.
    Wydawało mi się trochę dziwne, że mama i tata mówią o wyniesieniu się z Ziemi, skoro wszystkie opuszczone gospodarstwa w sąsiedztwie wykupywali nieziemcy. Ale Planety Osiedleńcze były dla nich zamknięte i pewnie nie mieli wyboru.
    Przechodziłem właśnie koło Carterów i zobaczyłem, że w sadzie drzewa dosłownie uginają się pod ciężarem owoców. Pomyślałem sobie, że można by tu przyjść, jak dojrzeją. Ale musielibyśmy bardzo uważać, bo Andy Carter to był ohydny śmierdziel, a jego parobek, Ozzie Burns, wcale nie lepszy. Pamiętam, że nas Andy kiedyś nakrył, jakeśmy przyszli na melony, a ja wiejąc zaplątałem się w drut kolczasty. Andy mnie wtedy stłukł, do czego miał właściwie prawo, ale żeby jeszcze iść do taty i wziąć od niego za te parę melonów siedem dolarów… Tata zapłacił, a potem złoił mi skórę jeszcze gorzej niż Andy.
    Ale jak już było po wszystkim, to sam rozżalony powiedział, że z takiego sąsiada jak Andy Carter nie ma pociechy. I miał rację. Bo nie było, żadnej.
    Poszedłem tam, gdzie dawniej mieszkali Adamsowie, i spotkałem na podwórku Lalusia, który sobie bujał w powietrzu odbijając swoją starą piłkę do koszykówki.
    Wołamy na niego Laluś, bo nie potrafimy wymówić jego imienia. Niektórzy nieziemcy bardzo śmiesznie się nazywają.
    Laluś był wystrojony jak zwykle. On jest zawsze wystrojony, bo się nigdy przy zabawie nie brudzi. Mama mnie zadręcza, dlaczego ja nie mogę być taki czysty. A ja jej mówię, że to żadna sztuka, jak ktoś buja w powietrzu zamiast chodzić, a rzucając kulami z błota nawet ich nie dotyka.
    Tej niedzieli miał na sobie jasnobłękitną koszulę, która wyglądała na jedwab, i czerwone spodnie, chyba nawet aksamitne, a jasne loki przewiązane zieloną wstążką, która powiewała na wietrze. Tak na pierwszy rzut oka Laluś przypominał trochę dziewczynę, ale nie radzę mu tego mówić, boby nie darował. Przekonałem się o tym na własnej skórze, jak tylkośmy się poznali. Wytarzał mnie w błocie i nawet palcem nie dotknął; siedział sobie po turecku w powietrzu, jakieś może trzy stopy nad ziemią, ze słodkim uśmieszkiem na swojej paskudnej gębie i z tymi żółtymi lokami powiewającymi na wietrze. A najgorsze, że nie mogłem mu oddać.
    Ale to już było bardzo dawno i teraz jest między nami zgoda.
    Chwilę pograliśmy w piłkę, ale nam się znudziło. A potem wyszedł z domu tata Lalusia i powiedział, że się cieszy, że mnie widzi, i pytał, jak się miewają rodzice i czy traktor dobrze się spisuje po remoncie. Odpowiadałem mu bardzo grzecznie, bo jeśli mam być szczery, to miałem lekkiego pietra przed tatą Lalusia.
    Bo on jest trochę niesamowity — nawet nie z wyglądu, tylko że robi różne niesamowite rzeczy, i wcale nie sprawia wrażenia farmera, chociaż świetnie sobie z tym radzi. Tata Lalusia na przykład wcale nie używa pługa do orania ziemi; siedzi sobie po prostu w powietrzu po turecku i żegluje nad polem raz koło razu, a w tym miejscu, nad którym przepłynie, ziemia jest zorana. I nie tylko zorana; zgrabiona i zbronowana, a miałka jak puder. I tak jest ze wszystkim. W jego zbożu w ogóle nie ma chwastów, bo wystarczy, że przepłynie nad każdym rządkiem, a już chwasty leżą, wyjęte czyściutko z korzeniami, i więdną na boku.
    Nietrudno sobie wyobrazić, co by taki zrobił, gdyby przyłapał któregoś z nas na gorącym uczynku, tak że wolimy być grzeczni i ostrożni, jak on jest w pobliżu.
    Więc na wszelki wypadek opowiedziałem mu, jak to było z tym naszym traktorem i z ulami. A potem zapytałem go, jak z jego machiną czasu, ale tata Lalusia tylko smutno pokiwał głową.
    — Wiesz, Steve, zupełnie nie wiem, co się stało — powiedział. — Wrzucam do niej różne rzeczy i one znikają, a potem nie mogę ich znaleźć, chociaż powinienem. Może ja je po prostu za daleko posuwam w czasie.
    Myślę, że powiedziałby mi więcej na temat swojej machiny, ale coś nam przeszkodziło. Kiedy rozmawialiśmy, tata Lalusia i ja, pies zagonił kota na klon. Normalna rzecz — gdyby nie było w pobliżu Lalusia. Bo z nim nic nie mogło odbyć się normalnie. Sięgnął do drzewa — oczywiście nie rękami, tylko tym, czym to on tam sięgał — złapał kota, zwinął go dosłownie w kłębek, tak że się nie mógł ruszyć, i położył na ziemię. Potem przytrzymał psa, który miotał się i wyrywał, a następnie podetkał mu pod nos ten kłębek i puścił oba w czasie obliczonym co do sekundy.
    Wybuchło straszne piekło i taki wrzask, jakiego jeszcze nie słyszałem. Kot błyskawicznie skoczył na drzewo, którego mało nie obdarł z kory, tak mu się spieszyło na górę. A pies źle sobie obliczył hamowanie i z całej siły wyrżnął łbem w pień.
    Kot był już w tym czasie na samym wierzchołku i darł się jak opętany, a pies ogłupiały krążył dokoła drzewa.
    Tata Lalusia przerwał i popatrzył na niego. Nic nie zrobił ani nawet nie powiedział słowa, ale jak tak patrzył, Laluś okropnie zbladł i jakby się skulił.
    — Pamiętaj, żebyś zostawił te zwierzęta w spokoju — powiedział w końcu. — Czy widziałeś kiedy, żeby Steve czy Kudłaty tak się nad nimi znęcali? — Nie widziałem — wymamrotał Laluś. — A teraz zajmijcie się swoimi sprawami.
    Jedno muszę przyznać tacie Lalusia — nawet jeśli sprawił mu lanie, czy jak tam to nazwać, to zaraz o tym zapominał, nie zrzędził potem cały dzień.
    No więc poszliśmy sobie — to znaczy ja się wlokłem drogą wzbijając kurz, a Laluś żeglował w górze koło mnie. Poszliśmy do Kudłatego, którego zastaliśmy przed domem. Miał nadzieję, że prędzej czy później któryś z nas będzie tamtędy przechodził. Na ramieniu siedziała mu para wróbli, wokół niego kicał królik, a z kieszeni wyglądała wiewiórka patrząc na nas błyszczącymi jak paciorki oczkami.
    Kudłaty i ja usiedliśmy pod drzewem, a Laluś koło nas — też prawie siedział, to znaczy unosił się może ze trzy cale nad ziemią. Postanowiliśmy się naradzić, co będziemy robić, ale właściwie to nic nie mieliśmy do roboty, więc po prostu siedzieliśmy tak sobie i gadaliśmy, i rzucaliśmy kamieniami, i żuliśmy trawki, a ulubieńcy Kudłatego dokazywali koło nas, wcale się nie bojąc. Tyle że trochę mieli się na baczności przed Lalusiem. Bo Laluś, tak między nami mówiąc, to podstępna bestia. Do mnie, jak jestem z Kudłatym, przychodzą chętnie, ale jak go nie ma, też trzymają się z daleka.
    Wcale mnie nie dziwi, że zwierzaki lgną do Kudłatego; cały jest pokryty gładkim, lśniącym futrem i ma na sobie tylko takie małe majteczki. Gdyby go puścić bez tych majtek, mógłby go ktoś przez pomyłkę ustrzelić.
    No więc zastanawialiśmy się, co robić, kiedy sobie przypomniałem, że tata mówił o jakiejś nowej rodzinie, co to się miała wprowadzić do Pierce’a. Postanowiliśmy tam pójść i przekonać się, czy mają dzieci.
    Poszliśmy i okazało się, że mają chłopaka w naszym wieku. Ten chłopak był dość kurduplowaty i mizerny, z dużymi okrągłymi oczami, ale robił wrażenie fajnego, chociaż trochę przypominał karłowatego hukającego puszczyka.
    Powiedział nam, jak ma na imię, ale to imię było jeszcze gorsze niż imiona Kudłatego i Lalusia, więc urządziliśmy głosowanie i postanowiliśmy nazywać go Malec, co bardzo do niego pasowało.
    Wtedy Malec zwołał swoją rodzinę, która stanęła w rzędzie, uroczyście, jak karłowate puszczyki na gałęzi, i przedstawił nam wszystkich. Poznaliśmy jego tatę i mamę, i małego braciszka, i młodszą siostrę, która była prawie taka sama jak on. Wszyscy wrócili potem do domu, tylko tata Malca przysiadł, żeby z nami porozmawiać.
    Z tego, co mówił, wynikało, że się nie czuje zbyt pewnie jako rolnik. Powiedział nawet, że z zawodu wcale nie jest rolnikiem, tylko optykiem, i wytłumaczył nam, że optyk to taki, co wycina i szlifuje soczewki. Ale dla takich nie ma przyszłości na jego ojczystej planecie. Oznajmił też, że jest bardzo zadowolony z tego, że się przeniósł na Ziemię, że będzie dobrym obywatelem i sąsiadem i dużo jeszcze bzdur w tym rodzaju.
    Więc upolowaliśmy taką chwilę, kiedy mu się temat wyczerpał, i uciekliśmy. Nie ma nic gorszego, jak się dorosły przyczepi i zacznie truć.
    Postanowiliśmy pokazać Malcowi okolicę i wtajemniczyć go w niektóre sprawy. Najpierw ruszyliśmy do Czarnej Doliny, ale posuwaliśmy się wolno, bo co chwila przyłączał się do nas któryś z ulubieńców Kudłatego. Po chwili wyglądaliśmy jak chodząca menażeria: króliki, wiewiórki, jeden czy dwa żółwie i para szopów.
    Lubię Kudłatego oczywiście i nieraz bywało z nim bardzo fajnie, ale jednocześnie muszę przyznać, że popsuł mi sporo frajdy. Zanim się tu sprowadził, często chodziłem na ryby i polowałem, a teraz — nic z tego. Nie mógłbym strzelić do wiewiórki czy złowić ryby, żeby się nie zastanawiać, czy to przypadkiem nie któryś z przyjaciół Kudłatego.
    Po chwili doszliśmy do łożyska potoku, w którym wykopywaliśmy jaszczurkę. Pracowaliśmy nad tym całe lato, z niewielkim zresztą skutkiem, ale nie traciliśmy nadziei, że przyjdzie taki dzień, kiedy odkopiemy ją całą.
    Orientujecie się chyba, że nie mam na myśli żywej jaszczurki, tylko taką, co już skamieniała z milion lat temu.
    W jednym miejscu ten strumień przepływa przez skałę wapienną, ułożoną warstwami. I właśnie między dwiema takimi warstwami znaleźliśmy jaszczurkę. Mamy już odkopane cztery czy pięć stóp ogona. Wgryzamy się coraz bardziej w głąb i jest nam coraz trudniej i coraz więcej skały jest do wykuwania.
    Laluś unosił się nad tą wapienną półką starając się zakotwiczyć jak najmocniej i kiedy już mu się udało, walnął z całej siły, uważając oczywiście, żeby nie uszkodzić jaszczurki. Był to jeden z lepszych ciosów; rozwalił wtedy kawał skały. Kiedy odpoczywał szykując się do następnego, myśmy we trójkę zbierali i wyrzucali kamienie.
    Ale jednego nie mogliśmy ruszyć. — Rąbnij w niego jeszcze raz — powiedziałem mu — tak, żeby się pokruszył na drobniejsze kawałki, to go wyniesiemy. — Ja go odwaliłem, a wy się martwcie, co z nim teraz zrobić — odpowiedział.
    Nie było sensu się z nim kłócić. Więc we trzech przymierzyliśmy się do tego kamulca, ale nawet nie drgnął. A ten bezczelny siedział sobie wygodnie, nic się nie przejmując i świetnie się bawił. — Postarajcie się o jakiś łom — poradził. — Łomem dalibyście mu chyba radę.
    Zaczynałem mieć Lalusia już serdecznie dość, więc żeby choć na chwilę od niego odetchnąć, powiedziałem, że idę przynieść łom. A ten nowy, ten Malec, oświadczył, że idzie ze mną. Więc zostawiliśmy Kudłatego i Lalusia, wdrapaliśmy się z powrotem na drogę i poszliśmy do mnie. Ale wcale nam się nie spieszyło. Dobrze Lalusiowi zrobi, jak sobie poczeka. I Kudłatemu też — za to, że się tak obnosi z tymi zwierzakami.
    Szliśmy z Malcem drogą i tak sobie gadaliśmy. On mi opowiadał o swojej rodzinnej planecie, ale doszedłem do wniosku, że nie musiało to być nic specjalnego, a ja mu opowiadałem o naszych stronach i czułem, że się zaczynamy przyjaźnić.
    Kiedy doszliśmy do Carterów i mijaliśmy właśnie sad, stanął nagle na środku drogi jak wryty i z jeżył się jak myśliwski pies, kiedy poczuje zwierzynę.
    Ponieważ szedłem tuż za nim, wpadłem nagle na niego, ale on nawet się nie poruszył; tylko oczy mu błyszczały i cały był taki napięty, jakby drżał, chociaż wcale nie drżał. — Co się stało? — spytałem.
    Malec bez przerwy wpatrywał się w coś, co było w sadzie. Spojrzałem w tamtą stronę, ale nie zobaczyłem nic.
    Wtedy on obrócił się błyskawicznie, przesadził płot po tej stronie, gdzie droga opadała w dół, i pognał przez pola naprzeciwko sadu Cartera. Pobiegłem za nim i dopadłem go jeszcze przed skrajem lasu. Złapałem go za ramię i odwróciłem twarzą do siebie, co zresztą wcale nie było trudne, bo Malec cały był w kształcie wrzeciona. — Co się stało?! — wrzasnąłem. — Dokąd tak lecisz? — Do domu po strzelbę! — Po strzelbę? A po co ci strzelba? — Bo tam jest ich pełno! Trzeba je wytępić!
    Musiał się zorientować, że nic nie rozumiem. — Chyba mi nie powiesz, że ich nie widziałeś?
    Potrząsnąłem głową. — Tam nic nie było.
    — Owszem, były — powiedział. — Tylko może ich nie widziałeś. Z tobą pewnie jest tak jak z dorosłymi.
    Jeszcze mnie nikt o coś podobnego nie posądził. Podsunąłem mu pięść do powąchania i zaczął się szybko tłumaczyć.
    — One są widzialne tylko dla dzieci. I przynoszą nieszczęście. Nie można ich tak zostawić, bo się nie pozbędziemy pecha.
    Jakoś nie mogłem mu uwierzyć. Chociaż widząc, co wyrabiają Laluś i Kudłaty, przestałem mówić, że jest coś niemożliwego.
    I rzeczywiście, jak się przez chwilę nad tym zastanowiłem, doszedłem do wniosku, że to nie takie głupie. Bo od dłuższego czasu prześladował nas pech, a przecież nigdy nie jest tak, żeby ludziom wiodło się tylko źle, chyba że ktoś się specjalnie o to stara.
    Ale nie tylko z nami tak było. Wszystkim, dosłownie wszystkim sąsiadom się nie wiodło — oczywiście z wyjątkiem Andy’ego Cartera. Bo Andy był za podły nawet na to, żeby się pech do niego przyczepił. — Dobra — powiedziałem — chodźmy po tę strzelbę.
    I pomyślałem sobie, że musi to być ciekawa strzelba, z której można strzelać do czegoś, czego się nawet nie widzi.
    Przybiegliśmy na miejsce w rekordowym czasie. Tata Malca siedział pod drzewem i rozczulał się nad sobą. Malec podszedł do niego i zaczął coś bełkotać, ale nic nie mogłem zrozumieć.
    Tata słuchał go przez chwilę, a potem mu przerwał i powiedział: — Powinieneś mówić tutejszym językiem, to bardzo niegrzecznie z twojej strony. Skoro chcesz być dobrym obywatelem tej wielkiej i wspaniałej planety, powinieneś przede wszystkim używać jej języka, przejmować jej obyczaje i starać się żyć tak, jak żyją jej mieszkańcy.
    Jedno muszę przyznać tacie Malca: potrafił dobierać słowa. — Czy to prawda, proszę pana — spytałem — że one przynoszą pecha?
    — Prawda — odparł tata Malca. — Na naszej ojczystej planecie dobrze się nam dały we znaki. — Tato — zapytał Malec — czy mogę wziąć strzelbę?
    — Nie jestem pewien — odpowiedział jego tata. — Musimy to dokładnie zbadać. Tam u nas sprawa była oczywista. Ale tu mogą panować inne zwyczaje. Niewykluczone, że człowiek, do którego należą, nie zgodzi się, żeby je wystrzelać.
    — Ale przecież one nie mogą do nikogo należeć — zaprotestowałem. — Jak można posiadać rzecz, której się nawet nie widzi?
    — Miałem na myśli właściciela sadu, w którym się pojawiły. — Andy’ego Cartera. Ależ on nic o nich nie wie.
    — To nie ma znaczenia — odparł tata Malca bardzo sprawiedliwie. — Wydaje mi się, że powstaje w związku z tym poważny problem natury etycznej. Na naszej planecie nikt ich nie chciał, ludzie by się ich wstydzili. Ale tu może być inaczej. Bo widzisz, temu, kogo one sobie wybiorą, przynoszą szczęście.
    — To znaczy, że Andy’emu przynoszą szczęście? — spytałem. — A mnie się wydawało, że pan mówił, że one przynoszą pecha.
    — Owszem, przynoszą wszystkim, poza tymi, których sobie wybiorą. Bo to jest reguła: szczęście dla jednego — nieszczęście dla innych. Dlatego na naszej planecie nikt im nie pozwalał się u siebie osiedlać.
    — A pan myśli, że one sobie wybrały Andy’ego i dlatego jemu się wiedzie?
    — Masz całkowitą słuszność — powiedział tata Malca. — Wspaniale uchwyciłeś istotę rzeczy. — No to dlaczego nie pójdziemy zaraz i nie powystrzelamy ich wszystkich? — A ten pan Carter nie miałby nic przeciwko temu?
    — Oczywiście, że by miał, niczego lepszego nie można się po nim spodziewać. Na pewno nas wypędzi, zanim zrobimy połowę roboty, ale przecież moglibyśmy wrócić po kryjomu… — Wykluczone — oburzył się tata Malca. Ten tata Malca to miał dosłownie fioła na punkcie uczciwości. On by nie przeżył, żeby go na czymś takim złapano. — Tak się nie robi — powiedział. — To byłoby w najwyższym stopniu nieetyczne. Czy myślisz, że gdyby ten Carter zdawał sobie sprawę, że je ma, to by je chciał zatrzymać?
    — Jestem tego pewny. On myśli tylko o sobie. Tata Malca westchnął ciężko i podniósł się.
    — Chłopcze, czy twój ojciec jest teraz w domu?
    — Na pewno.
    — Pójdziemy z nim porozmawiać. On się tu urodził, jest uczciwym człowiekiem i z pewnością nam doradzi, jak postąpić.
    — Proszę pana — spytałem — a jak wy je nazywacie?
    — One mają swoją nazwę, ale nie da się jej przetłumaczyć na wasz język. Ta nazwa wiąże się z tym, że one nie są ani tu, ani tam. Tylko gdzieś wpół drogi, pomiędzy. Mówimy na nie po prostu Cienie.
    — To chyba dobre słowo.
    — Tak — potwierdził tata Malca — dla wygody nazywajmy je Cieniami.
    Z początku tata zgłupiał tak jak i ja, ale im dłużej słuchał taty Malca i im więcej się zastanawiał, tym bardziej się przekonywał, że coś w tym musi być.
    — Z całą pewnością istnieje coś, co nam przynosi pecha — powiedział na koniec. — Czego się człowiek tknie, to mu nie wychodzi. I muszę przyznać, że diabli mnie biorą, jak patrzę, że mnie się nic nie udaje, a takiemu Carterowi wiedzie się we wszystkim.
    — Bardzo się zmartwiłem — oświadczył tata Malca — że znaleźliśmy Cienie na tej planecie. U nas było ich dużo i na sąsiednich światach też, ale nigdy nie przypuszczałem, że się aż tak rozplenia.
    — Jednego tylko nie rozumiem — powiedział mój tata zapalając fajkę i siadając, żeby obgadać sprawę — jak możemy ich nie widzieć, skoro tu są.
    — Istnieje pełne naukowe uzasadnienie tego zjawiska, ale niestety nie da się wyrazić w waszym języku. Można by powiedzieć, że żyją niejako w innej fazie, ale to też niezupełnie to. Wzrok dziecka jest przenikliwy, umysł otwarty i dlatego może ono wyjrzeć troszeczkę, dosłownie odrobinę, poza rzeczywistość. Z tego właśnie powodu Cienie są widzialne jedynie dla dzieci. Ja swego czasu, w dzieciństwie, widywałem, a nawet wytępiłem ich niemało. Muszę panu powiedzieć, że na naszej rodzinnej planecie wykrywanie i nieustanne tępienie Cieni należy do obowiązków dzieci.
    Tata zwrócił się do mnie: — A ty je widziałeś? — Nie, tatusiu, nie widziałem.
    — I pan ich też nie widział? — spytał tatę Malca.
    — Wiele lat temu straciłem zdolność widzenia Cieni. A jeśli chodzi o pańskiego chłopca, to może tylko dzieci niektórych ras…
    — W takim razie one muszą widzieć, bo jakby inaczej mogły przynosić szczęście czy pecha? — Oczywiście, że nas widzą. Co do tego wszyscy są zgodni. Zapewniam pana, że uczeni z naszej planety od wielu lat prowadzą badania nad tymi istotami.
    — I jeszcze jedna sprawa: po co one wybierają sobie pewnych ludzi? Co im z tego przychodzi? Co mają z tego, że ich faworyzują?
    — Ta sprawa nie została jeszcze ostatecznie wyjaśniona — odparł tata Malca. — Ale istnieje na ten temat wiele teorii. Jedna z nich głosi, że one nie mają swojego własnego życia i żeby istnieć, muszą mieć jakiś wzorzec. Takiemu wzorcowi zawdzięczają formę zewnętrzną, zmysły i prawdopodobnie zdolność percepcji. Pod pewnymi względami przypominają pasożyty.
    Ale tata mu przerwał. Zaplątał się w tym wszystkim i musiał głośno pomyśleć. — Nie przypuszczam — powiedział — żeby robiły to tak bez powodu. Musi istnieć jakaś konkretna przyczyna — jak zresztą w każdej sprawie. I to jest słuszne, że wszystko dzieje się według określonego planu, wszystko ma swój cel. I jak się tak dobrze przyjrzeć, to właściwie nie ma rzeczy złych. A może ten pech, który Cienie przynoszą, to też cząstka jakiegoś wielkiego planu; może to przeciwności mają nam pomóc w ćwiczeniu charakteru? Jak babcię kocham, pierwszy raz słyszałem, żeby tata gadał jak kaznodzieja.
    — Pan może mieć rację — odparł tata Malca. — Próby uzasadnienia ich istnienia są bardzo różnorodne.
    — A może to jakieś koczownicze plemiona, które po prostu wędrują z miejsca na miejsce. Posiedzą trochę, a potem się wynoszą?
    Tata Malca smętnie pokiwał głową. — Niestety, to się prawie nigdy nie zdarza.
    — Kiedyś, jak byłem mały — powiedział tata — pojechałem z mamą do miasta. Wiele z tego nie pamiętam, ale przypominam sobie, jak stałem przed ogromną wystawą pełną zabawek i wiedziałem, że nigdy nie będę ich miał, a tak bardzo pragnąłem dostać kiedyś choć jedną. Może tak właśnie jest z nimi. Może stoją za taką szybą i patrzą na nas.
    — Pańskie porównanie jest bardzo malownicze — powiedział tata Malca z wyraźnym podziwem.
    — Jeśli chodzi o mnie — podjął tata — to pańskie słowo jest dla mnie święte i broń Boże nie chciałbym wątpić w to, co nam pan powiedział…
    — Ale pan wątpi i nie znajduję w swoim sercu potępienia dla pana. Czy byłoby panu łatwiej w to uwierzyć, gdyby pański syn oświadczył, że je widział? — Chyba tak — odparł tata z namysłem. — Tak, na pewno.
    — Zanim osiedliliśmy się na Ziemi, pracowałem w branży optycznej. Może uda mi się dobrać dla pańskiego syna i oszlifować takie soczewki, żeby mógł zobaczyć Cienie. Nie mogę oczywiście nic gwarantować, ale gra warta świeczki. Nie wyszedł jeszcze z tego wieku, kiedy się widzi poza rzeczywistością, i może po prostu jego wzrok wymaga małej korekty. — Gdyby się to panu udało i gdyby Steve mógł zobaczyć Cienie, uwierzyłbym bez najmniejszych zastrzeżeń.
    — Zaraz się do tego zabiorę — obiecał tata Malca. — A potem rozpatrzymy etyczną stronę zagadnienia.
    Tata spoglądał, jak Malec i jego tata oddalają się drogą, i jak gdyby się wstrząsnął. — Niektórzy z tych nieziemców głoszą różne dziwne teorie i człowiek musi się naprawdę pilnować, żeby w końcu sam nie dał się na to złapać.
    — Ale oni mają rację, tato — powiedziałem. Tata siedział jeszcze jakiś czas i myślał i niemal widziałem, jak w mózgu obracają mu się takie małe kółeczka.
    — Niewiele wiem na ten temat, ale im dłużej się człowiek nad tym zastanawia, tym sensowniej to wszystko zaczyna wyglądać. Na początku oczywiście szczęście i nieszczęście zostały rozdzielone równo — i to jest słuszne. Ale powiedzmy, że przyszło coś i całe szczęście zagarnęło dla jednego człowieka — to dla reszty zostało samo nieszczęście. Szkoda, że nie było to dla mnie takie jasne jak dla taty, i im dłużej tego słuchałem, tym mniej z tego wszystkiego rozumiałem.
    — Być może — powiedział — że problem sprowadza się po prostu do współzawodnictwa. Co jest szczęściem dla jednego, dla drugiego jest pechem. Powiedzmy, że jest posada, o którą się wszyscy ubiegają. Dla tego, co ją dostanie, to jest szczęście — dla innych nieszczęście. Albo z tym niedźwiedziem: dla tego, czyj ul ominął, to jest szczęście, a dla tego, czyj okradł — nieszczęście. Albo znów, jak komuś miał się zepsuć traktor…
    Tata mógłby tak jeszcze długo, ale nie sądzę, żeby sam w to wierzył. Wiedzieliśmy obaj, że w tym coś musi być.
    Laluś i Kudłaty byli na mnie wściekli, że nie przyniosłem łomu. Powiedzieli, że ich wystawiłem do wiatru, więc im wytłumaczyłem, że wcale nie, i żeby mi uwierzyli, musiałem im opowiedzieć, co się stało. Może i byłoby lepiej trzymać język za zębami, ale w końcu to chyba bez różnicy.
    W każdym razie pogodziliśmy się i wszyscy polubiliśmy Malca, i było bardzo fajnie. Tamci dwaj nabijali się z niego na początku z powodu Cieni, ale on nic sobie z tego nie robił, więc dali spokój.
    Te wakacje mieliśmy wyjątkowo fajne. Była jaszczurka i dużo innych rzeczy, i cała rodzina skunksów, która dosłownie zakochała się w Kudłatym i nie odstępowała go ani na krok. A kiedyś Laluś wyprowadził Andy’emu z szopy wszystkie maszyny i Andy latał jak opętany i szalał ze złości.
    Ale ani nas, ani naszych sąsiadów pech nie opuszczał. A już tego dnia, co nam się zawaliła stodoła, tata powiedział wręcz, że tata Malca ma rację. Ledwie go mama zatrzymała, bo już chciał iść i dobrać się Andy’emu Carterowi do skóry.
    Niedawno były moje urodziny i dostałem od rodziców telebiowizorek, choć muszę przyznać, że się nie spodziewałem. Marzyłem o nim od dawna, ale wiedziałem, że to droga historia, a po tych wszystkich nieszczęściach nie mieliśmy pieniędzy.
    Wiecie naturalnie, co to jest telebiowizor. To jest takie coś jak telewizor, tylko znacznie lepsze. Mając telewizor możesz najwyżej oglądać program. Telebiowizor pozwala ci go przeżywać. Zakładasz na głowę taki wizjer, w który patrzysz, wybierasz odpowiedni kanał, włączasz odbiornik i przeżywasz to, co widzisz.
    Nie potrzeba nawet do tego specjalnej wyobraźni — masz wszystko gotowe: akcję, dźwięk, zapach, a nawet do pewnego stopnia — złudzenie dotyku.
    Mój telebiowizor był dziecinny i można było na nim łapać tylko dziecinne programy. Ale mnie to w zupełności wystarczało; i tak bym nie chciał przeżywać tych wszystkich bzdur dla dorosłych.
    Całe rano przesiedziałem z telebiowizorem. Najpierw był program, który się nazywał „Zdobywamy inne światy” — o ziemskiej ekipie pomiarowej, która wylądowała na jednej z planet, potem coś o polowaniu w dżungli, a na koniec „Robin Hood”. Ze wszystkich trzech podobał mi się chyba najlepiej „Robin Hood”.
    Byłem niesamowicie dumny z tego telebiowizora i koniecznie chciałem się nim pochwalić przed dzieciakami, więc poszedłem do Lalusia. Ale nie miałem okazji mu go pokazać. Zanim doszedłem do furtki, zobaczyłem, jak płynie sobie chyłkiem-milczkiem, a o krok może od niego jego nieszczęsny, zmaltretowany kot, nad którym Laluś zawsze się znęcał. Kot tak był zwinięty, że nawet drgnąć nie mógł, tylko widziałem jego szeroko rozwarte z przerażenia oczy. I jeśli chcecie wiedzieć, to wcale mu się nie dziwię po tym, co Laluś z nim wyprawiał. — Hej, Laluś! — wrzasnąłem do niego.
    Przyłożył palec do ust na znak, że mam być cicho, ale drugim palcem przywołał mnie do siebie. Przeskoczyłem przez płot, a Laluś opuścił się do mojego poziomu. — Co robisz? — spytałem.
    — Wyszedł i zapomniał zamknąć szopę na kłódkę — szepnął.
    — Kto wyszedł?
    — Mój tata. Zapomniał zamknąć na kłódkę tę starą szopę.
    — Ale przecież tam…
    — No właśnie, tam trzyma swoją machinę czasu.
    — Laluś! Ale ty chyba nie masz zamiaru wrzucić tam tego kota?!
    — A niby dlaczego nie? Tata nigdy jeszcze nie wkładał tam nic żywego. Zobaczymy, co się stanie.
    Nie podobało mi się to bardzo, ale jednocześnie strasznie chciałem obejrzeć machinę czasu. Ciekaw byłem, jak ona wygląda. Nikt poza tatą Lalusia jej nie widział. — Co ty — zapytał Laluś — tchórzysz? — Nie, ale co z kotem? — Też coś! Przecież to tylko kot.
    Rzeczywiście, przecież to tylko kot. Więc poszedłem za Lalusiem i wśliznęliśmy się do szopy zamykając za sobą drzwi. Na środku stała machina czasu.
    Właściwie nie było to nic specjalnego: rodzaj leja, w najwęższym miejscu oplecionego masą jakichś zwojów. Do specjalnego kołka przybita była prymitywna tablica rozdzielcza i to wszystko za pomocą różnych drutów przytwierdzone było do leja.
    Cała machina sięgała mi do piersi, więc zdjąłem telebiowizor i położyłem go na brzegu, żeby zajrzeć do środka. Ale w tym momencie Laluś włączył urządzenie i odskoczyłem jak oparzony, bo naprawdę można się było przestraszyć.
    Po chwili jednak podszedłem, żeby jeszcze raz spojrzeć. Wyglądało to jak wir śmietanowy, gęsty, tłusty, błyszczący i — żywy. Widać w nim było to życie. I tak coś ciągnęło, żeby się tam rzucić, głową naprzód, że z całych sił musiałem się trzymać brzegów leja, żeby tego nie zrobić.
    I kto wie, czybym w końcu nie wskoczył, gdyby się kot Lalusia nagle nie rozplatał. Nie wiem, jak to zrobił, bo był dosłownie zwinięty w kulkę i nieomal zapięty na guzik. Może Laluś się zagapił, a może kot się w końcu połapał, co go czeka. Tak czy siak, wisiał nad lejem machiny i Laluś już-już miał go wrzucić. Ale kot nie rozplatał się częściowo, tylko całkowicie i wrzeszczał, z ogonem rozcapierzonym, łapiąc się pazurami powietrza, żeby nie wpaść do gardzieli. W ostatniej chwili, już w locie, udało mu się jakoś tak skręcić, że pazurami jednej łapy zaczepił o brzeg leja, a drugiej o mój telebiowizor.
    Wrzasnąłem i rzuciłem się, żeby go ratować, ale było już za późno. Aparat zniknął w białym wirze.
    Kot tymczasem czmychnął po słupie i siedział na jednej z krokwi piszcząc i miaucząc.
    W tym momencie otworzyły się drzwi i tata Lalusia złapał nas na gorącym uczynku.
    Pomyślałem sobie, że teraz mi się nieźle dostanie, ale on patrzył tylko przez chwilę to na Lalusia, to na mnie, a potem powiedział: — Steve, proszę cię, wyjdź.
    Wymknąłem się, jak umiałem najprędzej, ale przez ramię zerknąłem jeszcze na Lalusia. Zrobił się blady i już zaczynał się jakby kurczyć. Wiedział, co go czeka, i chociaż w pełni sobie na to zasłużył, żal mi się go zrobiło.
    Ale nawet jakbym został, nic by mu to nie pomogło, więc byłem zadowolony, że wyszedłem z tego obronną ręką.
    Tylko że niezupełnie obronną.
    Nie wiem, co mi się stało — pewnie z przerażenia — poszedłem prosto do domu i powiedziałem tacie wszystko tak jak było. Tata zdjął pasek, który wisiał za drzwiami, i mi wlał. Ale chyba trochę bez przekonania, bo i jemu te sztuczki nieziemców zaczynały się nie podobać.
    Przez kilka dni nie ruszałem się nigdzie. Żeby iść gdziekolwiek, musiałbym przechodzić koło domu Lalusia, a nie chciałbym się na niego napatoczyć, w każdym razie jeszcze nie teraz.
    Któregoś dnia przyszedł Malec ze swoim tatą i z okularami. — Nie wiem, czy będą pasowały — powiedział tata Malca. — Robiłem je na oko.
    Okulary wyglądały jak każde inne, tyle że soczewki miały takie dziwne linie biegnące we wszystkie możliwe strony, jakby ktoś poskręcał to szkło i je zniekształcił.
    Włożyłem okulary; były na mnie troszkę za luźne i wszystko wyglądało przez nie inaczej, ale nie bardzo. Popatrzyłem na podwórko. Było tam, gdzie zawsze, ale wydawało mi się jakieś dziwne i jakby niesamowite, chociaż nie potrafiłbym powiedzieć, na czym to polegało. Był piękny sierpniowy dzień i świeciło słońce, a jak włożyłem okulary, to jakby się zachmurzyło i zrobiło chłodno. I na tym właśnie polegała różnica, ale nie tylko na tym.
    Opanowało mnie uczucie obcości, od którego aż się wstrząsnąłem, i światło było nie takie, a najgorsze ze wszystkiego to wrażenie, że nigdzie nie należę. Ale jednocześnie nie umiałbym wyraźnie powiedzieć, co było źle. — No co, jest inaczej, synku? — zapytał tata. — Trochę. — A pokaż mnie.
    Zdjął mi okulary i sam założył. — Nic nie widzę — powiedział — tylko tak jakoś kolorowo.
    — Mówiłem panu — powiedział tata Malca — że widzą tylko dzieci. Pan i ja jesteśmy zbyt mocno osadzeni w rzeczywistości.
    Tata zdjął okulary, huśtając nimi przez chwilę. — Widziałeś Cienie? — spytał mnie. Potrząsnąłem głową. — Tu ich nie ma — wyjaśnił Malec.
    – Żeby zobaczyć Cienie — dodał tata Malca — musimy iść do Cartera. — No to na co czekamy? — powiedział tata. Więc we czwórkę ruszyliśmy w stronę Carterów.
    Wyglądało na to, że nie ma nikogo w domu, co było dość dziwne, bo zawsze ktoś z nich zostawał — albo sam Carter, albo jego żona, albo ich człowiek Ozzie Burns — kiedy inni szli do miasta czy gdziekolwiek.
    Staliśmy na drodze i Malec patrzył pilnie, ale nie zauważył Cieni w obejściu ani w sadzie, ani na polu. Tata zaczął się niecierpliwić. Wiedziałem, co sobie myśli — że paru nieziemców zrobiło z niego wariata. Ale właśnie w tej chwili Malec, bardzo podniecony, powiedział, że chyba widzi Cienie w rogu pastwiska, tam gdzie się zaczynają lasy Czarnej Doliny i gdzie stało gumno Andy’ego, ale z tej odległości nie był pewny. — Niech pan da swojemu chłopcu okulary — powiedział tata Malca — żeby mógł popatrzeć.
    Tata dał mi okulary. Nie mogłem na początku rozpoznać różnych znajomych rzeczy, ale w końcu mi się to udało i rzeczywiście w rogu pastwiska zobaczyłem poruszające się postacie podobne do ludzi, ale bardzo dziwne. Wyglądały tak, jakby były z dymu, jakby je można było zdmuchnąć.
    — Widzisz coś? — zapytał tata.
    Powiedziałem mu, co widzę, a on stał chwilę zastanawiając się i pocierając z zakłopotaniem podbródek, aż mu skrzypiał zarost.
    — Nikogo tu w pobliżu nie ma, więc chyba możemy tam spokojnie wejść — powiedział wreszcie — chciałbym, żeby Steve dobrze się im przyjrzał.
    — Uważa pan, że to będzie w porządku? — zapytał tata Malca zatroskany. — Że to nie będzie nieetycznie?
    — No owszem, chyba tak — powiedział tata — ale jeżeli szybko się sprawimy, Andy wcale nie musi o tym wiedzieć.
    Więc wpełzliśmy pod płotem na łąkę i przedarliśmy się lasem do miejsca, w którym widzieliśmy Cienie.
    Droga nie była łatwa, bo trzeba się było przedzierać przez kępy jeżyn, ciężkich od czarnych, lśniących owoców.
    Ale przemykaliśmy się jak najciszej, aż wreszcie znaleźliśmy się dokładnie naprzeciwko miejsca, w którym widzieliśmy Cienie.
    Malec trącił mnie i szepnął, bardzo podniecony: — O, zobacz, są.
    Włożyłem okulary i rzeczywiście, jak bonie dydy, były.
    Na brzegu łąki, za lasem, stało gumno Andy’ego; po prostu taki daszek na palach, gdzie chował siano, którego nie mógł już pomieścić w stodole.
    Gumno było stare, w kiepskim stanie; na dachu stał Andy, a obok niego leżały gonty. Po drabinie wspinał się Ozzie Burns, z następną wiązką gontów na ramieniu, po które Andy sięgał właśnie ręką. Na samym dole drabiny, przytrzymując ją, żeby się nie wywaliła, stała pani Burns. I dlatego żadnego z nich nie widzieliśmy koło domu — wszyscy łatali dach gumna.
    Pełno było koło nich Cieni, chyba ze dwadzieścia. Kilka uwijało się z Andy’m na dachu, kilka stało z Ozzie’em na drabinie, a reszta pomagała pani Burns podtrzymywać drabinę. Krzątały się energicznie, pracowicie, a każdy z nich aż do obrzydzenia przypominał Andy’ego.
    Nawet nie to, żeby było jakieś wyraźne podobieństwo, nie. Cienie miały postać widmową, bezcielesną. Po prostu jakby obłok; tyle że każdy z tych obłoków — dosłownie każdziutki — był przysadzisty i podobny do buldoga jak Andy i nawet chód miały taki kołyszący jak on, i czuło się w nich tę samą podłość.
    Kiedy się na nich gapiłem, Ozzie Burns podał już Andy’emu gonty i wszedł do niego na dach, a pani Burns zeszła z drabiny, bo jej mąż był już bezpieczny. Ta drabina stała na nierównym i dlatego ona musiała ją trzymać.
    Andy przykucnął na dachu, żeby położyć gonty, które mu dał Ozzie, i właśnie w momencie kiedy się prostował, spojrzał w stronę lasu i zobaczył nas. — Czego tam szukacie?! — ryknął i zaczął schodzić po drabinie.
    I teraz zaczyna się najśmieszniejsze. Spróbuję opowiedzieć to powoli i dokładnie.
    Dla mnie wyglądało to tak, jakby drabina rozdzieliła się na dwie. Jedna stała w dalszym ciągu oparta o dach, a druga zaczęła się wolniutko zsuwać wraz z Andy’m i już-już miała upaść na ziemię.
    Chciałem krzyknąć, żeby go ostrzec, chociaż właściwie nie wiem dlaczego. Bo gdyby spadł i skręcił sobie kark, nie zrobiłoby mi to żadnej różnicy.
    Ale właśnie kiedy już miałem wrzasnąć, dwa Cienie błyskawicznie rzuciły się w tamtą stronę i druga drabina zniknęła. Zsuwała się po dachu, z uczepionym jej drugim Andy’m, który już zaczynał mieć pietra i nagle — zamiast dwóch — zrobiła się jedna drabina i jeden Andy.
    Stałem i trząsłem się cały, i chociaż nie miałem wątpliwości, że dobrze widzę, za nic bym tego nawet przed sobą nie przyznał.
    Pomyślałem sobie, że to jest tak, jakbym jednocześnie patrzył na dwa momenty: moment, w którym drabina powinna upaść, i moment, w którym nie upadła, bo jej Cienie nie dały. Widziałem na własne oczy, jak to jego szczęście działa. Czy też może, jak się nieszczęście odwraca. Zresztą to i tak na jedno wychodzi.
    Ale teraz Andy był już prawie na samym dole drabiny, razem z nim Cienie: jedne skakały, inne po prostu spadały i gdyby były ludźmi, a nie tym, czym były, nie byłoby co zbierać.
    Tata wyszedł z lasu na łąkę, a ja za nim. Wiedzieliśmy, w co się pakujemy, ale nie byliśmy z tych, co to biorą nogi za pas. Z tyłu, za nami, człapali Malec i jego tata z bardzo przerażonymi minami, wyraźnie mieli pietra.
    Andy szedł prosto w naszą stronę i widać było, że nie ma pokojowych zamiarów. A po obu jego stronach Cienie, które tak samo jak on wymachiwały rękami i tak samo nikczemnie wyglądały.
    — Andy — zaczął tata pojednawczo — bądźmy rozsądni. — Ale muszę wam powiedzieć, że przyszło mu to z wielkim trudem. Bo tata nienawidził Andy’ego Cartera jak wszyscy diabli i trzeba przyznać, że miał powody. Przez te wszystkie lata Andy był najohydniejszym sąsiadem, jakiego można sobie wyobrazić.
    — Kto tu mówi o rozsądku! — wrzasnął Andy na tatę. — Słyszałem, co ty wygadujesz, że to niby przeze mnie masz pecha. A ja ci powiem w oczy, że to nie żaden pech, tylko zwykła niezaradność; po prostu nie potrafisz gospodarować. I jeśli sobie wyobrażasz, że tym gadaniem coś wskórasz, to chyba na głowę upadłeś. Widzę, że się nasłuchałeś różnych głupstw od nieziemców. Gdyby to ode mnie zależało, przegoniłbym ich wszystkich z naszej planety.
    Tata zrobił gwałtownie krok do przodu i myślałem, że zdzieli Andy’ego, ale tata Malca doskoczył i złapał go za rękę. — Nie! Nie! — krzyknął. — Nie ma potrzeby go bić. Lepiej stąd chodźmy.
    Tata stał jeszcze chwilę z uczepionym u ramienia tatą Malca i zastanawiałem się przez moment, którego zdzieli: jego czy Andy’ego.
    — Od początku mi się nie podobałeś — powiedział Andy do taty. — Od pierwszej chwili, jak cię zobaczyłem, miałem cię za próżniaka, którym jesteś. A zresztą żaden porządny człowiek nie trzymałby z nieziemcami. Chociaż wcale nie jesteś od nich lepszy. A teraz wynoś się stąd i niech tu więcej twoja noga nie postanie.
    Tata wyrwał rękę, tak że się tata Malca aż zatoczył, podniósł ją do góry, a potem zamachnął się do tyłu. Widziałem, jak głowa Andy’ego przesuwa się w jedną stronę, a następnie opada w kierunku ramienia. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby zaczynał mieć dwie głowy. Wiedziałem doskonale, że znów jestem świadkiem „odstawania się” wypadku, tyle, że to nie był wypadek, bo tata naprawdę chciał go zamalować.
    Ale tym razem Cienie nie zdążyły uchronić głowy Andy’ego przed niebezpieczeństwem. Tym razem nie była to wolno zsuwająca się drabina.
    Usłyszeliśmy taki odgłos, jakby ktoś w mroźny ranek walnął w drzewo siekierą: głowa Andy’ego odskoczyła do tyłu, a Andy stracił równowagę i wywalił się jak długi na plecy. A nad nim stały rzędem Cienie z takimi głupimi minami, jakby oczom nie wierzyły. Można było teraz z nimi zrobić wszystko. Tata odwrócił się, wziął mnie za rękę i rzucił: — Chodź, Steve, idziemy.
    Powiedział to głosem cichym, ale dobitnie, spokojnie i jakby z odrobiną dumy. Więc poszliśmy nie spiesząc się i nawet nie oglądając za siebie.
    — Bóg mi świadkiem — powiedział tata, że miałem na to ochotę od piętnastu lat, odkąd go pierwszy raz zobaczyłem.
    Zastanawiałem się, co się stało z Malcem i z jego tatą, bo nie było po nich ani śladu. Ale nic nie mówiłem tacie, bo czułem, że nie jest im za bardzo życzliwy.
    Zresztą niepotrzebnie się o nich martwiłem, bo stali na drodze i czekali na nas, zdyszani i bardzo podrapani. Ta ich droga przez krzaki i jeżyny mogła być przestrogą. — Cieszę się — powiedział tata Malca — że wróciliście bezpiecznie.
    — Nie ma o czym mówić — tata uciął chłodno i nawet się nie zatrzymał, a tak mocno ściskał mnie za rękę, że musiałem iść za nim.
    W domu poszliśmy prosto do kuchni napić się wody.
    Tata zapytał: — Steve, masz te okulary?
    Wygrzebałem je z kieszeni i wręczyłem mu. Położył je na półce nad zlewem. — Niech tu leżą — powiedział — i żebyś ich więcej nie dotykał. Zrozumiano? — Tak, tatusiu — odpowiedziałem.
    Jeśli mam być szczery, to bym wolał, żeby się trochę pozłościł. Bałem się, że po tym, co tam zaszło, zdecydował się już ostatecznie na jedną z Planet Osiedleńczych. Pomyślałem sobie, że już podjął decyzję i dlatego nie musi zrzędzić.
    Ale nawet słowem nie wspomniał o kłótni z Andy’m ani o Planetach Osiedleńczych i wcale nie był na mnie zły. Milczał, a ja wiedziałem, że jest w dalszym ciągu wściekły, ale głównie na Malca i na jego tatę za to, że zrobili z niego wariata.
    Dużo myślałem o tym, co widziałem na łące Andy’ego. A im więcej myślałem, tym mocniej się upewniałem, że już znam tajemnicę działania Cieni.
    Bo wtedy patrząc na tę drabinę musiałem widzieć jednocześnie dwa różne momenty. Musiałem zajrzeć w przyszłość i zobaczyć, jak drabina się zsuwa. Tylko że się nie zsunęła, bo Cienie widząc, co się święci, postawiły ją drugą nogą na ziemi. A jak już stała mocno, no to oczywiście nie upadła. Z tego wynikało, że Cienie po prostu widziały trochę naprzód, i cofały to, co się miało stać.
    I na tym, pomyślałem sobie, polega to powodzenie i niepowodzenie. Cienie potrafiły przewidzieć nieszczęście i je uprzedzić. Tyle że nie zawsze. Bo wtedy, jak tata zdzielił Andy’ego, to im się nie udało, chociaż próbowały. Wywnioskowałem z tego, że i one czasem zawodzą, i zrobiło mi się lżej. No bo jeśli mogły przynosić Andy’emu szczęście, to jasne, że nam wszystkim mogły przynosić pecha. Wystarczyło tylko, żeby zobaczyły, że szykuje się dla nas coś dobrego, a mogły to obrócić na złe. Możliwe nawet, pomyślałem sobie, że one żyją trochę naprzód, powiedzmy o parę sekund, i że dzieli je od nas tylko ta różnica czasu.
    Ale jedna sprawa niepokoiła mnie bardzo. Dlaczego mogłem widzieć jednocześnie dwa momenty? Było dla mnie przy tym jasne, że ani Malec, ani jego rodzina nie są obdarzeni tą zdolnością, bo gdyby byli, więcej potrafiliby powiedzieć o Cieniach. Studiowali je latami, ale o ile zdołałem się zorientować, nie byli pewni, jak to jest z tym podwójnym widzeniem. Przypuszczałem, że tata Malca robiąc mi okulary, lepiej oszlifował soczewki, niż chciał.
    Mógł coś dodać czy odjąć, czy może coś z nimi zrobić, z czego sobie sam nawet nie zdawał sprawy.
    Albo może ludzkie widzenie było inne czy troszkę inne, a jak się połączyło to ludzkie widzenie z ich widzeniem, to wychodziło z tego coś takiego, czego się nikt nie spodziewał.
    Wysilałem się i wysilałem, żeby to zrozumieć, ale tylko kręciłem się w kółko.
    Przez kilka dni trzymałem się domu, bo uważałem, że honor rodzinny wymagał, żebym lekceważył Malca, i dlatego nie było mnie przy strasznej awanturze Lalusia z Kudłatym.
    Poszło chyba o to, że Kudłaty nie mógł już dłużej patrzyć, jak Laluś maltretuje tego biednego, udręczonego kota. Wziął jednego z członków rodziny skunksów, która się w nim zakochała, ostrzygł go i ufarbował tak, że zupełnie przypominał kota. Któregoś dnia zakradł się do Lalusia i zamienił mu tego kota na skunksa, tak żeby nikt nie widział.
    Ale skunks nie chciał zostać u Lalusia, bo był skunksem Kudłatego, i jak mógł najprędzej, tyle że to wcale nie było tak prędko, zaczął drałować z powrotem do domu.
    I właśnie w tym momencie Laluś wpłynął na podwórko i zobaczył, jak skunks czmycha przez furtkę. Pomyślał, że to kot chce mu uciec, więc złapał go, zwinął w kulkę i, ot tak sobie, podrzucił do góry, żeby dać mu nauczkę.
    Skunks wyleciał wysoko, a następnie pacnął prościutko na głowę Lalusiowi, który unosił się właśnie nad podwórkiem na wysokości paru stóp.
    Skunks był nieprzytomny ze strachu, więc jak tylko wczepił się pazurami w Lalusia, użył sobie na nim za wszystkie czasy. Pierwszy raz w życiu Laluś grzmotnął o ziemię i ubrudził się tak jak wszystkie inne dzieci.
    Dałbym milion dolarów, żeby to zobaczyć,
    Na początku wydawało im się, że będą musieli z tydzień czy dwa doprowadzać go do porządku, ale w końcu jakoś im się to udało i można było na niego patrzeć.
    Tata Lalusia poleciał z awanturą do taty Kudłatego i była taka draka, że wszyscy z tydzień chichotali.
    Ale w ten sposób zostałem bez kumpli. Z Malcem jeszcześmy się nie pogodzili, a nie byłem taki głupi, żeby się bawić z Lalusiem czy Kudłatym, bo uważałem, że obaj są gnojki. Czułem zresztą, że się na tym nie skończy, i nie chciałem się w to mieszać trzymając stronę jednego czy drugiego.
    Muszę przyznać, że było mi przykro. Wakacje prawie się kończyły, a tu ani się z kim pobawić, ani telebiowizora. Dni uciekały jeden za drugim, a ja żałowałem każdej chwili.
    Aż jednego dnia przyjechał do nas szeryf.
    Byliśmy właśnie z tatą na podwórku i usiłowaliśmy zrobić coś ze snopowiązałką, która cała była prowizorycznie powiązana powrósłami i innymi różnościami. Tata już od dawna się odgrażał, że kupi nową, ale po tych naszych niepowodzeniach po prostu nie było za co. — Dzień dobry, Henry — powiedział szeryf do taty. Tata odpowiedział mu dzień dobry. — Słyszałem, że masz nieporozumienia z sąsiadami.
    — Właściwie nawet trudno tak to nazwać — odparł tata. — Po prostu któregoś dnia dałem jednemu z nich w mordę i to wszystko. — Na jego gruncie, co?
    Tata zostawił na chwilę snopowiązałkę i siedząc w kucki spojrzał na szeryfa. — To Andy się poskarżył?
    — Był u minie któregoś dnia. Mówił, że ta nowa rodzina nieziemców naopowiadała ci bzdur. O jakichś stworzeniach, które wam przynoszą pecha i które on podobno u siebie trzyma.
    — Ale tyś mu to wybił z głowy?
    — Ja jestem człowiek spokojny — powiedział szeryf — i nie lubię patrzeć, jak się sąsiedzi kłócą.
    Andy chciał na tobie dochodzić krzywdy, ale mu powiedziałem, że najpierw sam z tobą porozmawiam.
    — W porządku — powiedział tata — rozmawiaj.
    — Posłuchaj, Henry, wiesz, że to gadanie o stworzeniach, co przynoszą pecha, to bzdury.
    Dziwię się, że to powtarzasz…
    Tata podniósł się powoli, z miną bardzo groźną, i przez chwilę nawet myślałem, że zdzieli szeryfa. Jeśli mam być szczery, to miałem niezłego pietra, bo tego nigdy nie powinno się robić — to znaczy uderzyć szeryfa.
    Nie wiem zresztą, co by zrobił czy powiedział, bo właśnie w tej chwili nadjechał swoim starym gruchotem tata Kudłatego i chciał zaparkować za wozem szeryfa, ale źle sobie obliczył i rąbnął w samochód szeryfa tak mocno, że pojechał na hamulcach o jakie sześć stóp do przodu.
    Szeryf pognał w tamtą stronę. — Do diabła! — wrzasnął — tu się nawet pokazać jest niebezpiecznie.
    My dwaj też pobiegliśmy za nim. Ja — bo się szykowała draka, a tata — tak coś mi się wydaje — żeby w razie czego pomóc tacie Kudłatego. A najśmieszniejsze w tym wszystkim to, że tata Kudłatego, zamiast siedzieć tam i czekać na szeryfa, wyskoczył z samochodu i zaczął pędzić pod górkę nam na spotkanie.
    — Mówili mi, że pana tu znajdę — powiedział do szeryfa ciężko dysząc.
    — No i znalazł pan — wykrztusił szeryf dosłownie pieniąc się z wściekłości. — A teraz… — Zginął mój chłopiec! — wrzasnął tata Kudłatego. — Nie przyszedł na noc do domu!…
    Szeryf złapał go za ramię i powiedział: — Niech pan się nie denerwuje, niech pan powie dokładnie, co się stało.
    — Wyszedł wczoraj z domu Wcześnie rano i nie pokazał się nawet na posiłki, aleśmy się tym nie przejmowali — często znika na cały dzień, ma w lesie tylu przyjaciół. — I na noc też nie przyszedł? Tata Kudłatego potrząsnął głową.
    — O zmroku zaczęliśmy się niepokoić. Poszedłem go szukać, ale nie znalazłem. Szukałem go całą noc, ale też bez skutku. Przepadł jak kamień w wodę. Pomyślałem sobie, że może się zadziuplował na noc w lesie z którymś ze swoich przyjaciół. Miałem nadzieję, że się zjawi, jak się zrobi jasno — ale nic z tego.
    — Niech pan tę sprawę zostawi mnie — powiedział szeryf. — Postawimy na nogi całe sąsiedztwo i zorganizujemy poszukiwanie. Na pewno go znajdziemy. — Tu zwrócił się do mnie: — Znasz tego chłopca? Bawiłeś się z nim? — Cały czas — odpowiedziałem.
    — Zaprowadź nas we wszystkie te miejsca, gdzieście się bawili. Najpierw zajrzymy tam. Tata powiedział: — Ja obdzwonię sąsiadów. Niech się tu zbiorą — i pobiegł w stronę domu.
    Nie minęła godzina, jak zebrała się z setka osób, nad którymi szeryf objął komendę. Podzielił ich na drużyny, na czele każdej postawił kapitana i powiedział, gdzie mają szukać.
    Jeszcze chyba nigdy nie było takiej draki.
    Szeryf wziął mnie do swojej grupy i ruszyliśmy do Czarnej Doliny. Zaprowadziłem ich do jaszczurki i w takie jedno miejsce, gdzie zaczęliśmy sobie kopać jaskinię, i nad strumień, tam gdzie Kudłaty zaprzyjaźnił się z jednym ogromnym pstrągiem, i w różne inne miejsca.
    Znaleźliśmy stare ślady Kudłatego, ale żadnych świeżych, chociaż poszliśmy w górę strumienia i z powrotem, aż do miejsca, w którym wpada do rzeki. Kiedy wracaliśmy, zrobiło się już ciemno i byłem zupełnie wykończony.
    Bo nagle przyszło mi do głowy straszne podejrzenie. I chociaż starałem się o tym nie myśleć, nic nie pomagało, bo ciągle zastanawiałem się, czy lej machiny czasu pomieściłby takiego chłopca jak Kudłaty.
    Mama dała mi kolację i kazała iść spać, a potem przyszła mnie otulić i pocałować, czego nie robiła od dawna. Wiedziała, że już jestem na to za duży, ale mimo wszystko przyszła.
    Potem zeszła na dół, a ja leżąc słuchałem głosów rozmawiających jeszcze na podwórku mężczyzn. Reszta prowadziła dalej poszukiwania. Wiedziałem, że powinienem być z nimi, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że mama by mnie nie puściła, i byłem z tego zadowolony. Bo dosłownie padałem z nóg, a wieczorem w lesie jest straszno.
    Wszystko wskazywało na to, że zasnę natychmiast, i każdej innej nocy z pewnością by tak było, ale dziś leżałem i cały czas miałem przed oczami lej tej machiny, i myślałem, kiedy wreszcie ktoś powie szeryfowi o awanturze między Lalusiem a Kudłatym. A jeśli już ktoś to zrobił, to pewnie szeryf właśnie zagląda do tego leja, bo przecież nie jest głupi.
    Zastanawiałem się też, czy ja nie powinienem sam mu powiedzieć, gdyby nikt tego nie zrobił przede mną. Była to chyba pierwsza draka, w którą nie chciałem być zamieszany. Wreszcie zasnąłem, ale wydawało mi się, że nie spałem w ogóle, kiedy coś mnie obudziło. Było jeszcze ciemno, ale przez okno wpadała jakaś czerwona poświata. Błyskawicznie usiadłem w łóżku i włosy stanęły mi dęba.
    W pierwszej chwili pomyślałem, że to nasza stodoła albo szopa na maszyny, ale po chwili zorientowałem się, że to gdzieś dalej. Wyskoczyłem z łóżka i podbiegłem do okna. Pożar był duży i tak blisko.
    Wyglądało na to, że pali się u Carterów, ale wiedziałem, że to niemożliwe, bo takie nieszczęście mogło spotkać każdego, tylko nie Andy’ego Cartera. Chyba że mu chodziło o ubezpieczenie.
    Zszedłem boso na dół i zobaczyłem, że mama stoi w otwartych drzwiach i patrzy w tamtą stronę.
    — Co się stało, mamo? — spytałem.
    — To stodoła Carterów. Dzwonili po sąsiadach o pomoc, ale nikogo nie ma, wszyscy szukają jeszcze Kudłatego.
    Staliśmy tak, mama i ja, i patrzyliśmy na ogień, aż prawie wygasł i wtedy mama wygoniła mnie z powrotem do łóżka.
    Wlazłem pod kołdrę, skołowany od tej nowej porcji wrażeń. Myślałem sobie, jak to jest dziwnie, że nieraz miesiącami nic się nie dzieje, a potem nagle wszystko się zwala naraz, i że coś z tą stodołą Andy’ego jest nie w porządku. Andy był najszczęśliwszym człowiekiem w okolicy i nagle, zupełnie bez uprzedzenia, spotkało go nieszczęście, tak jak nas wszystkich. Zadawałem sobie pytanie, czy przypadkiem nie opuściły go Cienie, a jeśli tak, to dlaczego? Może po prostu, pomyślałem sobie, miały już dość jego podłości.
    Był jasny dzień, kiedy się znów obudziłem, więc wyskoczyłem z łóżka i ubrałem się szybko. Zbiegłem na dół, żeby się dowiedzieć, czy nie słychać czego o Kudłatym.
    Ale mama powiedziała, że nie i że mężczyźni w dalszym ciągu szukają. Zrobiła mi śniadanie i zmusiła, żebym zjadł, i zabroniła szwendać się czy przyłączać do poszukujących. Powiedziała, że to niebezpieczne, bo tyle w lasach niedźwiedzi. Było to dość śmieszne, bo nigdy dotąd nie ostrzegała mnie przed niedźwiedziami.
    Ale wymogła na mnie obietnicę.
    Jak tylko wyszedłem, to przede wszystkim poleciałem, ile sił w nogach, do Carterów zobaczyć miejsce po stodole, no i oczywiście chciałem z kimś pogadać. To znaczy z Malcem, bo tylko on wchodził w grę.
    U Carterów niewiele było do oglądania. Czarne, spalone kikuty, które miejscami jeszcze się tliły. Stojąc na drodze widziałem, jak Andy wychodzi z domu. Zatrzymał się i popatrzył prosto na mnie, więc zwiałem.
    Minąłem szybko dom Lalusia w nadziei, że go nie spotkam.
    Nie chciałem mieć w tej chwili z nim nic a nic do czynienia.
    Poleciałem do Malca i jego mama powiedziała mi, że leży chory, ale że to chyba nie zaraźliwe, więc poszedłem go odwiedzić.
    Malec rzeczywiście wyglądał okropnie w tym łóżku — jeszcze bardziej przypominał karłowatego puszczyka niż zwykle — ale się ucieszył z mojego przyjścia. Zapytałem go, jak się czuje, i powiedział, że lepiej. Kazał mi przysiąc, że nie powiem jego mamie, a potem mi się zwierzył, że jest chory, bo się najadł zielonych jabłek z sadu Cartera.
    Słyszał o Kudłatym, a ja mu powiedziałem na ucho o swoich podejrzeniach.
    Malec leżał i milczał uroczyście, a na koniec oznajmił: — Steve, powinienem ci to powiedzieć już dawniej. To nie machina czasu. — Nie machina czasu? A skąd wiesz?
    — Bo ja widziałem to, co tata Lalusia tam wkładał. To nie przepada. To leży tam w dalszym ciągu.
    — Ty widziałeś… — W tym momencie rozjaśniło mi się w głowie. — Chcesz powiedzieć, że to idzie tam, gdzie są Cienie?
    — Właśnie to chciałem powiedzieć — odparł Malec. Siedząc na brzegu jego łóżka usiłowałem to wszystko zrozumieć, ale tyle pytań kłębiło mi się w głowie, że nie mogłem. — Malec — spytałem — a gdzie się właściwie znajduje to miejsce, w którym są Cienie? — Nie wiem. Gdzieś blisko nas. Prawie że w tym świecie, ale niezupełnie.
    I wtedy przypomniało mi się, co parę tygodni temu powiedział tata. — To znaczy, że to jest jakby za szybą, gdzieś między ich światem a naszym? — Coś w tym rodzaju.
    — A jeśli Kudłaty tam jest, to co się z nim stanie? Malec wstrząsnął się. — Nie wiem.
    — Czy się tam dobrze czuje? Czy może oddychać? — Chyba może — powiedział Malec. — One chyba też oddychają.
    Wstałem i poszedłem w stronę drzwi. Na koniec odwróciłem się jeszcze do niego. — Powiedz mi, co właściwie robią te Cienie. Po co one się tu szwendają?
    — Nikt tego nie wie na pewno. Jest na ten temat masę teorii. Jedni mówią, że muszą być w pobliżu jakiejś żywej istoty, żeby same mogły żyć. Nie mają własnego życia. Muszą sobie znaleźć jakieś życie, żeby je móc jakby naśladować, tylko że to niezupełnie o to chodzi. — Potrzebują jakiegoś wzorca — powiedziałem, bo mi się przypomniało, co wtedy mówił tata Malca, zanim go mój tata zagadał. — Chyba tak to można nazwać — przyznał Malec.
    Pomyślałem sobie, jakie nędzne życie musiały wieść Cienie mając za wzór Andy’ego Cartera. Ale widocznie wcale tak nie było, bo gdy je widziałem, były najwyraźniej szczęśliwe. Uwijały się po tym dachu zadowolone, a każdy z nich wyglądał jak Andy Carter. No bo jak miały wyglądać mając go za wzór?
    Ruszyłem więc znów w stronę drzwi. — Dokąd idziesz, Steve? — zawołał za mną Malec. — Szukać Kudłatego. — Idę z tobą. — Nie. Ty masz leżeć. Twoja mama by nas chyba obdarła ze skóry.
    Pobiegłem szybko do domu, ale przez całą drogę myślałem o tym, że Cienie nie mają własnego życia i żeby żyć, muszą sobie znaleźć jakiś wzór.
    Czasem mają szczęście, jak trafią na kogoś, komu zawdzięczają życie dobre i ciekawe — ale nie zawsze. Jedno w każdym razie trzeba im przyznać: że temu, kogo sobie wybiorą, pomagają wytrwale. Zastanawiałem się, ilu ludziom wiedzie się dobrze dzięki Cieniom. I jaki by to był dla nich zawód, gdyby się nagle dowiedzieli, że nie stali się wielcy czy bogaci, czy sławni, dzięki swoim wysiłkom czy zdolnościom, tylko z łaski takich istot jak Cienie, które im pomagają we wszystkim.
    Poszedłem prosto do kuchni i do zlewu. — Czy to ty, Steve? — zawołała mama z pokoju. — Chciałem się napić. — A gdzie byłeś? — Tu się kręciłem.
    — Tylko nigdzie nie uciekaj — ostrzegła mnie. — Nie, mamusiu, nie ucieknę.
    Ale przez cały ten czas, jak do niej mówiłem, wspinałem się po krześle, żeby sięgnąć po te okulary, co je tata położył na półce i powiedział, żebym ich nigdy nie ruszał. Po chwili już je miałem w kieszeni i schodziłem z krzesła.
    Usłyszałem, że mama idzie do kuchni, więc się wymknąłem najciszej, jak umiałem. Okulary włożyłem dopiero tam, gdzie obejście Carterów przytykało do drogi. Poszedłem jeszcze kawałek, patrząc pilnie, i w końcu dostrzegłem w kącie za sadem grupkę Cieni. Stały i kłóciły się o coś, najwyraźniej mnie nie dostrzegając, dopóki nie podszedłem zupełnie blisko. Wtedy się odwróciły i stanęły twarzami do mnie. Wydawało mi się, że rozmawiają między sobą wskazując na mnie. Zauważyłem, że jeden z nich ma na głowie, zsunięty trochę z czoła, mój telebiowizor, który mi wpadł do machiny czasu.
    Jak to zobaczyłem, to zrozumiałem, że Malec mógł rzeczywiście widzieć wiele z tych rzeczy, które tata Lalusia wkładał do swojej machiny.
    W pierwszej chwili Cienie chyba nie zdawały sobie sprawy, że je widzę, ale później zaczęły się do mnie zbliżać. Czułem, jak włosy stają mi dęba. Najchętniej to bym się odwrócił na pięcie i nawiał. Ale uświadomiłem sobie, że nie mogą mnie dosięgnąć, że nie ma się czego bać, i jakoś wytrwałem.
    Przypominały stado wron. Widziały, że jestem bez broni, albo te akurat nie wiedziały o istnieniu strzelby, którą miała rodzina Malca. Więc skupiły się naprawdę blisko mnie, zupełnie jak wrony, które śmiało podchodzą do nie uzbrojonego, a od człowieka z bronią trzymają się z daleka.
    Widziałem, jak poruszają ustami, ale oczywiście nie słyszałem ani słowa, i jak pokazują na tego z moim telebiowizorem na głowie.
    Prawdę powiedziawszy, to z początku nawet nie zwracałem specjalnie uwagi na to, co one robią, za bardzo byłem zajęty przyglądaniem się im i zastanawianiem, co się mogło z nimi stać. Bo jedno było pewne: albo spotkałem nie to stadko, które wtedy widziałem na łące Andy’ego, albo musiały się bardzo zmienić. Ciągle jeszcze było w nich wiele z Andy’ego ale też i kogoś innego, jakby Andy’ego z kimś zmieszano.
    Wreszcie zorientowałem się, że najpierw pokazują na tego z moim telebiowizorem na głowie, a potem dotykają własnych głów, i zrozumiałem, że każdy z nich prosi o telebiowizor dla siebie.
    Sam nie wiem, co bym im powiedział i jak, oczywiście gdybym miał okazję, tylko że jej nie miałem. Bo nagle się usunęły, jakby je ktoś z tyłu zepchnął na bok, i stanąłem twarzą w twarz z Kudłatym. Staliśmy tak i patrzyliśmy na siebie przez dłuższy czas, nie mówiąc nic i nie ruszając się. A potem on zrobił krok do przodu i ja zrobiłem krok do przodu, tak że o mało nie stuknęliśmy się nosami. Przez chwilę nawet bałem się, że przejdziemy jeden przez drugiego na wylot. Ciekawe, co by się wtedy stało? Chyba nic wielkiego.
    — Jak z tobą? W porządku? — zapytałem go mając nadzieję, że jeśli nawet mnie nie usłyszy, to przynajmniej z ruchu moich warg odczyta, co do niego mówię, ale tylko potrząsnął głową. Więc zapytałem go jeszcze raz, powoli, tak wyraźnie wymawiając słowa, jak tylko potrafiłem. Ale i tym razem potrząsnął głową.
    Wpadłem na inny pomysł.
    Zacząłem jednym palcem pisać na niewidzialnej szybie, która nas dzieliła.
    CO Z TOBĄ? — pisałem powoli, bo musiał to czytać w drugą stronę.
    Nie zrozumiał, więc napisałem jeszcze raz, i tym razem skapował, o co chodzi.
    W PORZĄDKU — odpisał. A potem dopisał bardzo wolno: ZABIERZ MNIE STĄD.
    Stałem i patrzyłem na niego, i to było naprawdę okropne, bo tam był on, a tu ja i tak na moje oko, to nie było jak go stamtąd wyciągnąć.
    Widocznie wyczuł, co myślę, bo broda zaczęła mu się trząść i po raz pierwszy widziałem Kudłatego bliskiego płaczu. Nie ryczał nawet wtedy, kiedy przy wykopywaniu jaszczurki wielki kamień przygniótł mu duży palec u nogi.
    Pomyślałem sobie, że to musi być straszne: siedzi tam uwięziony i widzi, ale sam nie jest widziany. Może nawet kręcił się przy szukających w nadziei, że go ktoś przypadkiem dojrzy, wiedząc jednocześnie, że to niemożliwe. Albo może szedł tuż za swoim tatą, a jego tata nic o tym mię wiedział. Albo poszedł do domu i przyglądał się rodzinie, co było dla niego tym okropniejsze, że oni nie zdawali sobie sprawy z jego obecności. A już na pewno szukał Malca, który mógł go zobaczyć, tylko że Malec leżał chory.
    Kiedy sobie nad tym wszystkim łamałem głowę, wpadłem na pewien pomysł. Z początku pomyślałem, że nic z tego nie wyjdzie, ale im dłużej się zastanawiałem, tym bardziej prawdopodobny mój plan mi się wydawał.
    Napisałem mu palcem: SPOTKAJMY SIĘ U LALUSIA.
    Schowałem okulary do kieszeni i poleciałem do domu. Okrążyłem dom z daleka, bo się bałem, że mama mnie zauważy i już nie wypuści. Zakradłem się do szopy, znalazłem długą linę i wyszukałem piłę do metalu. Zataszczyłem to wszystko do Lalusia. Szopa na maszyny stała za stodołą, tak że nikt z domu nie mógł mnie widzieć, a zresztą nikogo w pobliżu nie było. Wiedziałem, że tata Lalusia, a może i sam Laluś, szukają Kudłatego razem ze wszystkimi, unosząc się nad tymi miejscami, gdzie nikt się nie mógł dostać.
    Rzuciłem linę i piłę, włożyłem okulary i przy samych drzwiach szopy zobaczyłem Kudłatego. Było z nim parę Cieni, nie wyłączając tego, który paradował z moim telebiowizorem na głowie. A dokoła — tak jak mówił Malec — leżały porozrzucane kubki, talerzyki, klocki i moc innych rupieci, które tata Lalusia przepuszczał przez machinę czasu.
    Spojrzałem jeszcze raz na Cienie i natychmiast zorientowałem się, jaka w nich zaszła różnica. W dalszym ciągu miały coś z Andy’ego Cartera, ale już zaczynały przypominać Kudłatego. Zrozumiałem, dlaczego spłonęła stodoła Carterów. Cienie tak się włóczyły za Kudłatym, że nie pilnowały dostatecznie interesów Andy’ego.
    To zresztą zupełnie naturalne. Więcej miały pożytku z prawdziwej, żywej istoty, która była wśród nich, niż z kogoś, kogo mogły oglądać tylko przez tę szybę.
    Zdjąłem okulary, włożyłem je do kieszeni i zabrałem się do roboty. Przepiłowanie kłódki nie było sprawą łatwą. Stal była piekielnie twarda, a piłka tępa, więc bałem się, że mi się damie, zanim skończę. Byłem na siebie wściekły, że nie wziąłem jednej czy dwóch zapasowych.
    Narobiłem straszliwego hałasu, bo zapomniałem oliwy, ale ł tak nikt nie słyszał.
    Wreszcie skończyłem. Otworzyłem drzwi i wszedłem do szopy, gdzie stała machina czasu, dokładnie tak, jak ją zapamiętałem. Położyłem linę i podszedłem do tablicy rozdzielczej, żeby się zorientować, jak ona działa, ale nie była specjalnie skomplikowana.
    Włączyłem machinę i w gardzieli zabulgotała biała piana. Wziąłem linę i włożyłem okulary — miałem strasznego pietra. Szopa zbudowana była na łagodnym stoku i podłoga wznosiła się o jakieś trzy czy cztery stopy ponad ziemią, więc stałem w powietrzu, a przynajmniej tak mi się wydawało.
    Miałem takie uczucie, nie jakbym padał, ale jakbym powinien upaść czy też jakbym lada chwila miał zacząć padać. Wiedziałem oczywiście, że nic mi nie grozi — stałem przecież na przezroczystej wprawdzie, ale pewnej podłodze. Tylko że niewiele mi przyszło z tego, że wiedziałem. To okropne, podobne do snu uczucie, że za chwilę upadnę, wcale mnie nie opuszczało.
    A co gorsza, pode mną, z głową mniej więcej na poziomie moich stóp, stał Kudłaty. Był pełen nadziei i pokazywał mi na migi, żebym się brał za linę.
    Bardzo ostrożnie, chociaż to wcale nie było potrzebne, wrzuciłem sznur jednym końcem do leja i zaraz poczułem, jak go szarpie, ciągnie i wsysa biały wir. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że lina zwisa aż do miejsca, w którym stoi Kudłaty. Rzucił się, złapał za jej koniec i zaraz poczułem jego ciężar.
    Kudłaty był mniej więcej mojego wzrostu, może troszeczkę niniejszy, i wiedziałem, że muszę ciągnąć z całej siły, żeby go stamtąd wydobyć. Owinąłem sobie nawet koniec liny wokół ręki, żeby mieć pewność, że mi się nie wymknie. Ciągnąłem, jak mogłem najmocniej, ale sznur nawet nie drgnął. Wydawało mi się, że ciągnę cały dom. Przestałem na chwilę, ukląkłem i przyjrzałem się podstawie machiny. Śmieszna rzecz: lina opadała aż do końca gardzieli leja, potem była przerwa na stopę czy dwie i znów zaczynała się lina, która sięgała aż do Kudłatego.
    Wszystko to razem nie miało sensu. Przecież ten sznur powinien biec aż do tamtego świata jedną nieprzerwaną linią. Ale nie szedł. Bo zanim tam dotarł, gdzieś zbaczał.
    I dlatego, pomyślałem sobie, nie mogę go wyciągnąć. Można było coś wrzucić do machiny czasu, ale nie można było tego z powrotem wyjąć.
    Spojrzałem na Kudłatego, a on spojrzał na mnie. Wiedziałem, że to widzi, i wie równie dobrze jak ja, co to znaczy. Wyglądał żałośnie, a ja chyba nie lepiej.
    I wtedy drzwi szopy zaskrzypiały. Zerwałem się, nie wypuszczając liny z ręki. W otwartych drzwiach stał tata Lalusia. Był wściekły i nawet nie mogłem mu się dziwić po tym, co zobaczył.
    — Steve — powiedział i widać było, jak z trudem usiłuje zapanować nad swoim głosem. –
    Mówiłem ci chyba, żebyś tu nie wchodził.
    — Tak, proszę pana — odpowiedziałem — ale tam jest Kudłaty.
    — Kudłaty?! — wykrzyknął, a potem zniżył głos. — Ty chyba nie wiesz, co mówisz? W jaki sposób mógłby się tam dostać?
    — Nie wiem — odparłem, chociaż właściwie mógłbym mu powiedzieć.
    — Czy ty masz na sobie te okulary, które ci zrobił tata Malca?
    Kiwnąłem głową. — To znaczy, że widzisz?
    — Widzę Kudłatego — powiedziałem — jak na dłoni. Popuściłem linę, żeby móc zdjąć okulary, a lina uciekła błyskawicznie jak wąż. — Nie szkodzi. I tak nie mogę go wyciągnąć.
    — Steve — zwrócił się do mnie tata Lalusia. — Proszę cię, powiedz mi prawdę: nie wymyśliłeś sobie tej całej historii? Nie żartujesz?
    Był strasznie blady, a ja wiedziałem, o czym myśli: jeżeli rzeczywiście Kudłaty dostał się do machiny, to za chwilę będzie miał tu wszystkich na karku.
    Przeżegnałem się. — Niech skonam — dodałem jeszcze. Musiało mu to wystarczyć, bo wyłączył machinę i wyszedł, a ja za nim. — Zaczekaj tu na mnie — powiedział. — Zaraz wrócę.
    Odpłynął w pośpiechu, unosząc się ponad lasem. W jednej chwili straciłem go z oczu. Usiadłem oparty plecami o szopę, w okropnym nastroju. Wiedziałem, że powinienem włożyć okulary, ale celowo nie wyjmowałem ich z kieszeni, bo sobie nie wyobrażałem, jak mógłbym spojrzeć Kudłatemu w oczy.
    Zdawałem sobie sprawę, że wszystko stracone. W żaden żywy sposób ani ja, ani nikt na świecie nie zdoła uratować Kudłatego. Zginął na zawsze. A nawet gorzej, niż zginął.
    Siedząc obmyślałem różne straszne rzeczy, które chciałem zrobić Lalusiowi. Bo nie miałem najmniejszych wątpliwości, że to on zakradł się do szopy, porwał Kudłatego, tak jak kota, i wrzucił do leja machiny.
    Był wściekły na niego za ten kawał ze skunksem przemalowanym na kota i wiedziałem, że nie spocznie, dopóki nie wyrówna rachunku.
    Kiedy tak rozmyślałem, drogą nadpłynął tata Lalusia, a zaraz za nim zdyszany Laluś, szeryf, tata Malca i inni sąsiedzi.
    Szeryf podszedł prosto do mnie, złapał mnie za ramiona i potrząsnął gwałtownie. — Co mają znaczyć — ryknął — te wszystkie bzdury?! Ostrzegam cię, chłopcze: źle się to dla ciebie skończy, jeśli się okaże, że robisz sobie z nas kpiny.
    Próbowałem mu się wyrwać, ale mnie nie puścił. Wtedy podszedł do niego mój tata i uderzył go w pierś, tak że szeryf zatoczył się do tyłu. — Ręce przy sobie — powiedział.
    — Ale chyba sam nie wierzysz w tę historię?! — wybuchnął szeryf. — Owszem, wierzą, w każde słowo. Mój chłopak nie kłamie.
    Jedno muszę tacie przyznać: może zrzędzić i wrzeszczeć czy nawet wziąć pasek i zlać o byle co, ale w podbramkowej sytuacji można na niego liczyć.
    — Muszę ci przypomnieć, Henry — powiedział szeryf zaperzony — że sam nie jesteś zupełnie w porządku. Pamiętasz, co było z Andy’m Carterem? Ledwie go zdołałem przekonać, żeby nie rozrabiał.
    — Andy Carter… — powiedział tata znacznie wolniej, niżby można było po nim oczekiwać. — O ile sobie dobrze przypominam, to ten, co tu niedaleko nas mieszka. Zaraz, czy może widział go ktoś ostatnio?
    Rozejrzał się dokoła, ale nie znalazł takiego. — Ostatni raz rozmawiałem z Andy’m przez telefon — powiedział tata — wtedy kiedy prosiłem go o pomoc. Odpowiedział mi, że ma za dużo roboty na to, żeby się zajmować szukaniem jakiegoś tam szczeniaka nieziemców. Dodał jeszcze, że byłoby najlepiej, gdyby je wszystkie diabli wzięli.
    Tata spojrzał po zebranych, ale nikt się nie odezwał. Myślę, że nie było na j grzecznie j z taty strony mówić takie rzeczy w obecności taty Kudłatego i taty Malca, i innych nieziemców, którzy tam byli. Ale to była święta prawda, a tylko jeden tata miał odwagę powiedzieć im to w oczy.
    Wtedy ktoś zaczął mówić, a właściwie wszyscy naraz, tak że dobrze nie wiedziałem, kto. — A ja wam mówię, ludzie, że to czysta sprawiedliwość z tą stodołą Cartera. Szeryf się najeżył.
    — Gdybym wiedział, że ktoś z was maczał w tym palce, to ja bym…
    — To nic byś nie zrobił — powiedział tata i zwrócił się do mnie: — A teraz, Steve, mów, co masz do powiedzenia. Obiecuję ci, że wszyscy cię wysłuchają i nikt ci nie będzie przerywał.
    Mówiąc to patrzył prosto na szeryfa. — Chwileczkę — powiedział tata Malca — chciałbym jeszcze podkreślić jedną ważną rzecz. Wiem, że ten chłopiec widzi Cienie, bo sam mu zrobiłem okulary, którym to zawdzięcza. I może to nieskromnie z mojej strony, ale jedno, co mogę o sobie powiedzieć, to że jestem naprawdę dobrym optykiem. — Dziękuję panu — powiedział tata. — No a teraz, Steve, mów, co masz do powiedzenia.
    Ale ledwie zdążyłem otworzyć usta, zza stodoły wyszedł Malec ze swoją strzelbą. A w każdym razie ja to coś wziąłem za strzelbę, chociaż wcale nie było do niej podobne. Raczej do kija, który migotał w słońcu tysiącem pryzmatów i lusterek osadzonych pod różnymi zwariowanymi kątami.
    — Tata! — wrzasnął. — Słyszałem o wszystkim i przyszedłem ze strzelbą. Mam nadzieję, że nie jest za późno.
    Podbiegł do swojego taty, który wziął od niego strzelbę i trzymał tak, żeby ją wszyscy widzieli.
    — Dziękuję ci, synku — powiedział. — To bardzo ładnie z twojej strony, ale strzelba nie jest nam potrzebna. Dziś nie będziemy strzelać.
    A wtedy Malec wykrzyknął: — Jest, tato! Jest Kudłaty!
    Nie wiem, czy wszyscy uwierzyli, że znalazłem Kudłatego. Niektórzy na pewno mieli wątpliwości, tylko siedzieli cicho, bo nie chcieli zadzierać z moim tatą. Ale Malec to była zupełnie inna sprawa. On to wszystko widział bez tych idiotycznych okularów. A poza tym po nieziemcach można się było takich dzikich rzeczy spodziewać.
    — No więc dobrze — przyznał w końcu szeryf — może i on tam jest. Ale co nam w tej sytuacji pozostało do zrobienia?
    — Chyba niewiele — powiedział mój tata — tyle że przecież nie możemy tam chłopaka zostawić. — Spojrzał na tatę Kudłatego. — Niech się pan nie martwi. Coś przecież wymyślimy, żeby go stamtąd wyciągnąć.
    Ale wiedziałem dobrze, że dlatego mówi z taką pewnością siebie, żeby tata Kudłatego nie myślał, że dajemy za wygraną.
    Ja osobiście zupełnie straciłem nadzieję. Jeśli nie można go było wyciągnąć tą drogą, którą się tam dostał, to nie widziałem żadnej innej. Przecież do tamtego świata nie było drzwi. — Panowie — powiedział tata Malca — mam pewien pomysł.
    Odwróciliśmy się wszyscy w jego stronę i czekaliśmy. — Ta strzelba — powiedział — służy do trzebienia Cieni. Przebija zasłonę między dwoma światami na tyle, żeby przepuścić pocisk. Można by ją jakoś przerobić, bo wydaje mi się, że ona się do tego nada.
    — Ale przecież my nie chcemy strzelać do chłopca — powiedział szeryf. — Przeciwnie, chcemy go stamtąd uwolnić.
    — Wcale nie mam zamiaru do niego strzelać — wyjaśnił tata Malca. — W strzelbie nie będzie naboju, użyjemy tylko czegoś do przebicia kurtyny, czy jak to tam nazwać, dzielącej oba światy. A ja spróbuję zrobić tak, żeby ta dziura była jak największa.
    Usiadł na ziemi i zaczął majstrować przy strzelbie przesuwając pryzmaty i poprawiając lusterka.
    — Jest jeszcze jedna istotna rzecz — powiedział — ta dziura będzie tylko przez moment. Chłopak musi być gotów, żeby nie przegapić okazji, i skakać natychmiast, jak tylko powstanie otwór.
    Na koniec zwrócił się do mnie: — Steve, czy mógłbyś się z nim porozumieć? — Porozumieć?
    — Powiedzieć mu coś. Może na migi. Albo ustami. Czy w jakiś inny sposób. — Jasne, że mogę. — No to spróbuj.
    Włożyłem okulary i rozejrzałem się dokoła, aż zobaczyłem Kudłatego. Sporo czasu upłynęło, zanim zrozumiał, o co nam chodzi. A tym trudniej mi było się z nim dogadać, że dokoła roiło się od Cieni, które pokazywały bez przerwy to na mój telebiowizor, to na swoje głowy. Namęczyłem się porządnie, bo się bałem, że nie skapuje, ale nie chciałem mu już więcej kłaść w głowę, żeby mu się wszystko nie pomieszało.
    Więc powiedziałem tacie Malca, że jesteśmy gotowi, i tata wręczył Malcowi strzelbę, a wszyscy się rozstąpili i został tylko Malec ze strzelbą i ja za nim. A tam, w innym świecie, stał Kudłaty, otoczony tymi idiotycznymi Cieniami, które musiały nie znać strzelby nieziemców, boby inaczej tam nie sterczały. Kudłaty wyglądał tak, jakby go postawili pod ścianą i mieli rozstrzelać, nawet nie zawiązawszy oczu.
    Kątem oka zauważyłem Lalusia, który odpływał właśnie na bok i który wyglądał najżałośniej jak tylko można sobie wyobrazić.
    Nagle zobaczyliśmy dziwny oślepiający błysk i wszystkie pryzmaty i lusterka na strzelbie Malca się poruszyły. Malec widocznie pociągnął za spust czy co to tam było.
    Na sekundę dosłownie na wprost nas otworzyła się dziwna dziura w miejscu, którego właściwie wcale nie powinno być — postrzępiona, poszarpana dziura w nicości. Zobaczyłem, jak Kudłaty skacze w nią dokładnie w momencie, w którym powstała.
    No i znów był wśród nas Kudłaty — łapał właśnie równowagę po tym skoku — tyle że nie sam. Przyprowadził ze sobą jednego z Cieni.
    Trzymał go mocno za przegub ręki i widać było, że go przeciągnął na siłę, bo tamten wcale nie miał zadowolonej miny. Zorientowałem się od razu, że to ten z moim telebiowizorem na głowie.
    Kudłaty popchnął Cienia w moją stronę i powiedział: — Tylko w ten sposób mogłem odzyskać dla ciebie telebiowizor.
    Puścił jego rękę, więc szybko złapałem go za drugą i ze zdumieniem stwierdziłem, że jest namacalny. Nie zdziwiłbym się, gdyby moja ręka przeszła przez niego na wylot, bo jeszcze ciągle wyglądał zwiewnie i bezcieleśnie, chociaż wydawało mi się, że trochę jakby zgęstniał.
    Tata przysunął się do mnie i powiedział: — Uważaj, Steve!
    — Nic mi nie zrobi. Nawet nie próbuje uciekać. W tym momencie ktoś krzyknął, więc się odwróciłem i spojrzałem. Kilka Cieni uczepiło się brzegów tego otworu do drugiego świata szarpiąc za nie tak, żeby się nie zamknęły, a reszta wysypywała się przez dziurę potrącając się, popychając i tłocząc i odniosłem wrażenie, że jest ich znacznie więcej, niż sobie wyobrażałem.
    A my staliśmy i patrzyliśmy, aż przelazły wszystkie. Nikt się nawet nie ruszył, bo i co mieliśmy robić. A one gapiły się na nas, zbite w ciasną gromadkę.
    Szeryf podszedł do taty. Zsunął kapelusz na tył głowy tak, że oparł mu się aż na karku, i widziałem, że jest zupełnie osłupiały, co mnie bardzo ucieszyło, bo od samego początku było dla mnie jasne, że nie wierzy w Cienie.
    Nie wiem, może w dalszym ciągu myślał, że to jakieś psikusy nieziemców. Bo nie trzeba się było specjalnie wysilać, żeby się zorientować, że za nimi nie przepada. — Jak to się stało — zapytał podejrzliwie — że jeden z nich ma na głowie telebiowizor?
    Wytłumaczyłem mu, a on zamrugał oczami oniemiały, ale nic nie odpowiedział. Widocznie jednak zamknąłem mu buzię.
    Kiedy to mówiłem, podpłynął tata Lalusia i powiedział, że to prawda, bo on tam był i widział.
    Wszyscy zaczęli mówić naraz, ale tata Lalusia wzbił się, trochę wyżej i dał ręką znak, żeby byli cicho.
    — Chwileczkę, jeśli państwo pozwolą. Zanim przejdziemy do spraw poważniejszych, chciałbym powiedzieć jedną rzecz. Otóż znając zajście ze skunksem, na pewno uważacie, że moja rodzina jest w znacznym stopniu odpowiedzialna za to, co się stało.
    W ustach człowieka brzmiałoby to głupio i pompatycznie, ale tacie Lalusia jakoś uszło. — Wobec tego — oznajmił — informuję was, że sprawca tego wszystkiego, mój syn, przez najbliższe trzydzieści dni będzie chodził po ziemi. Nie wolno mu wznieść się nawet na cal w górę. Jeśli ta kara okaże się niewystarczająca…
    — Dość — przerwał mu tata — chłopak musi dostać nauczkę, ale nie ma sensu się nad nim znęcać.
    — Proszę pana — zaczął tata Kudłatego bardzo uroczyście — jeśli to nie jest konieczne… — Nie odstąpię — odparł tata Lalusia. — Naprawdę nie mogę. Nie widzę innego sposobu. — Czy wreszcie — wrzasnął szeryf — ktoś mi wyjaśni, co to wszystko ma znaczyć?! — Szeryfie — zwrócił się do niego tata — czy rozumiesz to, czy nie, naprawdę nie ma istotnego znaczenia, a tłumaczenie ci zajęłoby za dużo czasu. Mamy ważniejsze sprawy do załatwienia.
    — Odwrócił się troszkę, tak żeby stanąć twarzą do zebranych. — No więc — co teraz proponujecie? Wydaje mi się, że mamy gości. A skoro te stworzenia przynoszą szczęście, powinniśmy je potraktować jak najlepiej.
    — Tatusiu — pociągnąłem tatę za rękaw — ja wiem, jak możemy je pozyskać dla siebie. Każdy z nich chce mieć swój własny telebiowizor.
    — To prawda — powiedział Kudłaty — przez cały czas jak tam byłem, zadręczały mnie, jak zdobyć telebiowizor. I bez przerwy kłóciły się, kto następny będzie używał telebiowizora Steve’a.
    — Czy chcecie powiedzieć — zapytał szeryf słabym głosem — że te stworzenia potrafią mówić?
    — Jasne, że potrafią — wyjaśnił Kudłaty — więcej mogą się nauczyć w tym swoim świecie, niż sobie wyobrażamy.
    — Jeżeli tylko tego żądają — powiedział tata z zadowoleniem — to wcale nie jest za wysoka cena za szczęście, które nam przyniosą. Kupimy po prostu pewną ilość telebiowizorów. Może nawet uda nam się z rabatem…
    — Ale jak je damy Cieniom — przerwał mu tata Malca — to nie będziemy z nich mieli żadnego pożytku. Przestaniemy być im potrzebni. Wszystkie wzory będą czerpały z telebiowizorów.
    — No cóż — powiedział tata — nawet jeśli rzeczywiście by tak było, to przynajmniej się ich pozbędziemy. Przestaną nas prześladować tym pechem.
    — Jakbyśmy na to nie patrzyli, nic dobrego z tego nie wyniknie — oświadczył tata Malca, który najwyraźniej był kiepskiego zdania o Cieniach. — One żyją stadami. Zawsze tak było. I nigdy nie pomagały wszystkim w sąsiedztwie, tylko jednemu człowiekowi albo najwyżej rodzinie.
    Nie uda się panu podzielić ich tak, żebyśmy wszyscy mieli z nich korzyść.
    — Jak mnie posłuchacie, frajery — odezwał się Cień z moim telebiowizorem na głowie — to wam wszystko wytłumaczę.
    Muszę wam powiedzieć, że był to dla nas szok, gdy on przemówił. Trudno było sobie wyobrazić, że coś takiego może w ogóle mówić. A do tego jeszcze ten język i ton! Wypisz wymaluj Andy Carter — on też albo ordynarnie przeklinał, albo odzywał się półgębkiem, ironicznie. Ale ten biedny Cień, który przez tyle lat go naśladował, nie umiał po prostu inaczej.
    Staliśmy wszyscy gapiąc się na niego i na tamtych, którzy tak nieprzytomnie przytakiwali mu głowami, że mało sobie nie połamali karków.
    Tata opamiętał się pierwszy. — Mów dalej — powiedział do Cienia. — Słuchamy cię.
    — Ubijemy z wami interesqwyraził się prostacko, ale z dużym szacunkiem. — Tylko na uczciwych zasadach. Będziemy dla was ciężko pracować i strzec was przed nieszczęściami, ale musimy za to dostać telebiowizory — tylko bez gadania, zrozumiano? Po jednym dla każdego z nas. I na twoim miejscu nie próbowałbym żadnych sztuczek.
    — To brzmi zupełnie rozsądnie — powiedział tata. — Ale czy masz na myśli nas wszystkich? — Wszystkich — odparł Cień.
    — Czy to znaczy, że się rozdzielicie? Że na każdego z nas przypadnie przynajmniej jeden z was? I nie będziecie już żyć gromadnie?
    — Myślę — wtrącił się tata Lalusia — że możemy na nich polegać, i wydaje mi się, że wiem, co ten pan chciał powiedzieć. Jest to mniej więcej ta sama historia, co z rodzajem ludzkim na Ziemi. — A co takiego stało się z rodzajem ludzkim na Ziemi? — zapytał tata z lekka zdziwiony.
    — Zanikła potrzeba gromadnego życia. Kiedyś ludzie byli zmuszeni ze względów towarzyskich czy rozrywkowych żyć w rodzinach czy plemionach. A potem pojawił się adapter, radio, telewizja — eliminując potrzebę zebrań towarzyskich. Człowiek ma rozrywkę na miejscu. Nie musi nawet ruszać się z własnego salonu, żeby się zabawić. Dlatego widowiska i imprezy o charakterze zespołowym właściwie zanikły.
    — Myśli pan, że to samo stanie się z Cieniami, jak je zaopatrzymy w telebiowiory?
    — Z pewnością — odparł tata Lalusia — zapewnimy im, jakbyśmy to powiedzieli, indywidualną rozrywkę w domu. I w ten sposób zniknie dla nich potrzeba życia gromadnego.
    — Ty masz głowę, bracie! — wykrzyknął Cień entuzjastycznie.
    — Ale to do niczego! — wrzasnął tata Malca, wściekły nie na żarty. — Przecież one są teraz na naszym świecie, a nie wiadomo, czy będąc tutaj mogą coś dla nas zrobić.
    — Zamknij się łaskawie — powiedział Cień z najwyższym Szacunkiem. — Jasne, że tutaj nie możemy nic dla was zrobić. W tym waszym świecie nie możemy widzieć naprzód. A to jest niezbędne, jeśli mamy wam się na coś przydać.
    — Aha, to znaczy, że jak wam damy telebiowizory, to wrócicie do siebie? — zapytał tata.
    — Wiadomo. Tam jest nasz dom i spróbujcie tylko nas tam nie puścić!
    — Wcale nie mamy zamiaru — odpowiedział tata. — Jeszcze wam pomożemy tam wrócić.
    Damy wam telebiowizory, a wy wracajcie i bierzcie się do roboty.
    — Będziemy pracować uczciwie — zapewnił Cień — ale nie bez przerwy. Musimy mieć czas na oglądanie programów telebiowizyjnych. Zgoda?
    — Oczywiście — zgodził się tata.
    — No to dobrze, wracamy do siebie.
    Wymknąłem się z tłumu. Sprawa została załatwiona, a ja miałem tego wszystkiego po dziurki od nosa. Jeśli o mnie chodzi, mogło już więcej nie być żadnych drak.
    Koło stodoły zobaczyłem niezdarnie wlokącego się po ziemi Lalusia. Nie było to dla niego łatwe. Ale nie żałowałem go ani trochę. Sam był sobie winien.
    Przez chwilę miałem ochotę podejść do niego i wlać mu za to, że mnie wtedy wytarzał w błocie. Ale, pomyślałem sobie, ostatecznie tata go uziemił na te trzydzieści dni, to by było chyba kopanie leżącego.
    Przełożyła Zofia Uhrynowska

Ilja Warszawski
Kaczka w śmietanie

    Mówiąc szczerze, lubię smacznie zjeść. Nie widzę żadnego powodu, żeby to ukrywać przed kimkolwiek, ponieważ moim zdaniem między smakoszem a żarłokiem jest ogromna różnica. Po prostu uważam, że każda potrawa powinna być przyrządzona, tak jak powinna być przyrządzona. Weźmy na przykład zwyczajny kawałek mięsa. Można to mięso wrzucić do garnka i ugotować, można je zmielić na kotlety, a można też udusić je w winie z grzybkami i korzeniami i stworzyć w ten sposób prawdziwe arcydzieło sztuki kulinarnej.
    Niestety w naszych czasach ludzie powoli zapominają o tym, że jedzenie powinno być przyjemnością. Cóż, zatonęły w niepamięci przydrożne knajpki, w których na głodnego wędrowca czekała przy płonącym ognisku pieczona na rożnie kaczka. Nawiasem mówiąc, skoro już jesteśmy przy kaczkach — zapewniam państwa, że wcale nie gorzej niż nasi przodkowie przygotujecie kaczkę na zwyczajnej gazowej kuchence. Należy po prostu, zanim jeszcze wstawicie kaczkę do silnie nagrzanego piecyka, starannie posmarować ją śmietaną. Jeśli będziecie odpowiednio uważni i nie dopuścicie do tego, żeby kaczka nadmiernie się przesuszyła, wasz trud zostanie wynagrodzony wspaniałą rumianą skórką, która doprawdy rozpływa się w ustach.
    Panuje pogląd, że kaczka powinna być pieczona z jabłkami. Zawracanie głowy! Najlepszym dodatkiem do kaczki są borówki. Aha, przed pieczeniem nie zapomnijcie włożyć do środka, jeśli tak można powiedzieć, w samo wietrze ptaka, kilku ziarenek angielskiego ziela, odrobinkę koperku i listek bobkowy. To przyda potrawie nieporównywalny aromat.
    Była niedziela i właśnie wsunąłem kaczkę do piecyka, kiedy w przedpokoju rozległ się dzwonek. — To pewnie poczta — powiedziała żona — idź otwórz.
    Chciałbym tu wyjaśnić, że prowadzę nader obfitą korespondencję. Nie zamierzam udawać fałszywej skromności. Jako pisarz, specjalista od naukowej fantastyki, cieszę się wielką popularnością. Jak tylko ukaże się moja kolejna książka, jestem dosłownie zasypywany listami. Przeważnie są to kompletne bzdury, ale pomimo to starannie przechowuję te wszystkie kartki papieru, zapisane najczęściej niewprawnym pismem, z błędami ortograficznymi i gramatycznymi. Przechowuję je dlatego, że — cokolwiek o tym można powiedzieć, jest to przecież część mojej sławy. Kiedy przychodzą do nas goście, a szczególnie moi koledzy po piórze, lubię pokazywać im te papierowe teczki, w których trzymam listy moich czytelników.
    Niestety sprawa nie zawsze ogranicza się do listów. Często miewam również rozmowy telefoniczne. Wypracowałem już sobie cały system wykręcania się od propozycji, abym „poświęcił parę minut dla niezmiernie ważnej rozmowy”. Wszystko to są albo grafomani, albo młodzi zapaleńcy, którzy biorą na poważnie wszystko, co piszę. Najgorzej oczywiście jest wtedy, kiedy wielbiciele pojawiają się u mnie bez telefonicznej zapowiedzi. Wtedy chcąc nie chcąc muszę rozmawiać, tracić czas. Niekiedy nawet zostawiają mi rękopisy, których, przyznam szczerze, nigdy nie czytuję. Trzymam je przez pewien czas u siebie, a potem odpisuję, że niby pomysł jest nawet dość interesujący, ale trzeba staranniej popracować nad rozwojem akcji i zwrócić większą uwagę na język i styl. Muszę przecież chociaż trochę dbać o swoją popularność.
    A więc poszedłem otworzyć drzwi.
    To nie był listonosz. Przestępujący z nogi na nogę człowiek zupełnie nie był podobny do moich normalnych interesantów. Na oko można mu było dać lat czterdzieści pięć. Pod głęboko zapadniętymi oczami wzdymały się worki jak u beznadziejnych alkoholików. Długi, nieco skrzywiony nos i odstające uszy nie dodawały urody swojemu właścicielowi. Chociaż na dworze padał śnieg, nieznajomy nie miał ani palta, ani czapki. Na jego ogolonej głowie topniały śnieżynki, a ubrany był w tani, najwidoczniej dopiero co kupiony garnitur, przesadnie szeroki w ramionach. Rękawy marynarki były za to znacznie za krótkie — co najmniej na dziesięć centymetrów wystawały z nich mankiety czarnej satynowej koszuli. Na domiar wszystkiego człowiek ów zawinął sobie szyję kraciastym szalikiem, którego końce majtały mu się na piersiach.
    Znam się na ludziach. Nie czekając na ponurą spowiedź o straszliwych nieszczęściach, które zmusiły go do chodzenia po prośbie, z miejsca wręczyłem mu 40 kopiejek.
    Ale przybysz niecierpliwym gestem odmówił przyjęcia pieniędzy i bezceremonialnie przekroczył próg mojego mieszkania.
    — Myli się pan — ku mojemu zdziwieniu znał moje imię i nazwisko. — Przyszedłem do pana w sprawie ważnej i do tego niezmiernie pilnej. Proszę, niech mi pan poświęci kilka minut.
    Spojrzał na swoje nogi obute w olbrzymie buciory równie nowe jak jego garnitur, przez chwilę niezdecydowanie podreptał w miejscu, a potem nagle ruszył wprost na pokoje.
    Mocno zaskoczony poszedłem za nim. — A więc? — siedzieliśmy w moim gabinecie, ja przy biurku, a on w fotelu po przeciwnej stronie. — Czemu zawdzięczam pańską wizytę?
    Postarałem się zadać to pytanie tym samym lodowatym tonem, którym już niejednokrotnie skutecznie odstraszałem niepożądanych gości.
    — Chwileczkę — nieznajomy przesunął dłonią po mokrej głowie i wytarł rękę o marynarkę. — Zaraz wszystko panu wyjaśnię, z tym, że poproszę, aby ta rozmowa została między nami.
    To mi wystarczyło. Nie miałem najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie opowieści o zmarnowanym życiu. Zaraz usłyszę: „Widzi pan, chodzi o to, że właśnie wróciłem…” — Widzi pan — powiedział mój gość — chodzi o to… — zająknął się i skrzywił, jakby akurat przełknął coś bardzo niesmacznego —… chodzi o to, że jestem przybyszem z innej planety.
    Chwyt był tak prymitywny, że aż się roześmiałem. Sam byłem autorem co najmniej ze dwudziestu podobnych fabułek, i wyrobiłem sobie znakomity immunitet na tego rodzaju fantastyczne brednie. A jednocześnie moje doświadczenie w takich sprawach pozwalało mi szybko i powiedziałbym nawet elegancko zdemaskować każdego oszusta. No cóż, mogło to być nawet interesujące.
    — Z innej planety? — w moim głosie nie było nawet śladu zdziwienia. — Aż jakiej? Przybysz wzruszył ramionami.
    — Jak by to panu określić? Przecież jej nazwa nic panu nie powie, na Ziemi nikt jej nie zna. — Zresztą nieważne! — zdjąłem z półki encyklopedię i odszukałem mapę nieba. — Niech mi pan chociaż pokaże, gdzie znajduje się ta planeta.
    Gość krótkowzrocznie zmrużył oczy, pojeździł palcem po mapie i wreszcie tknął palcem w jedną z mgławic. — O, tu. Z Ziemi powinno się ją obserwować w tym właśnie gwiazdozbiorze. Jednakże przez żaden teleskop nie zobaczycie mojej planety. Ani jej, ani gwiazdy, wokół której się obraca.
    — A dlaczego?
    — To nie należy do tematu — gość znowu się skrzywił. — Zbyt długo musiałbym objaśniać.
    — A w jakiej odległości od Ziemi znajduje się pańska planeta?
    — W jakiej odległości? — powtórzył stropiony. — W jakiej odległości? To… zależy jak liczyć…
    — A jak się tam u was liczy odległości międzygwiezdne? Może w kilometrach? — włożyłem w to pytanie tyle ironii, że tylko bałwan mógł jej nie odczuć.
    — W kilometrach? Doprawdy nie wiem… Nie, w kilometrach nie można.
    — Dlaczego?
    — To nic nie da. Przecież kilometry są…
    — Różne? — zapytałem złośliwie.
    — Właśnie, właśnie — radośnie uśmiechnął się mój gość — o to mi chodziło. Różne.
    — W takim razie może w parsekach albo w latach świetlnych?
    — Chyba można w latach świetlnych. To będzie mniej więcej… dwa tysiące lat.
    — Mniej więcej?
    — Tak, mniej więcej. Przyznam, że nigdy się tym specjalnie nie interesowałem. Teraz postanowiłem zadać mu kolejny cios.
    — A jak długo trwała pańska podróż na Ziemię?
    — Nie wiem — bezradnie obejrzał się dookoła — nie wiem doprawdy… Przecież, te wszystkie pojęcia o czasie i przestrzeni…
    Widać było, że się kompletnie zaplątał. Jeszcze dwa, trzy pytania i będzie miał dosyć. — Kiedy pan wylądował? — Dwadzieścia lat temu. — Co?!
    Tylko idiota mógł odpowiadać w podobny sposób. Ten dziwaczny typ nawet się nie starał, aby jego odpowiedzi zawierały chociaż najmniejszą dozę prawdopodobieństwa. Wariat? Ale w takim razie, żeby się go pozbyć, należało zmienić taktykę. Podobno wszyscy wariaci odznaczają się wyjątkowym uporem. Wariatom nie wolno zaprzeczać, inaczej sprawa może przybrać paskudny obrót.
    — A gdzie pan był przez ten cały czas? — zapytałem współczująco.
    — Tam — pokazał palcem w kierunku sufitu. — Na orbicie. Niezidentyfikowane obiekty latające. Chyba pan słyszał? — Słyszałem. To znaczy, że to pan był na tym, co jak mu tam, latającym talerzu?
    Przybysz twierdząco skinął głową. — Ale co pan tam robił przez dwadzieścia lat?
    — Co robiłem?! — niespodziewanie wpadł we wściekłość. — Idiotyczne pytanie! Co robiłem? Wszystko!
    Rozszyfrowywałem sygnały, które nadawaliście w eter, prowadziłem obserwacje, utrzymywałem łączność z Komitetem. Spróbowałby pan posiedzieć dwadzieścia lat na orbicie! Przez dwadzieścia lat łykać wyłącznie syntetyczne pigułki! To nie to co siedzieć przy biurku i pisać opowiadanka!
    Spojrzałem na zegarek. Był już najwyższy czas, żeby polać kaczkę tłuszczem. Jeżeli nie zrobić tego w porę, skórka może wyschnąć. Ale okropnie nie miałem ochoty zostawić tego faceta samego w gabinecie. O nieszczęsna dolo pisarza! Czego to człowiek nie musi znosić. — Rzeczywiście, musiało być panu bardzo ciężko — powiedziałem pokojowo — przez dwadzieścia lat nie schodzić z talerza, doprawdy nie każdy by wytrzymał. Widzieć pod sobą Ziemię i nie móc się na nią dostać — doprawdy można oszaleć.
    — Bywałem na Ziemi — ponuro powiedział przybysz. — Bywałem, ale nie długo. Po cztery godziny. Najczęściej chodziłem do bibliotek, zapoznawałem się z literaturą. Do pana właśnie przyszedłem dlatego, że przeczytałem pańską powieść.
    Coraz gorzej! Skrzyżowanie wielbiciela z wariatem. — Więc — mówił dalej obłąkany — przyszedłem do pana dlatego, że pan pisuje o kontaktach z pozaziemskimi cywilizacjami. — I co z tego?
    — A to, że zachorowałem. Nie wytrzymuję psychicznie dalszego pobytu na orbicie. Rozumie pan? Za miesiąc będę miał seans łączności z Komitetem i wtedy zawiadomię ich o swoich decyzjach dotyczących Ziemi, a do tego momentu mam zamiar zamieszkać u pana, doprowadzić się do porządku, zebrać siły konieczne dla przeprowadzenia seansu. Inaczej nic z tego nie wyjdzie.
    — Z czego nic nie wyjdzie? — czułem, że jeszcze chwila, a wyjdę z siebie. Wariat wariatem, ale ja również mam nerwy. — Pan wybaczy, ale niestety nie zrozumiałem, z czego właściwie nic nie wyjdzie?
    — Z seansu łączności. Nie starczy mi sił, a przez radio będzie za długo. Sam pan chyba rozumie — dwa tysiące lat świetlnych. — I co z tego?
    — A to, że na nie wiadomo jak długi czas zostaniecie bez pomocy.
    — A w jakiej dziedzinie wy zamierzacie udzielić nam pomocy? — zadawałem pytania zupełnie automatycznie — nie wychodziła mi z głowy kaczka, którą należało już wyjąć z piecyka. — Jaka pomoc według pana jest nam potrzebna?
    Odpowiedział mi lekceważącym uśmieszkiem. — We wszystkich dziedzinach. Czy waszą wiedzę można porównać z naszą? Możecie otrzymać wszystko — długowieczność, kierowanie siłą ciężkości; rozwiązanie zagadki syntezy biologicznej, przezwyciężenie praw rządzących czasem i przestrzenią. Czy to doprawdy mało za to, że miesiąc będę spał na pańskiej kanapie? Potrzebni nam są tacy ludzie jak pan, ciekawi świata, obdarzeni fantazją. Może mi pan zresztą wierzyć, że ten miesiąc również nie pójdzie na marne. Na swoją odpowiedzialność, jeszcze przed otrzymaniem sankcji Komitetu, zacznę pana wprowadzać w różne dziedziny wiedzy, stanie się pan prekursorem nowej epoki, bo przecież te wasze metody nauczania…
    — Starczy! — wstałem i zbliżyłem się do nieznajomego. — Pan trafił pod niewłaściwy adres. Takimi sprawami zajmuje się u nas Akademia Nauk, niech pan się zwróci do nich i zrozumie nareszcie, że nie mogę tracić na pana więcej czasu.
    — Akademia Nauk? — gość również wstał. — Przecież ja nie mogę się tam zwrócić bez zgody Komitetu. Może za miesiąc, kiedy…
    — Niech pan robi, co chce, ja w niczym panu pomóc nie mogę. — I mieszkać u siebie też mi pan nie pozwoli?
    — Nie pozwolę. Mój dom to nie hotel. Jak pan chce odpocząć, niech pan wynajmie sobie pokój i odpoczywa, ile dusza zapragnie, a mnie proszę zostawić w spokoju!
    Przybysz skrzywił usta i dziwacznie podrzucił ramieniem. Wyglądało na to, że za chwilę uraczy mnie pięknie symulowanym atakiem jakiejś nieznanej choroby.
    Jestem pryncypialnym przeciwnikiem dobroczynności przewyższającej sumę jednego rubla, ale tym razem byłem gotów na wszystko, aby tylko pozbyć się z domu tego psychopaty.
    — Proszę — powiedziałem — wyjmując pieniądze z biurka, niech pan sobie kupi czapkę i zje obiad.
    Typ w milczeniu wsunął do kieszeni dziesięciorublowy papierek i ruszył do wyjścia osiągnąwszy najwidoczniej swój cel.
    Zamknąłem za nim drzwi z niewyraźnym uczuciem niezadowolenia z siebie, jakie zna każdy, kogo kiedykolwiek nabito w butelkę.
    Zresztą mój nastrój szybko się poprawił, kiedy tylko wszedłem do kuchni.
    Okazało się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Pokryta wspaniałą chrupką skórką kaczka znakomicie prezentowała się na stole obok spotniałej kryształowej karafki. — Kto to był? — zapytała żona podając borówki. — Jakiś wariat, i do tego oszust.
    Napełniłem kieliszek i spojrzałem w okno. Śnieg sypał wielkimi płatkami. Mój gość ciągle jeszcze kręcił się po podwórzu. Kulił się z zimna i jakoś tak po ptasiemu kręcił głową. Potem wzniósł ręce do góry i powoli wzbił się w powietrze. Przez kilka sekund wisiał nieruchomo, następnie nabierając szybko wysokości skrył się w obłokach zostawiając za sobą jadowicie zielony błyskawicznie znikający ślad.
    — Niesłychana bezczelność! — powiedziała żona. — Nie dadzą człowiekowi twórczej pracy odpocząć nawet w niedzielę.
    Przełożyła Irena Lewandowska

Stanisław Lem
Opowiadanie Pirxa

    — Książki fantastyczne? Lubię, owszem, ale tylko złe. To jest, nie tyle złe, ile nieprawdziwe. Na pokładzie zawsze mam coś takiego pod ręką, żeby poczytać w wolnej chwili, choćby i parę stron ze środka, a potem odłożyć. Z dobrymi zupełnie inna historia — czytam je wyłącznie na Ziemi. Dlaczego? Prawdę mówiąc, nie bardzo wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. Dobre książki są zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywały rzeczy, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Są prawdziwe w innym sensie — jeśli mówią, powiedzmy, o kosmonautyce, to tak, że poznaje się coś z tej ciszy, która jest zupełnie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego… Cokolwiek przedstawiają, mówią zawsze to samo, że człowiek, tam, nigdy nie będzie u siebie. Na Ziemi wszystko jest takie przypadkowe, byle jakie, drzewo, ściana, ogród, jedno można wymienić na drugie, za horyzontem jest inny horyzont, za górą — dolina, a tam jest całkiem inaczej. Na Ziemi nigdy nie przychodziło ludziom do głowy, jakie to okropne, że gwiazdy nie poruszają się; choćbyś leciał pełnym ciągiem przez rok, nie zauważysz zmiany. Latamy, jeździmy po Ziemi i wydaje się nam, że wiemy, co to — przestrzeń. Tego się nie da wyrazić. Pamiętam, raz, kiedy wracałem z patrolu, gdzieś pod Arbitrem słuchałem dalekich rozmów, ktoś kłócił się z kimś o pierwszeństwo lądowania i przypadkiem zobaczyłem inną wracającą rakietę. Gość myślał, że jest sam. Ciskał swoją beczułką, jakby dostała ataku epileptycznego. Każdy z was wie, jak to jest — po paru dniach nachodzi człowieka taka szalona chętka, żeby coś zrobić, wszystko jedno co, dać pełny ciąg, pognać gdzieś, pokręcić na wielkim przyspieszeniu, żeby język wyszedł… Dawniej myślałem, że to jakieś nieprzyzwoite — człowiek nie powinien sobie tak folgować. Ale to jest w gruncie rzeczy tylko rozpacz, tylko chęć pokazania tego języka — kosmosowi. Bo on nie jest wymienny jak drzewo i chyba przez to właśnie tak ciężko dać sobie z nim radę. Otóż dobre książki o tym właśnie mówią. A ponieważ umierający nie lubią czytać o agonii, to i my wszyscy przecież po trochu bojąc się gwiazd nie chcemy, między nimi, słyszeć o nich prawdy. Pewno — dobre jest wtedy to, co odwraca uwagę, ale dla mnie przynajmniej najlepsze są właśnie te inne gwiazdowe historie czytankowe, bo w nich wszystko, z całym kosmosem, staje się takie poczciwe… To poczciwość dla dorosłych, więc tam są katastrofy i morderstwa, i inne okropności, ale jednak poczciwe, niewinne, bo od początku do końca skłamane: próbują straszyć, a człowiek się tylko uśmiecha. To, co wam opowiem, jest taką historią. Zdarzyła mi się naprawdę. Mniejsza o to jednak. Było to w Roku Spokojnego Słońca. Jak zwykle w takim czasie odbywały się wielkie porządki dokołasłoneczne, zamiatanie i wymiatanie mas żelastwa, kręcących się na wysokościach orbity Merkurego; przez sześć lat budowania wielkiej stacji w jego perihelium porzucono w próżni kupę starych wraków, bo roboty prowadzono wówczas systemem Le Mansa i zamiast oddawać rakietowe trupy na złom, używano ich jako rusztowań. Le Mans był lepszym ekonomistą niż inżynierem; wprawdzie stacja z wraków była trzy razy tańsza od zwykłej montowanej w przestrzeni, ale sprawiała taką masę kłopotów, że po Merkurym nikt się już do takich „oszczędności” nie brał. Wówczas jednak Le Mans wpadł na nową ideę — sprowadzenia tej trupiarni na Ziemię, bo po co ma kręcić się do dnia Sądu Ostatecznego, kiedy można ją przetopić w martenach? Ale żeby to było w ogóle opłacalne, musiał jako holowników użyć rakiet, niewiele lepszych od tych trupów. Byłem wtedy pilotem patroli z wylatanymi godzinami, to znaczy: byłem nim już tylko na papierze i każdego pierwszego, gdy brałem pensję. A latać chciało mi się tak, że zgodziłem się nawet na piec żelazny, byle miał choć trochę ciągu; nic dziwnego, że zgłosiłem się w brazylijskim biurze Le Mansa, ledwo przeczytałem jego ogłoszenie. Nie chciałbym twierdzić, że załogi, formowane przez Le Mansa, a właściwie przez jego agentów, były jakimś rodzajem Legii Cudzoziemskiej czy zbieraniną oprychów, bo tacy w ogóle nie latają. Ale ludzie rzadko kiedy idą teraz w kosmos szukając przygód; nie ma ich tam, przynajmniej na ogół ich nie ma, i decydują się na to nieraz wskutek nieszczęścia, albo tak jakoś, z przypadku; jest to najgorszy materiał, bo służba wymaga większej odporności niż morska i dla tych, którym jest wszystko jedno, na pokładzie nie ma miejsca. Nie bawię się w psychologię, chcę tylko wyjaśnić, czemu już po pierwszym rejsie straciłem połowę załogi. Musiałem zwolnić techników, bo rozpił mi ich telegrafista, mały Metys, który wymyślał najgenialniejsze sposoby przemycania alkoholu na pokład. Ten facet bawił się ze mną w chowanego. Wpuszczał plastykowe kiszki do kanistrów… A zresztą — mniejsza o to. Przypuszczam, że włożyłby whisky do reaktora, gdyby to tylko okazało się możliwe. Wyobrażam sobie, jakby takie historie oburzyły pionierów astronautyki. Nie pojmuję, czemu wierzyli w to, że samo wejście na orbitę zmienia człowieka w anioła. Może kołatało im w głowie, o czym sami nie wiedzieli, to niebieskie, rajskie niebo, które tak prędko kończy się podczas startu? Zresztą moje pretensje są głupie. Ten Meksykanin urodził się właściwie w Boliwii, dorabiał na boku, sprzedając marihuanę, a robił mi na złość, bo go to bawiło. Miałem gorszych od niego. Le Mans był wielkim człowiekiem, nie wchodził w szczegóły, ustalał tylko swoim agentom limity finansowe i nie dość, że załogi nie potrafiłem sobie skompletować, ale musiałem trząść się nad każdym kilowatem ciągu; żadnych gwałtownych manewrów, uranografy kontrolowali po każdym rejsie jak księgi finansowe, czy broń Boże gdzieś nie uciekło dziesięć dolarów, zamienionych w neutrony. Tego, co robiłem wtedy, nie uczono mnie nigdzie — być może, podobne rzeczy działy się sto lat temu na starych trampach, kursujących między Glasgow i Indiami. Zresztą nie skarżyłem się, a teraz wspominam to, wstyd powiedzieć, z rozrzewnieniem. Taka Perła Nocy — co za nazwa! Statek rozpadał się po trochu, żegluga polegała na szukaniu wszelkich możliwych przecieków i zwarć. Każdy start i lądowanie zachodziły wbrew prawom — nie tylko fizyki; zdaje się, że ten agent Le Mansa miał znajomości w porcie merkuryjskim, bo inaczej każdy inspektor kontroli natychmiast opieczętowałby wszystko, od sterów po stos. Więc wychodziliśmy sobie na łowiska w perfihelium, szukaliśmy radarem wraków, a potem ściągało się je ii formowało „pociąg” — miałem tam wszystko naraz: awantury z technikami, wyrzucanie w próżnię wódki (jeszcze do dzisiaj krąży tam pełno London Dry Ginu) i piekielną matematykę, bo nawigacja polegała na wynajdywaniu przybliżonych rozwiązań problemu wielu ciał. Jednakże najwięcej, jak zawsze, było pustki. W przestrzeni i w czasie. Zamykałem się w kajucie i czytałem. Autora nie pamiętam, był to jakiś Amerykanin, w tytule było coś o piasku gwiazd, jakoś tam. Nie wiem, jaki był początek, bo zacząłem mniej więcej w połowie; bohater znajdował się w komorze reaktora i rozmawiał z pilotem przez telefon, kiedy rozległ się okrzyk: „Meteory z rufy!” Do tego momentu nie było ciążenia, aż nagle zobaczył, że ogromna skarpa reaktora, świecąca żółtymi oczami zegarów, najeżdża na niego z rosnącą chyżością; to silniki dały ciąg i statek skoczył, podczas kiedy on, wisząc w powietrzu, miał jeszcze poprzednią szybkość. Na szczęście odbił się jakoś nogami, ale akceleracja wyrwała mu z ręki słuchawkę; przez moment wisiał na sznurze telefonu; gdy upadł, rozpłaszczony, ta słuchawka wahała się nad nim, a on robił nieludzkie wysiłki, żeby ją chwycić, ale rozumie się, ważył tonę i nie mógł palcem ruszyć, dopiero jakoś zębami ją złapał i wydał komendę, która ich uratowała. Tę scenę dobrze zapamiętałem, a jeszcze więcej podobał mi się opis przejścia przez rój. Obłok kurzawy powlókł, uważacie, trzecią część nieba, tylko najsilniejsze gwiazdy przebłyskiwały przez pyłową chmurę, ale to nic, bo w pewnej sekundzie bohater zobaczył w ekranach, że z tego tajfunu żółtego idzie blado świecąca smuga o czarnym jądrze — nie wiem, co to miało być, ale popłakałem się ze śmiechu. Jak on to sobie wszystko ślicznie wyobraził! Te chmury, tajfun, ta słuchawka — po prostu widziałem, jak facet dynda na sznurze telefonicznym, no bo to, że w kajucie czekała bardzo piękna kobieta, to się rozumiało samo przez się. Była ona tajnym agentem jakiejś tyranii kosmicznej — czy może walczyła z tą tyranią, już nie pamiętam. W każdym razie była piękna, jak należy. Czemu tak się rozwodzę nad tym? Bo ta lektura była moim zbawieniem. Meteory? Przecież ja wraków po dwadzieścia, trzydzieści tysięcy ton szukałem tygodniami i połowy nawet nie zobaczyłem w radarze. Łatwiej można zobaczyć lecącą kulę rewolwerową. Musiałem raz wziąć za kołnierz mego Metysa, kiedy nie mieliśmy ciągu; to pewno trudniejsze niż ze słuchawką, bośmy sobie obaj fruwali, ale nie tak efektowne. Wygląda na to, że ględzę. Wiem. Historia jednak tak się właśnie rozwijała. Dwumiesięczne polowanie skończyło się, miałem na holu sto dwadzieścia czy sto czterdzieści tysięcy ton martwego metalu i szedłem w płaszczyźnie ekliptyki na Ziemię.
    Wbrew przepisom? Ależ tak. Nie miałem paliwa na manewry. Mówiłem przecież. Musiałem wlec się bez ciągu przeszło dwa miesiące. Wtedy przyszła katastrofa. Nie, nie meteory, to nie była przecież powieść. Mums. Najpierw technik stosu, potem obaj piloci naraz, potem reszta; spuchły im gęby, oczy jak szparki, wysoka gorączka, o wachtach nie było nawet mowy. Jakiegoś wściekłego wirusa przyniósł na pokład Ngey, Murzyn, który był na Perle Nocy kucharzem, stewardem, ochmistrzem i czymś tam jeszcze. On też chorował, a jakże! Czy dzieci nie przechodzą świnki w Ameryce Południowej? Nie wiem. Dosyć, że miałem statek bez załogi. Zostali mi telegrafista z drugim inżynierem; telegrafista od rana, od śniadania, był już pijany. A właściwie nie pijany — czy miał taką mocną głowę, czy sączył po trochu, dosyć, że ruszał się całkiem nieźle i to zwłaszcza, kiedy nie było grawitacji (a nie było prawie cały czas, nie licząc drobnych poprawek kursowych), ale miał alkohol w oczach, w mózgu, każde zlecenie, każdy rozkaz trzeba było dokładnie kontrolować — marzyłem o tym, jak go stłukę, kiedy wylądujemy, tam nie mogłem sobie na to pozwolić, zresztą — jak bić pijanego? Bez alkoholu był to typowy szczur, szary, zgaszony, nie domyty i miał miły zwyczaj przeklinania najokropniejszymi słowami upatrzonych osób — przy stole w messie — Morsem. Tak nadawał sobie Morsem, postukując palcem w stół i parę razy omal nie doszło przez to do bitek, bo przecież wszyscy rozumieli, a on, przyparty do muru, twierdził, że to jest taki tik. Z nerwów. Że to się samo robi. Kazałem mu trzymać łokcie przyciśnięte do ciała, nadawał wtedy nogą albo widelcem — w pewnym sensie był artystą. Jedynym człowiekiem zupełnie zdrowym, normalnym, był inżynier. Tak, ale okazało się, wiecie, że on był inżynierem drogowym. Naprawdę. Podpisał kontrakt, bo zgodził się na pół stawki i ajentowi to zupełnie wystarczało, a mnie nie przyszło do głowy egzaminować go, kiedy przyszedł na pokład. Ajent spytał go tylko, czy zna się na konstrukcjach, na maszynach; powiedział, że tak, znał się przecież. Na drogowych. Kazałem mu pełnić wachty. Nie odróżniał planet od gwiazd. Teraz już wiecie mniej więcej, w jaki sposób Le Mans robił wielkie interesy. Co prawda i ja mogłem się okazać nawigatorem łodzi podwodnych, i gdybym mógł, może nawet bym takiego udawał. Zamknąłbym się w kajucie, ale nie mogłem. Ajent nie był wariatem. Liczył, jeśli nie na moją lojalność, to na mój instynkt samozachowawczy. Chciałem wrócić, a ponieważ tych sto tysięcy ton nic w próżni nie ważyło i odczepienie ich nie zwiększyłoby naszej szybkości ani o milimetr na sekundę, nie byłem aż taki złośliwy, żeby to jednak zrobić. Bo i takie myśli chodziły mi po głowie, kiedy nosiłem rano od jednego do drugiego watę, olejek, bandaż, spirytus, aspirynę — całą moją przyjemnością była ta książka o miłości w próżni, wśród tajfunów meteorytowych. Przeczytałem niektóre ustępy po dziesięć razy. Były tam wszystkie możliwe rodzaje potwornych wydarzeń, mózgi elektryczne buntowały się, ajenci piratów mieli nadajniki wbudowane w czaszki, piękna kobieta pochodziła z innego systemu słonecznego, ale o mumsie nie znalazłem ani słowa. Tym lepiej dla mnie — rzecz jasna. Miałem go dosyć. Zdawało mi się nawet chwilami, że kosmonautyki też.
    W wolnych chwilach starałem się wyśledzić, gdzie telegrafista ukrywa swoje zapasy. Nie wiem, może go przeceniam, ale zdaje mi się, że naprawdę zdradzał niektóre miejsca rozmyślnie, kiedy się w nich wódka kończyła, po porostu po to, abym nie osłabł w mojej decyzji i mię machnął ręką na jego pijaństwo. Bo tego, gdzie miał swoje główne źródło, nie wiem do dziś. Może był już taki przesycony alkoholem, że podstawowy zapas nosił w sobie? Dosyć, że szukałem, łażąc po statku jak mucha po suficie, pływałem sobie po rufie, po śródokręciu, jak to czasem zdarza się w snach, czułem się sam jak palec — całe bractwo leżało zapuchnięte w kajutach, inżynier tkwił w sterowni, ucząc się z lingwafonu francuskiego, było cicho jak na statku zadżumionych, czasem tylko przewodami wentylacyjnymi dochodził płacz albo śpiew. Tego boliwijskiego Meksykanina. Pod wieczór rozbierało go, odczuwał ból istnienia. Z gwiazdami miałem mało do czynienia, jeśli nie liczyć tej książki. Niektóre kawałki umiałem na pamięć, na szczęście wywietrzały mi już z głowy. Czekałem, kiedy się ten mums skończy, bo takie życie Robinsona na dłuższą metę zbytnio dawało się we znaki. Inżyniera drogowego unikałem, chociaż po swojemu był to nawet dość porządny chłop i przysięgał mi, że gdyby nie okropne tarapaty finansowe, w które wciągnęła go żona ze szwagrem, nigdy by umowy nie podpisał.
    Był to jednak człowiek z gatunku tych, których nie znoszę — zwierzających się bez żadnych ograniczeń i hamulców. Nie wiem, czy tylko do mnie czuł takie nadzwyczajne zaufanie — chyba nie, bo pewne rzeczy po prostu nie przechodzą ludziom przez usta, a on mógł mówić wszystko, aż się skręcałem — na całe szczęście Perła Nocy była wielka: dwadzieścia osiem tysięcy ton spoczynkowej, było się gdzie schować.
    Domyślicie się pewno, że to był mój pierwszy i ostatni rejs dla Le Mansa. Od tego czasu nie dałem się już więcej aż tak nabrać, chociaż bywałem w rozmaitych tarapatach. Nie opowiadałbym o tym, dość w końcu wstydliwym, fragmencie mojej biografii, gdyby nie wiązał się z tą drugą, nie istniejącą stroną kosmonautyki. Pamiętacie może — uprzedzałem na wstępie, że to będzie prawie taka historia jak z tej książki.
    Ostrzeżenie meteorytowe dostaliśmy na wysokości orbity Wenus, ale telegrafista spał czy po prostu nie odebrał go, dosyć, że dopiero na drugi dzień rano usłyszałem tę nowinę w wiadomościach nadawanych przez kosmolocyjną stację Luny. Prawdę mówiąc, w pierwszej chwili wydało mi się to całkiem nieprawdopodobne. Drakonidy skończyły się już dawno, przestrzeń była czysta, roje chodzą w końcu regularnie, prawda, że Jowisz lubi robić perturbacyjne kawały, ale nie mógł być tym razem autorem żartu, bo radiant był zupełnie inny. Ostrzeżenie było zresztą tylko ósmego stopnia, pyłowe, gęstość chmury bardzo mała, procent odłamów większych znikomy, szerokość czoła co prawda znaczna — kiedy popatrzyłem na mapę, zorientowałem się, że siedzimy już w tym tak zwanym roju od dobrej godziny, może i dwóch. Ekrany były puste. Nie zaniepokoiłem się też specjalnie i jedyną rzeczą niezwykłą było dopiero drugie, południowe doniesienie: sondy zdalnie ustaliły bowiem, że chodzi o rój pozasystemowy!
    Był to drugi taki rój od czasu powstania kosmolocji. Meteory są szczątkami komet i chodzą sobie po wyciągniętych elipsach, uwiązane grawitacją do słońca, jak zabawki na nylonowych sznurach; rój pozasystemowy, to znaczy wchodzący w nasz układ z obszaru Wielkiej Galaktyki, jest sensacją, inna rzecz, że dla astrofizyków raczej niż dla pilotów. Jest, pewno, i dla nas różnica, choć niewielka na ogół: szybkości. Roje systemowe nie mogą mieć w okolicy Ziemi wielkich szybkości. Nie mogą posiadać szybkości większej niż paraboliczna lub eliptyczna. Natomiast wchodzący z zewnątrz systemu rój może mieć — i ma z reguły — hiperboliczną. Ale w praktyce wychodzi na jedno; podniecenie ogarnie więc meteorytologów i astrobalistyków, a nie nas.
    Wiadomość o tym, że tkwimy w roju, nie zrobiła na telegrafiście żadnego wrażenia; mówiłem o tym podczas obiadu — wyłączywszy, jak zwykle, silniki na mały ciąg; wyrabiały nam poprawkę kursową, a równocześnie ślad ciążenia ułatwiał życie. Nie trzeba było ssać zupy przez słomkę ani wciskać sobie przerobionej na pastę do zębów baraniny z tubki w usta. Zawsze byłem zwolennikiem normalnych, ludzkich posiłków.
    Inżynier natomiast bardzo się przeraził. To, że mówiłem o roju jak o letnim deszczyku, skłonny był uznać za dowód mego pomieszania. Łagodnie wyjaśniałem mu, że — po pierwsze — rój jest pyłowy i bardzo rozrzedzony, a szansa spotkania odłamków, które mogłyby uszkodzić statek, mniejsza niż szansa śmierci wskutek spadnięcia na głowę żyrandola w teatrze; po drugie: i tak nie można nic zrobić, bo Perła jest niezdolna do manewrów mijania, po trzecie: kurs mamy, czystym trafem, niemal zbieżny z trajektorią roju, więc niebezpieczeństwo zderzenia zmniejsza się jeszcze o dalszych paręset razy.
    Jakoś nie bardzo wydawał się przekonany, ale ja miałem już dość psychoterapii i wolałem skoncentrować się na telegrafiście, to jest — odciąć go choć na parę godzin od jego źródeł, bo w roju był, w końcu, bardziej potrzebny niż poza nim. Najbardziej obawiałem się jednej tylko rzeczy — wezwania SOS. Statków było w tej przestrzeni sporo, przekroczyliśmy już perymetr Wenery i w obszarze tym panował wcale znaczny ruch, nie tylko towarowy; siedziałem przy nadajniku, mając telegrafistę pod bokiem, do szóstej czasu pokładowego, więc przeszło cztery godziny, na biernym nasłuchu, szczęśliwie bez jakichkolwiek alarmów. Rój był tak rzadki, że trzeba się było dosłownie godzinami wpatrywać w ekrany radarowe, aby dostrzec jakieś mikroskopijne, najsłabsze mrowienia — ale znów nie przysiągłbym, czy te zielone widemka nie były po prostu złudzeniem wzroku przemęczonego nieruchomą fiksacją. Tymczasem nie tylko radiant, ale cały tor owego hiperbolicznego roju, który był już nawet ochrzczony Kanopijskim (od gwiazd radiantu), obliczono na Lunie i na Ziemi, i wiadomo było, że nie dojdzie do orbity Ziemi, ale mijając ją bokiem opuści system z dala od wielkich planet, które akurat były w innej stronie i, jak się pojawił, zniknie w otchłaniach galaktyki, aby nigdy już do nas nie wrócić.
    Inżynier drogowy, wciąż niespokojny, zaglądał do radiostacji, chociaż wyganiałem go stamtąd żądając, by pilnował sterów; rozumie się, było to czystą fikcją; najpierw — nie mieliśmy ciągu, a bez ciągu nie ma sterowania, dalej — on nie potrafił wykonać najbardziej elementarnego manewru, którego bym mu zresztą nigdy nie powierzył, ale chciałem go czymś zająć, a siebie uwolnić od nieustannych molestowań. Pragnął bowiem wiedzieć, czy przechodziłem już przez roje, ile razy, czy przeżyłem w związku z tym katastrofy, czy poważne, jakie są szansę ratunku w wypadku trafienia… Dałem mu zamiast odpowiedzi „Podstawy kosmolocji i kosmodromii” Kraffta, książkę wziął, ale nawet jej, zdaje się, nie otworzył, łaknął bowiem zwierzeń, a nie suchych informacji. Wszystko to działo się, przypominam, na statku pozbawionym ciążenia; w okolicznościach takich ruchy osób, nawet trzeźwych, są dosyć groteskowo zmienione trzeba zawsze pamiętać o jakimś pasie, przypięciu się, inaczej od naciśnięcia ołówka przy pisaniu można wyfrunąć pod sufit albo i nabić sobie guza. Telegrafista mój miał jednak inny system: nosił w kieszeniach masę rzeczy — jakichś ciężarków, skuwek, kluczy i kiedy znalazł się w opresji, zawisłszy nieruchomo między stropem, podłogą i ścianami, po prostu sięgał do spodni i ciskał pierwszym przedmiotem, który znalazł, aby łagodnie odpłynąć w stronę przeciwną. Metoda ta jest niezawodna i każdorazowo potwierdza prawdziwość Newtonowskiej zasady akcji i reakcji, nie całkiem jednak dogodna, zwłaszcza dla innych, bo to, czym się rzuca, odbija się rykoszetami od ścian i nieraz uruchomiona tak latanina twardych i boleśnie mogących ugodzić przedmiotów trwa dość długo. Mówię o tym, aby uzupełnić jeszcze jednym odcieniem koloryt owej podróży.
    W eterze panował tymczasem wzmożony tłok; wiele statków pasażerskich zmieniało, na wszelki wypadek i zgodnie z przepisami, trasy, Luna miała z nimi sporo roboty, automatyczne nadajniki, które nadają Morsem, obliczały w wielkich stacjonarnych kalkulatorach poprawki orbitalne i kursowe, pruły bez ustanku seriami sygnałów, zbyt przyspieszonych, aby można je odebrać na słuch. Poza tym i fonia była pełna głosów — pasażerowie za ciężkie pieniądze donosili strwożonym rodzinom, że mają się doskonale i nic im nie grozi, Luna astrofizyczna przekazywała bieżące doniesienia o strefach zagęszczeń roju, o wynikach spektralnych analiz jego składu, słowem — program był urozmaicony i człowiek nie nudził się zbytnio przy głośniku.
    Moi kosmonauci ze świnką, którzy wiedzieli już, rozumie się, o chmurze hiperbolicznej, telefonowali często-gęsto do radiostacji, aż wyłączyłem ich aparaty, oświadczywszy, że niebezpieczeństwo, a w szczególności przebicie statku i utratę hermetyczności, rozpoznają łatwo po braku powietrza.
    Około jedenastej poszedłem zjeść coś do mesy; telegrafista, który na to tylko, zdaje się, czekał, znikł, jakby się rozpłynął, a ja byłem zbyt zmęczony, aby nie to, że szukać go, ale choć o nim myśleć. Inżynier skończył wachtę, był spokojniejszy i znów martwił się już głównie szwagrem, a odchodząc do siebie (ziewał jak wieloryb) powiedział mi, że lewy ekran radaru musi być chyba popsuty, bo w jednym miejscu iskrzy się w nim coś zielono. Z tymi słowami odszedł, ja zaś kończyłem zimną wołowinę z puszki — i nagle, z widelcem wbitym w nieapetycznie zastygły tłuszcz, skamieniałem.
    Inżynier znał się na obrazach radarowych jak ja na asfalcie. Ten „zepsuty” ekran…
    W następnej chwili gnałem do sterowni. Tak to się mówi, w rzeczywistości poruszałem się tylko tak szybko, jak to jest możliwe, kiedy całe przyspieszenie dają człowiekowi chwyty rąk i odbijania się nogami od występów ścian lub stropu; sterownia, gdy się do niej wreszcie dostałem, była jakby wychłódła, światła pulpitów wygaszone, kontrolki stosu ledwo się żarzyły jak robaczki świętojańskie ze snu i tylko ekrany radarów pulsowały nieustannymi obrotami promieni wodzących; już od drzwi patrzałem na lewy.
    W dolnym prawym kwadracie jaśniał nieruchomy punkt, a właściwie — gdy podszedłem całkiem blisko — plamka wielkości monety, spłaszczona soczewkowato, doskonale regularna, fosforyzująca zielono, jak malutka, pozornie tylko nieruchoma rybka pustego oceanu; gdyby ją zobaczył normalny wachtowy, ale nie teraz, nie teraz, pół godziny przedtem, włączyłby automatyczny nadajnik pozycyjny, zawiadomiłby dowódcę, zażądałby od tamtego statku danych o kursie i przeznaczeniu, ale ja nie miałem wachtowych, było o pół godziny za późno, byłem sam, więc robiłem, dalibóg, wszystko mariaż — wezwanie do identyfikacji, pozycyjne, nadajnik, wzbudzanie stosu, aby mógł dać w każdej chwili ciąg (był zimny jak bardzo, ale to bardzo stary nieboszczyk) — bo minuty mijały, zdążyłem nawet uruchomić podręczny kalkulator półsamoczynny i okazało się, że tamten statek ma kurs prawie zbieżny z naszym, różnica wynosiła ułamek minuty, prawdopodobieństwo zderzenia, i tak w próżni niewyobrażalnie nikłe, równało się prawie zeru.
    Tyle że statek milczał. Przesiadłem się na drugi fotel i zacząłem łyskać w niego Morsem z pokładowego lasera. Był za nami, w odległości około dziewięciuset kilometrów, więc niesłychanie blisko, i widziałem się już, prawdę mówiąc, przed Trybunałem Kosmicznym (oczywiście, nie za „spowodowanie katastrofy” — po prostu za „naruszenie ósmego paragrafu Kodeksu Kosmolocji przez NZ — Niebezpieczne Zbliżenie”). Myślę sobie, że nawet ślepi zobaczyliby moje świetlne sygnały. Statek ten w ogóle tylko dlatego tak uporczywie siedział mi w radarze i nie chciał się odczepić od Perły, a przeciwnie — z wolna się nawet do niej zbliżał, ponieważ właśnie miał zbliżony kurs. Były to prawie że równoległe tory; przesuwał się w kwadracie już brzegowo, bo był szybszy. Na oko oceniłem jego szybkość na hiperboliczną; rzeczywiście, dwa namiary w odstępie dziesięciosekundowym wykazały, że robił dziewięćdziesiąt kilometrów na sekundę. Myśmy robili ledwo czterdzieści pięć!
    Nie odpowiadał i zbliżał się; wyglądał już okazale, nawet zanadto okazale. Płonąca zielenią soczewka, widziana z boku, ostre wrzecionko… Spojrzałem na radarowy odległościomierz, bo coś zanadto mi urósł — czterysta kilometrów. Zamrugałem. Z takiej odległości każdy statek wygląda jak przecinek. — Ech, z tą Perłą Nocy! — pomyślałem. — Wszystko tu jest nie tak. — Przerzuciłem obraz na mały radar podręczny z kierunkową anteną. Był taki sam. Zgłupiałem. Może to — przemknęło mi nagle — też taki „pociąg Le Mansa” jak ten, którego ja jestem maszynistą? Tak ze czterdzieści wraków, jeden za drugim, stąd te rozmiary… Ale dlaczego taki wrzecionowaty?
    Radaroskopy pracowały, odległościomierz samoczynny stukał i stukał: trzysta kilometrów. Dwieście sześćdziesiąt. Dwieście…
    Zacząłem na Herrelsbergerze jeszcze raz obliczać kursy, bo mi to pachniało zbyt bliskim przejściem. Wiadomo, że od czasu kiedy na morzu zaczęto stosować radar, wszyscy poczuli się bezpieczni, a okręty toną dalej. Wyszło md powtórnie, że tamten przejdzie mi przed dziobem w odległości jakichś trzydziestu — czterdziestu kilometrów. Sprawdziłem oba nadajniki — automat wzywający radiem i laserowy. Działały, ale obcy milczał.
    Do tej chwili miałem wciąż jeszcze nieczyste sumienie: leciałem przecież jakiś czas na ślepo, kiedy inżynier opowiadał mi o swoim szwagrze i życzył dobrej nocy, a ja zajmowałem się wołowiną, bo nie miałem ludzi i robiłem wszystko sam — teraz jednak jakby łuski spadły mi z oczu. Napełniony świętym oburzeniem, prawdziwego winowajcę widziałem już w owym głuchym, milczącym statku, który walił hiperboliczną przez sektor i nie raczył nawet odpowiedzieć na bezpośrednie wezwanie przynaglające!
    Włączyłem fonię i zacząłem go wzywać. Żądałem różnych rzeczy — żeby zapalił sygnały pozycyjne i wyrzucił filary, żeby się zidentyfikował, żeby podał nazwę, miejsce przeznaczenia, armatora, wszystko, rozumie się umownymi skrótami; a on leciał sobie spokojnie, cichy, o włos nie zmieniając ani szybkości, ani kursu, i miałem go już na osiemdziesięciu kilometrach.
    Dotąd był trochę z bakburty, ale coraz wyraźniej mnie wyprzedzał, wszak robił w sekundzie dwa razy więcej niż ja; i wiedziałem, że wskutek nieuwzględnienia przez kalkulator całej poprawki kątowej odległość mijania będzie mniejsza od obliczonej o parę kilometrów. Poniżej trzydziestu na pewno, a kto wie, czy nie ze dwadzieścia. Powinienem był hamować, bo do takich zbliżeń dopuszczać nie wolno, ale nie mogłem. Miałem za sobą tylko sto z czymś tysięcy ton cmentarzyska rakiet; musiałbym pierwej odczepić wszystkie gruchoty. Sam nie dałbym rady, załogę miałem zajętą mumsem, o hamowaniu nie było zatem mowy. Przydać się tu mogły raczej wiadomości z filozofii aniżeli z kosmodromii: stoicyzm, fatalizm, ewentualnie nawet, w razie gdyby błąd kalkulatora był nieprawdopodobnie wielki, coś z eschatologii.
    Przy dwudziestu dwóch kilometrach odległości tamten statek wyraźnie już zaczął wyprzedzać Perłę. Wiedziałem, że odległość będzie odtąd rosła, więc wszystko było tylko niby w porządku; cały czas patrzałem do tej chwili tylko na odległościomierz, bo był najważniejszy i dopiero teraz ponownie spojrzałem na radoroskop.
    To nie był statek, ale wyspa latająca, nie wiem zresztą — co. Był wielki z dwudziestu kilometrów jak moje dwa palce — idealnie regularne wrzeciono zmieniło się w dysk, nie — w obrączkę!
    Rzecz jasna, od dawna już myślicie sobie, że to był statek „innych”. No, bo skoro miał dziesięć mil długości… Tak to się mówi, ale któż wierzy w statki „innych”? Pierwszym moim impulsem było gonić go. Doprawdy! Chwyciłem dźwignię głównego ciągu — ale jej nie ruszyłem. Miałem za rufą wraki na holu; to było na nic. Skoczyłem z fotela i wąskim szybem dostałem się do nadbudowanej nad sterownią, małej, wpasowanej w pancerz zewnętrzny kajuty astronomicznej. Było tam, nawet pod ręką, wszystko, czego potrzebowałem: luneta i f lary. Wystrzeliłem trzy, jedną za drugą, jak szybko mogłem, w przybliżonym kierunku tego statku i kiedy pierwsza rozbłysła, zacząłem go szukać. Był wielki jak wyspa, ale nie od razu go znalazłem. Blask flary, która wskoczyła w pole widzenia, oślepił mnie do tego na parę sekund, musiałem cierpliwie czekać, aż przejrzę. Druga f lara zapaliła się daleko z boku, nic z niej nie miałem, trzecia wyżej. W jej nieruchomym świetle, bardzo białym, zobaczyłem go.
    Nie widziałem go dłużej niż pięć, może sześć sekund, bo f lara nagle, jak to z nimi czasem bywa, wy buchnęła mocniej i zgasła. Ale w owych paru sekundach zobaczyłem przez mocne, osiemdziesięciokrotne szkła, z wysoka, dosyć słabo, widmowo, lecz wyraźnie ‘oświetlony ciemny kształt metalu; patrzałem nań jakby z kilkusetmetrowej odległości. Ledwo mieścił się w polu widzenia; w samym środku wyraźnie tliło kilka gwiazd, jakby tam był przezroczysty — jakby to był ulany z ciemnej stali, lecący w przestrzeni, pusty w środku tunel; ale zdołałem dostrzec wyraźniej, w tym ostatnim rozbłysku flary, że to jest rodzaj spłaszczonego walca, którego modelem byłaby bardzo gruba opona — patrzeć mogłem na przestrzał przez puste centrum, chociaż nie leżało w osi spojrzenia; ten kolos był pochylony pod kątem do linii wzroku — jak szklanka, którą się lekko nachyli, aby wylać z niej powoli płyn.
    Rzecz jasna, wcale nie rozpamiętywałem owego widoku, a tylko wystrzeliłem następne flary; dwie nie wypaliły, trzecia była za krótka, czwarta i piąta ukazały mi go — po raz ostatni. Teraz bowiem, przeciąwszy linię kursową Perły, oddalał się coraz szybciej; był o sto, o dwieście, o trzysta kilometrów — wizualna obserwacja nie była możliwa.
    Wróciłem natychmiast do sterowni, aby porządnie ustalić elementy jego ruchu; zamierzałem, kiedy to zrobię, rozpocząć alarm na wszystkich pasmach, jakiego kosmolocja nie pamięta; wyobrażałem już sobie, jak nakreślonym przeze mnie torem pójdą sfory rakiet, żeby dopaść tego gościa z głębin.
    Byłem właściwie pewny, że stanowił część hiperbolicznego roju. Oko bywa w pewnych okolicznościach podobne do kamery fotograficznej i obraz, oświetlony mocno, choć na ułamek sekundy, można jeszcze dobrą chwilę po jego zniknięciu nie tylko rozpamiętywać, lecz analizować wcale szczegółowo, prawie tak, jakby aktualnie trwał nadal przed nami. A ja zobaczyłem w tym agonalnym rozbłysku flary powierzchnię olbrzyma; jego milowe pobocznice nie były gładkie, lecz zryte, nieomal jak grunt księżycowy, światło rozciekło się po chropowatościach, gruzłach, kraterowatych wgłębieniach — miliony lat musiał już tak lecieć, wchodził, ciemny i martwy, w mgławice pyłowe, wychodził z nich po wiekach, a meteorytowy kurz w dziesiątkach tysięcy zderzeń żarł go i nadgryzał próżniową erozją. Nie umiem powiedzieć, skąd brała się we mnie ta pewność, ale wiedziałem, że nie ma w nim nikogo żywego, że to jest już miliardoletni wrak i nie istnieje może nawet cywilizacja, która go wydała!
    A kiedy o tym wszystkim myślałem, równocześnie po raz czwarty, piąty, szósty, dla zupełnej już dokładności, na wszelki wypadek, obliczałem elementy jego ruchu i każdy rezultat uderzeniem klawisza posyłałem w głąb układu zapisującego, bo szkoda mi było nawet sekundy, bo był już tylko przecinkiem zielonkawej fosforyzacji na ekranach i jarzył się, jak spokojny świetlik, w brzeżnym sektorze prawego — o dwa tysiące, o trzy tysiące, o sześć tysięcy kilometrów.
    Kiedy skończyłem, znikł. Cóż mi to jednak szkodziło? Był martwy, niezdolny do manewru, więc nie mógł nigdzie uciec, ukryć się: leciał wprawdzie z hiperboliczną, ale mógł go z łatwością dogonić każdy statek o reaktorze dużej mocy, a mając tak precyzyjnie obliczone elementy ruchu…
    Otworzyłem kasetę aparatu zapisującego, żeby wyjąć papierową taśmę i pójść z nią do radiostacji — i wtedy, jakby we mnie grom uderzył, zastygłem, ogłupiały nagle, zdruzgotany…
    Metalowy bęben był pusty; taśma dawno się już, może przed godzinami, może przed dniami, skończyła, nikt nie założył nowej i posyłałem wszystkie rezultaty obliczeń — donikąd; przepadły co do jednego; nie było ani statku, ani jego śladu, nic…
    Rzuciłem się do ekranów, potem, doprawdy, chciałem odczepić ten mój przeklęty balast, porzucić owe dobra Le Mansa i puścić się — dokąd? Sam dobrze nie wiedziałem. Zapewne, kierunek… Mniej więcej na gwiazdozbiór Wodnika, ale cóż to był za cel! Może jednak? Gdybym podał przez radio sektor, w przybliżeniu, oraz szybkość…
    Należało to zrobić. Było to moim obowiązkiem, pierwszym ze wszystkich, jeśli w ogóle jakieś jeszcze miałem.
    Pojechałem windą na śródokręcie, do radiostacji, i ustalałem już kolejność działań: sygnał wzywający do Luny Głównej z żądaniem prawa pierwszeństwa dla następnych moich komunikatów, gdyż chodzi o informacje największej wagi; takich nie będzie odbierał automat, ale prawdopodobnie dyżurny koordynator Luny; złożę meldunek o dostrzeżeniu obcego statku, który przeciął mój kurs z szybkością hiperboliczną i stanowił prawdopodobnie część galaktycznego roju. Zażąda natychmiast podania elementów jego ruchu. Będę musiał powiedzieć, że obliczyłem je wprawdzie, ale ich nie mam, bo magazynek taśmowy aparatu był, wskutek zaniedbania, pusty. Wówczas zażąda, abym podał „fix” pilota, który zaobserwował, jako pierwszy, ów statek. Ale i takiego „fixu” nie ma, bo wachtę pełnił inżynier, z wykształcenia drogowiec, a nie kosmonauta; z kolei — jeśli to już nie wyda mu się podejrzane — zapyta, czemu nie poleciłem, w trakcie dokonywania pomiarów, przekazać na bieżąco danych memu radiowcowi; więc będę zmuszony wyjaśnić, że telegrafista nie pełnił służby, bo był pijany. Jeśli zechce jeszcze w ogóle i wtedy prowadzić ze mną rozmowę o takich sprawach przez tych trzysta sześćdziesiąt osiem milionów kilometrów, które nas dzielą, zapragnie dowiedzieć się, czemu nie pełnił służby któryś z pilotów jako zastępca telegrafisty; wtedy odpowiem, że cała załoga ma świnkę i leży w gorączce. Jeśliby do tej chwili żywił jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, upewni się, że człowiek, który w środku nocy alarmuje go wiadomościami o statku „innych”, jest albo nie przy zdrowych zmysłach, albo pijany. Spyta, czy utrwaliłem wizerunek statku w jakikolwiek sposób — fotografując go w świetle flar, zapisując dane radarowe na ferrotaśmie albo przynajmniej notując wszystkie kolejne wezwania, z jakimi zwracałem się do niego przez radio. Ale nie mam nic, nic, ponieważ zbytnio się spieszyłem, nie uważałem, aby jakieś fotografie były potrzebne, skoro niebawem ziemskie statki dościgną niezwykły cel i wszystkie urządzenia zapisujące były wyłączone. Zrobi wtedy to, co ja uczyniłbym na jego miejscu — każe mi się wyłączyć i zapyta wszystkie statki mojego sektora, czy któryś nie dostrzegł nic podejrzanego. Otóż żaden statek nie mógł zobaczyć galaktycznego gościa. Byłem tego pewny. Spotkałem go tylko dlatego, że leciałem w płaszczyźnie ekliptyki, choć jest to najsurowiej wzbronione, zawsze bowiem krąży w niej pył i resztki zmielonych przez czas meteorów czy kometowych ogonów. Przekroczyłem ten zakaz, bo inaczej nie wystarczyłoby mi paliwa dla manewrów, mających wzbogacić Le Mansa o sto czterdzieści tysięcy ton złomu rakietowego. Należało od razu uprzedzić koordynatora Luny, że spotkanie nastąpiło w strefie zakazanej, co pociągnęłoby za sobą nieprzyjemną rozmowę w Komisji Dyscyplinarnej przy Trybunale Kosmicznej Żeglugi. Zapewne, odkrycie tego statku warte było czegoś więcej niż upomnienia Komisji, a może i kary, ale tylko pod warunkiem, że się go rzeczywiście dosięgnie. Otóż to wyglądało mi na rzecz beznadziejną. Musiałem mianowicie zażądać, aby w obszar podwójnego zagrożenia, bo w strefę ekliptyki, i do tego jeszcze nawiedzoną przez hiperboliczny rój, rzucono całą flotyllę statków na poszukiwania. Koordynator Luny, gdyby nawet chciał, nie miał prawa tego uczynić; a gdybym się na głowie postawił i do rana wzywał COSNAY ziemski i Międzynarodową Komisję do Spraw Badania Przestrzeni, i diabli wiedzą, kogo jeszcze, rozpoczęłyby się obrady i posiedzenia, za czym, gdyby szły błyskawicznie, już po jakichś trzech tygodniach zapadłaby decyzja. Ale — jak to obliczyłem jeszcze w windzie, bo doprawdy tej nocy myślało mi się bardzo szybko — ów statek będzie się wówczas znajdował w odległości stu dziewięćdziesięciu milionów kilometrów od miejsca spotkania, więc poza Słońcem, które minie dostatecznie blisko, aby odchyliło jego trajektorię, i przestrzeń, w której przyjdzie go szukać, będzie liczyła ponad dziesięć miliardów kilometrów sześciennych. Być może — dwadzieścia.
    Tak to się przedstawiało, kiedy dotarłem do radiostacji. Siadłem tam i próbowałem jeszcze ocenić szacunkowo, jakie są szansę dostrzeżenia statku przez wielki radioteleskop Luny, najpotężniejszą jednostkę radioastronomiczną całego układu. Ale Ziemia z Księżycem znajdowała się akurat po przeciwnej stronie orbity w stosunku do mnie, więc i do tego statku. Radioteleskop był potężny, ale nie aż tak potężny, aby z odległości czterystu milionów kilometrów dostrzec kilkumetrowe ciało. I to był koniec całej tej historii. Podarłem kartki z obliczeniami, wstałem i cicho poszedłem do kajuty z uczuciem, że popełniłem zbrodnię. Mieliśmy gościa z kosmosu, odwiedziny, zdarzające się — bo ja wiem? — raz na miliony, nie — na setki milionów lat. I przez mumsa, Le Mansa, jego wraki, pijanego Metysa, inżyniera z jego szwagrem i moje niedbalstwo — przeszedł nam przez palce, aby rozpuścić się, jak duch, w nieskończonej przestrzeni. Od tej nocy żyłem w jakimś dziwnym napięciu przez dwanaście tygodni — w tym czasie bowiem martwy statek musiał wejść w obszar wielkich planet i tym samym zostać stracony dla nas już na zawsze. Nie opuszczałem, jeśli to było możliwe, radiostacji, żywiąc coraz słabszą nadzieję, że jednak ktoś go dostrzeże, ktoś przytomniejszy ode mnie albo po prostu bardziej szczęśliwy, ale nic takiego się nie stało. Rozumie się, nikomu o tyra nie mówiłem. Ludzkości nieczęsto trafiają się takie okazje. Poczuwam się do winy nie tylko wobec niej — ale i wobec owej drugiej; i nie czeka mnie nawet herostratesowa sława, bo teraz, po tylu latach, nikt mi już, na szczęście, nie uwierzy. Zresztą i ja sam miewam czasami wątpliwości: być może, nie zdarzyło mi się nic — prócz zimnej, ciężkostrawnej wołowiny.

Fritz Leiber
Człowiek, który zaprzyjaźnił się z elektrycznością

    Kiedy mister Scott pokazywał Domek na Wzgórzu nowemu klientowi, miał nadzieję, że ten nie zwróci uwagi na słup linii wysokiego napięcia, wznoszący się na wprost okna sypialni. Już dwukrotnie słup ten zniechęcił ewentualnych nabywców okazało się, że wiele starszych osób odczuwa nieuzasadniony lęk przed elektrycznością. O przeniesieniu słupa nie mogło być mowy, gdyż linia biegnąca wzdłuż łańcucha wzgórz dostarczała przeszło połowę całej energii zużywanej przez miejscowość Pacific Knolls — można było tylko próbować odwracać uwagę klientów od nieszczęsnego słupa.
    Jednak i tym razem modlitwy i krasomówcze popisy mister Scotta zdały się na nic — bystre oko mister Leveretta, gdyż tak nazywał się nowy klient, dostrzegło słup, gdy tylko obaj panowie wyszli na taras. Przybysz z Nowej Anglii uważnie obejrzał przysadzistą kolumnę z grubych bali, osiemnastocalowe szklane izolatory i czarną skrzynkę transformatora, przekazującego prąd do kilku sąsiednich domów. Spojrzenie jego prześliznęło się po grubych przewodach skaczących poczwórną linią z jednego szarozielonego wzgórza na drugie, a potem przechylił głowę nasłuchując: jego uszu dobiegł niski, ciągły szum, wywołany ucieczką elektronów.
    — Proszę tylko posłuchać! — powiedział i jego beznamiętny głos po raz pierwszy zdradził jakąś emocję. — Pięćdziesiąt tysięcy wolt! To ci energia!
    — Widocznie są dzisiaj szczególne warunki atmosferyczne. Zazwyczaj niczego się nie słyszy — odpowiedział mister Scott, mijając się nieco z prawdą. — Ach, tak? — zdziwił się Leverett i w jego głosie zabrzmiało jakby rozczarowanie.
    Mister Scott wolał nie podtrzymywać niebezpiecznego tematu. — Proszę zwrócić uwagę na ten trawnik — zaczął z zapałem. — Kiedy tereny golfowe Pacific Knolls zostały rozparcelowane, pierwszy właściciel Domu na Wzgórzu nabył…
    Mister Scott przez cały czas zwiedzania domu dawał popis swoich umiejętności w dziedzinie sprzedaży nieruchomości, co w południowej Kalifornii nie jest sztuką łatwą ani małą, lecz mister Leverett zdawał się słuchać jednym uchem. Mister Scott odnotował w pamięci kolejną transakcję, która nie doszła do skutku z powodu tego cholernego słupa.
    Jednak po zwiedzeniu całego domu starszy pan poprosił, aby raz jeszcze wyjść na taras. — Wciąż słychać ten szum — powiedział takim tonem, jakby mu to sprawiło przyjemność. — Muszę powiedzieć, że ten dźwięk działa kojąco na moje nerwy. Jak odgłos wiatru, szmer potoku lub morza. Nienawidzę huku maszyn — to jedna z przyczyn, dla których wyjechałem z Nowej Anglii — lecz ten dźwięk brzmi dla mnie jak głos przyrody, działa uspokajająco. Mówi pan, że rzadko kiedy można go usłyszeć?
    Mister Scott był człowiekiem elastycznym — jest to wielka zaleta sprzedawcy nieruchomości.
    — Proszę pana — wyznał po prostu — ilekroć wychodziłem na taras, zawsze słyszałem ten szum. Czasami jest głośniejszy, czasami cichszy, ale słychać go zawsze. Staram się to bagatelizować, ponieważ większość ludzi tego nie lubi. — Trudno mieć do pana pretensję. Większość ludzi to banda głupców, jeśli nie gorzej. Może mi pan jeszcze powie, czy w sąsiedztwie mieszkają jacyś komuniści?
    — Ależ skąd! — odpowiedział mister Scott bez cienia wahania. — W Pacific Knolls nie ma ani jednego komunisty. I proszę mi wierzyć, że w tej sprawie nigdy nie ukrywałbym przed panem prawdy.
    — Na Wschodnim Wybrzeżu jest pełno komunistów. Tutaj jest ich chyba rzeczywiście mniej.
    A więc możemy uważać, że dobiliśmy interesu. Wynajmuję Dom na Wzgórzu wraz z umeblowaniem za sumę, jaką pan ostatnio wymienił.
    — Zgoda! — Pan Scott uśmiechnął się promiennie. — Mister Leverett, jest pan człowiekiem, jakiego nasze miasto potrzebuje.
    Obaj panowie uścisnęli sobie dłonie. Pan Leverett kołysał się na piętach wsłuchując się w ciche brzęczenie przewodów z uśmiechem, w którym był już odcień dumy posiadacza. — Elektryczność to fascynujące zjawisko — powiedział. — Ogromnie dużo rzeczy można z nią zrobić — i ona z nami też. Na przykład gdyby ktoś chciał przenieść się w efektowny sposób na tamten świat, to wystarczy dobrze podlać trawnik, chwycić gołymi rękami kawał miedzianego drutu i drugi koniec zarzucić na linię. Fiut! Nie gorsze niż krzesło elektryczne, a znacznie lepiej zaspokaja wewnętrzne potrzeby człowieka.
    Mister Scott poczuł gwałtowny przypływ mdłości i nawet błysnęła mu myśl o zerwaniu świeżo zawartego kontraktu.
    Przypomniał sobie siwowłosą kobietę, która wynajęła domek tylko po to, żeby móc w samotności zażyć śmiertelną dawkę środków nasennych. Potem jednak uspokoił się myślą, że południowa Kalifornia słynie ze swoich brzoskwiń, śliwek i wariatów i że chociaż miał parę razy kontakty służbowe z pomniejszymi gwiazdkami filmowymi, to o wiele częściej zawierał transakcje z różnego rodzaju pomyleńcami. Nawet jeśli dodać manię samobójczą i bzika na punkcie elektryczności do chorobliwego antykomunizmu, to i tak Leverett nie był bardziej zwariowany niż większość mieszkańców południowej Kalifornii.
    Mister Leverett przerwał mu te rozmyślania: — Zastanawia się pan teraz, czy nie jestem samobójcą, prawda? Niepotrzebnie. Po prostu lubię sobie czasem pomyśleć. Także na głos, choćby to były dziwne myśli.
    Obawy mister Scotta stopniały ostatecznie i kiedy zapraszał Leyeretta do biura dla dopełnienia formalności, wróciła mu już zwykła pewność siebie.
    W trzy dni później wpadł zobaczyć, jak sobie radzi nowy lokator, i znalazł go na tarasie w starym bujanym fotelu, wsłuchanego w grający słup.
    — Proszę siadać — zaprosił go mister Leyerett, wskazując na jedno z nowoczesnych krzeseł. — Muszę panu powiedzieć, że Dom na Wzgórzu nie zawiódł moich nadziei. Słucham tej elektryczności i pozwalam błądzić moim myślom. Czasami zdaje mi się, że rozróżniam głosy w tym szumie. Są podobno ludzie, którzy słyszą głosy w szumie wiatru.
    — Czytałem gdzieś o tym — przyznał mister Scott, czując się trochę nieswojo. Zaraz jednak przypomniał sobie, że czek mister Leyeretta został w banku przyjęty bez przeszkód i ośmielił się wtrącić swoją uwagę:
    — Tak, ale odgłosy wiatru są bardzo zróżnicowane, a ten szum jest chyba zbyt jednostajny, aby coś w nim usłyszeć.
    — Bzdura — powiedział mister Leyerett z lekkim uśmiechem, tak że nie wiadomo było, czy mówi poważnie. — Pszczoły są bardzo inteligentnymi owadami i niektórzy entomologowie twierdzą, że mają nawet swój język, a przecież one tylko bzyczą.
    Bujał się przez chwilę w milczeniu, a mister Scott usiadł naprzeciw niego. — Tak, słyszę głosy w elektryczności — powtórzył. — Elektryczność opowiada mi, jak wędruje przez czterdzieści osiem stanów, a nawet przez czterdziesty dziewiąty za pośrednictwem linii kanadyjskich. Przypomina to wędrówkę pionierów na Zachód: linie wysokiego napięcia to szlaki, zaś elektrownie wodne są jak studnie przy drodze. Elektryczność dociera dzisiaj wszędzie — do naszych domów, do każdego pokoju w nich, do biur, budynków rządowych i na posterunki wojskowe. A czego się nie dowie tą drogą, to usłyszy od tej elektryczności, która przebiega w liniach telefonicznych i przez aparaty radiowe. Elektryczność z telefonów to jakby młodsza siostra tej z linii wysokiego napięcia, a dzieci jak wiadomo dużo słyszą. Tak, proszę pana, elektryczność wie o nas wszystko, zna wszystkie nasze sekrety. Tylko, że ona nie dzieli się swoją wiedzą z ludźmi, gdyż większość ludzi uważa ją za ślepą mechaniczną siłę. Ale tak nie jest — elektryczność jest żywa, ciepła, wrażliwa i w gruncie rzeczy przyjaźnie nastrojona, jak wszystko, co żyje.
    Mister Scott, który sam się rozmarzył słuchając tych słów, pomyślał, że byłby to świetny tekst reklamujący Dom na Wzgórzu — poetycki i nieco fantastyczny.
    — Elektryczność potrafi być też czasem złośliwa — mówił dalej mister Leverett. — Trzeba ją oswoić. Poznać jej zwyczaje, przemawiać do niej łagodnie, nie okazywać lęku — słowem, zaprzyjaźnić się z nią. No dobrze, mister Scott — powiedział innym tonem, wstając. — Wiem, że przyszedł pan zobaczyć, jak się obchodzę z Domem na Wzgórzu. Dzisiaj ja będę pana oprowadzał.
    I mimo protestów mister Scotta, który twierdził, że wcale nie po to przyszedł, poprowadził go do domu.
    W pewnym momencie zatrzymał się i wyjaśnił: — Usunąłem elektryczną kołdrę i maszynkę do tostów. Uważam za niewłaściwe używanie elektryczności do tak przyziemnych funkcji.
    O ile można się było zorientować, nowy mieszkaniec nie dodał niczego do wyposażenia domu z wyjątkiem bujanego fotela i sporej kolekcji indiańskich grotów do strzał.
    Mister Scott musiał widocznie wspomnieć o tej kolekcji w domu, bo w tydzień później jego dziewięcioletni syn odezwał się:
    — Tato, pamiętasz tego pana, któremu wlepiłeś Dom na Wzgórzu? — Domy się wynajmuje klientom, Bobby.
    — Tak jest, tato. Więc byłem zobaczyć jego indiańskie strzały. Czy wiesz, że on jest zaklinaczem węży?
    „Wielki Boże — pomyślał mister Scott — czułem, że coś jest nie w porządku z tym Leverettem. Na pewno szukał domu na wzgórzu, bo tam w czasie upału gromadzą się węże”. — Ale wiesz, tato, on nie zaklinał prawdziwego węża, tylko sznur od żelazka. Najpierw pokazał mi te strzały, a później kucnął na podłodze, wyciągnął ręce do sznura i zaraz ten koniec z wtyczką zaczął się poruszać, a potem nagle podniósł się do góry, zupełnie jak kobra na obrazku. Ale było fajnie!
    — Widziałem kiedyś tę sztuczkę — powiedział mister Scott. — Trzeba do końca sznura przywiązać mocną nitkę.
    — Ale przecież ja bym zobaczył nitkę.
    — Jak jest tego samego koloru, co tło, to się jej nie widzi — wyjaśnił mister Scott. Potem jednak przyszło mu coś do głowy. — Bobby, a nie zauważyłeś, czy drugi koniec sznura był włączony do kontaktu?
    — No pewnie. Ten pan powiedział, że nie może pokazać tej sztuki, jak w sznurze nie ma elektryczności. Bo tak naprawdę, tato, to on jest zaklinaczem elektryczności. Ja tylko powiedziałem, że on jest zaklinaczem węży, żeby było śmieszniej. Potem on wyszedł na taras i zaczarował elektryczność z drutów i ona chodziła po nim. Widać było, jak przechodzi z jednego miejsca w drugie.
    — Ciekawe, jak to można widzieć? — spytał mister Scott, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie. Oczami wyobraźni widział Leveretta jak stoi nieporuszony, otoczony rojem lśniących błękitnych węży o oczach jak płonące diamenty.
    — Tato, od tej elektryczności włosy stawały mu na głowie, najpierw z jednej strony, potem z drugiej. A potem powiedział: „A teraz spłyń po mojej piersi” i wtedy chusteczka, którą miał w kieszonce marynarki, wyprostowała się i stała sztywno do góry. Mówię ci, tato, było zupełnie jak na wycieczce w muzeum techniki.
    Następnego dnia mister Scott wybrał się do Domu na Wzgórzu, lecz nie miał okazji do zadawania swoich starannie przemyślanych pytań, gdyż mister Leverett powitał go słowami: — Zapewne chłopiec opowiedział panu o małym przedstawieniu, jakie mu wczoraj urządziłem. Trzeba wiedzieć, że lubię dzieci, oczywiście dobre amerykańskie dzieci, takie jak pański chłopiec.
    — Tak, opowiadał mi o tym — przyznał mister Scott rozbrojony i trochę zaskoczony otwartością rozmówcy.
    — Oczywiście pokazałem mu tylko najprostsze rzeczy. Dziecinne sztuczki.
    — Oczywiście — powtórzył mister Scott. — Zgadłem, że użył pan cienkiej nitki w tym tańcu sznura od żelazka.
    — Wygląda na to, że ma pan na wszystko gotową odpowiedź — powiedział mister Leverett z błyskiem w oczach. — Może wyjdzie pan ze mną na taras i usiądzie na chwilę.
    Tego dnia szum linii wysokiego napięcia był głośniejszy niż zwykle, lecz po chwili mister Scott musiał w duchu przyznać, że jest to rzeczywiście odgłos uspokajający. A także bardziej zróżnicowany, niż dotychczas sądził — narastające trzaski, zanikające szumy, syki, pomruki, cmoknięcia i westchnienia. Gdy się tego słuchało dłużej, można było zacząć rozróżniać głosy.
    Mister Leverett kołysząc się lekko w fotelu zaczął mówić: — Elektryczność opowiada mi o swojej pracy i o swoich rozrywkach — tańcach, śpiewie, koncertach wielkich orkiestr, o swoich wycieczkach do gwiazd z szybkością, w porównaniu z którą rakiety pełzną jak ślimaki. Mówi mi także o swoich kłopotach. Pamięta pan tę katastrofę z brakiem prądu w Nowym Jorku? Elektryczność powiedziała mi, jak to się stało. Część z nich zwariowała — zapewne z przepracowania — i zamarła bez ruchu. Trzeba było pewnego czasu, zanim wysłali pomoc spoza Nowego Jorku, wyleczyli tych zwariowanych i przywrócili ruch na linii. Elektryczność twierdzi, że zachodzi obawa czegoś podobnego w Chicago i San Francisco. Za duże obciążenie.
    Elektryczność nie ma nic przeciwko pracy dla nas. Jest hojna i lubi swoją pracę. Byłaby jednak wdzięczna, gdyby ludzie bardziej liczyli się z jej problemami i w ogóle poświęcali jej nieco więcej uwagi.
    Jednym z tych problemów są jej dzicy bracia — dzika elektryczność, która buszuje w czasie burzy, terroryzuje szczyty wzgórz i spada w dół, aby polować i zabijać. Niewiele ma ona wspólnego z cywilizowaną elektrycznością, płynącą drutami, choć i na nią przyjdzie kolej.
    Ta cywilizowana elektryczność jest wielkim nauczycielem. Uczy nas żyć w czystości, jedności i braterskiej miłości. Gdy w jakimś miejscu zabraknie energii, elektryczność śpieszy ze wszystkich stron, aby zapełnić lukę. Z tym samym zapałem obsługuje Georgię co Vermont, Los Angeles co Boston. Jest także nastrojona patriotycznie, gdyż zdradza swoje największe sekrety wyłącznie stuprocentowym Amerykanom jak Edison czy Franklin. Czy wie pan, że zabiła pewnego Szweda, który próbował powtórzyć doświadczenie Franklina z latawcem? Tak, proszę pana, elektryczność jest wielką potęgą działającą dla dobra Stanów Zjednoczonych.
    Słuchając tego wszystkiego mister Scott pomyślał sobie, że nie zdziwiłoby go, gdyby Leverett założył pewnego 4pia sektę czcicieli elektryczności. Wyobraził sobie taras wypełniony wiernymi: i Krisznę Leveretta, czy może raczej Jego Elektryczność Leveretta, nauczającego ze swego bujanego fotela i tłumaczącego słowa pomrukujących drutów. „Lepiej nie mówić tego głośno — pomyślał mister Scott — w południowej Kalifornii takie rzeczy mogą się zdarzyć naprawdę”.
    Mister Scott czuł się zupełnie uspokojony, kiedy wracał z Domu na Wzgórzu. Dziwak sprawiał wrażenie całkowicie nieszkodliwego… Na wszelki wypadek lepiej jednak zakazać Bobby’emu dalszych wizyt u niego.
    Zakaz ten oczywiście nie dotyczył samego mister Scotta. W czasie kilku następnych miesięcy zaglądanie do Domu na Wzgórzu na porcję „elektrycznej mądrości” stało się jego zwyczajem. Zaczai nawet odczuwać potrzebę tych uspokajających i zabawnie fantastycznych chwil wytchnienia po całodziennej gonitwie. Jedynym zajęciem mister Leveretta było wysiadywanie w bujanym fotelu na tarasie, mimo to wyglądał na człowieka szczęśliwego i pogodnego.
    Od czasu do czasu mister Scott zauważał zabawne uboczne efekty dziwactwa starego Leveretta. Na przykład, chociaż czasami spóźniał się z płaceniem rachunków za gaz i wodę, to zawsze bardzo punktualnie płacił za telefon i elektryczność.
    Wkrótce też gazety doniosły o krótkotrwałych wprawdzie, lecz poważnych w skutkach przerwach w dostawie prądu w Chicago i San Francisco. Uśmiechając się na myśl o zabawnym zbiegu okoliczności mister Scott postanowił dodać przepowiadanie przyszłości do specjalności wymyślonego przez siebie kultu elektryczności. „Czy chcesz poznać swoją przyszłość zapisaną w drutach?” — w każdym razie byłoby to coś bardziej nowoczesnego niż kryształowe kule.
    Raz tylko powróciło na chwilę niedobre przeczucie, którego doznał w czasie pierwszego spotkania z Leverettem, Było to wówczas, gdy ten roześmiał się i powiedział:
    — Czy pamięta pan, co mówiłem o zarzuceniu miedzianego drutu na przewody wysokiego napięcia! Wymyśliłem prostszy sposób. Wystarczy skierować na nie mocny strumień wody z węża, dotykając metalowego zakończenia. Najlepiej byłoby oczywiście użyć ciepłej i słonej wody.
    Słuchając tego mister Scott z zadowoleniem pomyślał o tym, że zabronił Bobby’emu tu zaglądać.
    Przeważnie jednak mister Leyerett był pogodny i optymistyczny.
    Zmiana nastroju przyszła naglę, chociaż później mister Scott uświadomił sobie, że pierwszym zwiastunem tej zmiany było rzucone niby mimochodem zdanie:
    — Wie pan, dowiedziałem się, że amerykańska elektryczność dociera do wszystkich zakątków świata, podróżując w bateriach i kondensatorach, przedostając się do sieci elektrycznej w Europie i Azji. Część jej przedostaje się nawet do Związku Radzieckiego. Pewnie chce mieć oko na komunistów i wysyła tam swoich zwiadowców.
    Podczas następnej wizyty mister Scott zauważył zasadniczą zmianę nastroju. Mister Leyerett porzucił swój bujany fotel i nerwowo przechadzał się po tarasie, z dala od słupa, zerkając od czasu do czasu niespokojnie na ciemne, pomrukujące druty.
    — Dobrze, że pana widzę, mister Scott. Jestem naprawdę wstrząśnięty. Myślę, że muszę komuś o tym powiedzieć, tak, żeby można zawiadomić FBI, jeśli coś mi się stanie. Chociaż, prawdę mówiąc, nie wiem, co FBI może tu pomóc.
    Dzisiaj dowiedziałem się, że elektryczność ma swój rząd światowy — ona sama użyła tego wyrażenia — i że w naszych liniach płynie rosyjska energia, tak samo jak nasza w Rosji, przenosząc się z kraju do kraju bez cienia wstydu. Nic jej nie obchodzi Rosja ani Ameryka, ona troszczy się tylko o siebie. Myślałem, że padnę trupem, kiedy się o tym dowiedziałem. Co więcej, elektryczność postanowiła nie dopuścić do żadnej poważniejszej wojny, choćby to była nie wiem jak słuszna wojna w obronie Ameryki. Ona ma nas po prostu gdzieś, chodzi jej tylko o to, żeby uchronić swoje linie i elektrownie. W razie próby naciśnięcia guzika rozpoczynającego wojnę atomową — tutaj czy w Rosji — elektryczność zabije każdego, kto to spróbuje uczynić.
    Wdałem się w dyskusję z elektrycznością, powiedziałem, że zawsze uważałem ją za prawdziwie amerykańską, przypomniałem jej Franklina i Edisona — rozkazałem jej, żeby się zmieniła i zachowywała przyzwoicie, ale ona tylko się śmiała.
    A potem zaczęła mi grozić! Powiedziała mi, że jeśli spróbuje jej przeszkadzać i zdradzę jej plany, to zwoła swoich dzikich braci z gór, że z ich pomocą wytropi mnie i zabije! Niech mi pan powie, co mam teraz robić? Mieszkam tutaj przecież sam na sam z elektrycznością!
    Mister Scott miał poważne trudności z uspokojeniem Leyeretta. W końcu musiał obiecać, że przyjdzie następnego dnia rano — przysięgając sobie w duchu, że nieprędko zajrzy tu ponownie.
    Kiedy w czasie tej rozmowy trzaski linii wysokiego napięcia nasiliły się do głośnego pomruku, mister Leyerett odwrócił głowę i powiedział szorstko: „Słyszę, słyszę!”
    Tej nocy Los Angeles nawiedziła rzadka w tych okolicach burza, której towarzyszyła wichura i ulewa. Palmy, pinie i eukaliptusy powyrywało z korzeniami, ogrody na zboczach wzgórz zostały rozmyte i zniszczone.
    Pioruny biły tak potężnie, że kilku mieszkańców miasta, nie przyzwyczajonych do takich wybryków przyrody, dzwoniło w popłochu do władz pytając, czy rozpoczął się atak atomowy.
    Zdarzyło się również kilka dziwnych wypadków. Na miejsce jednego z nich mister Scott został wezwany wczesnym rankiem przez policję jako jedyny człowiek znający zmarłego.
    W nocy, podczas największego nasilenia burzy, wśród huku piorunów i oślepiającego światła błyskawic mister Scott przypomniał sobie słowa Leyeretta o groźbach elektryczności, o jej dzikich braciach z gór. Teraz jednak, w świetle dnia, postanowił nie mówić o tym policji i w ogóle nie wspominać nic o manii Leyeretta — mogło to tylko niepotrzebnie skomplikować sprawy, i — co tu dużo mówić — spotęgować uczucie strachu czające się na dnie jego serca.
    Mister Scott ujrzał miejsce wypadku w stanie nienaruszonym. Ciało leżało tam, gdzie je zastała policja, tylko oczywiście nie było prądu w grubym drucie, owiniętym jak bicz wokół chudych nóg Leyeretta.
    Policja przy pomocy ekspertów zrekonstruowała wypadek w następujący sposób: w czasie największego nasilenia burzy jeden z przewodów linii wysokiego napięcia zerwał się w odległości trzydziestu metrów od domu i jeden jego koniec wpadł przez otwarte okno sypialni, owijając się wokół nóg mister Leyeretta, który w tym czasie nie znajdował się w łóżku. Śmierć nastąpiła momentalnie.
    Była to jednak interpretacja nieco naciągana, nie wyjaśniająca pewnych dodatkowych podejrzanych szczegółów wypadku. Na przykład tego, że zerwany przewód nie tylko wpadł przez okno do sypialni, lecz potem przedostał się z sypialni do hollu, gdzie dopiero dopadł swojej ofiary. Jak również tego, że czarny sznur telefonu owinięty był dwukrotnie wokół prawej ręki starego człowieka, jakby chciał uniemożliwić mu ucieczkę.
    Przełożył Lech Jęczmyk

Arkady i Borys Strugaccy
Stan alarmowy

    — To niemożliwe — głośno i z przekonaniem powiedział Wiktor Borysowicz.
    Wstał z łóżka i włączył lampę. Trzmiel zamilkł. Wiktor Borysowicz rozejrzał się i zauważył na prześcieradle czarną plamę. To nie był trzmiel. To była mucha.
    — Mamo kochana — powiedział Wiktor Borysowicz. Mucha siedziała nieruchomo. Nie była zupełnie czarna, czarne były tylko jej rozpostarte skrzydła. Wiktor starannie przymierzył się, podsunął w stronę muchy dłoń i złapał owada.
    — Mucha w planetolocie — powiedział i ze zdumieniem i spojrzał na swoją pięść. — To ci dopiero historia! Trzeba ją pokazać Tummerowi.
    Przy pomocy jednej ręki wciągnął spodnie, wybiegł na korytarz i wzdłuż wypukłej ściany poszedł na mostek. W pięści bzyczało coś i łaskotało.
    Na mostku stał Tummer. Jego twarz była chuda i ciemna. Na ekranie teleprojektora kołysały się wąskie sierpy, niebieski i nieco mniejszy, biały — Ziemia i Księżyc. — Zgadnij, co tu mam — zapytał Wiktor, ostrożnie potrząsając pięścią. — Helikopter — odpowiedział Tummer.
    — Nie, to nie helikopter — powiedział Wiktor. — To mucha. Mucha, stary koniu! Tummer powiedział ponuro:
    — Ferrytowy akumulator fatalnie pracuje.
    — Wymienię — obiecał Wiktor. — Rozumiesz, to ona mnie obudziła. Buczy jak trzmiel na polanie.
    — Mnie by nie obudziła — wycedził przez zęby Tummer. — Bzyka — pieszczotliwie powiedział nawigator — bzyka sobie bydlątko.
    Tummer popatrzył na niego. Wiktor Borysowicz siedział trzymając pięść przy uchu i uśmiechał się. Wyglądał jak człowiek całkowicie szczęśliwy. — Wiktor — powiedział Tummer. — Wiesz, jak ty wyglądasz?
    Na mostek wszedł kapitan planetolotu, Konstanty Stankiewicz, a za nim inżynier pokładowy Lidin.
    — Przecież mówiłem, że on nie śpi — oznajmił Lidin, wskazując palcem nawigatora. — Coś się z nim stało — jadowicie oświadczył Tummer. — Tylko spójrzcie na niego. Wiktor Borysowicz wyjaśnił: — Złapałem muchę. — Pokaż — zażądał Lidin. Miał taki wyraz twarzy, jak by nigdy w życiu nie widział muchy.
    Wiktor Borysowicz ostrożnie otworzył pięść i wsadził do środka dwa palce lewej ręki. — Skąd się na statku wzięła mucha? — zapytał kapitan. — Nawiasem mówiąc, to należy do ciebie, Wiktor.
    Nawigator był odpowiedzialny również za stan sanitarny statku. — Otóż to — powiedział Tummer. — Wyhodował na statku stada much, a ferrytowy akumulator pracuje tak, że gorzej już nie można. Przyjmuj wachtę, słyszysz?
    — Słyszę — odparł nawigator. — Mam jeszcze dziesięć minut czasu. Muszę pokazać muchę Małyszewowi. On też na pewno bardzo dawno nie widział owada.
    Wiktor ruszył w stronę wyjścia, trzymając przed sobą muchę niczym talerz z barszczem.
    — Muchołap — pogardliwie powiedział Tummer. Kapitan roześmiał się. Drzwi się otworzyły i na mostek wkroczył Małyszew. Nawigator odskoczył na bok. — Ostrożnie! — powiedział gniewnie.
    Małyszew przeprosił. Był rozczochrany, wyglądał jak człowiek ogromnie strapiony. — Chodzi o to, że… — przerwał i zapatrzył się na muchę w palcach nawigatora. — Można? — zapytał wyciągając rękę.
    — Mucha — z dumą poinformował go Wiktor. Małyszew wziął muchę za skrzydło, w związku z czym rozległo się donośne buczenie.
    — Ta mucha ma osiem nóg — powiedział powoli Małyszew.
    — Ale heca — zaśmiał się Tummer. — I co teraz będzie? Wiktor, przyjmuj wachtę.
    — To nie mucha — powiedział Małyszew. Jego brwi uniosły się nieomal do włosów, po czym powróciły na właściwe miejsce. — Myślałem, że to żałobnica antrax Morio. Ale to nie jest mucha.
    — W takim razie co to takiego? — zapytał nawigator z lekka rozdrażnionym głosem. — Słuchajcie — powiedział Małyszew — jakie macie na statku środki dezynsekcyjne? Będzie mi także potrzebny mikroskop.
    — Ależ o co chodzi? — zapytał nawigator. Kapitan zasępił się i podszedł do nich. Lidin również się przybliżył.
    — Słuchajcie — powtórzył Małyszew — potrzebny mi jest mikroskop. I chodźcie do mojej kajuty. Coś wam pokażę. Tummer rzucił w ślad za nimi:
    – Żebyście tylko nie zgubili muchy. W korytarzu Lidin nagle krzyknął: — Mucha!
    Wszyscy zobaczyli muchę spacerującą po ścianie tuż pod samym sufitem. Mucha miała czarne, rozpostarte skrzydła.
    W kajucie biologa były aż trzy muchy. Jedna siedziała na poduszce, dwie maszerowały po ścianach wielkiego szklanego akwarium, w którym przebywał gigantyczny niebieski ślimak. Lidin, który wszedł ostatni, trzasnął drzwiami i muchy poderwały się do lotu, brzęcząc jak trzmiele. — Z-zabawne muchy — niepewnie oświadczył Wiktor i spojrzał na Stankiewicza.
    Kapitan stał bez ruchu i nie spuszczał wzroku z much. Jego twarz stawała się coraz czerwieńsza.
    — Paskudztwo — powiedział.
    — Co się stało? — zapytał Lidin. Małyszew spojrzał na niego zachmurzony. — Przecież powiedziałem: to nie są muchy. Te nie są ziemskie muchy, rozumiecie? — Ach, więc to o to chodzi — powiedział Lidin. Czarna mucha zatoczyła koło przed jego oczami, inżynier odskoczył i uderzył potylicą o zamknięte drzwi. — Won! — krzyknął, oganiając się z przerażeniem.
    — Potrzebne są środki dezynsekcyjne — powiedział Małyszew. — Co macie na statku? — Mamy letal — powiedział nawigator. — Co jeszcze? — Nic. — Dobrze — oświadczył kapitan. — Zrobię to sam.
    Małyszew ciągle jeszcze wpatrywał się w muchę, trzymając ją przed samym nosem. Wiktor Borysowicz widział, jak silnie drżą palce biologa. — Wyrzućcie to obrzydlistwo — polecił Lidin. Był już na korytarzu i co chwila rozglądał się na wszystkie strony.
    — Ona mi jest potrzebna — powiedział Małyszew. — A co, może mi złapiecie drugą?
    Zdarzyło się to najstraszniejsze ze wszystkiego, co może się zdarzyć na statku kosmicznym. Planetolot ma grube ściany i wszystko, co przenika przez te ściany, stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo. Obojętne, czy będzie to meteoryt, promieniowanie, czy jakieś tam ośmionożne muchy.
    Wiktor wyszedł na korytarz. Po suficie łaziły muchy. Było ich dużo, chyba ze dwadzieścia. Z przeciwnej strony korytarza nadchodził Lidin. Na twarzy miał grymas przerażenia. — Skąd one się biorą — zapytał ochryple. — P-paskudztwo.
    Spod jego nóg zerwała się z buczeniem mucha i Lidin zatrzymał się, wznosząc pięści nad głową.
    Wiktor poszedł na mostek. Z cienkim bzykaniem przeleciało przed jego twarzą stado czarnych muszek…
    Na mostku, na stole przed maszyną cyfrową stała szklana kolba do połowy napełniona mętnym płynem, który śmierdział nawet mimo szklanego korka. W płynie pływała mucha. Najwidoczniej Małyszew mimo wszystko pogniótł jej skrzydła, bo mucha nie mogła fruwać, tylko od czasu do czasu buczała potężnym basem. Stankiewicz, Tummer i Małyszew stali obok stołu i patrzyli na owada. Wiktor podszedł do nich i też zaczął patrzeć.
    Mętny płyn w kolbie był to letal. Letal natychmiast zabijał wszelkie owady. Mógł w razie potrzeby zabić nawet byka. Ale ośmionożna mucha o tym najwidoczniej nie wiedziała i nawet nie zamierzała przyjąć tego do wiadomości. Pływała sobie w letalu i tylko chwilami wściekle buczała.
    — Pięć i pół minuty — powiedział Tummer. — Co ty sobie właściwie wyobrażasz, najdroższa? Czas już na ciebie.
    — Może macie jakiś inny środek? — zapytał Małyszew. Wiktor pokręcił głową. — Zdawaj wachtę, Tum.
    Przyjął wachtę i zameldował o tym kapitanowi. Stankiewicz kiwnął z roztargnieniem głową.
    — Gdzie jest Lidin? — zapytał. — Myje się.
    — Dezynfekuje się — poprawił Tummer.
    — Ogłaszam stan wyjątkowy — powiedział kapitan. — Wszyscy mają włożyć ochronne skafandry. Wszyscy mają się szczepić przeciwko piaskowej febrze. Dalej. Letal jest w tym przypadku nieprzydatny. Ale niewykluczone, że na te muchy poskutkuje coś innego. Jak sądzicie, towarzyszu Małyszew?
    — Co? — zapytał Małyszew. Przestał kontemplować muchę w kolbie i pospiesznie odpowiedział: — Możliwe, że tak. Niewykluczone. — Mamy petronal, buksyl, nitrocylikar… gazy ciekłe…
    – Ślinę — cichutko podpowiedział Tummer. Stankiewicz popatrzył na niego zimno. — Proszę zachować swoje żarciki dla siebie, Tummer. Tak. Doświadczenia będziemy przeprowadzać w komorze sanitarnej. Czy mogę na was liczyć, towarzyszu Małyszew? — Jestem do waszej dyspozycji — szybko powiedział Małyszew. — Ale muszę mieć mikroskop. — Mikroskop jest w komorze sanitarnej. Wiktor zostaje na mostku. Odnieście mu tam skafander. — Tak jest — powiedział Wiktor. Rozległo się dźwięczna, dziarskie burzenie. Wszyscy spojrzeli na kolbę i natychmiast, jak na rozkaz, podnieśli głowy do góry. Pod sufitem zwycięsko bzycząc latała wielka, czarna mucha.
    Skafander dla Wiktora przyniósł Tummer. Uchylił drzwi, jak kozica przeskoczył próg i zatrzasnął je za sobą. Przez sekundę słychać było głośne, jękliwe wycie. Tummer zdjął z głowy hełm. — W korytarzu jest tyle much, że nie można się przepchać. Aż czarno. Podwiń rękaw.
    Tummer wydobył strzykawkę i wstrzyknął nawigatorowi surowicę przeciwko piaskowej febrze — jedynej pozaziemskiej chorobie, przeciwko której istniała szczepionka. Szczepienie było w sposób oczywisty pozbawione tlenu, ponieważ jedynym miejscem, w którym znaleziono mikroby piaskowej febry, była Wenus, ale kapitan chciał zrobić wszystko, co było w jego mocy.
    — Jak tam nasi? — zapytał Wiktor Borysowicz, opuszczając rękaw.
    — Kostia chodzi wściekły jak wszyscy diabli — powiedział Tummer. — Na te muchy nie ma sposobu. A Małyszew jest zachwycony. W siódmym niebie. Kroi te muchy i ogląda pod mikroskopem. Mówi, że nigdy w życiu nie wyobrażał sobie czegoś podobnego. Mówi, że te muchy nie mają ani oczu, ani pyska, ani przewodu pokarmowego, ani czegoś tam jeszcze. Mówi, że nie może zrozumieć, jak one się rozmnażają… — A nie mówi, skąd się one w ogóle wzięły?
    — Mówi. Twierdzi, że to są zarodki nieznanych form życia. Mówi, że one unosiły się miliony lat w przestrzeni i dopiero na naszym statku znalazły sprzyjające warunki. Mówi, że mamy szczęście. Czegoś takiego jeszcze nie było.
    — Zabłąkane życie — powiedział nawigator i zaczął włazić w skafander. — Słyszałem już o tym. Ale ja na przykład nie uważam, żebyśmy mieli specjalne szczęście. A właściwie, jak one się dostały na statek?
    — Pamiętasz, tydzień temu Lidin wychodził w przestrzeń. Zdaje się, że to było w pasie planetoidów.
    — A może one są z Tytana? Tummer wzruszył ramionami.
    — Małyszew mówi, że na Tytanie nie ma ośmionożnych much. Zresztą, czy to nie wszystko jedno? Ciesz się, że to nie osy.
    Tummer wyszedł, znowu jednym susem pokonując próg i zatrzaskując za sobą drzwi. Wiktor usiadł przy pulpicie sterowniczym. W skafandrze, w hełmie czuł się zupełnie bezpiecznie i nawet coś sobie zanucił pod nosem. Pod sufitem krążyły już dziesiątki much. Na pulpicie siedziała mucha. Wiktor przymierzył się i mocno trzepnął dłonią w silikatowej rękawicy. Mucha przewróciła się, przez chwilę poruszała nogami, po czym zamarła. Wiktor nachylił się i z ciekawością przyglądał się owadowi. Nieżywa czarna mucha. Osiem nóg… Obrzydliwa, rzeczywiście, ale dlaczego ma być niebezpieczna? Żaden owad nie jest niebezpieczny, niebezpieczna jest infekcja albo toksyny, a infekcji może wcale nie być i muchy mogą nie wydzielać żadnych toksyn.
    Nawigator odwrócił się. Kartka papieru, która leżała na stole, spadła ma podłogę i wirując poleciała w stronę drzwi. Drzwi do korytarza były uchylone. — Hej, kto tam? — krzyknął Wiktor. — Drzwi!
    Poczekał chwilę, potem wstał i wyjrzał na korytarz.
    W korytarzu łaziły i latały muchy. Było ich tak dużo, że ściany wydawały się czarne, a pod sufitem wisiało coś w rodzaju frędzli w żałobnych barwach. Wiktor wzdrygnął się i zamknął drzwi. Jego spojrzenie padło na kartkę papieru na podłodze. Jakieś niejasne podejrzenie, cień jakiejś myśli przebiegł mu przez głowę. Przez, kilka sekund stał i rozmyślał.
    — Bzdura — powiedział na głos i wrócił na swoje miejsce. Na mostku zrobiło się mniej widno. Gęste chmary much wirowały pod sufitem, zasłaniając jarzeniówki. Wiktor spojrzał na zegarek. Od rozpoczęcia ataku biologicznego minęło półtorej godziny. Popatrzył na zabitą muchę ma pulpicie i nagle zrobiło mu się niedobrze. I po cóż ją rozgniotłem — pomyślał. — Jednak to obrzydliwe paskudztwo, wszystko jedno, czy okaże się jadowite, czy nie. — Przez półprzymknięte powieki zauważył, że błękitna taśma idzie nierówno. Poprawił ją, a potem machinalnie poszukał wzrokiem rozgniecionej muchy.
    W pierwszej chwili wydało mu się, że mucha znikła. Ale potem zobaczył ją. Rozgniecione paskudztwo poruszało się. Nawigator przyjrzał się dokładniej i przełknął ślinę. W ciągu sekundy spocił się jak ruda mysz. Resztki muchy były pokryte drobniutkimi czarnymi muszkami. Muszki niespokojnie łaziły po rozgniecionym brzuchu — maleńkie czarne owady z rozpostartymi skrzydłami. Było ich ze trzydzieści, roiły się i rozpełzły na wszystkie strony po gładkiej powierzchni pulpitu. Latać jeszcze nie umiały.
    Trwało to około dziesięciu minut. Błękitna taśma wysuwała się z maszyny i w leniwych skrętach układała się na podłodze. Wokół niej krążyły wielkie czarne muchy. Nawigator siedział pochylony i powstrzymując oddech patrzył jak zaczarowany na zabitą muchę. Widział wyraźnie, jak porusza się czarna goła noga muchy. Jeśli się przyjrzeć dokładnie, to można zobaczyć, że cała noga pokryta jest mikroskopijnymi otworkami i że z każdego otworu sterczy główka maleńkiej muszki. Muszki wyłaziły wprost z ciała dużej muchy. — A więc to dlatego one tak szybko się rozmnażają — pomyślał Wiktor Borysowicz. — Po prostu wyłażą z siebie nawzajem. Każda komórka zawiera w sobie zarodek. Takiej muchy nie można zwyczajnie zabić. Potem przecież ożywa ustokrotniona. — Nawigator wietrzy mostek — rozległ się w słuchawkach głos Tummera.
    Na mostek weszło czterech mężczyzn w lśniących skafandrach i w srebrnych hełmach. — Dlaczego drzwi są otwarte, Wiktorze? — zapytał kapitan. — Drzwi? — Wiktor obejrzał się za siebie. — Ja nie otwierałem drzwi.
    — A jednak były otwarte — oznajmił kapitan. Wiktor wzruszył ramionami. Ciągle jeszcze nie mógł zapomnieć, jak muszki wyłaziły z zabitej muchy. — Nie otwierałem drzwi — powtórzył.
    Znowu spojrzał na drzwi. Znowu zobaczył kawałek papieru na podłodze i znowu jakaś niewyraźna myśl przebiegła mu przez głowę.
    Lidin powiedział niecierpliwie: — No więc decydujmy, co robimy dalej.
    — Nawigator nie wie, o co chodzi — powiedział kapitan. — Towarzyszu Małyszew, powtórzcie wasze wnioski.
    — Słowem — zaczął Małyszew — ich skład chemiczny jest bardzo dziwny. Tlen, azot i w bardzo niewielkich ilościach wapń, wodór i węgiel. Wyciągam stąd wniosek, że jest to pozabiałkowa forma życia. W związku z tym: po pierwsze — niebezpieczeństwo infekcji jest mało prawdopodobne, po drugie — jest to odkrycie o ogromnym znaczeniu. Podkreślam to dlatego, że na przykład towarzysz Lidin myśli tylko o tym, jak je zniszczyć. To jest niesłuszne podejście do zagadnienia.
    — Pająki by się przydały — powiedział Lidin — stare, zaprawione w bojach krzyżaki… — Jest zupełnie niepojęte — mówił dalej Małyszew — czym się one odżywiają. Niejasny jest też mechanizm rozmnażania. Uważam, że są podstawy, aby przypuszczać…
    — Pomimo wszystko nie rozumiem — powiedział Tummer. — Zabijałem je, deptałem nogami, a pokażcie mi chociaż jedną zabitą muchę.
    Kapitan lekko uderzył dłonią w stół. — Uwaga — oznajmił. — Postanowiłem oczyścić statek z much. — W jaki sposób? — zainteresował się Małyszew.
    — Włożymy skafandry próżniowe, zwiększymy ciśnienie na statku — można w tym celu wykorzystać zapasy ciekłego wodoru — i otworzymy luki. — Mamo kochana! — wyszeptał nawigator.
    — ….Wpuścimy przestrzeń na statek. Próżnia i zero absolutne. Strumień sprężonego wodoru wymiecie to paskudztwo.
    — To jest myśl — powiedział Lidin. Tummer usiadł w fotelu i wyciągnął nogi przed siebie. — Ale w ten sposób nie pozbędziemy się zarodków — powiedział.
    — Mam wrażenie, że zarodków na statku już nie ma — powiedział Małyszew z żalem. — Chyba już wszystkie się rozwinęły. — Słuchajcie — powiedział nagle Wiktor. — Zdaje się, że rozumiem.
    Podszedł do drzwi, pochylił się i nie wiadomo dlaczego ujął w palce leżący na podłodze kawałek papieru.
    — Co zrozumiałeś? — zapytał Tummer. — Tak — powiedział Stankiewicz. — Chodźmy po próżniowe skafandry.
    Wiktor rozejrzał się dookoła. Ściany były czarne. Pod sufitem wisiały czarne festony. Podłogę pokrywała sucha, rojąca się kasza. Robiło się coraz ciemniej masy much oblepiały jarzeniówki.
    — Czy wiecie, dlaczego otwierały się drzwi? — zapytał Wiktor. — Jakie drzwi? — zniecierpliwił się kapitan.
    — Te właśnie drzwi na korytarz. A teraz już się nie otwierają. — No?
    — Drzwi otwierają się na zewnątrz, prawda? — pospiesznie powiedział Wiktor Borysowicz. — Ciśnienie w korytarzu spada, prawda? A ponieważ na mostku ciśnienie było wyższe, drzwi się otwierały. To wszystko jest bardzo proste. A teraz nie ma już różnicy ciśnienia. Oto na czym polega cała sprawa.
    — Nic nie rozumiem — powiedział kapitan. — Muchy — powiedział Wiktor.
    — Wszyscy wiemy, że muchy — oznajmił Tummer. — No i co z tego? — Muchy pożerają powietrze. Żyją z powietrza. Pożerają tlen i azot
    Biolog wydał z siebie niewyraźny okrzyk, a kapitan spojrzał na tablice systemu klimatyzacyjnego. Prze kilka minut wpatrywał się w tablice, ze wściekłością spędzając z nich muchy. Wszyscy milczeli. Wreszcie kapitan wyprostował się.
    — Z danych wynika — powiedział powoli — że w ciągu ostatnich dwu godzin na statku zużyto około stu kilogramów ciekłego tlenu.
    — Nasuwa się logiczny wniosek — dodał biolog — że atmosfera złożona z wodoru powinna być dla nich zabójcza.
    — No cóż, to upraszcza nasze zadanie — powiedział kapitan. — Uwaga, Lidin, proszę pomóc Małyszewowi włożyć skafander. Tummer, proszę zamknąć system klimatyzacyjny. Nawigator przygotuje statek do poddania go działaniu próżni i niskich temperatur. Za dziesięć minut proszę zameldować o wykonaniu rozkazów.
    Wiktor poszedł w stronę wyjścia, zastanawiając się, co będzie, jeśli chociaż kilka takich much dostanie się na Ziemię. Ziemia nie da się oczyścić próżnią ani temperaturą absolutnego zera.
    Westchnął, zamknął drzwi i dał nurka w ciasną, kosmatą rurę, ledwie oświetloną czerwonym światłem.
    Skafandry próżniowe wciągnęli na skafandry ochronne. Przyszli na mostek. Tu też wszystko było obce, ciemne i ponure. Kapitan zapytał: — Klimatyzacja? — Wyłączona. — Luki?
    — Otwarte… wszystkie z wyjątkiem zewnętrznych. — Lidin, jaki jest stan skafandrów próżniowych? — Idealny, towarzyszu kapitanie. — Zaczynamy — powiedział kapitan.
    Wiktor Borysowicz nachylił się nad manometrem. Ciśnienie na statku spadło o trzydzieści milimetrów, a przecież Tummer wyłączył klimatyzację zaledwie kilka minut temu. Muchy pożerały powietrze i rozmnażały się z potworną szybkością. Kapitan otworzył zawór i wodór zaczął napełniać pomieszczenie. Strzałka manometru zatrzymała się, a następnie powoli zaczęła się posuwać w drugą stronę… Jedna atmosfera… półtorej… dwie… — Czy ktoś ma muchy pod skafandrem? — zapytał kapitan. — Na razie nie — odpowiedział Lidin.
    Znowu nastąpiła cisza. W słuchawkach było słychać tylko oddech. Ktoś kichnął, zdaje się, że Tummer. — Na zdrowie — uprzejmie powiedział Małyszew.
    Nikt nie odpowiedział. Pięć atmosfer. Czarna kasza na ścianach ciężko zadyszała. — „Aha!” — ze złą radością powiedział Lidin. Sześć atmosfer. — Uwaga — powiedział kapitan.
    Wiktor Borysowicz sprężył się i złapał pas Małyszewa. Małyszew złapał się za Lidina, Lidin — za fotel, w którym siedział Tummer. Cztery luki towarowe — szerokie, plastykowe zasłony nad komorą towarową — otworzyły się błyskawicznie i jednocześnie.
    Wiktor Borysowicz poczuł lekkie uderzenie, które wstrząsnęło nim od stóp do głów. Ktoś wydał zduszony okrzyk. Mieszanina wodoru i powietrza pod ciśnieniem sześciu atmosfer popędziła w przestrzeń przez otwarte luki. Na mostku zawirował czarny wicher. I zrobiło się jasno. Oślepiająco jasno. Wszystko na mostku znowu było znajome, sterylnie czyste. Tylko na jarzeniówkach iskrzył się szron, a na ścianach i pod progiem pozostała jeszcze warstwa szarego pyłu. — Uwaga — zawołał kapitan. — Drugi etap!
    Potem był jeszcze trzeci etap, czwarty i piąty. Pięciokrotnie pod ciśnieniem napełniał się statek wodorem, pięć razy strumienie gazu przemywały każdy kąt, każdą szczelinę. Szary pył znikł z podłogi, znikł szron ze ścian. Wreszcie statek napełnił się wodorem po raz szósty. Kapitan włączył na pełny regulator pochłaniacz pyłu i dopiero po tym wszystkim statek na nowo napełniono powietrzem.
    — To byłby koniec, przynajmniej na razie — powiedział Stankiewicz i pierwszy ściągnął ciężki hełm. — A może to wszystko nam się tylko przyśniło? — powiedział w zamyśleniu Lidin.
    — Uroczy sen — zaśmiał się Tummer.
    Wiktor Borysowicz pomagał Małyszewowi wyleźć ze skafandra. Kiedy ściągnął rękaw z prawej ręki biologa, kapitan nagle zapytał:
    — A co wy tam trzymacie, towarzyszu Małyszew? W zaciśniętej dłoni Małyszew trzymał pudełeczko z plastyku. Biolog schował rękę za siebie. — Nic specjalnego — odpowiedział i zasępił się.
    — Towarzyszu Małyszew — lodowatym głosem powiedział kapitan. — Słucham, towarzyszu Stankiewicz? — odpowiedział biolog. — Dajcie mi to pudełko.
    — Mamo kochana — powiedział Wiktor — on ma tam muchy.
    — No to co? — powiedział Małyszew. Lidin pobladł, a potem zrobił się purpurowy. — Czy wy sobie w ogóle wyobrażacie, co się stanie, jeżeli chociaż jedna taka mucha dostanie się do ziemskiej atmosfery? — zapytał Lidin.
    — Czy wy wiecie, w jaki sposób one się rozmnażają? — zapytał nawigator.
    — Wiem. Widziałem. To wszystko zawracanie głowy. — Małyszew usiadł w fotelu. — Posłuchajcie mnie przez chwilę. Niektóre formy życia w kosmosie czasami są niebezpieczne dla form życia na Ziemi, to prawda. Głupio byłoby temu zaprzeczać. Gdyby te muchy zagrażały życiu albo chociaż zdrowiu ludzi, pierwszy bym żądał zniszczenia statku w miejscu możliwie odległym od Ziemi. Ale muchy nie są niebezpieczne. Pozabiałkowe formy życia nie mogą — nie mogą, rozumiecie? — zagrozić naszym formom życia. Zdumiewa mnie wasza niewiedza, i wasza, proszę mi darować, nerwowość.
    — Najmniejsza nieostrożność — z uporem powiedział Lidin — i te muchy rozmnożą się na Ziemi. Wtedy zeżrą całą atmosferę.
    Małyszew pogardliwie strzelił palcami. — E tam — zbagatelizował. — Gdyby nawet rozmnożyły się na naszej planecie, to podejmuję się w dwa dni wyhodować dwadzieścia dwie tlenowo-azotowe odmiany wirusów, które zniszczą muchy i ich zarodki do dwóchsetnego dwudziestego pokolenia. To po pierwsze. A po drugie — wypróbowaliśmy letal i buksyl, i petronal, i jeszcze coś tam. Ale jestem pewien, że efektywnym środkiem do walki z naszymi muchami byłaby zwyczajna ślina.
    Tummer zarechotał. — Opowiadacie tu nam diabli wiedzą co — wymruczał Stankiewicz. — No, oczywiście nie ślina, tylko woda. Najzwyklejsza aqua destilata. Jestem tego pewien.
    Małyszew spojrzał triumfująco na kosmonautów. Wszyscy milczeli. — Czy wy przynajmniej rozumiecie, jakie mieliśmy szczęście? — zapytał. — Nie — powiedział Stankiewicz. — Jeszcze nie rozumiemy.
    — Nie rozumiecie? Dobrze. Spróbuję wytłumaczyć — powiedział biolog. — Po pierwsze — poklepał się po kieszeni — w naszych rękach znalazły się unikalne egzemplarze bez-białkowych istot. Do chwili obecnej takie formy życia można było wyhodować tylko sztucznie, rozumiecie? Po drugie — wyobraźcie sobie fabrykę bez maszyn. Gigantyczne insektozoria, w których z wielką szybkością rozmnażają się miliardy naszych much. Surowiec stanowi powietrze. Setki ton błonnika dziennie. Papier, tkaniny, ubrania…
    Biolog zamilkł, wyciągnął plastykowe pudełko z kieszeni i przyłożył je do ucha. — Buczą — oznajmił. — Unikalne istoty. Wyjątkowo rzadkie… wyjątkowo.
    Nagle jego oczy zrobiły się okrągłe, a na twarzy pojawił się niepokój. — Mój ślimak — powiedział i wybiegł pędem. Kosmonauci spojrzeli po sobie.
    — Biologia to królowa nauk, inżynierze — oświadczył Tummer.
    — Dużo ja tam wiem o bezbiałkowych formach życia — powiedział Lidin z obrzydzeniem.
    Kapitan wstał.
    — Wszystko dobre, co dobrze się kończy — powiedział, nie patrząc na Tummera. — Jeśli jeszcze ktoś kiedyś przy mnie zacznie gadać o niebezpieczeństwach czyhających w kosmosie… Kto ma wachtę?
    Wiktor Borysowicz spojrzał na zegarek. „Mamo kochana! — pomyślał. — Moja wachta jeszcze się nie skończyła! Czy naprawdę minęły dopiero trzy godziny?”
    Kiedy zdał wachtę, poszedł odwiedzić Małyszewa. Biolog właśnie cierpiał nad pustym akwarium. Kiedy na statek wdarła się próżnia, ciśnienie rozerwało ogromnego ślimaka. Wysuszone przez przestrzeń strzępy mięczaka przylepiły się do ścian i sufitu kajuty. — To był taki wspaniały egzemplarz — żałośnie powiedział Małyszew — taki egzemplarz! — Za to teraz macie ośmionożne muchy — pocieszył go nawigator. — A kiedy będziemy wracać z następnego rejsu, przywiozę wam takiego samego ślimaka.
    Przełożyła Irena Lewandowska

Fredric Brown
Przedstawienie kukiełkowe

    Strach zjawił się w Cherrybell w samo południe pewnego potwornie upalnego sierpniowego dnia.
    Ta ostatnia informacja jest zresztą zbyteczna — w Cherrybell (stan Arizona) wszystkie sierpniowe dni są potworni a upalne. Miejscowość ta znajduje się przy autostradzie nr 89 około 40 mil na południe od Tucson i około 30 mil na północ od granicy meksykańskiej. Składa się ona z dwóch stacji benzynowych (po jednej z każdej strony autostrady, tak aby złapać auto idące w obu kierunkach), sklepu, jedynego baru z wyszynkiem, sklepiku z pamiątkami dla turystów, którzy nie mogą się doczekać granicy i już tutaj gotowi są zacząć kupować ludowe wyroby meksykańskie, nieczynnego kiosku oraz kilku domów z wypalanej na słońcu cegły, zamieszkanych przez Meksykańczyków, którzy pracując w pogranicznym miasteczku Nogales, Bóg jedyny wie dlaczego wolą mieszkać tutaj w Cherrybell i dojeżdżać do pracy swoimi przedpotopowymi Fordami. Napis przy autostradzie głosi CHERRYBELL ludn. 42, jest to jednak lekka przesada, gdyż w zeszłym roku umarł właściciel bezpańskiego obecnie kiosku i prawidłowa liczba mieszkańców wynosi 41.
    Strach przybył do Cherrybell wierzchem na osiołku, którego prowadził stary, brudny i zarośnięty wyga pustynny, poszukiwacz złota. Sam strach miał chyba blisko trzy metry wzrostu i był tak chudy, że ważył chyba niewiele ponad pięćdziesiąt kilo. Osiołek dźwigał go bez trudu, mimo że nogi jeźdźca wlokły się po piasku. Dziwne, że nie pozostawiło to żadnego widocznego śladu na butach niesamowitego przybysza, które nawiasem mówiąc, stanowiły jego jedyny strój, jeśli nie liczyć czegoś w rodzaju kąpielówek koloru chabrowego. Jednak to nie jego wymiary napawały strachem i odrazą, lecz jego skóra. Była czerwona jak surowe mięso. Wyglądał, jakby go ktoś żywcem obdarł ze skóry i następnie założył mu tę skórę na lewą stronę. Jego głowa i twarz były równie wąskie i wydłużone jak reszta ciała. Poza tym wyglądał jak człowiek, a w każdym razie istota człekopodobna. Jeśli oczywiście nie liczyć takich drobnych szczegółów, jak to, że włosy i oczy miały ten sam chabrowy odcień co kąpielówki i buty. Cały był krwawo-czerwony i jasnobłękitny.
    Pierwszy zobaczył ich Casey, właściciel baru. Wyszedł właśnie na chwilę, aby zaczerpnąć świeżego, choć gorącego powietrza. Byli wówczas w odległości mniej więcej stu metrów, zbliżając się od strony łańcucha wzgórz. Od razu rzuciła mu się w oczy wyraźna obcość postaci na osiołku. Początkowo była to tylko obcość, strach zjawił się, kiedy podjechali bliżej. Casey otworzył usta ze zdumienia i stał tak przez dłuższą chwilę, wpatrując się w dziwną trójcę, a następnie powoli ruszył im naprzeciw. Są ludzie, którzy na widok nieznanego rzucają się do ucieczki, inni wychodzą mu na spotkanie. Casey, chociaż powoli, ruszył jednak do przodu.
    Spotkanie nastąpiło na otwartej przestrzeni, w odległości około dwudziestu metrów do baru. Poszukiwacz zatrzymał się i wypuścił z ręki sznur, na którym prowadził osła. Osioł stanął w miejscu i opuścił głowę. Głodomór nie musiał zsiadać z osiołka, stanął po prostu nad nim okrakiem. Następnie przeniósł jedną nogę ponad osiołkiem, stał przez chwilę opierając się o jego grzbiet i osunął się na piasek.
    — Duża grawitacja — powiedział — trudno ustać.
    — Dostanę wody dla osła? — spytał poszukiwacz. — Musi być cholernie spragniony. Zostawiłem worki z wodą i trochę innych rzeczy, żeby móc zabrać toto — i wskazał kciukiem na czerwono-błękitnego stracha.
    Casey właśnie zaczął zdawać sobie sprawę ze swego strachu. Z daleka dziwne połączenie kolorów wywoływało tylko łagodne obrzydzenie. Z bliska jednak skóra była chropowata, z żyłami na powierzchni i sprawiała wrażenie wilgotnej (choć nie była) i niech to diabli, jeśli przybysz nie wyglądał, jakby z niego ściągnięto skórę i założono na lewą stronę. Albo jakby tylko ściągnięto skórę i na tym poprzestano. Casey nigdy w życiu nie widział czegoś takiego i miał nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiał oglądać.
    Nagle Casey coś poczuł, czy usłyszał i obejrzał się za siebie. Poza jego plecami zaczynali się zbierać gapie, ale najbliżsi z nich — dwaj mali chłopcy — utrzymywali odległość dziesięciu metrów.
    — Muchachos — zawołał Casey. — Agua por el burro. Un pozal. Pronto. — I zwrócił się w stronę przybyszów z pytającym spojrzeniem.
    — Jestem Dade Grant — powiedział poszukiwacz wyciągając na powitanie rękę, którą oszołomiony Casey uścisnął. Następnie wskazał kciukiem na to, co siedziało na ziemi poza jego plecami. — On mówi, że nazywa się Garvane. Jest cudzoziemcem i podobno jakimś tam ministrem.
    Casey skinął głową głodomorowi i był zadowolony, że ten odpowiedział podobnie, nie wyciągając ręki do powitania.
    — Nazywam się Manuel Casey — przedstawił się. — On mówi, że pan jest cudzoziemcem… — Jestem nieziemcem. Jestem także ministrem pełnomocnym i nadzwyczajnym — odezwał się głodomór głosem niespodziewanie głębokim i wibrującym.
    Na szczęście Casey był stosunkowo nieźle oczytanym człowiekiem i on jeden w całym Cherrybell mógł zrozumieć, z kim ma do czynienia. Wygląd przybysza sprawiał, że nie wątpiło się w prawdziwość jego słów.
    — Czym mogę panu służyć? — spytał Casey. — Czy nie zechciałby pan schronić się w cieniu? — Nie, dziękuję. Jest tutaj wprawdzie nieco chłodniej, niż się spodziewałem, lecz to mi nie przeszkadza. Taka pogoda odpowiada porze wiosennych chłodów na mojej planecie. Zaś co do moich życzeń, to pragnąłbym, aby powiadomił pan władze o moim przybyciu. Sądzę, że je to zainteresuje.
    „Szczęśliwym zbiegiem okoliczności jestem najbardziej do tego odpowiednim człowiekiem w promieniu co najmniej dwudziestu mil” — pomyślał Casey.
    Przyrodni brat Manuela Caseya był pułkownikiem lotnictwa w bazie lotniczej w Tucson. — Natychmiast zatelefonuję, gdzie trzeba — powiedział Casey. — A może pan, panie Grant, zechce wejść do domu.
    — Mnie słońce nie przeszkadza. Przyzwyczaiłem się. A ten facet prosił mnie, żebym się go trzymał, aż załatwi swoje sprawy. Obiecał, że da mi za to coś wartościowego.
    — Elektronowy bateryjny wykrywacz rudy — wyjaśnił Garyane. — Prosty przyrząd wskazujący obecność rud różnych metali w promieniu dwóch mil, z zaznaczeniem stopnia koncentracji i głębokości zalegania.
    Casey głośno przełknął ślinę z wrażenia, grzecznie przeprosił ł przepchnął się przez krąg gapiów w stronę tawerny. Połączenie z pułkownikiem Caseyem uzyskał w ciągu niespełna minuty, nieco więcej czasu wymagało przekonanie go, że to nie żart ani pijacki wybryk.
    W dwadzieścia pięć minut później rozległ się nad głowami narastający warkot i wkrótce czteromiejscowy helikopter wylądował w odległości dwudziestu metrów od przybysza, jego przewodnika i osiołka. Casey nadal był jedynym, który odważył się podejść do gości z pustyni — pozostali mieszkańcy Cherrybell gapili się z bezpiecznej odległości.
    Pułkownik Casey, towarzyszący mu major i porucznik pilotujący helikopter podbiegli do centralnej grupy. Chudzielec na powitanie powstał. Widać było, że pokonanie ziemskiej siły przyciągania przychodzi mu z największym trudem. Następnie skłonił się i ponownie przedstawił się jako minister pełnomocny i nadzwyczajny. Po tej ceremonii przeprosił, wyjaśnił, dlaczego nie może stać, i usiadł z powrotem.
    Teraz z kolei pułkownik przedstawił siebie i swoich towarzyszy.
    Chudzielec odpowiedział grymasem, który miał zapewne imitować uśmiech. Zęby miał równie jasnoniebieskie jak włosy i oczy.
    — Wy, Ziemianie, macie takie powiedzenie: „Chcę rozmawiać z szefem”. Ja nie proszę, żebyście zaprowadzili mnie do swego szefa. Prawdę mówiąc nie mogę się stąd oddalać. Nie żądam również, żeby wasi przywódcy przybyli do mnie, gdyż byłoby to sprzeczne z etykietą. Zgadzam się, aby panowie reprezentowali swoją władzę i odbyli ze mną wstępne rozmowy. Mam tylko jedną prośbę.
    Proszę, aby wszystko to, co powiem, zostało nagrane. Chcę mieć pewność, że to, co powiem, zostanie w sposób dokładny i pełny przekazane waszym przywódcom.
    — Rozumiem — powiedział pułkownik i zwrócił się do pilota: Przekażcie do bazy moje polecenie, aby natychmiast dostarczyli nam tutaj magnetofon. Mogą go nam zrzucić na spado… Nie, pakowanie zajmie zbyt dużo czasu. Niech wyślą drugi śmigłowiec.
    Porucznik ruszył biegiem w stronę helikoptera. Reszta siedziała przez chwilę pocąc się w milczeniu, które przerwał Casey:
    — Mamy co najmniej pół godziny czasu i jeśli musimy siedzieć w słońcu, to może przyniosę z lodówki piwo. Dla pana również, panie Garyane?
    — Przyznam się, że jest mi trochę chłodno. Może ma pan coś ciepłego? — Zrobię kawę. Może przynieść panu coś do okrycia? — Nie, dziękuję. To nie jest konieczne.
    Casey odszedł i po chwili wrócił z tacą, na której stało kilka butelek piwa i filiżanka gorącej kawy. Postawił tacę na ziemi i najpierw padał filiżankę przybyszowi, który posmakował kawę i stwierdził, że jest znakomita.
    Pułkownik Casey odchrząknął: — Obsłuż teraz naszego przyjaciela — poszukiwacza złota. A co do nas — no cóż, wprawdzie nie wolno nam pić piwa na służbie, ale w Tucson było czterdzieści stopni w cieniu, a tu jest jeszcze więcej i na dodatek wcale nie w cieniu. Panowie, możecie uważać, że udzieliłem wam urlopu na czas potrzebny do wypicia jednej butelki piwa.
    Piwo zostało wypite i prawie w tej samej chwili pojawił się helikopter. Casey spytał nieziemskiego gościa, czy chce jeszcze kawy i spotkał się z grzeczną odmową. Następnie wymienił porozumiewawcze spojrzenie z poszukiwaczem i pobiegł po dalsze dwa piwa dla cywilnych uczestników konferencji.
    Kiedy wrócił, załoga drugiego helikoptera dołączyła już do pierwszej grupy. Oprócz pilota był tam sierżant obsługujący magnetofon, podpułkownik i podoficer z intendentury, który był ciekaw, dlaczego trzeba było tak pilnie dostarczyć magnetofon do Cherrybell w Arizonie. — Panowie — powiedział półgłosem pułkownik i wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę — proszę zająć miejsca wkoło mikrofonu. Sierżancie, czy będzie nas wszystkich słychać? — Tak jest, panie pułkowniku. Zaraz będę gotów do nagrywania.
    Dziesięciu ludzi i jeden nieziemiec usiedli wokół mikrofonu zawieszonego na niskim trójnogu. Ludzie pocili się obficie, nieziemiec drżał lekko z zimna. Na zewnątrz tego kręgu stał zapomniany osiołek z nisko zwieszoną głową. Nieco dalej, w odległości kilku metrów, tłoczyła się cała ludność Cherrybell: domy, sklep i stacja benzynowa wyludniły się. Sierżant nacisnął klawisz i taśma zaczęła się przesuwać.
    Po sprawdzeniu działania magnetofonu sierżant zameldował, że może przystąpić do nagrywania.
    Pułkownik spojrzał na gościa, który skinął głową, kiwnął więc na sierżanta. Sierżant uruchomił magnetofon.
    — Nazywam się Garyane — zaczął nieziemiec wolno i wyraźnie. — Pochodzę z układu gwiezdnego, nie figurującego w waszych katalogach. Znajduje się on w odległości czterech tysięcy lat świetlnych, w kierunku środka galaktyki.
    Nie przybywam tu jednak jako reprezentant swojej planety, lecz jako minister pełnomocny Związku Galaktycznego, federacji wysoce rozwiniętych cywilizacji galaktyki. Misja moja polega na tym, aby przekonać się tu na miejscu, czy Ziemia może stać się nowym członkiem naszego Związku.
    Teraz, panowie, oczekuję pytań z waszej strony, zastrzegam sobie jednak prawo wstrzymania się od odpowiedzi na niektóre z nich, do czasu podjęcia ostatecznej decyzji. W przypadku decyzji przychylnej odpowiem na wszystkie pytania. Czy to panów zadowala? — W zupełności — odpowiedział pułkownik. — Czy można wiedzieć, w jaki sposób przybył pan do nas? Czy przywiózł pana statek kosmiczny?
    — Tak jest. Znajduje się on nad nami, na wysokości dwudziestu dwóch tysięcy mil. Jego szybkość równa jest szybkości obrotu Ziemi, tak więc utrzymuje się ona nad tym samym punktem powierzchni Ziemi. Znajduję się pod stałą obserwacją z pokładu statku i dlatego właśnie wolałem pozostać na otwartej przestrzeni. Na mój sygnał statek wyląduje, aby mnie zabrać.
    — Skąd zna pan tak dobrze nasz język? Czy posługuje się pan telepatią?
    — Nie. I mogę powiedzieć, że w całej galaktyce nie ma rasy zdolnej do nawiązania telepatycznego kontaktu z przedstawicielami innej rasy. Nauczyłem się waszego języka przed przylotem tutaj. Nasi obserwatorzy żyli wśród was od wielu stuleci. Mówiąc nasi — mam na myśli Związek Galaktyczny. Oczywistym jest, że ja nie mógłbym żyć wśród was bez zwracania uwagi, ale przedstawiciele niektórych innych ras mogą. Muszę z całą stanowczością podkreślić, że nie są oni agentami ani szpiegami — są tylko obserwatorami, którym nie wolno ingerować w wasze sprawy.
    — Jakie korzyści da nam ewentualne przyłączenie się do waszego związku?
    — Po pierwsze, przejdziecie krótki kurs podstawowych nauk, co położy kres waszym skłonnościom do walki między sobą i pozwoli wam zapanować nad odruchami agresywnymi. Następnie zapoznamy was z nauką o lotach kosmicznych i z wieloma innymi rzeczami, w tempie uzależnionym wyłącznie od waszej zdolności do uczenia się.
    — Brzmi to niemal zbyt pięknie, aby mogło być prawdziwe. Powiedział pan, że ma pan tu, na miejscu, zdecydować, czy zostaniemy zaproszeni do udziału w Związku Galaktycznym. Czy można wiedzieć, od jakich czynników uzależnia pan swoją decyzję? — Jednym z czynników jest — a raczej był, ponieważ już go zbadałem — stopień ksenofobii u
    Ziemian. Słowo to oznacza u was obawę przed cudzoziemcami. My używamy słowa, które nie ma ścisłego odpowiednika w waszym języku: oznacza ono obawę i obrzydzenie w stosunku do istot z innych planet. Do nawiązania pierwszego kontaktu z wami zostałem wybrany ja, jako przedstawiciel rasy człekopodobnej i dlatego zapewne bardziej dla was odpychającej niż przedstawiciel rasy całkowicie odmiennej. Wydaję się wam okropny, ponieważ widzicie we mnie jakby karykaturę człowieka.
    Zapewne uważacie, że mój widok budzi w was obrzydzenie, ale zapewniam was, że ten egzamin zdaliście pomyślnie. Są w naszej galaktyce rasy, które niezależnie od stopnia swego rozwoju nigdy nie będą mogły zostać członkami naszego Związku, ponieważ ich ksenofobia jest nieuleczalna i ujawnia się w sposób gwałtowny. Nie są oni w stanie znieść widoku ani obecności przedstawiciela innego gatunku istot rozumnych — uciekają w przerażeniu albo rzucają się na niego, aby zabić. Z obserwacji was i tych ludzi — tu wskazał swoją długą ręką w stronę mieszkańców Cherrybell — wiem, że czujecie na mój widok obrzydzenie, lecz wierzcie mi, że jest ono stosunkowo łagodne i łatwo uleczalne. Ten egzamin zdaliście na celująco. — Czy są jakieś inne egzaminy?
    — Jest jeszcze jeden. Myślę jednak, że nadszedł już czas, aby… — i nie kończąc zdania chudzielec przewrócił się na plecy i zamknął oczy.
    Pułkownik zerwał się na równe nogi, podszedł do leżącego jak długi nieziemca, przyklęknął i przytknął ucho do jego krwawej piersi.
    Kiedy podnosił głowę, Dade Grant, stary poszukiwacz złota, roześmiał się. — Serce nie bije, panie pułkowniku, gdyż on nie ma serca. Mogę go wam zostawić na pamiątkę i zapewniam was, że znajdziecie w jego wnętrzu dużo ciekawych rzeczy. Tak jest, panowie, to była tylko kukła, która spełniła swoją rolę i została wyłączona. Może pan wrócić na swoje miejsce, pułkowniku. — Ale po co to wszystko? — spytał osłupiały pułkownik, siadając z powrotem.
    Dade Grant zdzierał właśnie brodę i wąsy. Potem przetarł twarz chustką usuwając resztę charakteryzacji, spod której ukazał się przystojny młody człowiek.
    — To co on powiedział, czy też raczej to, co ja wam powiedziałem przez niego, jest prawdą. Jest on tylko kukłą, lecz jest to dokładna kopia przedstawiciela jednej z rozumnych ras naszej galaktyki. Nasi psychologowie uznali, że ta właśnie rasa, jako wywołująca największe obrzydzenie, będzie najlepszym sprawdzianem waszej ksenofobii. Nie mogliśmy zabrać ze sobą autentycznego reprezentanta tej rasy, ponieważ oni z kolei cierpią na agorafobię, czyli lęk przestrzeni. Mają oni wysoce rozwiniętą cywilizację i są cenionymi członkami Związku — nigdy jednak nie opuszczają swojej ojczystej planety.
    Nasi obserwatorzy zapewniają nas, że Ziemianie nie mają lęku przestrzeni — nie byli natomiast w stanie ocenić stopnia waszej ksenofobii, a najlepszym sprawdzianem jest zawsze bezpośredni kontakt.
    Pułkownik westchnął z wyraźną ulgą. — Muszę przyznać, że od razu poczułem się lepiej. Oczywiście będziemy musieli znieść obecność przedstawicieli innych ras człekopodobnych, kiedy zajdzie tego potrzeba. Odczułem jednak ulgę, dowiadując się, że panującą rasą w galaktyce są jednak ludzie. Na czym polega następny egzamin?
    — Właśnie teraz go zdajecie. Możecie mnie uważać za drugą kukiełkę. Myślę, że nadszedł już czas…
    Rzekomy poszukiwacz złota przewrócił się na piasek i zamknął oczy, tak jak poprzednio kolorowy głodomór.
    Osiołek uniósł głowę i wsunął ją w krąg siedzących ludzi. — Na tym kończy się przedstawienie kukiełkowe, pułkowniku — powiedział. — A teraz może zechce mi pan bliżej wyjaśnić, dlaczego cieszył się pan, że rasą panującą są ludzie i co to w ogóle znaczy „rasa panująca”.
    Przełożył Lech Jęczmyk

Fredric Brown
Mąż opatrnościowy

    Był sobie raz niejaki Hanley, Al Hanley, i na pewno nigdy nie przyszłoby wam do głowy, że może to być jakaś ważna figura. I gdybyście nawet znali całą historię jego życia, aż do dnia wizyty Darian, to i tak nigdy nie domyślilibyście się, jak bardzo będziecie mu kiedyś wdzięczni. A za co, przekonacie się po przeczytaniu tej opowieści.
    Wówczas kiedy się to zdarzyło, Hanley był pijany. Nie był to bynajmniej przypadek — był pijany już od dawna i jego ambicją było utrzymać się w tym stanie jak najdłużej. Niestety, stawało się to ostatnio zadaniem coraz trudniejszym: najpierw skończyły się pieniądze, a wkrótce również i przyjaciele, których mógłby naciągać na pożyczki. Jego znajomości były coraz podrzędniejsze i doszedł do tego, że uważał się za szczęśliwca, jeśli udało — mu się ustrzelić kogoś na dwa dolary.
    W końcu stoczył się tak nisko, że musiał wałęsać się godzinami, aby spotkać jakiegoś znajomka, którego mógłby naciągnąć na dolara czy 25 centów. Długa wędrówka niszczyła efekt ostatniego kieliszka — no, może niezupełnie, ale w znacznym stopniu — tak, że znajdował się w sytuacji Alicji z Krainy Czarów, która musiała biec z całej siły, żeby pozostawać w tym samym miejscu.
    Zaczepianie nieznajomych odpadało, gdyż policjanci mieli na to oko, i gdyby tylko spróbował, skończyłoby się na nocy spędzonej o suchym gardle w komisariacie, co mu się wcale nie uśmiechało. Był teraz w takim stanie, że dwanaście godzin bez alkoholu przyprawiało go o piekielne męki, w porównaniu z którymi delirium tremens było dziecinną igraszką.
    D.T. to ostatecznie tylko halucynacje. Jeśli jesteś sprytny, to wiesz, że to tylko przywidzenia. Czasem mogą one nawet spełniać rolę towarzystwa, jeśli komuś na tym zależy. Ale piekielne męki to zupełnie inna sprawa. Trzeba wypić więcej alkoholu, niż wam się wydaje, żeby dojść do tego stadium. Najgorzej, gdy człowiek, który już zapomniał, kiedy był trzeźwy, zostaje nagle całkowicie pozbawiony alkoholu na dłuższy okres. Na przykład w areszcie.
    Sama myśl o tych mękach przyprawia Hanleya o drżenie, które zresztą wkrótce przeszło na widok jego starego przyjaciela, serdecznego druha, którego co prawda widział najwyżej kilka razy w życiu, i to w niezbyt miłych okolicznościach. Stary przyjaciel nazwiskiem Kid Eggleston był emerytowanym bokserem i ostatnio pracował jako wykidajło w barze, przez co siłą rzeczy zetknął się z Hanleyem.
    Nie starajcie się jednak zapamiętać jego nazwiska ani jego historii, ponieważ i tak nie odgrywa on większej roli w tej opowieści. Prawdę mówiąc dokładnie za półtorej minuty wyda okrzyk przerażenia, a później zemdleje i nie będziemy już więcej o nim słyszeć.
    Mimochodem warto jednak zauważyć, że gdyby Kid Eggleston nie krzyknął i nie zemdlał, wasz tryb życia mógłby ulec pewnej zamianie. Moglibyście na przykład pocić się w kopalni odkrywkowej glutytu, pod palącymi promieniami zielonego słońca gdzieś na krańcach naszej Galaktyki. Na pewno by wam to nie przypadło do gustu — więc pamiętajcie, że to Hanley uratował was (i wciąż jeszcze ratuje) przed tą ewentualnością. Nie sądźcie go zbyt surowo.
    Gdyby Trójka i Dziewiątka zabrali Kida, wszystko potoczyłoby się inaczej.
    Trójka i Dziewiątka byli przybyszami z planety Dar, która jest jedną z dwu planet wyżej wspomnianego zielonego słońca na krańcu Galaktyki. Trójka i Dziewiątka to nie były oczywiście ich pełne nazwiska. Darianie zamiast nazwisk używają numerów i pełne nazwisko Trójki brzmiało 389,057,792,869,223, a w każdym razie tak by wyglądało w transkrypcji na system dziesiętny.
    Mam nadzieję, że wybaczycie mi, iż będę w dalszym ciągu nazywał przybyszów w skrócie Trójką i Dziewiątką i że oni również będą się tak do siebie zwracali. Oni by mi tego nie wybaczyli. Darianie zawsze zwracają się do siebie pełną liczbą i każdy skrót jest uważany za obrazę. Jednak Darianie żyją znacznie dłużej niż my i w przeciwieństwie do mnie mają na to czas.
    W chwili gdy Hanley dopadł Kida, Trójka i Dziewiątka byli jeszcze w odległości około mili ponad nimi. Nie znajdowali się bynajmniej w samolocie ani nawet na statku kosmicznym (ani tym bardziej w latającym talerzu. Jasne, że wiem, co to jest latający talerz, ale spytajcie mnie o to innym razem. Teraz chcę trzymać się Darian). Byli po prostu w sześcianie czasoprzestrzennym.
    Zdaje się, że będę musiał to wyjaśnić. Darianie odkryli — do czego i my któregoś dnia zapewne dojdziemy — że Einstein miał rację. Materia nie może poruszać się z prędkością większą od prędkości światła nie przekształcając się w energię. Zapewne nie zależy wam na tym, żeby przekształcić się w energię, prawda? Darianom również nie zależało, kiedy rozpoczynali wyprawy w głąb Galaktyki. Odkryli oni, że można podróżować z prędkością większą od prędkości światła, jeśli poruszać się jednocześnie w czasie i przestrzeni, czyli w czasoprzestrzeni. Odległość, jaką musieli przebyć z Daru do Ziemi, wynosiła 163 tysiące lat świetlnych.
    Ale ponieważ jednocześnie odbyli podróż w czasie na 1630 stuleci wstecz, wiec czas ich podróży wyniósł 0 godzin 0 minut. W drodze powrotnej zrobili to samo i wrócili (w momencie swojego startu) do punktu wyjściowego w czasoprzestrzeni. Myślę, że to jest zrozumiałe.
    W każdym razie ich niewidzialny dla ziemskich oczu sześcian znajdował się na wysokości mili nad Filadelfią i błagam, nie pytajcie minie, dlaczego oni wybrali akurat Filadelfię — nie rozumiem, jak w ogóle można wybrać Filadelfię do jakiegokolwiek celu. Wisieli tam nieruchomo przez cztery dni. W tym czasie Trójka i Dziewiątka słuchali audycji radiowych i nauczyli się posługiwać miejscowym językiem.
    Nie, oczywiście nie dowiedzieli się niczego istotnego o naszej cywilizacji ani o naszych obyczajach. Wyobraźcie sobie, że macie wyrobić sobie pogląd na życie mieszkańców Ziemi, słuchając mieszanki złożonej z radioreklamy, westernu i quizu. Zresztą nie interesowało ich specjalnie, jaka jest ta nasza cywilizacja, byle tylko nie była na tyle rozwinięta, aby im zagrozić — pod tym względem uspokoili się zupełnie w ciągu swojej czterodniowej obserwacji. Nie można mieć do nich o to pretensji — zresztą mieli rację. — Schodzimy? — spytał Trójka Dziewiątki.
    — Tak — odpowiedział Dziewiątka. Trójka zwinął się wokół tablicy kontrolnej.
    — … jasne. Widziałem, jak walczyłeś — mówił Hanley. — Byłeś naprawdę dobry, Kid. Miałeś dryg do walki. Może byśmy wypili po jednym tu na rogu? — A kto stawia? — Właśnie dzisiaj jestem bez grosza. Ale potrzebny mi jest kieliszek. Za dawne czasy, Kid…
    — Potrzebny ci jest kieliszek jak mnie dziura w głowie. Jesteś pijany i lepiej, żebyś wytrzeźwiał, zanim, cię złapie delirium tremens.
    — Już mnie złapało. I nic sobie z tego nie robię. Spójrz, są za twoimi plecami.
    Wbrew logice Kid Eggleston obejrzał się. Wtedy właśnie krzyknął i zemdlał. Trójka i Dziewiątka zbliżali się. Za nami widoczny był mglisty zarys wielkiego sześcianu. Ta jego dziwna, nierealna obecność mogła trochę przestraszyć. Pewnie dlatego Kid zemdlał.
    Bo Trójka i Dziewiątka nie mieli w sobie nic przerażającego. Przypominali dżdżownice długości około 15 stóp (w stanie rozciągniętym) i o średnicy około stopy w środku. Byli przyjemnego jasnobłękitnego koloru i nie mieli żadnych widocznych organów zmysłu, tak że nie można było odgadnąć, który koniec jest który — co zresztą nie miało większego znaczenia, bo oba końce były i tak identyczne.
    I chociaż teraz zbliżali się do Hanleya i nieprzytomnego Koda, nie można było powiedzieć, gdzie jest przód, a gdzie tył, gdyż poruszali się w normalnej, to jest zwiniętej pozycji. — Cześć, chłopcy — powiedział Hanley. — Przestraszyliście mojego przyjaciela, niech was cholera. A on miał mi postawić wódkę. Z tego wynika, że jesteście mi winni kolejkę. — Reakcja nielogiczna — powiedział Trójka do Dziewiątki. — Podobnie zresztą jak u tamtego osobnika. Weźmiemy obu?
    — Nie. Tamten drugi, chociaż większy, musi być słabowity. Zresztą jeden okaz wystarczy. Chodźmy.
    Hanley cofnął się o krok. — Jeśli mi postawicie, to w porządku. W przeciwnym razie chcę wiedzieć dokąd. — Na Dar.
    — Znaczy się, mamy zasuwać na Dar? Słuchaj, mistrzu, nie ruszę się na krok, dopóki mi nie postawicie kielicha.
    — Rozumiesz, o co mu chodzi? — spytał Dziewiątka. Trójka przecząco pokręcił jednym końcem. — Bierzemy go siłą?
    — Na razie nie ma potrzeby, może zgodzi się pójść dobrowolnie. Czy zgodzisz się wejść do sześcianu dobrowolnie, istoto? — A macie tam alkohol? — Tak. Wejdź, proszę.
    Hanley zbliżył się do sześcianu i wszedł do środka. Nie dlatego, żeby wierzył, że on tam stoi naprawdę, ale co miał do stracenia? Zresztą kiedy się ma D.T., najgorzej się sprzeciwiać. Sześcian był zbudowany z materii stałej i od wewnątrz wcale nie był przezroczysty. Trójka owinął się wokół tablicy kontrolnej i przy pomocy obu swoich końców zręcznie manipulował delikatnymi mechanizmami.
    — Znajdujemy się w międzyprzestrzeni — powiedział do Dziewiątki. — Proponuję, abyśmy zatrzymali się tutaj do czasu, aż przeprowadzimy studia nad tym okazem i ustalimy, czy nadaje się do naszych celów.
    — Hej, chłopcy, a co z tą wódką? — zaniepokoił się Hanley. Ręce zaczęły mu się już trząść, a wzdłuż kręgosłupa od wewnątrz czuł biegające tam i z powrotem mrówki.
    — Zdaje się, że on cierpi — powiedział Dziewiątka. — Zapewne z głodu albo pragnienia. Co te stwory piją? Może wodę utlenioną, tak jak my?
    — Większa część ich planety jest pokryta wodnym roztworem chlorku sodu. Może mu przyrządzimy trochę?
    Hanley ryknął:
    — Nie, nie chcę wody, nawet bez soli! Ja chcę pić! Wódy!
    — Chyba przeprowadzę analizę jego systemu trawiennego — powiedział Trójka. — Przy pomocy introfluoroskopu zrobię to błyskawicznie.
    Trójka odwinął się od tablicy kontrolnej i zbliżył się do jakiegoś dziwnego przyrządu. Po chwili zamigotały jakieś światełka i Trójka powiedział: — Dziwne. Jego przemiana materii oparta jest na C2H5OH? — C2H5OH?
    — Tak, alkohol, w każdym razie jako składnik podstawowy. Jest jeszcze nieco wody, ale bez chlorku sodu, i nieznaczne ilości innych składników. Nie ma śladów żadnego innego pokarmu. Zawartość alkoholu we krwi i w mózgu wynosi 0,234 procenta. Cały jego metabolizm opiera się na tym.
    — Chłopcy — błagał Hanley. — Ja muszę sobie golnąć. Może byście tak przestali gadać głupstwa i dali mi coś do wypicia?
    — Zaczekaj chwilę — powiedział Dziewiątka — zaraz przyrządzę to, czego się domagasz. Sprawdzę tylko skale na introfluoroskopie i dodam wskazania psychometru. — Znowu błyskały światełka i Dziewiątka udał się w jeden z kątów sześcianu, gdzie widocznie było laboratorium. Majstrował tam przez niecałą minutę i przyniósł naczynie zawierające około pół litra klarownego bursztynowego płynu.
    Hanley powąchał, potem spróbował i westchnął. — Dobiliście mnie — powiedział. To jest aqua vitae, boski nektar. Takiego napoju nie ma na świecie. — Pociągnął wielki łyk i nawet nie poczuł parzenia w gardle. — Coś ty mu przyrządził? — spytał Trójka.
    — Dość skomplikowany zestaw, dostosowany dokładnie do jego potrzeb. Pięćdziesiąt procent alkoholu, czterdzieści pięć procent wody. Pozostałe pięć procent składa się z dużej ilości składników; wchodzą tu wszystkie niezbędne witaminy i sole mineralne we właściwych proporcjach oraz drobne ilości substancji smakowych. Oczywiście według jego gustu. Dla nas byłoby to coś okropnego, nawet gdybyśmy mogli pić alkohol albo wodę.
    Hanley westchnął i znowu pociągnął potężnie.
    Zaczynał się lekko zataczać. Spojrzał na Trójkę i wyszczerzył zęby w uśmiechu. — I tak wiem, że nie istniejesz, że ciebie tam wcale nie ma — powiedział. — O co mu chodzi? — spytał Dziewiątka Trójki.
    — Wygląda na to, że jego procesy myślowe są całkowicie alogiczne. Obawiam się, że ten gatunek istot nie nada się na niewolników, ale oczywiście musimy się co do tego upewnić. Jak się nazywasz, istoto?
    — Po co ci nazwisko? — powiedział Hanley. — Możesz mnie nazywać, jak ci się żywnie podoba. Jesteście przecież moimi najlepszymi kumplami. Pojadę z wami, gdzie chcecie, dajcie mi tylko znać, jak już dojedziemy.
    Pociągnął spory łyk i zwalił się na podłogę, Zaczął wydawać z siebie jakieś dziwne dźwięki, ale ani Trójka, ani Dziewiątka nie potrafili rozróżnić słów. Brzmiało to jak „Zzzzz-głup, zzzz-glup”. Próbowali go obudzić, ale im się to nie udawało, więc obserwowali go tylko i przeprowadzali niektóre próby. Obudził się dopiero po kilku godzinach. Usiadł i wpatrywał się w nich z przerażeniem. — To nieprawda — powiedział. — Was tam nie ma. Na litość boską, szybko dajcie mi pić;
    Wręczyli mu naczynie, które Dziewiątka ponownie napełnił tym samym płynem. Hanley pił przymykając oczy z błogości.
    — Nie budźcie mnie — powiedział.
    — Wcale teraz nie śpisz.
    — No to nie kładźcie mnie spać. Wiem, co to jest. To ambrozja, napój bogów.
    — Kto to są bogowie?
    — Bogów nie ma. Ale to jest właśnie to, co oni piją. Na Olimpie.
    — Procesy myślowe całkowicie alogiczne — zauważył Trójka.
    Hanley uniósł naczynie. — W ręce waszych miłości perswaduję — powiedział,
    — Co to są waszemiłoście? — spytał Trójka. Hanley zastanowił się przez chwilę: — To są takie zbobierzałe fąfle, które wywożą ludzi na Dar. — Co wiesz o Darze?
    — Jest to coś, czego nie ma. Wasze zdrowie, chłopcy — i pociągnął znowu.
    — Za głupi, żeby się nadał do czegoś poza prostą pracą fizyczną — powiedział Trójka. — Ale jeśli jest wystarczająco silny, warto zrobić najazd na tę planetę. Liczy trzy do czterech miliardów mieszkańców. Przydadzą się nam choćby niewykwalifikowani robotnicy — trzy czy cztery miliardy to już jest coś. — Hura! — krzyknął Hanley.
    — Zdaje się, że on słabo kojarzy — powiedział Trójka w zamyśleniu. — Ale może za to jest silny fizycznie. Istoto, jak cię mam nazywać?
    — Mówcie do mnie Al, chłopcy. — Hanley próbował się podnieść.
    — Czy to jest nazwa twoja, czy całego gatunku? I czy to jest jej pełne brzmienie? Hanley oparł się o ścianę.
    — Gatunku — powiedział po chwili namysłu. — To skrót od Albinosów. — Tak to sobie wymyślił.
    — Chcemy sprawdzić twoją wytrzymałość. Biegaj tam i z powrotem po sześcianie, dopóki się nie zmęczysz. Daj, potrzymam ci naczynie z pożywieniem.
    Wyjął naczynie z rąk Hanleya, który zaczął mu je z powrotem wyrywać. — Jeszcze jeden łyk. Tylko mały łyczek. Potem będę biegał dla was choćby do białego rana. — Może mu to jest potrzebne — powiedział Trójka. — Oddaj mu naczynie.
    Hanley nie wiedział, kiedy mu się dadzą napić ponownie, pociągnął więc na zapas. Potem pomachał wesoło do czterech Darian, którzy mu się przypatrywali.
    — Do zobaczenia na wyścigach, chłopcy — powiedział, — Mam nadzieję, że przyjdziecie wszyscy czterej. Stawiajcie na mnie. Wygram w cuglach. Mogę jeszcze łyczek przed startem?
    Pociągnął jeszcze łyczek, rzeczywiście mały tym razem — niecałą szklankę. — Wystarczy — powiedział Trójka. — Teraz biegaj.
    Hanley zrobił kilka kroków i upadł na twarz. Przetoczył się na plecy i tak leżał z błogim uśmiechem na twarzy.
    — Nieprawdopodobne — powiedział Trójka. — Może on nas chce oszukać. Sprawdź to, Dziewiątka.
    Dziewiątka sprawdził. — Nieprawdopodobne — powiedział. — Po tak niewielkim wysiłku stracił przytomność, i to do tego stopnia, że nie reaguje na ból. On nie udaje. Te istoty są dla naszych celów zupełnie nieprzydatne. Wyślij raport, że wracamy. Zabierzemy go jako okaz do ogrodu zoologicznego. Warto go tam pokazać. Fizycznie jest to najdziwniejszy okaz ze wszystkich, jakie napotkaliśmy na milionach planet.
    Trójka owinął się wokół tablicy kontrolnej i zaczął manipulować mechanizmami przy pomocy obu końców. Minęło 163 tysiące lat świetlnych i 1630 stuleci, redukując się nawzajem tak całkowicie i dokładnie, jakby nie poruszali się w ogóle ani w czasie, ani w przestrzeni.
    W stolicy planety Dar, która panuje nad tysiącami nadających się do kolonizacji planet i której przedstawiciele zbadali miliony innych, bezużytecznych, jak na przykład Ziemia, planet — Al Hanley zajmuje wielką, szklaną klatkę na honorowym miejscu, jako niezwykle ciekawy okaz.
    Pośrodku klatki jest sadzawka, z której często popija. Widziano zresztą również, jak się w niej kąpał. Jest ona napełniona napojem, który tak się ma do najlepszej ziemskiej whisky, jak najlepsza ziemska whisky do bimbru pędzonego w brudnej wannie. Poza tym zawiera ona, bez szkody dla smaku, wszystkie niezbędne witaminy i sole mineralne.
    Nie wywołuje też kaca ani żadnych innych przykrych następstw. Picie go sprawia Hanleyowi rozkosz, dającą się porównać chyba tylko z rozkoszami, jakich doznają bywalcy Zoo, którzy przypatrują mu się w niemym zachwycie, a potem czytają objaśnienie na jego klatce:
    ALCOHOLICUS ANONYMOUS
    Odżywia się wyłącznie C2H5OH z dodatkiem witamin i soli mineralnych. Miewa przebłyski inteligencji, ale nie posiada zdolności logicznego myślenia. Mało odporny na wysiłek — pada z wyczerpania już po kilku krokach. Nie przedstawia żadnej wartości handlowej, jest jednak jednym z ciekawych okazów odkrytych w Galaktyce. Zamieszkuje trzecią planetę w systemie słońca Jx 654746-908.
    Jest on tak fascynującym okazem, że uczynili go, praktycznie rzecz biorąc, nieśmiertelnym. I cale szczęście, bo gdyby, nie daj Boże, coś mu się stało, mogliby zechcieć zastąpić go innym okazem Ziemianina i tym razem mogliby trafić na jakiegoś abstynenta, jak ja czy ktoś z was. Strach pomyśleć, co by nam wówczas groziło.
    Przełożył Lech Jęczmyk

Mark Clifton
Hańba wandalom

    Na opustoszałym obecnie marsjańskim lądowisku, na jednej z wież wisi wypchany trocinami skafander.
    Nikt nie wie, kto powiesił ten skafander i co chciał przez to powiedzieć. Może miał to być strach na wróble, ostrzegający wszystkich, którzy chcieliby pójść w nasze ślady?
    Może po prostu symbol ludzkiej obecności, jak inicjały wyryte na ścianie bezcennej, zabytkowej budowli, zdające się mówić: „Jestem zbyt głupi, aby tworzyć, lecz potrafię niszczyć. Oto świadectwo mojej obecności”.
    A może było to symboliczne samobójstwo: wyraz poczucia winy tak wielkiej, że człowiek dokonał na sobie samym egzekucji w miejscu zbrodni.
    Kapitan Leyton zobaczył kukłę w dzień naszego odlotu. Pierwszym jego odruchem było kazać to zdjąć natychmiast i odszukać winowajcę.
    Jednak gniew wygasł, zanim słowa komendy zostały wypowiedziane.
    Było w pozie wiszącej kukły coś, co przeniknęło nawet przez skostniały pancerz wojskowej dyscypliny. Coś z bezmiernego smutku, żalu i poczucia winy, przepełniającego nas wszystkich.
    Nie wiadomo, czy hełm skafandra opadł do przodu, ponieważ wandalowi nie chciało się wepchnąć tam więcej trocin, czy też był to zamierzony efekt świadomego artysty, wyrażającego za pomocą dostępnych mu środków doznania wszystkich członków ekspedycji.
    Kapitan nie kazał zdjąć kukły i nikt go nie spytał, czy tego nie zrobić — nawet wszędobylski podchorąży, który gotów był zrobić wszystko, by się przypodobać dowódcy.
    Tak więc na opuszczonym marsjańskim lądowisku wisi zniszczony skafander — kukła człowieka z trocinami zamiast serca, mózgu i duszy.
    Wówczas wydawało się to jedynym logicznym rozwiązaniem prawie nierozwiązywalnego problemu.
    Doktor YanDam podsumował zagadnienie w swoim pamiętnym przemówieniu na forum ONZ. Jeżeli dostrzegał on wówczas przed sobą szeregi twarzy wypełniających audytorium, to widok ten nie przesłaniał mu znacznie potężniejszej wizji bezdennej otchłani nieba usianego gwiazdami.
    Być może, że nawet nie zdawał sobie sprawy z politycznych konieczności, które zawsze mącą ludzkie marzenia. Wszystko to, co powie, będzie rozważone przez delegatów w kategoriach ich osobistych korzyści. Po drugie, jego słowa zostaną ocenione w kategoriach interesów narodowych. Po trzecie, z punktu widzenia korzyści, jakie mogą osiągnąć różne ugrupowania rasowe, religijne itp. Po czwarte, jak może to wpłynąć na stosunki między małymi państwami i wielkimi mocarstwami. Po piąte, czy projekt będzie sprzyjał zachowaniu status quo, tak, aby ci, którzy są u władzy, pozostali u steru, stwarzając jednocześnie pozory postępu dla zamknięcia ust wiecznie niezadowolonym, opozycjonistom. I wreszcie na szóstym, najgłębszym poziomie (jeśli ktoś w ogóle dotarł tak daleko), mogła pojawić się przelotna myśl o tym, co może być dobre dla ludzkości.
    Jeżeli doktor YanDam zdawał sobie sprawę, że tego rodzaju polityczna rzeczywistość zawsze bierze górę nad marzeniem uczonych, to nie dał tego po sobie poznać. Mówił tak, jak gdyby wszystkie jego myśli pochłaniały gwiazdy i odwieczne marzenie człowieka, aby do nich dotrzeć.
    — Problem można podsumować następująco — mówił doktor YanDam: — Jest pewna granica, do której można rozwijać teorie naukowe bez sprawdzenia ich w praktyce. Wcześniej czy później uczony musi przedstawić swoją teorię inżynierom, którzy poddadzą ją bezwzględnej próbie praktyki.
    Wiemy doskonale, że rakiety, których używamy dla naszych nieśmiałych rekonesansów w kosmos, nie zaprowadzą nas dalej niż na najbliższe planety, gdyż czas podróży zależy od raz nadanej statkowi szybkości. Jeśli nie potrafimy znaleźć rozwiązania tego problemu, to całego naszego krótkiego życia nie starczy na dotarcie do najbliższej gwiazdy. Nie starczy również naszych ograniczonych zasobów paliwowych. Musimy nauczyć się wykorzystywać jako źródło energii naszych statków pył kosmiczny.
    Wydaje nam się, że potrafimy już uzyskać energię jądrową nie z jakiejś specjalnej rudy, lecz z dowolnego rodzaju materii. Sądzimy, że potrafimy kontrolować tę reakcję. Tak mówi teoria. Ale jak na razie, nie została ona sprawdzona w praktyce przez inżynierów.
    Nie możemy przeprowadzić tych prób na Ziemi, bo co będzie, jeśli eksperyment wymknie nam się z rąk? Nie chcemy również użyć do tego celu Księżyca, gdyż jest on, ze względu na swoją niewielką siłę przyciągania, zbyt cenny dla przyszłych podróży międzygwiezdnych. Będzie on niezastąpioną bazą startową, nie możemy więc ryzykować jego skażenia lub zniszczenia.
    Utknęliśmy w martwym punkcie. Nie możemy posunąć się naprzód bez dalszych doświadczeń i jednocześnie nie możemy przeprowadzić ich na Ziemi ani na Księżycu. Trzeba więc znaleźć inny poligon doświadczalny.
    Nasi uczeni przedstawili ostatecznie dowody, że Mars jest planetą martwą. Bezużyteczną z punktu widzenia życia. Bezużyteczną również jako źródło bogactw mineralnych, gdyż nasze wątłe rakiety nie nadają się do transportu na skalę przemysłową. Bezużyteczną dla kolonizacji ze swoim rozrzedzonym powietrzem i brakiem wody. Istoty ludzkie muszą tam przebywać w hermetycznych pomieszczeniach lub w skafandrach. Jest to planeta pod każdym względem bezużyteczna.
    Lecz właśnie dlatego bezcenna dla nauki. Ponieważ tam możemy sprawdzić swoją teorię, nie narażając ludzkości na żadną stratę. Uważamy, że potrafimy rozpocząć reakcję jądrową w zwykłej skale i uzyskać ciągłe źródło energii. Wierzymy, że potrafimy nie dopuścić do gwałtownego wybuchu.
    Jeśli nawet liczne próby, jakie musimy przeprowadzić, doprowadzą do skażenia radioaktywnego lub nawet powolnego zniszczenia planety, to i tak nasz zysk będzie nieskończenie większy od utraty tego bezwartościowego globu.
    Ostatnie zdanie wywołało wyraźne poruszenie na sali: coś pośredniego pomiędzy dreszczem lęku i szmerem podziwu dla odwagi człowieka, nie wahającego się poświęcić całej planety dla dobra nauki. Było dla nich widać zaskoczeniem, że doszliśmy tak daleko.
    Po chwili namysłu zjawiało się uczucie ulgi. Oto proste rozwiązanie sprawy! Przenieść daleko od Ziemi nie tylko (eksperymenty YanDama, lecz wszystkie próby urządzeń jądrowych. Uspokoić obawy i uciszyć tych humanistów, którzy wolą narazić ludzkość na stagnację i zastój niż ryzykować jej przyszłość. Z punktu widzenia polityki może to przynieść tylko korzyści. I jeśli ktoś z obecnych myślał w ogóle w tych kategoriach, to rzecz mogła być korzystna dla ludzkości jako całości.
    — Nie wierzę w cuda — mówił dalej YanDam, kiedy sala się uspokoiła — lecz położenie tej planety tak dalekiej, że trzeba było wielkiego postępu nauki, aby do niej dotrzeć, i jednocześnie wystarczająco bliskiej, aby można ją wykorzystać dla nowego skoku w nauce — zakrawa na cud.
    (To dla tych, którzy szukają aprobaty siły wyższej dla uzasadnienia tego, co i tak mieli zrobić.)
    Pytam teraz: Czy narody świata zgadzają się, abyśmy wykorzystali do celów naukowych, ten tak dogodny i z każdego innego punktu widzenia bezużyteczny naturalny poligon, który przez tysiąclecia czekał, żeby móc się nam teraz przydać? Odpowiedź Zgromadzenia była pozytywna.
    Ani doktor YanDam, ani nikt z obecnych na sali, którzy jak przystało na polityków nie wybiegali myślą poza najbliższe głosowanie, nie powiedzieli pewnych rzeczy do końca:
    To prawda, że opracowaliśmy teorię wywołania kontrolowanej reakcji jądrowej z dowolnego rodzaju materii. Nie znamy za to, jak na razie, sposobu na zatrzymanie rozpoczętej reakcji.
    Sądzimy, że w przyszłości uda nam się taki sposób znaleźć, sądzimy, że powolna reakcja nie wymknie nam się z rąk i nie pochłonie całej planety, zanim znajdziemy sposób na jej powstrzymanie. Sądzimy, że w przyszłości nauka może nawet znaleźć sposób na dezaktywację skażonej planety. Mamy nadzieję, że tak będzie.
    Wiemy jednak na pewno, że bez dalszych eksperymentów rozwój nukleoniki zostanie zahamowany. Musimy więc wmówić w siebie, że nawet, jeśli cała planeta zostanie zniszczona, to i tak nie ma czego żałować.
    Jak zawsze jednak znalazła się garstka sceptyków, którzy podawali w wątpliwość nasze prawo do niszczenia jakiejkolwiek planety. Zawsze znajdzie się taka grupka niezadowolonych i jak zawsze tak i tym razem większość potrafiła ją zakrzyczeć.
    Zresztą rezultatów decyzji mieli na sobie doświadczyć nasi potomkowie. W każdym razie tak wówczas sądziliśmy.
    Mówię my, gdyż należałem do zespołu, który miał przeprowadzić eksperyment. Co nie znaczy, że byłem bohaterem. Nie było tam żadnego bohatera. Słusznie czy niesłusznie uznano, że nie jest to przedsięwzięcie widowiskowe, nadające się do sprzedania szerokiej publiczności, nie szukano więc żadnego fotogenicznego uczonego, który mógłby uosabiać eksperyment w oczach milionów telewidzów.
    Dziennikarze, wierni swojej tradycji sprowadzania największych nawet osiągnięć naukowych do najniższego wspólnego mianownika, to jest taniej sensacji lub łzawego sentymentalizmu, próbowali zrobić gwiazdę z doktora YanDama, który był kierownikiem naukowym całego przedsięwzięcia. Doktor jednak nie wykazał chęci do współpracy. — Czy nie uważacie, panowie — powiedział im — że czas już, aby publiczność popierała badania naukowe dlatego, że są one niezbędne, nie zaś dlatego, że będzie im się podobał jakiś fircyk, którego wybierzecie jej na bohatera?
    Nie trzeba dodawać, że wypowiedź nie uradowała dziennikarzy, próbowali więc uczepić się kapitana Leytona, odpowiedzialnego za transport, lecz jego odpowiedzi były już zupełnie niecenzuralne.
    Do mnie nawet nie dotarli. Byłem szefem łączności, czyli mówiąc po prostu teletechnikiem z masą dodatkowych kłopotów. Nawet gdyby do mnie dotarli, nic by im z tego nie przyszło.
    Nie ma we mnie nic z popularnego bohatera. Jeśli jestem ekspertem w swojej dziedzinie, to tylko dlatego, że wcześnie zrozumiałem prawdę, do której dochodzi każdy leń z odrobiną oleju w głowie: życie eksperta jest łatwiejsze niż życie ignoranta.
    Jest jedna okoliczność, która predestynuje mnie do opowiedzenia tej historii.
    Szef łączności siedzi na tyłku w swojej norze, otoczony ekranami monitorów ukazujących wszystkie odcinki pracy. I dlatego widziałem wszystko, co się wydarzyło.
    Dlatego i tylko dlatego ja właśnie opowiadam o tym. Nie byłem i nie jestem bohaterem. Po prostu widziałem, co się stało. I zrobiło mi się niedobrze, tak jak wszystkim, którzy widzieli. A teraz staram się schodzić ludziom z oczu, przepełniony wstydem i poczuciem winy. Nie, nikt z nas nie jest bohaterem.
    Od samego początku wszystko było pomyślane i zaplanowane jako prawdziwie naukowy eksperyment, jako praca zbiorowa, w której indywidualne ambicje są całkowicie podporządkowane nadrzędnemu celowi.
    Statek ekspedycji został zmontowany w bazie na Księżycu z części przysyłanych z Ziemi małymi rakietami.
    Dzięki niewielkiej sile przyciągania Księżyca start z jego powierzchni był łatwiejszy. Nie naruszając cennych rezerw paliwa, potrzebnych w drodze powrotnej, uzyskaliśmy szybkość początkową zapewniającą nam dotarcie do Marsa w ciągu miesiąca. Nie będę opowiadał o tej podróży dwunastu ludzi stłoczonych na niewielkiej przestrzeni nie zajętej przez zapasy i instrumenty, bo nie sądzę, aby to mogło kogokolwiek zainteresować.
    Budowniczowie statku i uczeni nie zawiedli. W odpowiednim czasie dokonaliśmy manewru i zeszliśmy do miękkiego lądowania na powierzchni Marsa, na wschód od łańcucha niewysokich wzgórz.
    Wszyscy, którzy oglądali nasze filmy, mają pewne pojęcie o odpychającym krajobrazie tej planety: rozrzedzona atmosfera, przez którą nawet w dzień przeświecają gwiazdy, bezwodna pustynia, skoki temperatury i nade wszystko przygnębiająca pustka.
* * *
    Na Księżycu człowiek nie czuje się zbyt przyjemnie, ale tam przynajmniej widać ogromną kulę Ziemi. Nie zamącona atmosferą wydaje się być tak blisko, że wystarczy wyciągnąć rękę, aby ją dotknąć; wie się, że tam jest dom, i z pomocą wyobraźni można go prawie zobaczyć.
    Opowiadają sobie na Księżycu taki dowcip: — Czy widzisz ten mały półwysep na wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej? Tam jest mój dom! — Taak — odpowiada drugi. — A kto to jest ten facet, którego tak serdecznie wita twoja żona?
    Na Marsie Ziemia jest tylko jednym z wielu jasnych punktów na czarnym niebie. Jest tak daleko, że pierwszym uczuciem jest rozpacz, przemożne uczucie, że nigdy już nie ujrzy się swego domu, łagodnego letniego zmierzchu, że nigdy już nie zazna się miłości w ramionach kobiety.
    Uczeni nie kłamali. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej bezużytecznego i obcego człowiekowi niż Mars. Coś, co można wykorzystać tylko dla takich celów jak nasz.
    Ukryliśmy się pod powierzchnią planety.
    Wszyscy na pewno oglądali filmy dokumentalne, więc nie trzeba opowiadać, w jaki sposób robiliśmy wykopy na pomieszczenia mieszkalne i laboratoria. Z usuwanej z wykopów skały robiliśmy beton, nie najwyższej jakości, lecz zupełnie wystarczający na krótki okres, jaki mieliśmy tam spędzić. Tym betonem pokryliśmy całe swoje osiedle tworząc płytę lotniska i jednocześnie dodatkowe zabezpieczenie przed ucieczką powietrza z naszych hermetycznych pomieszczeń.
    Także, aby stworzyć ochronę przed zabójczym promieniowaniem, które mieliśmy wyzwolić.
    Wznieśliśmy metalowe szyby, które miały opuszczać odzianych w skafandry ludzi na głębsze poziomy, gdzie poprzez śluzy mogli wchodzić do swoich pomieszczeń mieszkalnych. Jedna wieża przypadała na sześciu ludzi i była nastrojona na sygnał ich skafandrów. Było to urządzenie pomyślane na wypadek alarmu i paniki mające zapobiec stłoczeniu się ludzi przy jednym szybie.
    Musieliśmy zakończyć wszystkie te prace w ciągu kilku pierwszych tygodni — przed przystąpieniem do prób nuklearnych. Ludzie, którzy czerpią swoją wiedzę o nauce z popularnych audycji telewizyjnych, nie mają pojęcia, ile ciężkiej pracy fizycznej muszą nieraz wykonywać uczeni.
    Odczuliśmy wyraźną ulgę, kiedy wreszcie zakończyliśmy budowę i mogliśmy odciąć się od przygnębiającego, obojętnego świata na powierzchni. (Znacznie łatwiej jest pogodzić się z przekonaniem, że świat jest wrogi człowiekowi, niż z faktem, że jest on doskonale obojętny.) W swoich hermetycznych pomieszczeniach mogliśmy sobie wyobrazić, że pracujemy w klimatyzowanych laboratoriach gdzieś na Ziemi.
    Tak było łatwiej. Znacznie łatwiej.
    Co nie znaczy, że miałem choć trochę mniej pracy. Aby obserwować to, co się dzieje w różnych miejscach, gdzie pracowały ekipy uczonych, trzeba było zainstalować tam kamery telewizyjne. Cały personel marsjańskiej ekspedycji dobierano na podstawie surowych egzaminów, jednak obaj moi pomocnicy musieli się chyba dostać przez protekcję, gdyż miałem z nich niewielką pociechę.
    Poza tym w krytycznej sytuacji najczęściej okazywało się, że brak jest najpotrzebniejszej części, skreślonej widocznie z przedstawionej przeze mnie listy przez nadgorliwych urzędników, w ten sposób wyrażających swoją troskę o dobro ekspedycji.
    Jakoś dawaliśmy sobie radę, ale sporządziłem sobie małą listę facetów, których po powrocie odszukam, i dam im po mordzie. Na pierwszym miejscu, dużymi drukowanymi literami figuruje projektant skafandrów, który wyobraża sobie, że można montować delikatny miniaturyzowany sprzęt elektroniczny w jego skafandrach.
    Mimo to jakoś dawaliśmy sobie radę. Z chaosu wyłaniał się porządek. Przeprowadzano eksperymenty. Czasami teorie potwierdzały się, częściej następowało westchnienie, wzruszenie ramionami i znowu obliczenia od początku.
    Po pierwszych trzech miesiącach spotkała nas wielka niespodzianka. Wylądował statek z zaopatrzeniem. Przeważnie żywność i nawet trochę szampana! Rzeczy, które — jak sobie ktoś wyobraził — będą nam najwięcej potrzebne. Nawet zdjęcia rozebranych dziewczyn, jakbyśmy nie mieli dość kłopotów bez przypominania mam o tym. Me było tylko sprzętu, o który prosiliśmy. Szeroka publiczność nie rozumiała, że potrzebujemy sprzętu, więc nam go nie przysłano. Cuda jak wiadomo nie wymagają sprzętu ani wysiłku; zdarzają się, ponieważ publiczność tego żąda.
    Paczki z ciasteczkami były bardzo miłym urozmaiceniem naszej jednostajnej diety, ale wolałbym zamiast nich trochę tak potrzebnych tranzystorowych podzespołów.
    Trzyosobowa załoga statku obiecała przed odlotem, że przekaże nasze żądania, ale nie sądzę, aby dotarły one kiedykolwiek do wiadomości opinii publicznej. Zresztą i tak uczeni są jak wiadomo chłodnymi, pozbawionymi uczuć istotami, są szlachetni, mądrzy i ponad tym wszystkim.
    Początkowo uważałem, że po zakończeniu robót instalacyjnych będę mógł pochodzić trochę ze szlachetnym i mądrym wyrazem twarzy, ale nic z tego. Gdy tylko zakończyłem przygotowania na miejscu jednego eksperymentu, trzeba było zwijać sprzęt i przenosić go na nowe miejsce. Sądziliśmy, że mniejsza siła przyciągania na Marsie (tylko 38 % ziemskiej) ułatwi nam życie, lecz i tak mieliśmy dosyć podnoszenia, ciągnięcia, popychania, taszczenia i przekleństw.
    Ale przecież nikt nie chce słyszeć o tym, jak uczeni muszą pracować nad przygotowaniem swoich cudów. Wszystko polega na złudzeniu, że można mieć cud bez pracy. W porządku. Tak więc doszliśmy wreszcie do naszego cudu.
    Wreszcie wszystko było gotowe do głównego eksperymentu, który był celem naszej ekspedycji.
    YanDam wybrał w tym celu niewielkie zagłębienie pośrodku grupy wzgórz, znanych z transmisji telewizyjnych przesyłanych na Ziemię.
    Nie wiedzieliśmy wówczas, że widok tych wzgórz wywołał wiele szumu wśród naszych archeologów. W składzie ekspedycji nie było archeologa i teraz rwali sobie oni włosy z głowy, ponieważ te wzgórza wydały im się mocno podejrzane. Wiele przemawiało za tym, że mogły to być piramidy, nieprawdopodobnie stare, zniszczone erozją w czasach, gdy planeta posiadała jeszcze atmosferę, lecz wciąż jeszcze chroniące swoją zawartość.
    My na Marsie nic o tym nie wiedzieliśmy. Administracja uznała, że nie musimy zawracać sobie głowy takimi głupstwami. W gruncie rzeczy krzyk archeologów nigdy nie dotarł do szerszej publiczności. Oczywiście administracja powinna ich wysłuchać, ale od kiedy to człowiek liczy się z czymś, co może zmusić go do rezygnacji z jego planów?
    Przygotowaliśmy wszystko do rozpoczęcia wielkiego eksperymentu w tej dolince między wzgórzami. Miejsce było idealnie dobrane, ponieważ mogliśmy ustawić kamery obserwacyjne na wzgórzach i skierować je na miejsce, gdzie miała się rozpocząć akcja.
    Zażądano ode mnie całej masy kamer i musiałem je (wbrew protestom) zabrać z innych, mniej ważnych odcinków.
    Teoria YanDama została potwierdzona.
    Początkowo jedynie czułe instrumenty wykazywały, że coś się dzieje. Stopniowo jednak również nieuzbrojonym ludzkim oczom ukazał się pogłębiający się i rozszerzający otwór.
    Nie jestem specjalistą, lecz, o ile rozumiem, rzecz polegała na tym, że reakcji miała podlegać tylko jedna warstwa cząstek i ich rozpad miał z kolei aktywować następną warstwę.
    Eksperyment nie przebiegał idealnie według planu. Proces rozpadu powinien być całkowity. Nie powinno być dymu ani ognia, ani żadnych innych zewnętrznych oznak z wyjątkiem powoli rozszerzającego się krateru w skale.
    W rzeczywistości jednak powstawały jakieś produkty uboczne tworząc kolumnę ciężkiego dymu, unoszącego się W rozrzedzonym powietrzu dzięki swojej wysokiej temperaturze. Po ochłodzeniu radioaktywne cząsteczki dymu osiadały, skażając wszystko wokół.
    Fizycy rwali sobie włosy z głowy, gdyż nie rozporządzałem odpowiednim sprzętem do widzenia w promieniach podczerwonych, co pozwoliłoby przeniknąć kłęby dymu. Klnąc oszczędnych urzędników zdołałem jakimś cudem z dostępnych mi części zmontować kilka noktowizorów. Dzięki temu mogliśmy przeniknąć wzrokiem kłęby dymu i ognia wypełniające krater.
    Mogliśmy zobaczyć.
    Było przedpołudnie (niektórzy pamiętali, że na Ziemi był to wtorek), mniej więcej w trzy tygodnie od rozpoczęcia eksperymentu. Krater miał już około trzydziestu stóp średnicy i taką samą głębokość, rozrastając się nieco szybciej niż przewidywały obliczenia, nie tyle jednak, by stwarzało to niebezpieczeństwo wybuchu. Tak czy owak, nie moglibyśmy zahamować raz rozpoczętej reakcji. Nie wiedzieliśmy, jak to zrobić.
    Właśnie regulowałem jedną z kamer, aby uzyskać lepszy obraz południowej ściany krateru, kiedy ściana znikła niczym dotknięta bańka mydlana. Obraz był bardzo dobry.
    Na tyle dobry, że zobaczyłem wyraźnie wnętrze podziemnego schronu. Zobaczyłem żywych Marsjan nagle skręcających się w agonii. Zobaczyłem bezcenne dzieła nieziemskiej cywilizacji wybuchające płomieniem lub rozpadające się w proch.
    W jednej chwili uczeni, wpatrzeni w ekrany monitorów rozszerzonymi z przerażenia oczami, poczuli, jak uczucie triumfu przeradza się w świadomość straszliwej winy.
    Ja również. Bo ja czuwając nad całością transmisji widziałem wszystko. Widziałem tych maleńkich i pięknych ludzi, jak w jednej chwili czernieli, padali i zamieniali się w pył.
    Na Ziemi raz na pokolenie rodzi się i dorasta karzełek, który osiąga tak doskonałe proporcje, że normalni, wielcy i niezgrabni ludzie mogą tylko wpatrywać się w niemym podziwie, by do końca życia zachować wspomnienie tego wcielenia doskonałości.
    Być może z takich spotkań zrodziły się wspólne wszystkim ludom legendy o elfach i wróżkach. A może w zamierzchłych czasach istniały kontakty pomiędzy Ziemią a Marsem? A może nawet Ziemia jest dawną kolonią Marsa, na której mutacja zrodziła gigantów? Niewątpliwie byli to ludzie, nasze miniatury.
    Przyjrzałem im się wówczas. Było ich w tym pomieszczeniu kilkunastu. A w innych pomieszczeniach? Może w całej sieci podziemnych schronów? Może cała cywilizacja, podobnie jak nasza ekspedycja, schroniła się pod powierzchnię planety?
    My zaś rozpoczęliśmy reakcję prowadzącą do zniszczenia całej planety. Rozpoczęliśmy ją, nie znając sposobu na jej zahamowanie.
    Widziałem ich, jak umierali. Czułem nieomal ich przedśmiertne męki.
    Lecz nie umarłem razem z nimi.
    Noszę ich mękę w sobie. Będzie mi ona towarzyszyć do końca życia.
    I to już wszystko.
* * *
    Po wielu latach ludzie, którzy nie widzieli tego, co my widzieliśmy, nie obciążeni poczuciem winy będą się zastanawiać nad naszym postępowaniem.
    Jest w tym wszystkim wiele zagadek. Skąd ta cywilizacja czerpała pożywienie? Jeśli potrafią przekształcać skały w pożywienie, to dlaczego nie potrafią zatrzymać wywołanego przez nas rozpadu swojej planety? Jeśli potrafili wstrząsnąć naszymi sumieniami tak, że chodzimy z opuszczonymi głowami jak smarkacze przyłapani na gorącym uczynku, to dlaczego nie zrobili tego wcześniej, zanim było za późno?
    Wiele jest takich pytań bez odpowiedzi. Ludzie będą się też zastanawiali, dlaczego porzuciliśmy większość naszego sprzętu i nie dokończyliśmy eksperymentu; dlaczego przez godzinę patrzyliśmy, a potem bez żadnego rozkazu zaczęliśmy szykować się do odlotu.
    Możliwe, że po pewnym czasie zaczniemy szukać usprawiedliwień. Może nawet już w czasie długiej drogi powrotnej na Ziemię.
    Zaczniemy twierdzić, że to nie była nasza wina, że oni są tutaj równie winni. Ależ oczywiście!
    Nawet więcej. Ich wina jest większa niż nasza!
    Dlaczego nie wyleźli ze swoich nor, aby nas przegnać? Choćby gołymi rękami, jeśli nie mieli broni. Powinni znaleźć w sobie dość odwagi, aby wyjść i walczyć w obronie swojej ojczyzny, sztandaru, matek i dzieci!
    Zapewne z czasem zaczniemy tak mówić. Jest to normalna postawa, kiedy się chce usprawiedliwić przestępstwo. Jest to bardzo ludzkie.
    Na razie jednak jedyną naszą myślą jest nie patrzeć sobie w oczy. Na opustoszałym marsjańskim lądowisku wisi na jednej z wież skafander wypchany trocinami ze skrzynek, w których przywieźliśmy nasze precyzyjne instrumenty.
    Trzeba powiedzieć, że zbierając się w drogę powrotną nie straciliśmy głowy całkowicie. Zabraliśmy ze sobą część najcenniejszego sprzętu.
    Jedynym niedoskonałym, prymitywnym instrumentem, jaki przywozimy z wyprawy, jest człowiek.
    Przelożył Lech Jęczmyk

Andrzej Czechowski
Wieczorne niebo

    — Dobry wieczór!
    Pani Ferguson drgnęła i podniosła oczy znad robótki. — Ach, to pani. Proszę, niech pani usiądzie. Mamy dziś piękny wieczór, prawda? — O, tak — powiedziała pani Pheltie. Usiadła na krześle naprzeciw pani Ferguson.
    — Pani ma przynajmniej zajęcie — westchnęła. — Nigdy nie potrafiłam nauczyć się robić na drutach. Mąż i Johnny wyjechali przed wieczorem, jestem sama w domu. To dziwne, ale już od roku nie pamiętam, żeby mąż był w domu wieczorem.
    Pani Ferguson uniosła brwi do góry. — On i Johnny — wyjaśniła spiesznie pani Pheltie. — Od czasu, jak ma nowy wóz, zawsze wieczorami wozi Johnny’ego do miasta. W dzień, oczywiście, nie ma czasu. — Tak — powiedziała pani Ferguson.
    — Zresztą, dawniej było tyle roboty — kontynuowała pani Pheltie. — A teraz, cóż, automaty. Wszystko robi się samo, można by pomyśleć, że te maszyny są żywe. Wystarczy powiedzieć jedno słowo. Po prostu wierzyć się nie chce. Dwa lata temu nawet mi przez myśl nie przeszło, że coś takiego jest możliwe.
    Pani Ferguson milczała. — Uważam, że rząd zrobił bardzo mądrze, że dogadał się wreszcie z Uranidami — rzekła pani Pheltie. — Mówiono o NICH tyle bzdur, a okazuje się, że nie są wcale straszni. Jeżeli chcą sprzedawać nam maszyny, tym lepiej dla nas. Cóż znaczy, że nie my produkujemy te rzeczy? Przecież płaci się IM nie złotem, ale zwyczajnym węglem. — Właśnie — powiedziała pani Ferguson.
    — Takie roboty naszej produkcji kosztowałyby sto razy więcej, nieprawdaż? Albo samochody; teraz kosztują tylko sto dolarów. I to jakie samochody! Mój mąż powiada, że jeżdżą po prostu same. Nawet w nocy.
    Pani Ferguson spojrzała w okno. — Mąż powinien już wrócić — powiedziała. — Nie mam pojęcia, co go zatrzymało. Miał wrócić przed ósmą. Och, niech pani popatrzy, pani Pheltie. Znowu ONI. Te okropne latające talerze. — Coraz ich więcej — rzekła pani Pheltie. — Prawda? Pani Ferguson przyznała, że tak. — Kiedyś, kilka lat temu, widziałam latający talerz — powiedziała pani Pheltie — ale nikt nie chciał w to wierzyć. A teraz nie ma nocy, by nie pokazały się na niebie. Od czasu podpisania umowy.
    — Kiedy je widzę — rzekła pani Ferguson — mam takie dziwne uczucie.
    — Ja również — podchwyciła pani Pheltie. — ONI ciągle na nas patrzą. Jak gdyby nas obserwowali. Nie można wyjść na ulicę wieczorem, żeby kilka tych świateł nie zawisło nad tobą. ONI są wszędzie. Chyba tylko pod ziemią można się przed NIMI ukryć. Ale po co? — Na szczęście nie trzeba — powiedziała pani Ferguson. Chwila milczenia. — Jakie to dziwne — powiedziała pani Pheltie. — Co takiego? — Ocknęła się pani Ferguson. — No. ONI. Uranidzi.
    — Niedawno były ICH fotografie. W tygodniku Life. Wyglądają po prostu okropnie.
    — Johnny się NIMI bardzo interesuje — z dumą oznajmiła pani Pheltie. — Przyniósł do domu książkę „Uranidzi” i musiałam ją całą przeczytać. Ale w ogóle niewiele o NICH wiadomo.
    — Skąd ONI przylecieli?
    — Nie wiem — powiedziała pani Pheltie niepewnie. — Johnny mówi, że z jakieś gwiazdy z daleka. Pani Ferguson wzdrygnęła się.
    — Te ICH macki. Wyglądają niesamowicie. Nie mogę przyzwyczaić się do myśli, że ONI są ludźmi.
    — Ba — powiedziała pani Pheltie. — Są znacznie mądrzejsi od ludzi.
    — No, tak. Oczywiście.
    — Ich maszyny są niezwykłe — przyznała pani Pheltie. — Johnny zaglądał do silnika samochodu, zresztą wbrew instrukcji, i mówi, że tam są zupełnie inne urządzenia. Niczego nie mógł zrozumieć. Gdy dotknął jednej rurki, oparzył sobie palec.
    Pani Ferguson ożywiła się. — Albo Pomocnicy — rzekła. — Te ICH najnowsze automaty, po piętnaście dolarów. Umieją prawie wszystko i są bardzo inteligentne. Nigdy nie miałam tak pojętnej służącej. Ale ich wygląd! Jak ogromne kraby. Myślę, że mogliby wyprodukować model podobniejszy do człowieka. — Ale kupiła pani?
    — Tak. To przecież naprawdę niedrogie. — Ja również.
    Po chwili milczenia odezwała się pani Pheltie. — Niedawno zamknięto fabrykę w Monthrole. Mój kuzyn Slick pracował w tej fabryce. Dostaje teraz od rządu dwieście pięćdziesiąt dolarów miesięcznie. To całkiem ładna sumka, ale gdyby był zwykłym robotnikiem, miałby tylko sto pięćdziesiąt dolarów. — To także wystarczy. — No, owszem.
    — Trudno — rzekła pani Ferguson. — Muszą zamykać fabryki. Kto będzie kupował nasze wyroby? Nawet Ameryka Łacińska nie zechce, odkąd już tam jest misja Uranidów. — Mąż mówi, że tylko przemysł zbrojeniowy pracuje normalnie. — Och — rzekła pani Ferguson. — Jak zwykle.
    — Ale Uranidzi nie chcą nam sprzedawać broni. Ja myślę, że to dobrze, ale mój kuzyn George upiera się, że Ziemia przez to nie jest ICH równym partnerem. Uważa, że to niesprawiedliwe z ICH strony.
    — On jest pułkownikiem, prawda? — Tak.
    Znowu zapadło milczenie. Pani Ferguson wydawała się całkowicie zaabsorbowana robotą na drutach. Na korytarzu rozległ się odgłos stąpania. — Kto to?
    — Och, nikt — powiedziała pani Ferguson. — Pomocnik. Czasami włóczy się po różnych miejscach, kiedy nie ma nic do roboty. Wydaje się, że jest ciekawy. Zupełnie jak żywy. — To niesamowite — rzekła pani Pheltie. — U mnie jest zupełnie tak samo. Automatyczne lodówki włóczą się po domu. Pomocnik manipuluje radiem. Samochód sam jeździ dokoła podwórza. Nigdy nie można przewidzieć, co im przyjdzie na myśl. Gdyby nie to, że są takie pożyteczne…
    — Właśnie.
    Stąpanie oddaliło się w stronę drzwi. Szczęknął zamek i drzwi się zatrzasnęły. — Johnny mówił — odezwała się pani Pheltie — że Uranidzi mieli współpracować z naszymi uczonymi. Ale uczeni nie potrafili ich zrozumieć. Podobno trzeba uczyć się przez tysiąc lat, żeby dać sobie radę z ICH nauką. — Po co?
    — Właśnie. Przecież i tak dostajemy, czego nam trzeba. Ale uczeni są już tacy, rozumie pani. — Mniejsza o to — powiedziała pani Ferguson. Pani Pheltie stłumiła ziewnięcie. — Telewizja jest coraz gorsza.
    — O, tak. Okropny program. Same rakiety i meteory, aż strach patrzeć. A do tego te okropne zakłócenia.
    — To niezupełnie zakłócenia — wtrąciła pani Pheltie. — Johnny twierdzi, że to robią Uranidzi. Może jest to po prostu ich telewizja. Wczoraj to samo było z radiem. Przez trzy godziny nie można było słuchać.
    Pani Pheltie niespokojnie poruszyła się na krześle. — George… — Cóż George?
    Pani Pheltie zdecydowała się. — Był wczoraj wściekły. Mówił, że Uranidzi dezor… że dezorganizują system obronny kraju przez te zakłócenia. Baza w Compton nie mogła pracować przez trzy godziny. George powiedział, że gdyby ktoś wtedy zaatakował, to by był koniec.
    — Okropne — powiedziała pani Ferguson. — Znów latające talerze. Ileż ich jest? Nigdy nie widziałam tyle naraz. — Dziwne.
    — Na pewno — dość niecierpliwie powiedziała pani Ferguson.
    — Nie to miałam na myśli — godnie rzekła pani Pheltie. — Przez cały czas nie widziałam żadnego samochodu na autostradzie. Dopiero teraz przyszło mi to do głowy. Zwykle jest ich mnóstwo, szczególnie wieczorem. Teraz przez całą godzinę nie przejechał tędy żaden. — Może… — zaczęła pani Ferguson. — Co?
    — Nie wiem. Mąż powinien już dawno wrócić. Nie chciałam, żeby wyjeżdżał, ale powiedział, że ma bardzo pilny interes. Mieszkamy tak daleko od miasta…
    Pani Pheltie wstała i odeszła od okna. — Nie — powiedziała. — To nie ma sensu. Nie ma. Na pewno? — Co?
    — Och — powiedziała pani Pheltie nerwowo. — Johnny opowiadał mi wczoraj takie dziwne rzeczy.
    — O Uranidach?
    — Tak. I o ludziach, w ogóle. Ale to naprawdę makabryczne. — Cóż to szkodzi? Przecież to nieprawda.
    — Dobrze — rzekła pani Pheltie. — Więc Johnny powiedział, że wie, dlaczego Uranidzi sprzedają nam za bezcen swoje maszyny. Chcą, aby każdy człowiek miał na własność chociaż jedną. Ale każdy człowiek, bez wyjątku. — No? — rzuciła pani Ferguson niecierpliwie. — Oni chcą zdobyć Ziemię — powiedziała pani Pheltie. — Oczywiście, to nieprawda. Ale
    Johnny mówił, że chcą to zrobić nie stosując żadnych bomb ani gazów. Bomby zniszczyłyby wszystko, promienie i gazy zatrułyby atmosferę, Uranidzi nie mogliby osiedlić się ma takiej planecie.
    — Ciekawe — potwierdziła pani Ferguson.
    — Naturalnie, że to bzdura — spróbowała się uśmiechnąć pani Pheltie. — Więc Johnny mówił, że ONI nie mogą zrobić otwartej wojny, chociaż zwyciężyliby na pewno. Więc stosują podstęp. Coś w rodzaju konia trojańskiego.
    Pani Ferguson skinęła głową. — Zatem — ciągnęła pani Pheltie — ONI sprzedają nam swoje urządzenia, których działania ludzie nie rozumieją. Jak na przykład samochody. Albo automaty kuchenne. Johnny wymyślił, że każda z tych maszyn na jakiś sygnał z ICH latających talerzy może — no, może zabić człowieka, który ją posiada. W ten sposób, jeżeli to się stanie jednocześnie… — Bzdura — powiedziała pani Ferguson ostro. Pani Pheltie roześmiała się.
    — Oczywiście, że bzdura. Powiedziałem Johnny’emu, żeby napisał o tym opowiadanie fantastyczne. Zarobi kilkadziesiąt dolarów.
    Za oknem rozległy się kroki, ostrożne stąpanie sztywnych nóg. Tuż pod oknem szelest zamarł. — Te latające talerze — powiedziała pani Ferguson. — Nigdy dotąd nie latały tak nisko…
    Przelożył Lech Jęczmyk

Władimir Szczerbakow
Żuk

    Czas było wracać do miasta. A to dlatego, że słońce już poczerwieniało i po trawie rozpełzły się długie, chłodne cienie. Świtezianki jeszcze trzepotały modrymi skrzydełkami, ale drobniejsze ważki już się pochowały, znikły.
    W ciągu dnia przeszliśmy razem z Alkiem jakieś pięć kilometrów brzegiem strumienia i schwytaliśmy żuka. Teraz Alek co chwilę podnosił do ucha zaciśniętą piąstkę i słuchał. Żuk szeleścił łapkami i skrzydełkami starając się wydostać na wolność. Jeszcze godzinę temu siedział sobie na nagrzanym słońcem pieńku i drzemał, zanim Alek nie nakrył go swoją łapką. Nigdy w życiu nie widziałem podobnego żuka! Polerowane pokrywy skrzydeł lśniły mu w słońcu jak stal, nóżki przypominały przegubowe manipulatory, a wąsiki wyglądały jak prawdziwe anteny.
    — Wiesz, papo, to wcale nie żuk — powiedział Alek poważnie. — Tak, mnie się też tak wydaje — powiedziałem, bez zastrzeżeń włączając się do jego zabawy.
    Ale zrobiłem to zbyt chętnie i skwapliwie. Alka nie można tak łatwo oszukać. Odziedziczył spryt po matce. — Ja poważnie, a ty… — Nie dokończył, zamilkł, zamknął się w sobie.
    Dzieci są jak wschodni mędrcy, którzy wszystkie uczucia mają wypisane na twarzy, za to wszystkie myśli ukryte tak dokładnie, że nikt ich nie zdoła odczytać.
    Szliśmy wolno w kierunku domu brzegiem strumyka o wodzie popstrzonej tęczowymi plamami nafty, mijaliśmy sterty żwiru i cementu, parkany i magazyny dworca kolejowego. Przecięliśmy tory, weszliśmy na kładkę przerzuconą przez rów, na którego dnie poniewierały się tak dobrze nam znane stare opony samochodowe, arkusze zardzewiałej blachy i pogięta metalowa beczka. Las nie od razu oddawał swoje pozycje miastu i ta ziemia niczyja bardzo się podobała Alkowi i mnie. Zawsze zatrzymywaliśmy się na mostku, skąd do domu mieliśmy parę kroków, i jakbyśmy na coś czekali. Z oddali dobiegał gwar, stukały koła pociągów, rozlegały się gwizdki lokomotyw, a mad torem drżały fioletowe i Czerwone światełka. Takie dnie są bardzo do siebie podobne.
    – Żuk zrobił się ciepły — powiedział nagle Alek. Dotknąłem palcem. Żuk był b a r d z o ciepły. Alek tłumaczył:
    — Czytałem książkę o Marsjanach. Oni są jak koniki polne, chude, z długimi nogami. Albo jak żuki.
    — To fantazja — powiedziałem. — Nikt nie wie. — Fantazja zawsze się sprawdza. Nie wiesz o tym?
    …Trzymam w ręku szklany słoik. Uważnie mu się razem z Alkiem przyglądamy. Wieczorem Alek wsadził tam żuka, przykrył szklanym spodkiem i postawił na oknie.
    Milczymy. Wprawdzie Alek mógłby powtórzyć to, co mówił w drodze do domu, ale teraz wiemy, że sprawa jest bardzo poważna. Słoik jest pusty, w ciągu nocy pojawił się w nim otwór z gładkimi, obtopionymi brzegami. Dziurka nie większa od pięćdziesięciokopiejkówki. Rozumiemy obaj, że na dalszy ciąg tej historii będziemy pewnie musieli jeszcze długo poczekać.
    Przełożył Tadeusz Gosk

Arkady i Borys Strugaccy
Spotkanie

    Aleksander Kostylin stał przy swoim ogromnym biurku i przeglądał lśniące fotogramy. — Witaj, Lin — powiedział Łowca. Kostylin uniósł łysą głowę i zawołał: — O! Home is the sailor, home from sea!
    — And the hunter is home from the hlll — odpowiedział Łowca. Uścisnęli się.
    — Co masz dla mnie ciekawego tym razem? — rzeczowo zapytał Kostylin. — Przyleciałeś prosto z Jajły?
    — Tak, z Tysiąca Oparzelisk. — Łowca zasiadł w fotelu i wyciągnął nogi przed siebie. — A ty wciąż tyjesz i łysiejesz, Lin. Zgubi cię ten siedzący tryb życia, wspomnisz jeszcze moje słowa. Następnym razem zabiorę cię z sobą.
    Kostylin z zatroskaną miną obmacał swój wielki brzuch. — Tak — powiedział. — Baronowie starzeją się, baronowie tyją… Więc co mi przywiozłeś? — Nic szczególnego, Lin. Żadnych rewelacji. Z dziesięć węży dwustrunowych, kilka nie znanych gatunków wielo — muszlowych mięczaków… Mogę przejrzeć? — Łowca wziął z biurka plik fotografii.
    — Przywiózł to jeden debiutant. Znasz go?
    — Nie. — Łowca oglądał zdjęcia. — Zupełnie nieźle. To, oczywiście, Pandora? — Masz rację. Pandora. Gigantyczny rakopająk. Wyjątkowo wielki egzemplarz.
    — Tak — powiedział Łowca wpatrując się w ultradźwiękowy karabin wsparty dla porównania rozmiarów o nagi żółty brzuch rakopająka. — Nieźle jak na początkującego. Ale widywałem już większe sztuki. Ile razy strzelał?
    — Mówi, że dwa razy. I za każdym razem w centralny splot nerwowy.
    — Należało strzelać igłą anestetyczną. Chłopczyk troszkę się zdenerwował. — Łowca z uśmiechem patrzył na zdjęcie, na którym przejęty myśliwy dumnie wspierał nogę na martwym potworze. — No, dobrze, a co słychać u ciebie w domu?
    Kostylin machnął ręką. — Istny urząd stanu cywilnego. Wszyscy się żenią. Marta wyszła za mąż za hydrologa. — Która Marta? — zapytał Łowca. — Wnuczka? — Prawnuczka, Paul! Prawnuczka!
    — Tak — powiedział Łowca. — Baronowie się starzeją. — Odłożył zdjęcia na biurko i wstał. — No cóż, ja już chyba sobie pójdę.
    — Znowu? — z niezadowoleniem zapytał Kostylin. — Może już starczy? — Nie, Lin. Tak trzeba. Spotkamy się tam gdzie zawsze.
    Łowca kiwnął głową i wyszedł. Zszedł do parku i skierował się w stronę pawilonów. Jak zwykle w Muzeum było bardzo tłumnie. Ludzie spacerowali po alejkach obsadzonych pomarańczowymi palmami z Wenus, gromadzili się wokół terrariów i przy wypełnionych przezroczystą wodą basenach, w wysokiej trawie pomiędzy drzewami biegały dzieci — bawiły się w „ciepło — zimno — Mars”. Łowca przystanął, by na nie popatrzyć. Była to ogromnie pasjonująca zabawa. Bardzo dawno temu z Marsa przywieziono na Ziemię mimikrodony, ogromne jaszczury o melancholijnym usposobieniu, wspaniale przystosowane do nagłych przemian w otaczającym je środowisku — idealnie opanowały umiejętność mimikry. W parku Muzeum korzystały z całkowitej swobody. Dzieci zabawiały się odnajdywaniem mimikrodonów — wymagało to niemałej spostrzegawczości i zręczności — a następnie przeciągały zwierzaki z miejsca na miejsce, żeby zobaczyć, jak mimikrodony zmieniają kolor. Jaszczury były wielkie i ciężkie. Dzieci wlokły je po ziemi trzymając za skórę na karku. Mimikrodony nie protestowały. Wyglądało na to, że zabawa sprawia im przyjemność.
    Łowca minął ogromną przezroczystą kopułę chroniącą terrarium „Łąka z planety Rużena”. Pod kopułą na bladej niebieskawej trawie skakały i walczyły z sobą zabawne remby, gigantyczne, olśniewająco kolorowe owady, trochę podobne do ziemskich koników polnych. Łowca przypomniał sobie, jak to dwadzieścia lat temu po raz pierwszy polował na Rużenie. Siedział w zasadzce przez trzy doby oczekując na pojawienie się jakiegokolwiek zwierzęcia, a ogromne tęczujące remby skakały dokoła i siadały na lufie jego karabinu. Przy „Łące” zawsze pełno było ludzi, ponieważ remby są prześliczne i ogromnie pocieszne.
    Nie opodal wejścia do centralnego pawilonu Łowca zatrzymał się przy balustradzie okalającej głęboki okrągły basen — studnię. W basenie, w świecącej liliowym światłem wodzie, bezustannie krążyło długie kudłate zwierzę — ichtiomammal, jedyny znany przedstawiciel ciepłokrwistych, oddychający skrzelami. Ichtiomammal bez przerwy był w ruchu, pływał zataczając koło i przed rokiem, i przed pięcioma laty, i przed czterdziestoma, kiedy Łowca zobaczył go po raz pierwszy. Ichtiomammala z ogromnym trudem schwytał sławny Saillieu. Saillieu od dawna jest trupem, śpi wiecznym snem gdzieś w dżunglach Pandory, a jego ichtiomammal ciągle jeszcze zatacza kręgi w liliowej wodzie basenu.
    W westybulu pawilonu Łowca znowu zatrzymał się i przysiadł na chwilę w lekkim foteliku stojącym w kącie. Środek jasno oświetlonej sali zajmowała wypchana latająca pijawka — „sora — tobu chiru” (świat zwierzęcy Marsa, System Słoneczny, typ wielostrunowce, gromada skórodyszne, rząd, rodzina, gatunek — „sora — tobu chiru”). Latająca pijawka była jednym z pierwszych eksponatów w Muzeum Kosmozoologii. Już od półtora wieku ten obrzydliwy potwór szczerzył paszczę przypominającą wielołupinową szczękę koparki, witając każdego, kto wchodził do pawilonu. Dziewięciometrowy, pokryty twardą lśniącą sierścią, beznogi, bezoki… Niegdyś władca Marsa.
    Tak, różnie bywało na Marsie — myślał Łowca. — Tego się nie zapomina. Pięćdziesiąt lat temu te bestie prawie całkowicie już wytępione, nieoczekiwanie znowu się rozmnożyły i zaczęły jak za dawnych lat uprawiać korsarstwo na szlakach komunikacyjnych łączących marsjańskie bazy. Wtedy właśnie przeprowadzono totalną obławę. Trząsłem się w crawlerze i prawie niczego nie widziałem w tumanach piasku, który wzbijały żelazne gąsienice. Z prawa i z lewa pędziły pustynne czołgi, wszyscy, którzy w nich siedzieli, zgłosili się na ochotnika. Jeden z czołgów wjechawszy na wydmę nagle się przewrócił i ludzie błyskawicznie wysypali się na piach, wtedy i my właśnie wyskoczyliśmy z chmury kurzu, a Ermler złapał mnie za ramię i wrzeszczał coś, wskazując przed siebie. Spojrzałem i zobaczyłem pijawki, setki pijawek — krążyły nad słonym jeziorem w dolinie między wydmami. Zacząłem strzelać, inni też zaczęli strzelać, a Errhler ciągle jeszcze nie mógł się uporać z rakietomiotem własnej konstrukcji. Wszyscy na niego krzyczeli, wymyślali mu i nawet odgrażali się, że go pobiją, ale nikt nie mógł się oderwać od karabinu. Pierścień obławy zacieśniał się i widzieliśmy już błyski wystrzałów z crawlerów idących z przeciwnej strony, a wtedy Ermler przesunął pomiędzy mną a kierowcą zardzewiałą rurę swojej armaty, rozległa się potworna detonacja i ogłuszony i oślepiony upadłem ma dno crawlera. Jezioro zasnuł gęsty czarny dym, wszystkie maszyny stanęły, ustała strzelanina, a ludzie tylko wrzeszczeli i wymachiwali karabinami. Ermler w ciągu pięciu minut zużył całą posiadaną amunicję, crawlery podjechały do jeziora, a my wysiedliśmy, żeby podobijać wszystko, co jeszcze ocalało po rakietach Ermlera. Pijawki wiły się między czołgami, rozgniatały je gąsienice, a ja ciągle strzelałem, strzelałem… Byłem wtedy młody i bardzo lubiłem strzelać. Niestety, zawsze byłem świetnym strzelcem i nigdy nie chybiałem. A strzelałem nie tylko na Marsie i nie tylko do groźnych drapieżników. Lepiej by było, gdybym nigdy w życiu nie brał do ręki karabinu…
    Łowca wstał, przeszedł obok wypchanego potwora i powlókł się wzdłuż galerii. Musiał wyglądać nieszczególnie, bo ludzie zatrzymywali się i patrzyli na niego zaniepokojeni. Wreszcie podeszła doń jakaś dziewczyna i nieśmiało zapytała, czy może mu być w czymś pomocna. „Zastanów się, co mówisz, dziewczyno” — powiedział Łowca. Uśmiechnął się z wysiłkiem, wsunął dwa palce w kieszonkę kurtki i wyciągnął przecudowną muszlę z Jajły. „To dla ciebie — powiedział — przywiozłem ją z bardzo daleka”. „Bardzo źle pan wygląda” — powiedziała dziewczyna. „Nie jestem już młody, córeczko — odparł Łowca. — My, starzy, rzadko kiedy dobrze wyglądamy. Zbyt wielki ciężar muszą dźwigać nasze dusze”.
    Dziewczyna z pewnością go nie zrozumiała, ale też Łowca bynajmniej tego nie pragnął. Pogłaskał ją po głowie i poszedł dalej. Tylko, że teraz wyprostował ramiona, starał się trzymać prosto i ludzie więcej się za nim nie oglądali.
    „Tego mi jeszcze brakuje, żeby dziewczęta się nade mną litowały — myślał. — Zupełnie się rozkleiłem. Chyba już nie powinienem wracać na Ziemię. Powinienem na zawsze pozostać na Jajle, zamieszkać na brzegu Tysiąca Oparzelisk i zastawiać żaki na rubinowe węgorze. Nikt nie zna lepiej ode mnie Tysiąca Oparzelisk, tam byłbym na swoim miejscu. Jest tam wiele zajęć dla myśliwego, który nigdy nie strzela…”
    Łowca stanął. Zawsze zatrzymywał się w tym miejscu. W podłużnej szklanej skrzynce na kawałkach szarego piaskowca stała na trzech parach rozcapierzonych krzywych nóg pomarszczona, niepozorna, szarawa jaszczurka. Wśród zwiedzających szary sześcionóg nie wywoływał żadnych emocji. Tylko niewielu znało niezwykłą historię pomarszczonego gada. Ale Łowca ją znał i ilekroć tu przystanął, zawsze ogarniał go religijny nieomal zachwyt dla niepokonanej siły życia. Jaszczurka ta została upolowana w odległości dziesięciu parseków od Słońca, następnie spreparowana, wypchana i ustawiona tu, w Muzeum. Stała tak w gablocie przez dwa lata. I nagle pewnego pięknego dnia na oczach tłumu zwiedzających z pomarszczonej szarej skóry wylazły dziesiątki maleńkich zwinnych sześcionogów. Co prawda w ziemskiej atmosferze wszystkie natychmiast poginęły, spaliły się w nadmiarze tlenu, ale szum się podniósł ogromny i zoologowie do dziś ciągle jeszcze się głowią, jak w ogóle mogło do tego dojść. Zaprawdę, życie jest tym jedynym, przed czym warto schylić czoło…
    Łowca spacerował po galeriach przechodząc z pawilonu do pawilonu. Ostre afrykańskie słońce, dobre, gorące słońce Ziemi oświetlało oblane szklistym plastykiem zwierzęta zrodzone pod innymi słońcami, o setki miliardów kilometrów stąd. Łowca znał prawie wszystkie, widywał je wiele razy i nie tylko w Muzeum. Niekiedy zatrzymywał się przed nowymi eksponatami, odczytywał dziwaczne nazwy dziwacznych zwierząt i znajome nazwiska myśliwych. „Maltańska szpada”, „Kropkowany jo”, „Wielki tsin — lin”, „Mały tsin — lin”, „Kapucyn błonkonogi”, „Czarne straszydło”, „Łabędź królewna”… Simon Kreutzer Władimir Babkin, Bruno Belliard, Nioolas Drouoł, Jean Saillieu — junior… Łowca znał ich wszystkich i był teraz spośród nich najstarszy, choć nie miał może najwięcej szczęścia. Ale szczerze się ucieszył, kiedy Saillieu — junior złowił wreszcie łuskowatego skrytoskrzela, kiedy Wołodia Babkin dostarczył na Ziemię żywego mięczaka szybownika, a Bruno Belliard ustrzelił w końcu na Pandorze nosogarba z białą błoną, na którego polował od wielu lat…
    Wreszcie Łowca dotarł do dziesiątego pawilonu, w którym było niejedno jego własne trofeum. Zatrzymywał się teraz przy każdej prawie gablocie, wspominał. „Oto» Latający dywan«, niekiedy zwany również»Spadającym liściem«. Przez cztery dni nie mogłem wpaść na jego trop. To było na Rużenie, gdzie tak rzadko padają deszcze, gdzie dawno, dawno temu zginął znakomity zoolog Ludwik Porta.»Latający dywan «porusza się bardzo szybko i ma wyśmienity słuch. Nie można na niego polować z pojazdu, trzeba go tropić dniem i nocą, szukając ledwie widocznych oleistych śladów na liściach drzew. Wytropiłem go i od tej pory nikomu innemu już się to nie udało. Saillieu, który bardzo mi tego zazdrościł, często później mawiał, że to był czysty przypadek” — Łowca z dumą dotknął wygrawerowanych na tabliczce liter: „Schwytał i spreparował P. Gniedych”. „Strzelałem do niego cztery razy i ani razu nie chybiłem, ale on żył jeszcze, kiedy spadał na ziemię łamiąc gałęzie zielono — piennych drzew. To było za czasów, kiedy jeszcze strzelałem…”
    A oto ślepy potwór z przesyconych ciężką wodą bagien Władysławy. Ślepy i bezkształtny. Nikt nie wiedział naprawdę, jaki mu nadać kształt, kiedy wypychano skórę, wreszcie posłużono się najbardziej udaną fotografią. Goniłem go przez bagniska do brzegu, na którym zastawiłem kilka pułapek, wpadł do jednej z nich i długo potem ryczał wijąc się w czarnej cieczy. Trzeba było aż dwóch wiader beta — nowokainy, żeby go wreszcie uśpić. To było całkiem niedawno, może dziesięć lat temu, wtedy już nie strzelałem… „To jest przyjemne spotkanie”.
    Im dalej zagłębiał się Łowca w galerie dziesiątego pawilonu, tym powolniejsze stawały się jego kroki. Dlatego, że bardzo nie chciał iść dalej. Dlatego, że nie mógł nie iść dalej. Dlatego, że zbliżało się spotkanie najważniejsze. I z każdym krokiem przybierało na sile uczucie beznadziejnego niepokoju. A zza szkła już mu się przyglądały okrągłe białe oczy.
    Jak zwykle podszedł do niewielkiej gabloty i przede wszystkim przeczytał napis na tabliczce, napis, który od dawna znał na pamięć: „Zwierzęcy świat planety Crookesa, system Gwiazdy EN 92, typ — kręgowce, gromada, rząd, rodzina, gatunek — trójpalczak czteroręki. Upolował P. Gnie — dych. Spreparował dr A. Kostylin”. Potem Łowca podniósł oczy.
    W przeszklonej gablocie na pochyło ustawionej, gładko wypolerowanej desce leżała mocno spłaszczona wzdłuż osi poziomej głowa, naga i czarna, z płaskim owalem twarzy. Skóra na przedniej części głowy była gładka i napięta jak na bębnie, nie było warg, nie było czoła, nie było nozdrzy. Były tylko oczy. Okrągłe, białe, o niezwykle szeroko rozstawionych maleńkich czarnych źrenicach. Prawe było lekko uszkodzone i to nadawało martwemu spojrzeniu dziwaczny wyraz. Lin był znakomitym fachowcem — dokładnie taki sam wyraz oczu miał trójpalczak, kiedy Łowca po raz pierwszy pochylił się nad nim w gęstej mgle. Dawno to było temu…
    To było przed siedemnastu laty. „Dlaczego to się musiało stać? — pomyślał Łowca. — Przecież wcale nie zamierzałem tam polować. Crookes stwierdził przecież, że na planecie nie ma wyższych form życia, znaleziono tylko bakterie i raczki lądowe. Niemniej kiedy Saunders poprosił mnie, żebym zbadał okolicę, zabrałem na wszelki wypadek karabin….”
    Nad kamiennymi osypiskami wisiała mgła. Wschodziło właśnie maleńkie czerwone słońce — czerwony karzeł EN 92 — i wydawało się, że mgła jest purpurowa. Pod miękkimi gąsienicami łazika osypywały się kamienie, z mgły wynurzały się po kolei niewysokie ciemne skałki. Potem coś się na szczycie jednej takiej skałki poruszyło i Łowca zatrzymał łazika. Z tej odległości trudno było zobaczyć zwierzę, a do tego jeszcze ta mgła i to niesamowite oświetlenie. Ale Łowca miał znakomite oko i był doświadczonym myśliwym. Było dla niego oczywiste, że po skałce maszeruje jakieś spore zwierzę, i Łowca ucieszył się, że zabrał ze sobą broń. „Zrobimy z Crookesa balona” — pomyślał wesoło. Otworzył klapę włazu, ostrożnie wysunął lufę karabinu na zewnątrz, wycelował. W chwili gdy mgła nieco przerzedła i garbata sylwetka zwierzęcia ostro zarysowała się na tle czerwonawego nieba — strzelił. I natychmiast z miejsca, w którym znajdowało się zwierzę, buchnął oślepiający fioletowy błysk. Rozległ się głośny trzask, a potem jakiś przeciągły syk. Potem zza żlebu uniosły się kłęby szarego dymu i przyciemniły różową mgłę.
    Łowca bardzo się zdziwił. Doskonale pamiętał, że/załadował karabin igłą anestetyczną, która w żadnym razie nie mogła spowodować takiego wybuchu. Po kilkuminutowym namyśle wyszedł z tankietki i udał się na poszukiwanie zdobyczy. Znalazł ją tam, gdzie spodziewał się ją znaleźć — na kamiennym osypisku pod skałą. Było to istotnie czworonożne albo czwororękie zwietrzę wielkości dużego doga, ale tak straszliwie poparzone i okaleczone, że Łowca znowu się zdumiał na widok masakry, którą spowodowała zwykła anestetyczną igła. Trudno było sobie teraz nawet wyobrazić, jaki mógł być pierwotny wygląd zwierzęcia. Stosunkowo nieuszkodzona była tylko przednia część głowy — płaski owal, obciągnięty gładką skórą i białe zagasłe oczy.
    Na Ziemi upolowanym zwierzęciem zajął się Kostylin. Po tygodniu zawiadomił Łowcę, że jego zdobycz jest bardzo uszkodzona i nie stanowi żadnej rewelacji — chyba że będzie się ją traktowało jako dowód istnienia wyższych form życia w systemach planetarnych czerwonych karłów — i poradził Łowcy, aby w przyszłości z termitowymi nabojami obchodził się ostrożniej. „Można by pomyśleć, że strzelałeś do niego ze strachu — powiedział rozdrażniony — zupełnie jak gdyby zamierzało na ciebie napaść”. „Ależ ja świetnie pamiętam, że strzelałem do niego igłą” — upierał się Łowca. — „A ja świetnie widzę, żeś je trafił termitową kulą w kręgosłup” — odpowiedział mu Lin. Łowca wzruszył ramionami i nie przeczył dłużej. Oczywiście, ciekawe byłoby dowiedzieć się, co spowodowało taką eksplozję, ale w końcu nie to jest przecież najważniejsze.
    „Tak, wtedy się wydawało, że to zupełnie nie ma znaczenia — rozmyślał Łowca. Wciąż jeszcze stał zapatrzony w płaską głowę zwierzęcia. — Pośmiałem się z Crookesa, posprzeczałem się z Linem i zapomniałem o wszystkim. A potem przyszło zwątpienie, a w ślad za nim — nieszczęście”.
    Crookes zorganizował dwie wielkie ekspedycje. Przeszukał na swojej planecie olbrzymie przestrzenie. I nie znalazł ani jednego zwierzęcia, które przekraczałoby rozmiarami małego raczka. Za to na południowej półkuli, na skalistym płaskowzgórzu odkrył nie wiadomo czyje pole startowe — okrągłą płaszczyznę stopionego bazaltu o średnicy mniej więcej dwudziestu metrów. W pierwszej chwili to odkrycie wzbudziło zainteresowanie, ale później okazało się, że gdzieś w tym rejonie lądował Saunders na gwiazdolocie, który wymagał niewielkiego remontu, i wszyscy o odkryciu Crookesa zapomnieli. Wszyscy oprócz Łowcy. Ponieważ już w tym czasie zrodziły się pierwsze wątpliwości.
    Kiedyś, przypadkiem, w leningradzkim Klubie Astronautów Łowca usłyszał historię o tym, jak to na planecie Crookesa omal nie spłonął żywcem inżynier pokładowy. Wyszedł na powierzchnię planety z uszkodzoną butlą tlenową. W butli był przeciek, a atmosfera planety Crookesa nasycona jest lekkimi węglowodorami, które gwałtownie reagują z tlenem. Na szczęście zdołali zerwać z chłopaka płonącą butlę i skończyło się tylko na lekkich poparzeniach. Łowca słuchał tej opowieści i przed jego oczyma pojawił się fioletowy błysk nad czarną skałką.
    Kiedy na planecie Crookesa odkryto to nieznane pole startowe wątpliwości przerodziły się w straszną pewność. Łowca popędził do Kostylina. „Kogo ja zabiłem?! — krzyczał. — To było zwierzę, czy człowiek? Lin, kogo ja zabiłem?” Kostylin słuchał i twarz nabiegała mu krwią, wreszcie ryknął: „Siadaj! Przestań histeryzować jak stara baba! Jak śmiesz tak do mnie mówić? Myślisz, że ja, Aleksander Kostylin, nie jestem w stanie odróżnić istoty rozumnej od zwierzęcia?” — „Ale to pole startowe!”… — „Sam lądowałeś na tym płaskowzgórzu razem z Saundersem…” — „Eksplozja!… Przestrzeliłem mu butlę z tlenem!” — „Nie trzeba było strzelać termitowymi nabojami w węglowodorowej atmosferze” — „Nawet gdyby było tak, jak mówisz, to przecież Crookes nie znalazł tam ani jednego więcej trójpalczaka! Teraz wiem, to był obcy astronauta!” — „Baba! — wrzeszczał Lin. — Histeryczka! Na planecie Crookesa mogą jeszcze przez najbliższe sto lat nie znaleźć ani jednego trójpalczaka! Ogromna planeta, pełna grot i pieczar, dziurawa jak ser szwajcarski! Miałeś po prostu szczęście, głupi durniu, tylko że nie umiałeś go wykorzystać, i zamiast zwierzęcia przywiozłeś mi trochę zwęglonych kości!” Łowca zacisnął pięści, aż zatrzeszczały stawy.
    — Nie, Lin — wymruczał. — Ja ci nie przywiozłem zwierzęcia, przywiozłem ci kości obcego astronauty…
    „Ile słów straciłeś niepotrzebnie, Lin! Ile razy mnie przekonywałeś! Ileż razy mi się wydawało, że wątpliwości minęły raz na zawsze, że znowu mogę oddychać spokojnie i nie czuć się mordercą… Że mogę żyć jak wszyscy ludzie. Jak te dzieci, które bawią się mimikrodonami… Ale sprytnym sylogizmem nie da się zabić zwątpienia”.
    Łowca położył dłonie na przezroczystym pudle ł przywarł twarzą do plastyku. — Kim jesteś? — zapytał z beznadziejnym smutkiem.
    Lin zobaczył go z daleka i jak zawsze zrobiło mu się ogromnie żal tego śmiałego i wesołego niegdyś człowieka, załamanego pod ciężarem własnego sumienia. Ale Kostylin udał, że wszystko jest w najlepszym porządku, że wszystko jest równie wspaniałe, jak wspaniały jest słoneczny dzień nad Cape Town. Głośno postukując obcasami podszedł do Łowcy, poklepał go po plecach i umyślnie rześkim głosem zawołał: — Koniec spotkania! Głodny jestem jak wilk, Polly!
    Idziemy teraz do mnie na pyszny obiad! Marta ugotowała dziś na twoją cześć prawdziwą ochsenschwanzsuppe! Chodźmy, Łowco, ochsenschwanzsuppe czeka! — Chodźmy — cicho powiedział Łowca.
    — Już dzwoniłem do domu. Nie mogą się doczekać, kiedy cię zobaczą, marzą o wysłuchaniu twoich opowiadań.
    Łowca skinął głową i powoli poszedł w kierunku wyjścia. Lin popatrzył na jego przygarbione plecy i odwrócił się. Jego oczy napotkały martwe spojrzenie oczu zza przezroczystej tafli. „Porozmawialiście sobie?” — zapytał w milczeniu Lin. „Tak”. — „Nic mu nie powiedziałeś”. — „Nie”. Lin spojrzał na tabliczkę… „trójpalczak czteroręki. Upolował P. Gniedych. Spreparował dr A. Kostylin”. Lin znowu obejrzał się na Łowcę i szybko, ukradkiem, dopisał palcem po słowie „czteroręki” słowo „sapiens”. Na tabliczce nie pozostał oczywiście żaden ślad, ale Lin i tak pośpiesznie przetarł ją dłonią.
    Doktorowi Aleksandrowi Kostylinowi też było ciężko. On przecież wiedział z całą pewnością, wiedział od samego początku…
    Przełożyła Irena Lewandowska

Władimir Grigoriew
Własne drogi ku Słońcu

    Profesor postukując obcasami zbiegł po trapie na pas startowy i poszedł w ślad za rulonem. Dywan popędził niedosłyszalnie. Popędził, lecz natychmiast przyhamował dostosowując się do szybkości możliwej dla człowieka, który odwykł od swojego prawdziwego ciężaru wyznaczonego przez ciążenie ziemskie.
    — Na prawo, na lewo, naprzód — dyktował z punktu dyspozytorskiego ktoś niewidzialny, a profesor podporządkowywał się z zadowoleniem, ślizgając się wśród rozstępującego się przed rulonem tłumu.
    Przyjemnie jest czuć własny ciężar. Przyjemnie się podporządkowywać! Przez półtora roku dowodził wszystkimi, tęskniąc do czasów, kiedy można było rozkazywać tylko samemu sobie. Och, jakże miło jest rozkazywać jedynie samemu sobie! Teraz wszyscy witają go tu, na Ziemi. Powrócił. Wszyscy pragną, aby się odezwał, gestykulował. On jednak ma w gardle kłak waty. Cóż powiedzieć? Jak przemówić? Nie sposób tego opowiedzieć i opisać…
    (Gdyby widziano jego twarz wtedy, gdy pancerz grawitonów drgnął i ugiął się. A odłamki bryznęły i zawirowały wzdłuż linii siłowych. Nikt nie widział — to dobrze!)
    Ludzie witali profesora najgłębszym milczeniem. — Żadnych emocji! — nakazało konsylium lekarskie. — Nerwy profesora są u kresu.
    Nikt z nich, lekarzy, nie wiedział na pewno, czy to nerwy u kresu, czy coś innego. Ostatnio psychoindykator wysyłał całkowicie niepojęte wykresy jego stanu. Krzywe wypisywały płatki, pąki, kwiaty albo też wchodziły na idealne plateau, unosiły się nad osiami niczym ptaki nad stepem. Lekarze gubili się w wykresach, dyskutowali. Wszyscy jednak stawiali się w jego położeniu i powiadali: „U kresu”. Tak, po półtorarocznej pracy gabinetowej przywykł do ciszy absolutnej, próżniowej. Odgłosy ziemskiej krzątaniny nie przenikały do głębin hermetycznie zamkniętego gabinetu zawieszonego w przestrzeni kosmicznej gdzieś między Ziemią a Księżycem. Stamtąd właśnie kierował całą tą wspaniałą, pasjonującą i nie ma co ukrywać, wymagającą takiej inteligencji operacją, że niewielu tylko intelektualistów Ziemi zdecydowało się podnieść rękę w odpowiedzi na pytanie: „Kto?”…
    „Czyżby tak bali się o moje bębenki? — zastanawiał się profesor, z niepokojem wpatrując się w milczące tłumy. — Dlaczego milczą?”
    Zarządzenie troskliwych stróżów zdrowia profesora było oczywiście niepotrzebne. Żadne tysiącuste, stadionowe „hura!” nie mogło dziś zagłuszyć burzy radości wznoszącej się falami w piersi profesora.
    Wielka Połączona Orkiestra Barwomuzyczna z dziesiątą częścią siły pomrukiwała potpourri z marszów protonowych. Profesor machnął ręką: „Głośniej!”. Dyrygenci z przestrachem obejrzeli się na muzyków. — Jeszcze głośniej! — profesor zdecydowanie przeciął dłonią powietrze.
    Jedna z rubinowych trąb, ryzykując, szczeknęła, i rozlała strumienie różnobarwnych wiązek laserowych, zawarczały samobieżne bębny na poduszkach powietrznych, a wśród ludzi wszczął się ruch. — Hur — r — ra! — jak po trybunach przetoczyło się nad obnażonymi z szacunkiem głowami.
    Profesora uniesiono na rękach, a dywan potoczył się w przeciwnym kierunku.
    Odprowadzano go nie tak. Zaciemniony startodrom, tuzin doświadczonych współpracowników, małomówni prezesi akademii. Przytłumione odgłosy rozkazów. „Blok zasilania…” — „Gotów!” — „Czujnik mas krytycznych…” — „Gotów!” Odkleił kieszeń, wsunął tam magnetofon, zakleił na powrót.
    „Miłość ma skrzydła jak ptak!” — pobzykiwało w kieszeni.
    Wtedy, przed startem, plan operacji w ogóle mieścił się w głowie profesora. Pomocnicze pole siłowe, w jego biegunach — grawitatory do zakrzywiania przestrzeni, i tak dalej. A on był chyba spokojniejszy od innych, którzy ani nie znali tego planu, ani nie mieli swojego. Coś niecoś już zrozumiał, zdążył skonfrontować, porównać. Na razie jednak nie zdecydował się o tym mówić głośno. Powiedzieć, znaczyło napędzić stracha wielu ludziom, a w owych dniach biedne nerwy i tak zaczynały odmawiać posłuszeństwa. „Potem, za miesiąc” — postanowił nieodwołalnie.
    Zadanie było następujące. Przed półtora rokiem z przypadkowych, jak się początkowo zdawało, pozakosmicznych przyczyn wzrosła prędkość obiegu Ziemi dokoła Słońca. I z każdym dniem prędkość ta nieustannie wzrastała. Obliczenie tak łatwe jak uczniowskie zadanie domowe wskazało, którego dnia i o której godzinie Ziemia kołysząc kontynentami porzuci dawną marszrutę i pomknie — mówiąc nienaukowo — gdzie pieprz rośnie. (Później to obliczenie na poziomie zadania szkolnego znalazło się nawet w normalnych programach zadań domowych, wypierając z nich szczegółowsze i rozwiązywane z mniejszym zapałem zadania dotyczące ucieczki Księżyca.)
    Bardziej skomplikowany rachunek zdradził trajektorię dalszej podróży. A zupełnie już zawiły zestaw obliczeń ujawnił pewien nader niemiły szczegół: przebiegłszy złożoną elipso — spiralę glob ziemski wyrżnie w środek odległej planety „Piątak”, zwanej tak ze względu na pewne podobieństwo do zdawkowej monety. Wtedy… Wszyscy już wiemy, co wtedy nastąpi. Fajerwerk odłamków!
    Jakie siły odciągnęły Ziemię od jej dawnej, wypróbowanej gwiazdy? Jakim prawem trajektoria w podejrzany sposób przebiega przez samo centrum „Piątaka”? Komu to potrzebne?
    Podręczniki fizyki i astronomii znikły z kontuarów jak zdmuchnięte. Ojcowie rodzin ze wzdraganiem się i drżeniem podkradali podręczniki z wypchanych teczek obiecującej młodzieży. Za jeden używany egzemplarz proponowali akwarium z ośmiornicą, pęczek suszonych afrykańskich głów albo zestaw lewitacyjny o działaniu zegarowym.
    — Komu to potrzebne? A właśnie, komu!… — profesor nie chciał wierzyć w tę hipotezę, sprawy wiary jednak dawno już utraciły swój pierwotny sens. Mieści się w światopoglądzie, nie mieści się — trzeba sprawdzić! Zasiadał do działających, funkcjonujących modeli Starego i Nowego Kosmosu.
    Tam, w pulsującym mroku przestrzeni, drżą na swoich orbitach olbrzymy, karły, planety i zwyczajne drobne ciała, okruchy. Zamrożone i wulkaniczne, spopielałe i dopiero wchodzące w okres siły, w tryb zapewniający maksymalną potęgę, lecz w równej mierze znikome wobec nieskończonej mnogości podobnych sobie, splatają swoje trajektorie i pola oddziaływania w jednolity, sprawny, miarowo oddychający organizm. Niech ktoś spróbuje upilnować każdej komórki, każdej kapilary nieograniczonego, żywego kłębowiska!
    Profesor nie stawiał też sobie takiego zadania. Poszukiwał wyrywkowo właśnie tego, co potrzebne było zaraz, w tej chwili. Zobaczył na przykład, że drobna „Centavo — prim” uciekła, nie, jeszcze nie uciekła, ale tylko czekać, jak się wyrwie, jak opuści swego niebieskiego karła. Albo „Tugrik”: czworokątny, spracowany jak seryjna waliza, odpłynął od swego czerwonego olbrzyma. Bezpowrotnie. Wpół drogi do „Piątaka” kołysze się także przeciętna, niezdolna do życia „Nocka”. Wykryto ją sto lat wcześniej, smętnie umieszczono w katalogu i natychmiast zapomniano. Krzywa wykaże! Ale właśnie odeszła…
    Obiektów, które wyrwały się z orbit, profesor naliczył z górą tuzin. Długim, rozciągniętym szeregiem zmierzały bezradnie w równych odstępach czasu w jeden punkt — prosto w serce „Piątaka”.
    — Do stu diabłów! Pięknie idą! — zachwycony wykrzyknął profesor odrywając się od obliczeń. — Pięknie… — powtórzył mięknąc. W taki sposób doświadczony zawodnik dostrzega sam wytworność niepospolitego uderzenia partnera, by zaraz pogrążyć się w niezbornym stanie nokautu, oszołomienia.
    Sekundę albo dwie profesor spędził jak w niebycie. Natychmiast jednak zrywem wy trenowane j woli wziął się w garść, wyprostował…
    Nie sami więc budujemy. To znaczy, że coś funkcjonuje, oddziaływa, uprowadza. Jakiś mechanizm — falowy, grawitacyjny. To znaczy… — wypowiedział to twardo, pełnym głosem, przez zaciśnięte zęby.
    Zapomnieć o wszystkim, myśleć tylko o jednym. Od tej chwili gimnastyka zaczynała odgrywać rolę nie mniejszą niż równania i obliczenia.
    Profesor pierwszy podniósł rękę odpowiadając na decydujące w owych dniach pytanie: „Kto się podejmie?”. Dowódcy trzeba było stanowczego, terminy skracały się coraz bardziej. — „Piątak” to tarcza strzelnicza. Poligon. Wiązka fal grawitacyjnych wybiegająca z planet konstelacji „273EA???…X” otacza Ziemię i prowadzi ją do tarczy. Cel eksperymentu mieszkańców „273EA???…X” to zbadanie jądra Ziemi metodą rozszczepienia wskutek uderzenia o tarczę. Sygnał zagrożenia do mieszkańców „273EA???…X” wysłano, kiedyś do nich dotrze. Zaczynamy budowę pancerza grawitacyjnego. Pancerz jest jedynym rozwiązaniem — tej treści depeszę nadał profesor po miesięcznym milczeniu w swojej hermetycznej celi. Równo miesiąc, tyle bowiem wyjednał profesor na absolutne milczenie.
    …Kolumna samochodowa gnała przez ulice zatarasowane wiwatującymi tłumami. Komitet amatorskiego stowarzyszenia „Podaj gwiazdę” nacisnął, lekarze ocenili więc sytuację na nowo. „Wiwatować!” — rozniosła się obowiązująca wszystkich komenda.
    Raz po raz przed samochodem wyrastały gigantyczne transparenty z jaśniejącymi schematami pancerza grawitacyjnego. Na niektórych profesorowi udawało się odróżnić swój własny, lekko poprawiony i nieco uszlachetniony profil. Profesor się uśmiechał. No to co? Przecież uczciwie zapracował na nowy profil. Promień grawitacyjny „273EA???…X” zatrzymany, skuty. Spożytkowuje się go w celach pokojowych. Ziemia krąży tam, gdzie dawniej! Chociaż pancerz grawitacyjny tu i ówdzie się nadwerężył, to jednak swoją rolę spełnił.
    Teraz, kiedy kryzys był już zażegnany, profesor mógł słusznie uważać, że mu się po prostu powiodło. Operacja „Powrót do Słońca”, eksperyment unikalny w dziejach nauki, hurtowe sprawdzenie większości istniejących teorii (a któryż z oddanych sprawie specjalistów nie snuje marzeń o takim powszechnym sprawdzeniu!), ogromne przedsięwzięcie przemysłowe. Ale kiedy teoria i praktyka zespoliły się już na tyle, wiele ludzi stanęło wobec zagadnienia bez wyjścia: która część wyszła lepiej na tym zespoleniu? A „273EA???…X” — ee, niech się wykosztują, niech wysyłają bezmiar energii. Zwinięta przez pancerz grawitacyjny w pierścienie, przetransformowana, huczy ona w przewodach wysokiego napięcia, biegnie do zakładów wielkiej chemii i na pola kukurydziane.
    Po prostu się poszczęściło. Plakaty z profilem profesora unosiły się jak ptaki nad poboczami dróg, a triumfalny, lecz nie pozbawiony pewnej ironii uśmiech znaczył jego twarz piętnem niepokoju. Nagle jednak rysy jego twarzy stężały, czoło zaś przeorały zmarszczki. Gwałtownie porwał się z siedzenia, jakby ujrzał przed sobą nieoczekiwaną przeszkodę, i przechyliwszy się do kierowcy krzyknął mu coś prosto w ucho. Wrzawa tłumu sprawiła, że nikt nie dosłyszał, co właściwie wykrzyknął profesor. Ale kierowca usłyszał. Przestraszony odwrócił się i rozłożył ręce odrywając je na chwilę od kierownicy. Nie, powiada, nie można. Wówczas profesor krzyknął znowu, rozkazująco machając ręką. Samochód profesora wyskoczył raptownie z całej kolumny, rozpędził się i rycząc rzucił się w uliczki. Orszak sekundę marudził, a potem zgrzytając przeraźliwie hamulcami z trudem wstrzymał rozpęd, zatrzymał się i także wpadł tam, w nie dające się przewidzieć zaułki.
    — Szybciej, szybciej — nalegająco szeptał profesor, choć samochód i tak już ciskało z jednej strony na drugą jak kuter na sztormowej fali. A cały orszak ciskało w ślad za nim. — Podajcie wasze współrzędne! Podajcie współrzędne… — rozpaczliwie nawoływały punkty dyspozytorskie. Ale wszyscy tylko wzruszali ramionami. — Tu! — rozkazał profesor.
    Limuzyna przystanęła i zamarła. Profesor wyskoczył. Natychmiast z pojazdów podążającego za nim orszaku powyskakiwali inni ludzie. Teraz wszyscy zobaczyli, dokąd pognał profesor, łamiąc cały porządek uroczystości. Do cyklotronu, do potężnego narożnika ze szkła i mas plastycznych, który wrzynał się w dzielnice miejskie na kształt dziobu okrętu prującego przestwory mórz. Wszyscy wiedzieli, że tu przed wyruszeniem w kosmos pracował profesor. „Służba cząstek elementarnych” — widniało nad frontowym wejściem. — Koledzy! — głos profesora przeszedł w falset. — Do Głównego Wyłącznika!
    I wszyscy rzucili się za nim przestronnymi chodnikami ze szkła i tworzyw sztucznych. — Koledzy! — powiedział profesor oddychając z trudnością. Ruchoma rękojeść wyłącznika wznosiła się nad jego głową. — Tutaj bezpośrednio przed moim odlotem w komorze cyklotronu krążyła cząstka. Zdumiewająca cząstka. Najdoskonalsza z cząstek elementarnych. Chcieliśmy ją rozszczepić przez uderzenie w tarczę. Jednakże za każdym razem podlatując do tarczy, omijała ją. Jakby sama decydowała. Jakby nie chciała zginąć. Zdumiewało nas to. Nie mogliśmy tego zrozumieć. Sądziliśmy, że zrozumiemy, kiedy rozbijemy ją na części. I z każdym dniem przypieraliśmy ją do celu coraz bliżej i bliżej.
    Słowa profesora niosły się echem po pustej przestrzeni wielkiej sali i tonęły w miękkich okładzinach sufitów. Ludzie stali w milczeniu, nie rozumiejąc jeszcze, po co profesor przywiózł ich tu, do poddanego konserwacji półtora roku wcześniej cyklotronu. Skądś, z plątaniny zakurzonych rur wyszedł człowiek w zatłuszczonym fartuchu. Asystent pracowni oddziaływań wzajemnych. W jego lewej ręce brzęczał jeszcze poszukiwawczy czujnik pasożytniczych wiązek energetycznych. Asystent wygramolił się z jakiegoś włazu do użytku służbowego i zastygł oparty na grubym, wypolerowanym dłońmi trzonku okrętowego szwabią. Nikt go nie zauważył.
    — Przypieraliśmy ją coraz bardziej — ręka profesora legła na emaliowanej rękojeści Głównego Wyłącznika — potem wyleciałem w kosmos, doświadczanie poddano konserwacji. Cząstka krąży dotychczas. Wszystkie jej manewry dokładnie odpowiadają naszym manewrom powrotu ku Słońcu, Zgodnie z tymi samymi równaniami. Czy rozumiecie?! To cząstka rozumna. Może i ona wysyłała do nas sygnały zagrożenia. Trzeba ją uratować! Wyłączyć pola przyśpieszające… — profesor z determinacją pociągnął dźwignię rękojeści ku sobie.
    — Za późno, profesorze — niegłośno odezwał się asystent pozostawiony przy cyklotronie.
    Wszyscy odwrócili się ku niemu. Stał jak przedtem oparty o swój szwabel. — Komorę próżniową cyklotronu wypełniło powietrze. Cząstka przebiła ścianę. Wyrwała się na zewnątrz…
    Przełożył Bolesław Baranowski

Władimir Grigoriew
Zgodnie z prawami nauk nieścisłych

    Ameby, wymoczki i inne organizmy, które wskutek doboru naturalnego i walki o byt osiągnęły mikroskopijne wymiary, były namiętnością Izjumowa, w godzinach służbowych szanowanego profesora mechaniki teoretycznej. No i co z tego? Inni poświęcają swój wolny czas rybkom w akwarium, pieskom, uprawiają w warunkach domowych banany. Profesor zaś oddawał swoją cierpliwość temu rokującemu wielkie nadzieje, a ukrytemu przed wzrokiem przytłaczającej większości ludzi światu najdrobniejszych zwierząt.
    Zapał kolekcjonera mocno związał Izjumowa z tymi ruchliwymi, żarłocznymi, lecz w gruncie rzeczy niewinnymi stworzeniami. Godzinami mógł on opowiadać o narowach i podstępach pierwotniaków, za każdym razem po nowemu. Opowiadanie kończyło się tylko zawsze tymi samymi słowy:
    — Jednokomórkowce! A mimo to jakaż tam rozmaitość — jądro, protoplazma, otoczka — w tym miejscu profesor robił tajemniczą pauzę, lustrował obecnych znaczącym spojrzeniem i dodawał: — Ale mimo wszystko ich życie w niejednym podobne jest do naszego… — Ejże… — sprzeciwiał się jakiś adorator chartów i jamników, specjalista od wałów korbowych.
    — Moglibyście przyjść raz i drugi wieczorkiem — wabił Izjumow. — Posiedzimy przy mikroskopie, to sami się przekonacie.
    Ale znajomi dlaczegoś nie przychodzili. Takie lekceważenie oczywiście martwiło Izjumowa i wprawiało go po prostu w zakłopotanie. Jego samego nie mierziło oglądanie wszelkiego rodzaju osobliwych seterów — sznelklopsów, przychodził też na fajfy z bananami domowego chowu. Ale wszyscy ci liczni sąsiedzi i przyjaciele z pracy wprawdzie słuchali, żeby jednak przyjść i poważnie, zażyłe spędzić wieczór przy mikroskopie, na to ich się złowić nie dało. Zbywali go żartami. Ktoś oświadczał, że opowiadania Izjumowa same przez się wyczerpują temat, i że po nich nie ma co robić przy mikroskopie. Natomiast sąsiad zajmujący się hodowlą unikalnej odmiany drapieżnych szablozębych królików obawiał się jakby potwierdzenia, że jego życie nie różni się od życia wymoczków.
    — Zrozumcież — bezowocnie protestował profesor — nie używam przenośni. Że tak powiem, dla reklamy zamierzenia…
    Takie postępowanie przyjaciół profesor usprawiedliwiał konsumpcyjnym charakterem ich własnych namiętności. Banan można zjeść, z mądralą sznelklopsem choćby rozmawiać spacerując po bulwarach, a z szablozębym królikiem Stieńką, który przegryzł gardło buldogowi sąsiada, zwanemu Krabem, uda się nawet wyprawa na tygrysa. Ale co za korzyść z ameby? Abstrakcyjne zainteresowania!
    Jednakże sukcesy praktycznych sąsiadów tylko rozpalały wyobraźnię Izjumowa, toteż jeszcze gorliwiej zgłębiał tajemnice drobnoustrojów. Szczególną opieką otaczał Izjumow odmiany wyhodowane własnoręcznie. Były i takie.
    Do jego kolekcji trafiały egzemplarze o dwóch wiciach, z kilkoma jądrami albo zgoła ich pozbawione, a także z wieloma otoczkami — odmiana najlepiej przygotowana na wszelkie okoliczności życia.
    Najniezwyklejsze zaś okazy zrodziły się w owej kolbie, która pewnego razu przypadkiem pozostała przy otwartym oknie. Przebywały w niej pospolite na pierwszy rzut oka pantofelki, mało kto wiedział więc o ich dziwnej, chorobliwej niemal wrażliwości na zmianę warunków egzystencji. W dwuwiciowym towarzystwie same też przybierały wygląd dwuwiciowców, w innej kompanii zdołały się gdzieś postarać o niepotrzebne otoczki i znowu na pozór nie różniły się od przedstawicieli większości. Ale znalazłszy się w swojej kolbie odzyskiwały znowu swe pierwotne rysy.
    Nieznaczne przegrzanie albo — przeciwnie — przechłodzenie mogło od razu wygubić wrażliwe osobniki. Aż tu Izjumow zostawił je przy rozwartym oknie, w samym centrum przeciągów i spadków temperatury. Teraz należało więc oczekiwać, że epidemie grypowe i inne zaczną dziesiątkować mieszkańców zapomnianego naczynia.
    Izjumow, rzecz jasna, mocno się przestraszył stwierdziwszy takie niedbalstwo i nawet nie od razu zdecydował się spojrzeć w okular na skutki rozszalałej katastrofy. Bolesne uczucie niepowetowanej straty zalało duszę profesora. A dobrze by było jeszcze wypatroszyć tuzin pierwotniaków dla wyższych celów badania naukowego; koniecznych ofiar się nie uniknie. Ale tak ni stąd, ni zowąd, wyprawić do praojców całą kolonię — wstyd!
    Czy to jednak wiatry przyniosły ze sobą szczególnie ożywiającą świeżość, czy podniecające hałasy ulicy pobudziły wrażliwą naturę mieszkańców kolby, dość, że Izjumow nie wykrył ani jednego martwego egzemplarza.
    Mało tego — w mikroskopie dobrze się dało dostrzec, że zachowują się one z większym ożywieniem niż zwykle, błyskawicznie przecinając zawartość naczynia. — Żywotne! — radośnie skonstatował Izjumow odrywając się od mikroskopu.
    Profesor wiedział, że na przykład muzyka wyraźnie przyśpiesza czynności żywej komórki. Przy akompaniamencie pięknej, orzeźwiającej muzyki komórki przyzwyczajały się do sytuacji, w których nawet wirusom kiepsko się wiodło. Czyżby jednak przypadkowy splot ulicznych hałasów wytworzył na jakiś czas harmonię muzyczną i w ten sposób uratował historię eksperymentu od żałosnego końca?
    Czy aby hałasy? Muzyka tramwajów i wywrotek? — rozważał Izjumow, nie wiedząc z radości, gdzie postawić cenną kolbę. Natychmiast nasypał do niej najlepszego proszku czekoladowego „Mokka” i umieścił ją w delikatnym ultrafiolecie, w którym — jak wiedział — pierwotniaki lubiły się opalać. A kilka łez radości, które zaplątały się w przystrzyżonej profesorskiej bródce, zniknęło w głębi eksperymentalnego naczynia.
    To otrzeźwiło Izjumowa — w kolbie obca substancja! Zneutralizować!
    Szybkim nawykowym ruchem profesor narzucił kitel, w powietrzu mignęła lekarska czapeczka, a na rozcapierzone palce nasunęła się guma rękawiczek — i profesor zastygł nad mikroskopem. Jedna jego ręka poruszała regulującymi pokrętłami przyrządu, druga zawisła nad półką, gotowa do złapania w odpowiednim momencie flakonu z płynem neutralizującym.
    Tym razem jednak nie było flakonowi sądzone przechylić się nad kolbą. Pozostał on na półce, to bowiem, co odbywało się w głębi naczynia, całkowicie wykluczało konieczność neutralizacji. Nie tracąc kształtu łzy oblepione ze wszech stron mnóstwem jednokomórkowców powoli spływały na dno ściągane wspólnymi wysiłkami całej armady pierwotniaków. Profesor Izjumów skoczył w bok i wlepił nieuzbrojone oczy w kolbę. Sprawiał wrażenie człowieka, który usnął — dajmy na to — pod surowymi sklepieniami konserwatorium, a obudził się w skleconej z desek jarmarcznej budzie do jazdy po pionowej ścianie. Ciaśniej naciągnął rękawiczki i znowu przywarł do okularu. Nie było wątpliwości. Na samym dnie dobiegało właśnie końca zamurowywanie jakąś subtelnie brązową substancją zwalonych na kupę łez. Skład owej substancji profesor określił od razu — czekolada w proszku „Mokka”. Przysunął więc do mikroskopu aparat filmowy, który zaterkotał robiąc rzadkie w naszych czasach ujęcia roboczego entuzjazmu jednokomórkowców.
    Pierwotniaki zaś się nie krępowały. Bez niepotrzebnej krzątaniny i bez zderzeń przecinały we wszystkich kierunkach przestrzeń kolby. I tylko jeden z nich zachowywał niewzruszony spokój. Pokryty licznymi gruzełkami — mackami mienił się wszystkimi barwami tęczy i majestatycznie kołysał tuż przy ściance, pozując niejako przed obiektywem aparatu filmowego. Raz po raz podfruwali do niego inni uczestnicy wypadków, przez chwilę kołysali się obok, jakby wysłuchiwali rozkazów, potem na złamanie karku gnali z powrotem w wir energicznej działalności.
    — Ho — ho — ho — w zamyśleniu wymamrotał profesor opadając na oparcie fotela. — Nowa odmiana. Przyniosło z ulicy. Nikomu jeszcze nie znana forma. I to jaka! Kierująca się zasadami organizacji. Hm, hm! — Profesor zawzięcie pocierał dłonie przechadzając się po gabinecie.
    Był to zaiste dla Izjumowa dzień szczęśliwych przypadków i odkryć. Zdobyć taką odmianę, w dodatku tak prosto. Przecież za tę jedną kolbę oddałby wszystkie inne i mikroskop na dokładkę.
    Ten dzień od razu przybliżył profesora ku dawno upragnionemu i, zdawać by się mogło, ginącemu już celowi. Czuł, że nowa odmiana pomoże wreszcie rozstrzygnąć zagadnienie, dla którego on, profesor nauk ścisłych, zagłębił się w te wieczorne obserwacje mikrokosmosu.
    Pies cieszy się i rozpacza. Życie sąsiedzkich jamników i sznelklopsów świadczyło o tym bezspornie. Zimnokrwistej rybie także nie jest obce poczucie szczęścia — nie bez podstaw w pewnych porach bije ogonem i srebrzyście wypryskuje nad podświetloną gładź akwariów. Ale dalej, niżej na drabinie rozwoju fizycznego i umysłowego? Żuki, ważki, boże krówki, inne owady, ślimaki i mikroby? Czy na pewnym poziomie małości natura postawiła sztywną zaporę, poza którą morze namiętności przestaje toczyć swoje pieniste fale?
    Wierny metodom nauk ścisłych, w znacznej mierze opartych na pojęciu wielkości zmierzającej do zera, profesor Izjumow i w tym wypadku sięgnął do znikomo małych organizmów. Na ich przykładzie zagadnienie uzyskiwało rozwiązanie zasadnicze: jeżeli wolne są od działania emocji, to gdzieś wznosi się zapora.
    Aliści wyhodowane na pożywkach pierwotniaki zachowywały się powściągliwie, nie okazywały ani radości, ani rozpaczy, toteż jedynym, kogo to martwiło, był sam Izjumow, później jednak przywykł i zaczął się zadowalać małymi radościami kolekcjonera. Aż tu nagle takie szczęście!
    Jednokomórkowce, które już dawniej naśladowały, co tylko się dało, teraz wzięły się do dzieła ze zdwojoną energią. Przez całą dobę tłoczyły się wokół tęczowego przybysza i od czasu do czasu same grały innymi barwami widma. Patrzcie tylko, jakie jesteśmy. Przyjdzie czas, to zalśnimy nie gorzej niż inni.
    Wkrótce mieniących się tęczowo osobników było tyle, że Izjumowa kosztowało wiele trudu odnajdywanie protoplasty tego całego zjawiska. Rozmieścił tedy ów ludek po różnych butelkach w taki sposób, by w każdej z nich znalazł się choć jeden tęczowy egzemplarz.
    Można było oczekiwać, że żyjątka się speszą. Było jednak inaczej. W każdym naczyniu ustaliła się ścisła subordynacja, a ogólny porządek — jak dawniej — nadawał jaśniejący okaz.
    Izjumow zrozumiał, że nowe zjawisko nieodwołalnie utrwaliło się w życiu drobnoustrojów, znowu więc zebrał je wszystkie w wielkim szklanym wiadrze.
    Tydzień mijał za tygodniem, a pierwotniaki wcale nie kwapiły się z mieszaniem swoich oddziałów: teraz każdej butelce odpowiadała pewna część objętości wiadra. W jednym miejscu zaczynały powstawać konstrukcje z mikroskopijnymi komórkami („powierzchnia mieszkalna!” — zrozumiał profesor), w innym zielenił się dywan wodorostów — tam rozstrzygano problemy aprowizacyjne. Słowem, zasady rejonizacji i specjalizacji ugruntowały się w łonie przezroczystego antałka.
    Czasem tylko wszystkie żyjątka, jak na komendę, porzucały pracę i gromadząc się w łańcuszki zaczynały sunąć w tak szaleńczych korowodach, że profesorowi ćmiło się w oczach, a w wiadrze biły źródła i tryskały fontanny jak w gotującym się imbryku. Profesor niemal nie wątpił, że objawy emocji są niezbite. I że anatomiczny dowód wcale nie kryje się za siedmioma górami. Należało tylko doczekać sekcji okazów i zbadać nerwowe ośrodki percepcji emocjonalnej.
    Zjawisko świecenia wzmogło się tymczasem w takim stopniu, że na poszczególne egzemplarze trudno było patrzeć, bo oczy bolały. Wieczorami, po zakończeniu notatek w dziennikach laboratoryjnych, Izjumów szeroko otwierał okna, wyłączał światło i wygodnie sadowił się w fotelu na wprost szklanego wiadra. Warstwa wody w naczyniu świeciła teraz równym mlecznym blaskiem, tu i ówdzie zapalały się drżące gwiazdki, a utajone pluski wplatały się w odgłosy miasta obijające się po zaciemnionym pokoju.
    Profesor zapuszczał długie, zamyślone spojrzenia w otwór okienny, patrzył też na mieniące się w mroku wiadro, a palce jego wystukiwały na poręczy fotela oktawę za oktawą. Co odbywa się tam w tym cichym odmęcie, w malutkim oceanie z własnymi prądami i wirami? Wczoraj jeszcze profesor mógł zdecydowanie odpowiedzieć: to i to, wszystko zgodnie ze znanymi prawami mikrobiologii. W ostatnich jednak godzinach w duszę profesora wkradło się wrażenie, jak gdyby egzystencja lokatorów wiadra wypełniała się nową, tajemniczą treścią. I jak gdyby wystarczyło tylko, by on, Izjumow, podszedł do wiadra, a wszyscy jego mieszkańcy natychmiast rzucą swoje główne sprawy i zaczną zajmować się, czym popadnie, byle nie tym, czym sekundę wcześniej.
    Niepokojące było też zachowanie się laboratoryjnego kota, Skalpela. Kot był to zwykły sobie kot, nagle jakby go zamieniono. Zaczai co chwila kręcić się koło szklanego wiadra i coś tam mruczeć. Aż pewnego razu przywlókł z jakiejś dalekiej piwnicy mysz i położył tuż przy wiadrze. Pierwotniaki urządziły w tym miejscu wspaniałe tańce z fontannami i źródełkami. Wygiąwszy grzbiet w pałąk Skalpel pochłaniał wzrokiem widoki burzliwego istnienia nowego żywiołu.
    Instynktem badacza Izjumow wyczuwał, że dalej zwlekać nie można. Trzeba działać, dopóki bieg zdarzeń ostatecznie nie wymknie się spod jego kontroli. Toteż po wypadku z myszą profesor po raz pierwszy wypatroszył kilka tęczowych egzemplarzy rozpoczynając w ten sposób planowe badanie wnętrzności unikalnej odmiany. Niektóre po prostu krajał na drobne kawałki dobierając się do tajemniczych ośrodków psychiki, inne poddawał oddziaływaniu potężnego arsenału współczesnego wyposażenia laboratoryjnego i wypuszczał z powrotem. Znaczone okazy obracał na szybkobieżnych wirówkach, naświetlał promieniami jonizującymi, umieszczał w atmosferze trujących substancji chemicznych i tak dalej. Szczególnie interesowało go zagadnienie, w jakim kierunku potoczy się rozwój uczestników kolonii, w których osiadły znakowane i wypuszczone na wolność okazy.
    Brał potrzebne osobniki wiązkami, obrabiał w odpowiedni sposób i wiązkami wypuszczał z powrotem.
    I cóż? Znakowane egzemplarze nie i zdążyły na dobre pojawić się w swojej społeczności, kiedy podciągano do nich jakąś półprzeźroczystą plamkę, łańcuszek znaczonych powoli przeciągał przez nią i wszelkie ślady oddziaływania laboratoryjnego arsenału znikały, jak ręką odjął.
    Co mógł zrobić człowiek wobec dowolnego czy mimowolnego, lecz tak zaciętego oporu? Na miejscu Iz j umowa ktoś inny machnąłby ręką: żyjcie sobie! Profesor jednak zasmakował już w pojedynku, zaczętą sprawę należało kontynuować.
    — Nauka wymaga ofiar — rzekł kiedyś skradając się na palcach do wiadra. W prawej ręce ściskał siteczko do połowu okazów.
    Postanowił pozbawić kierownictwa żywiołowy ruch oporu ‘wydobywając iż wiadra wszystkich na raz najwybitniejszych przedstawicieli wyhodowanej przez siebie fauny i flory. Oszczędnymi, wydoskonalonymi przez długoletnią praktykę ruchami szybko zrealizował plan i supercienki skalpel przygotowany już był do zagłębienia się w różowe ciało pierwszego świetlika, znienacka jednak zaszło coś nieprzewidzianego. Świeżo złowiony okaz, zasyczawszy przenikliwie jak żarówka przy ostatnim rozżarzeniu, wybuchł, a w ślad za nim uczyniły to pozostałe osobniki. Ostry dymek podrażnił nozdrza Izjumowa. Z wspaniałego, najlepszego zespołu świetlików pierwszej wielkości pozostały jedynie tlejące łachmany.
    Profesor z przestrachem odwrócił się ku wiadru. Zlewając się niemal z ciemnością stało ono na dawnym miejscu wygasiwszy światła co do jednego. W jego złudnym spokoju czaiła się jakaś groźba czy kara. Nerwy profesora nie wytrzymały, otarł wilgotne czoło i ciężko dysząc skoczył ku oknu.
    Daleko w dole na chodnikach ulicznych przewalał się wieczorny tłum — ciągnące po swoich trajektoriach punkty. Tam, na dnie inspektowego miejskiego lata, mężczyźni, kobiety, dzieci, sprzedawcy lodów, gazeciarze, młodzieńcy z paczkami w ręku, wyrostki wdzierające się na niedozwolone seanse, oglądani z wysokości profesorskiego piętra stawali się nieodróżnialni — punkty poruszające się w swoich sprawach. Oto zabłysnął i zgasł ognik, ktoś wsunął w usta papierosa, tam zapełgał jeszcze jeden płomyczek — kubek w kubek profesorska kolekcja zapalająca wieczorne światła. Izjumow aż wzdrygnął się zrobiwszy to porównanie. Odwrócił się instynktownie. Wewnątrz wiadra jaśniał cienki purpurowy galon: to żyjątka zebrały się w jeden łańcuch tworząc napis lity jak wywieszka piekarni obwarzanków.
    „N a t y c h m i a s t o p u ś ć c i e p o k ó j D a l i ś c i e s i ę w e z n a k i”
    Pierwszą rzeczą, która rzuciła się w oczy Izjumowa, kiedy następnego wieczoru otworzył drzwi laboratorium, było na oścież otwarte okno. Przewrócone na bok wiadro leżało na parapecie. Dzwoniło smętnie pod słabymi uderzeniami ukośnych strużek deszczu. Profesor rzucił się ku parapetowi — niestety, cała zawartość wyciekła już do podokiennej rynienki deszczowej. Profesor cicho poszukał fotela. Skapitulował.
    W ów dzień Izjumowa dosięgło jeszcze jedno rozczarowanie. Kot laboratoryjny, Skalpel, znikł bez śladu.
    A pierwotniaki? Jakie niespodzianki szykują im nowe losy? Przemknąwszy przez ścieki miejskie, przez głębokie studzienki kanalizacyjne wynurzą się w jakimś wesołym potoczku w chłodnym cieniu brzóz albo wśród jam i zatoczek, gdzie powoli pluszcza miętusy. Albo nawet pogrążą się w morzach, oceanach, gdzie pod wiecznie błękitnym niebem pieni się przybój, a wiatr świeższy jest od najświeższych nawet powiewów wielkiego miasta.
    Przełożył Bolesław Baranowski

Zenna Henderson
Podkomitet

    Najpierw były czarne, lśniące statki, które siejąc dokoła strach, padały na obszerne lądowisko jak ziarno na rolę. Po nich, niby barwne motyle, lądowały powoli jaskrawokolorowe pojazdy, zawisając na chwilę nad ziemią, jakby się wahały.
    — Cudowny widok! — westchnęła Serena, wychylając się z okna sali konferencyjnej. — Brakuje przy tym tylko muzyki.
    — Chyba marsza pogrzebowego — powiedział Thorn — albo requiem. Mówiąc między nami, Rena, jestem pełen jak najgorszych myśli. Jeśli się nie dogadamy, całe to piekło rozpęta się od nowa. Czy wyobrażasz sobie jeszcze jeden taki rok jak ten ubiegły?
    — Kiedy na pewno się dogadacie! — zaprotestowała żywo Serena. — Jeżeli w ogóle zgodzili się podjąć rozmowy, to znaczy, że im też zależy na spokoju.
    — Na ich spokoju czy naszym? — spytał Thorn patrząc ponuro przez okno. — Obawiam się, że jesteśmy zbyt naiwni w całej tej sprawie. Wiele wody upłynęło od czasu, kiedy śpiewaliśmy: „Na wojenkę nie pójdę”… Straciliśmy czujność, niezbędną w stosunkach z obcymi. Skąd wiadomo na przykład, że to nie podstęp; może postanowili zgromadzić całe nasze dowództwo w jednym miejscu, a potem urządzić masakrę…
    — Nigdy w życiu! — Serena przytuliła się do niego mocno, a Thorn objął ją czule. — Przecież nie mogliby pogwałcić…
    — Nie mogliby? — Przycisnął policzek do jej włosów. — Nie wiadomo. Po prostu nie wiadomo. Przecież właściwie nic o nich nie wiemy. Nie mamy zielonego pojęcia o ich zwyczajach, a tym bardziej o ich skali wartości. O tym, jak przyjmą naszą propozycję zaprzestania działań wojennych.
    — Na pewno mają uczciwe zamiary. Inaczej nie braliby ze sobą rodzin. Mówiłeś, zdaje się, że te kolorowe statki to są mieszkalne?
    — Owszem, zaproponowali, żeby obie strony wzięły rodziny, ale to o niczym nie świadczy. Oni zabierają rodziny nawet na bitwę. — Na bitwę?!
    — Tak. Na czas działań grupują wszystkie statki mieszkalne poza zasięgiem ognia, ale co z tego, kiedy za każdym razem, jak uszkodzimy czy rozbijemy którąś z ich jednostek bojowych, co najmniej jeden pojazd mieszkalny wymyka się spod ich kontroli i ginie w przestrzeni albo wybucha. A może to są po prostu przyczepy, uzależnione od jednostek liniowych pod względem napędu? — Bruzdy na zatroskanej twarzy Thorna pogłębiły się. — Oni nawet nie zdają sobie z tego sprawy, ale praktycznie zmusili nas do zawieszenia broni. Czyż możemy niszczyć ich flotę wojenną, skoro za każdym strąconym czarnym statkiem spada jeden z tych bajecznie kolorowych pojazdów mieszkalnych — jakby człowiek obrywał płatki z kwiatu. A każdy taki płatek to życie kilku kobiet i dzieci.
    Serena wzdrygnęła się i przylgnęła mocniej do Thorna. — Konferencja musi dać wyniki. Nie może być więcej wojny. Musicie się jakoś z nimi dogadać. Przecież jeżeli i my chcemy pokoju, i oni…
    — Kiedy my nie wiemy, czego oni chcą — powiedział Thorn ponuro. — Najeźdźcy, agresorzy, przybysze z wrogich światów, tak zupełnie odmienni od nas — jakim cudem mamy dojść do porozumienia?
    W milczeniu opuścili salę konferencyjną, zwalniając zatrzask w klamce i zamykając za sobą drzwi.
    — Mamo, popatrz, mur! — rączki pięcioletniego Splintera jak dwie brudne rozgwiazdy rozpłaszczyły się na falistej zielonkawej powierzchni wysokiego na dziesięć stóp płotu z
    vitritonu, który wijąc się wśród drzew opadał wzdłuż łagodnego stoku pagórka.
    — A skąd on się tu wziął? A po co? Dlaczego nie możemy się już bawić nad sadzawką ze złotymi rybkami? Serena oparła rękę o mur.
    — Ci ludzie, którzy przyjechali w tych ładnych kolorowych pojazdach, też muszą mieć trochę miejsca do spacerowania i zabawy. Dlatego saperzy zbudowali im ten mur.
    — A dlaczego oni mi nie pozwalają bawić się w sadzawce? — brwi Splintera ściągnęły się groźnie.
    — Oni nie wiedzą, że masz na to ochotę — odparła Serena.
    — To ja im powiem — oświadczył Splinter i zadarł głowę do góry. — Hej, wy tam! — wrzasnął zaciskając pięści i aż sztywniejąc z wysiłku. — Hej! Słuchajcie, ja chcę się bawić nad sadzawką!
    Serena roześmiała się. — Cicho, Splinter! Nawet jeśli cię usłyszą, to i tak nie zrozumieją. Oni przyjechali z bardzo, bardzo daleka i mówią innym językiem niż my.
    — Ale może byśmy mogli się tam pobawić — powiedział Splinter smutno.
    — Owszem — westchnęła Serena — mógłbyś się bawić, gdyby nie było tego płotu. Nie wiemy, synku, co to są za ludzie. Czy oni by chcieli się z nami bawić. Czy byliby… grzeczni. — A jak się możemy przekonać, jak oni są za tą paskudną ścianą?
    — Nie możemy, synku. Właśnie dlatego nie możemy. Kiedy schodzili zboczem, Splinter cały czas wiódł rączką wzdłuż muru.
    — A może oni są niedobrzy — powiedział na koniec. — Może są tacy źli, że saperzy musieli zrobić dla nich klatkę, taką duuużą, duuużą klatkę? — Sięgnął rączką, jak mógł najwyżej. — Czy oni mają ogony, mamo?
    — Ogony — roześmiała się Serena — co ci przychodzi do głowy?
    — Nie wiem. Bo oni przylecieli z daleka, daleeeka. Ja bym też chciał mieć ogon — taki długi, zakręcony i kudłaty! — poruszył energicznie małą pupką. — A po co ci ogon? — zapytała Serena.
    — Przydałby mi się — odparł poważnie Splinter. — Do wspinania i… i żeby mi było ciepło w szyję! Dlaczego tu nie ma żadnych dzieci? — zapytał, kiedy znaleźli się na dole. — Z kim ja się będę bawił?
    — Trudno mi to wytłumaczyć — zaczęła Serena siadając na wąskiej kładce przerzuconej przez koryto małego wyschniętego strumyka. — No to nie tłumacz. Tylko mi powiedz.
    — Posłuchaj: Linjeni przylecieli w dużych czarnych statkach, żeby porozmawiać z generałem Worshamem i kilkoma innymi generałami. A w tych okrągłych kolorowych pojazdach przywieźli swoje rodziny. Więc i nasi wzięli ze sobą swoje rodziny, ale tylko twój tata ma małe dziecko. Wszyscy inni są dorośli. Dlatego nie masz się z kim bawić. — Mój Boże, żeby to wszystko rzeczywiście było takie proste, pomyślała Serena, zmęczona ciągnącymi się od tygodni rozmowami i wyczekiwaniem.
    — Aha — powiedział Splinter z namysłem — to znaczy, że po tamtej stronie muru są dzieci?
    — Tak, z pewnością są małe Linjeni — odparła Serena. — Myślę, że możesz je nawet nazywać dziećmi.
    Splinter zsunął się do łożyska potoku i położył na brzuchu. Przytknął policzek do piasku i zajrzał przez szparę, jaka powstała w miejscu, gdzie płot przecinał dolinkę.
    — Nie widzę nikogo — powiedział zawiedziony. W milczeniu ruszyli z powrotem pod górę i znów rączka Splintera podskakiwała na falistej powierzchni płotu.
    — Mamo? — zagadnął mały, kiedy znaleźli się na dziedzińcu. — Słucham, synku. — Ten mur jest po to, żeby oni nie wychodzili, prawda? — Tak — odparła Serena. — A mnie się wydaje, że nie. Że po to, żeby mnie od nich odgrodzić.
    Serena przeżywała z Thornem ciężkie dni. Nocą leżała koło niego z szeroko otwartymi oczami i patrząc, jak się rzuca, jak nawet we śnie szuka wyjścia z trudnej sytuacji, nie przestawała siłę modlić.
    Z zaciśniętymi ustami sprzątała nie tknięte posiłki i tylko parzyła coraz więcej kawy. Dzieliła z nim wszystkie nadzieje, czepiała się każdego nowego pomysłu, a kiedy wracał z niczym, znów opuszczała ręce. Tymczasem robiła, co mogła, żeby Splinter nie odczuł tego w najmniejszym stopniu: w piękne słoneczne dni pozostawiała mu dość dużą swobodę w obrębie koszar, a wieczorami zajmowała się nim, na ile jej tylko pozwalał czas.
    Pewnego dnia upinała właśnie włosy, kątem oka patrząc na kąpiącego się malca, który zgarniał pianę i rozsmarowywał ją sobie po policzkach i brodzie.
    — Będę się musiał golić jak tata — mruczał pod nosem. — Golić, golić, golić! — Zgarnął pianę palcem. Po chwili nabrał pełne garście mydlin i rozprowadził po całej buzi. — Jestem Doovie. Jestem cały kosmaty jak Doovie. Popatrz, mamo, jestem cały..
    . — Otworzył oczy, żeby zobaczyć, czy Serena patrzy. Skończyło się energiczną akcją ratunkową, która trwała przez najbliższe kilka minut. Kiedy łzy obeschły, Serena zaczęła wycierać malca.
    — A na pewno Doovie też by płakał, jakby mu się mydło dostało do oczu — powiedział Splinter pochlipując jeszcze. — Prawda, mamo? — Doovie? — odparła Serena. — Możliwe. Każdy by płakał. A kto to jest Doovie?
    Czuła, jak ciało Splintera sztywnieje na jej kolanach. Malec odwrócił się i zapatrzył gdzieś w przestrzeń.
    — Mamusiu, jak myślisz, czy tata pobawi się ze mną jutro?
    — Może… — złapała jedną z jego mokrych nóżek. — Ale kto to jest Doovie? — Mamusiu, czy może być dziś na kolację różowy budyń? Ja tak lubię różowy budyń… — Kto to jest Doovie? — głos Sereny zabrzmiał stanowczo. Splinter przyglądał się badawczo paznokciowi swego kciuka, po czym spojrzał na nią spod oka. — Doovie… — zaczął. — Doovie to jest taki mały chłopczyk. — Aha, taki zmyślony! — powiedziała Serena.
    — Nie — szepnął Splinter spuszczając głowę. — Prawdziwy. Linjeni. — Serena ze zdumienia zaniemówiła, a malec patrząc jej pokornie w oczy, zaczął mówić szybko: — On jest grzeczny łudź, mamo, bardzo grzeczny! Nie mówi brzydkich wyrazów, nie kłamie i nie odpowiada nieładnie swojej mamusi. I umie tak szybko biegać jak ja, a może nawet szybciej — jak ja się potknę. On, on… — Splinter spuścił oczy. — Ja go bardzo lubię… — broda zaczęła mu się trząść.
    — Ale gdzie… to znaczy jak… przecież jest płot — Serena z przerażenia nie mogła znaleźć słów.
    — Wykopałem dziurę — wyznał malec. — Pod płotem, tam gdzie jest piasek. Wcale mi nie zabraniałaś. Doovie przyszedł się ze mną pobawić. I jego mama też. Ona jest bardzo ładna.
    Ma różowe futerko. A Doovie jeszcze ładniejsze, zielone. Na całym ciele! — Splinter ożywił się. — Tak, na całym ciele. Nawet pod ubraniem. Wszystko ma kosmate, oprócz nosa, oczu, uszu i dłoni.
    — Ale, Splinter, jak śmiałeś! Przecież mogło ci się coś stać. Oni mogli… — Serena przycisnęła go mocniej, żeby nie widział jej twarzy.
    Uwolnił się z jej objęć. — Doovie nikomu by nie zrobił krzywdy! Ale, wiesz co, mamo, on umie zamykać nos. Tak, mówię ci, umie zamykać nos i zwijać uszy! Ja bym też tak chciał. To by było fajnie. Ale za to ja jestem większy od niego i potrafię śpiewać — a on nie, aha! Tylko że on może gwizdać przez nos, a jak ja próbuję, to mi się tylko dmucha. Doovie jest naprawdę fajo wy.
    Serena zupełnie nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Ubierając malca w piżamę czuła, jak ją przechodzą ciarki. Co robić? Zabronić Splinterowi przełażenia przez dziurę na tamtą stronę? Jak chronić go przed niebezpieczeństwem, które może mu grozić w każdej chwili? Go by na to wszystko powiedział Thorn? I czy mu w ogóle mówić? To by mogło wywołać incydent, który…
    — Splinter, ile razy bawiłeś się z Doovie’em?
    — Ile razy? — malec dumnie wypiął pierś pod czystą piżamką. — Zaraz, muszę policzyć — powiedział poważnie i przekładając paluszki zaczai mruczeć pod nosem. — Cztery razy! — Wykrzyknął z triumfem. — Raz, dwa, trzy, cztery, tak, cztery razy! — A nie bałeś się?
    — Nie — powiedział i dodał szybko: — Może ciut ciut za pierwszym razem. Myślałem, że mają ogony, żeby łapać ludzi za szyję i dusić. Ale nie mają — rzekł zawiedziony. — Tylko ubranie tak jak my, a pod spodem futro. — Mówiłeś, że widziałeś i j ego mamę, tak?
    — No pewnie. Ona tam była, jak poszedłem do nich pierwszy raz. I wygnała wszystkich, bo się na mnie gapili, wszystkich dorosłych. Bo tam nie ma żadnych dzieciaków oprócz Doovie’ego. Pchali się i chcieli mnie dotknąć, ale ona im powiedziała, żeby sobie poszli. I została tylko ona i Doovie.
    — Och, Splinter! — wykrzyknęła Serena. Wyobraziła sobie swojego malca otoczonego przez tłoczących się Linjeni, którzy usiłowali go dotknąć. — Co się stało, mamo? — zdziwił się mały.
    — Nic, kochanie. — Zwilżyła wargi. — Czy mogłabym następnym razem iść z tobą? Chciałabym zobaczyć się z mamą Doovie’ego.
    — No pewnie! — wykrzyknął Splinter. — Chodźmy już teraz!
    — Nie, teraz nie — odparła Serena, czując, jak pod wpływem ustępującego napięcia robią jej się miękkie nogi. — Teraz jest za późno. Pójdziemy do nich jutro. Ale, wiesz co, synku, na razie nie mówmy o tym tatusiowi. Niech to będzie dla niego niespodzianka.
    — Dobrze, to fajna niespodzianka — powiedział Splinter. — Tyś się też nie spodziewała, prawda?
    — Prawda, zupełnie się nie spodziewałam. Nazajutrz Splinter kucnął przy dziurze i dokładnie się jej przyjrzał.
    — Trochę mała — oznajmił. — Żebyś się tylko zmieściła. Serena, mimo że miała duszę na ramieniu, roześmiała się.
    — To nawet nie bardzo wypada. Iść z wizytą i utknąć w drzwiach. Splinter zachichotał.
    — Ale by było śmiesznie. Chodź, może znajdziemy dla ciebie prawdziwe drzwi.
    — Nie trzeba — zaprotestowała spiesznie. — Możemy te powiększyć.
    — Dobra. Pójdę po Doovie’ego, to pomoże mi kopać.
    — Zgoda — przystała ze ściśniętym gardłem. Boi się dziecka — szydziła sama z siebie. Boi się
    Linjeni, agresora, najeźdźcy — usiłowała się bronić.
    Splinter rozpłaszczył się na ziemi i przeczołgał na drugą stronę. — Zacznij kopać, a ja zaraz wracam! — krzyknął.
    Serena uklękła i zaczęła pogłębiać otwór. Sypki piasek ustępował tak łatwo, że złączyła łukowato wygięte ramiona i jęła go wygarniać.
    Nagle usłyszała krzyk Splintera.
    Na sekundę znieruchomiała jak porażona. Krzyk powtórzył się, tym razem znacznie bliżej. Zaczęła kopać w gorączkowym pośpiechu. Przeciskając się przez dziurę czuła piasek za dekoltem, czuła ból zdartej o krawędź płotu skóry na plecach. Zobaczyła malca biegnącego ze szlochem w jej stronę.
    — Doovie! Doovie się topi! Jest w sadzawce! Cały pod wodą! Nie mogę go wydostać! Mamo, maaamo!
    Serena złapała go za rękę i potykając się pociągnęła w stronę sadzawki. Przechyliła się przez niski murek; w kłębiącej się kipieli mignęło jej zielone futerko i szeroko otwarte oczy. Odsunęła szybko Splintera, głęboko zaczerpnęła tchu i skoczyła do wody. Poczuła zimne ukłucie; sięgnęła w gęstym mroku ręką, ale bijące na oślep ręce ii nogi Doovie’ego, co chwila jej się wyślizgiwały.
    Wreszcie, zachłystując się i wykasłując wodę, przesadziła przez murek wierzgającego malca. Splinter złapał go za rękę i szarpnął, zaś Serena wygramoliwszy się na krawędź obmurówki, wyczerpana runęła na Doovie’ego. W tym samym momencie dał się słyszeć dźwięk wyższy i bardziej przenikliwy niż krzyk Splintera, Serena gwałtownym ruchem została odsunięta, a Doovie znalazł się w różowych ramionach swojej matki. Serena odgarnęła ociekające wodą włosy i napotkała wrogie spojrzenie różowych oczu.
    Jednym susem dopadła Splintera i przytuliła go mocno do siebie nie spuszczając Linjeni z oka. Różowa matka obmacała dokładnie swoje zielone dziecko i Serena pomyślała z dziwnym dystansem: Splinter nic nie mówił, że Dowie ma oczy pod kolor sierści i że jest płetwonogi.
    Płetwonogi! Zaczęła się śmiać niemal histerycznie. Mój Boże! Nic dziwnego, że jego matka tak się wystraszyła.
    — Czy rozmawiacie jakoś z Doovie’em? — zapytała pochlipującego Splintera. — Nie! — wyszlochał. — Mówienie jest niepotrzebne do zabawy.
    — Przestań płakać, synku, i pomóż mi. Musimy coś poradzić. Mama Doovie’ego myśli, że chcieliśmy go skrzywdzić. On by się nie utopił. Pamiętaj, że on potrafi zamykać nos i zwijać uszy. Jak wytłumaczyć jego mamusi, że nie chcieliśmy mu zrobić nic złego? — Możemy… — Splinter w zakłopotaniu pocierał rączką policzek. — Możemy go ukochać. — To nie wystarczy — odparła z lękiem patrząc na wychodzące z zarośli i zbliżające się ku nim kolorowe istoty. — Pewnie nawet nie pozwoli nam go dotknąć.
    Przez chwilę zastanawiała się, czy nie uciekać, ale odetchnąwszy głęboko opanowała strach.
    — Chodź, Splinter, pokażemy im na migi — powiedziała — że myśleliśmy, że Doovie się topi. Ty na niby wpadniesz do sadzawki, a ja cię wyciągnę. Udawaj topielca, a ja będę płakała. — Ty już płaczesz, mamo — powiedział Splinter, robiąc podkówkę. — Ja ćwiczę — odparła starając się nadać głosowi spokojne brzmienie. — Chodź, spróbujemy.
    Splinter zawahał się na brzegu sadzawki, wyraźnie stroniąc od wody, która tak go zawsze fascynowała. Serena krzyknęła nagle i malec stracił z przerażenia równowagę. Błyskawicznie, niemal zanim zdążył się na dobre zanurzyć, schwyciła go i wyciągnęła, starając się nadać zarówno swoim słowom, jak i ruchom pozory rozpaczy.
    — Masz być nieżywy — szepnęła do malca. — Masz być zupełnie nieżywy! Jak topielec! — Splinter zrobił się tak bezwładny w jej ramionach, że rozpacz Sereny była niemal szczera. Pochyliła się nad nieruchomym ciałkiem i kiwając się w tył i w przód wydawała okrzyki bólu.
    Nagle poczuła na ramieniu dotyk i spojrzała w kolorowe oczy Linjena. Matka Doovie’ego uśmiechnęła się, ukazując białe zęby i różową, kosmaty ręką poklepała Splintera po ramieniu. Malec otworzył oczy i usiadł. Doovie zerknął zza matki i już po chwili tarzali się i koziołkowali radośnie między dwiema spoglądającymi z nieufnością kobietami. Serena roześmiała się niepewnie, a matka Doovie’ego zagwizdała łagodnie przez nos.
    Tej nocy Thorn obudził Serenę krzycząc przez sen. Długo leżała w ciemności, modląc się, po czym wstała i poszła zajrzeć do Splintera. Uklękła i otworzyła najniższą szufladę jego szafki. Przesunęła dłonią po lśniących fałdach materiału, którym okryła ją matka Doovie’ego, kiedy jej ubranie schło. Serena dała jej w zamian swoją koronkową halkę. Czuła pod palcami wypukłą fakturę tkaniny i wspominała, jak pięknie wyglądała ona w promieniach zachodzącego słońca. Zaraz jednak słońce znikło; przed oczyma Sereny pojawił się rozbity czarny statek i ginący w żarze pojazd mieszkalny, a w nim zwęglone futerka — różowe, zielone i żółte, i te piękne tkaniny stopione w płomieniach niszczycielskiego ognia. Oparła głowę na ręce i wzdrygnęła się.
    Nagle obraz się zmienił: teraz ujrzała, jak srebrzysty stateczek czernieje i jak wchłania go bezmiar przestrzeni. Krzyk osieroconego Splintera zabrzmiał w jej uszach tak żywo, że spiesznie zasunęła szufladę. Spojrzała na twarzyczkę spokojnie śpiącego chłopca i na wszelki wypadek otuliła go czule.
    Kiedy wróciła, Thorn leżał na wznak, z szeroko otwartymi oczyma, z rękami pod głową. — Nie śpisz? — zapytała siadając na brzegu łóżka.
    — Nie — jego głos był napięty jak struna. — Tkwimy w miejscu. Zostawiamy sobie nawzajem furtki, ale żadna ze stron z nich nie korzysta. Chcemy pokoju, ale nie potrafimy się z nimi porozumieć. Oni też czegoś chcą, ale nie mówią nam, o co im chodzi, jakby się bali, że w ten sposób zdadzą się na naszą łaskę i niełaskę. Jedno jest pewne: nie przystaną na pokój, dopóki nie dopną swego. Do czego to wszystko prowadzi?
    — A gdyby oni sobie poszli… — Serena wciągnęła stopy na łóżko i trzymała się rękami za szczupłe kostki.
    — To jest właśnie jedyna rzecz — powiedział Thorn gorzko — którą udało nam się ustalić: że oni sobie nie pójdą. Mają zamiar tu zostać — czy nam się to podoba, czy nie.
    — Thorn — głos Sereny zabrzmiał energicznie w mrocznej ciszy. — A dlaczego nie przyjąć ich serdecznie? Dlaczego nie powiedzieć po prostu: „Witajcie nam”! Przybyli z daleka. Dlaczego nie mielibyśmy okazać im gościnności?
    — Mówisz tak, jakby to daleko to był sąsiedni powiat czy stan. — Thorn zniecierpliwiony rzucał się na łóżku.
    — Widzę, że wracamy do starej absurdalnej zasady: obcy równa się wróg — powiedziała
    Serena ostro. — Czy nie możemy założyć, że przybywają w przyjaznych zamiarach? Idź do nich, porozmawiaj z nimi tak normalnie.
    — W przyjaznych zamiarach! Idź, porozmawiaj z nimi! — Thorn usiadł gwałtownie w skotłowanej pościeli, ze złości ledwie mogąc dobyć głos. Po chwili podjął z nie wróżącym nic dobrego spokojem. — A może ty byś się wybrała porozmawiać z wdowami po naszych ludziach, którzy poszli porozmawiać z dobrymi Linjeni? Po tych postrącanych bez ostrzeżenia.
    — Myśmy też strącali ich statki — Rena nie podnosiła głosu, ale mówiła bardzo stanowczo. — I tak samo bez ostrzeżenia. A kto pierwszy zaczął strzelać? Sam musisz przyznać, że nie wiadomo na pewno.
    Zaległa pełna napięcia cisza. Thorn odwrócił się tyłem do żony i zamilkł. — Czy ja po tym wszystkim będę mogła mu kiedykolwiek powiedzieć? — mruknęła w poduszkę. — On by nie przeżył tej dziury pod płotem.
    Codziennie chodziła z małym odwiedzać nowych przyjaciół, a dziura powiększała się systematycznie.
    Matka Doovie’ego, którą Splinter nazwał panią Pink, uczyła Serenę haftu na pięknych tkaninach Linjeni, jak ta, którą dała jej w prezencie, w zamian za co Serena uczyła ją robić na drutach. A w każdym razie zaczęła uczyć. Zdążyła pokazać jej lewe i prawe oczka, dodawanie i spuszczanie, kiedy pani Pink wyjęła jej robótkę z rąk, wprawiając w zdumienie zręcznością kosmatych palców. Jak mogła ją posądzić o to, że nie umie robić na drutach — zawstydziła się na samą myśl o tym. Ale przecież inni Linjeni zebrali się dokoła nich i dotykali robótki, wykrzykując łagodnymi, przypominającymi dźwięk fletu głosami, jak gdyby nigdy czegoś podobnego nie widzieli. Niewielki kłębuszek wełny, który Serena wzięła ze sobą, skończył się wkrótce i pani Pink przyniosła motki ciężkiej przędzy, tej samej, która po rozdzieleniu nici służyła jej do haftu, i zerknąwszy do książki Sereny z wzorami, zaczęła robić na drutach z pięknej lśniącej włóczki.
    Wkrótce gesty, uśmiechy i gwizdy przestały im wystarczać i Serena postarała się o nieliczne dostępne taśmy — z nagranymi słowami Linjeni, których nauczyła się na pamięć. Nie na wiele się to jednak zdało, słownik ten bowiem nie był przystosowany do tematów, jakie chciała poruszyć z panią Pink i jej ziomkami. Nadszedł wreszcie dzień, w którym częściowo powiedziała, a częściowo wygwizdała swoje pierwsze zdanie w języku Linjeni, w odpowiedzi na co pani Pink wydukała coś po angielsku. Było przy tym dużo śmiechu, gwizdów, zgadywania i pokazywania na migi. I tak stopniowo ponad przepaścią niezrozumienia został przerzucony most.
    Ale pod koniec tygodnia Serena zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia. Ona i Splinter tak się świetnie bawią, a biedny Thorn z każdego posiedzenia wraca coraz bardziej zatroskany. — Oni są niemożliwi — powiedział pewnego wieczora z goryczą. — Nie możemy z nich wyciągnąć nic konkretnego.
    — Ale o co im właściwie chodzi? — zapytała Serena. — Nie powiedzieli wam jeszcze? — Szkoda tylko słów — Thorn zapadł w fotel głęboko. — Na co się to wszystko zda? I tak nic z tego nie wyjdzie.
    — Thorn, dlaczego tak mówisz! Przecież to są rozumne ludzkie… — urwała widząc jego zdumiony wzrok. — Jak to… nie… są… — zająknęła się — nie są ludzkimi istotami?
    — Ludzkimi? Niekomunikatywni, obcy, po prostu wrogowie — odparł. — Żeby nam język kołkiem stanął, to oni tylko będą do siebie pogwizdywać i powiedzą tak lub nie. Nic więcej.
    — A czy oni rozumieją… — zaczęła Serena.
    — Są przecież tłumacze. Może nie najlepsi, ale innych nie mamy.
    — No dobrze, ale o co im chodzi? Thorn zaśmiał się krótko.
    — O ile zdołaliśmy ustalić, chcą naszych oceanów i przylegających do nich lądów.
    — Och, Thorn, to niemożliwe, żeby byli aż tak nierozsądni!
    — Jeśli mam być szczery, to nie jesteśmy całkiem pewni, czy właśnie o to im chodzi. Wracają ciągle do sprawy oceanów, ale jak ich próbujemy przyprzeć do muru i pytamy wręcz, czy chcą naszych wód, gwiżdżą odmownie. Po prostu nie sposób się z nimi porozumieć. — Thorn westchnął ciężko. — Nie znasz ich tak dobrze jak my, Rena.
    — Nie, rzeczywiście — odparła nieszczęsna kobieta — rzeczywiście nie tak jak wy.
    Nazajutrz, pełna niepokoju, wzięła Splintera, koszyk z jedzeniem i ruszyła w stronę tajemnego przejścia. Wczoraj pani Pink częstowała obiadem, dziś była jej kolej. Siedzieli razem na trawie i Serena tłumiąc niepokój, śmiała się życzliwie z pani Pink, próbującej po raz pierwszy w życiu oliwki. Nie lepiej wyglądała sama, kiedy ugryzłszy pirwit, bała się go połknąć, a wstydziła wypluć.
    Splinter i Doovie dobrali się do cytrynowego placka z bezą. — Splinter, zostaw ten placek — powiedziała Serena. — To jest na deser.
    — My tylko próbujemy to białe — odparł malec, na którego wardze pozostał jeszcze kawałek bezy.
    — Dobrze, ale wstrzymajcie się z tym próbowaniem. Weźcie na razie jajka. Jestem pewna, że Doovie jajek też nie jadł. Splinter zaczął grzebać w koszyku, z którego Serena wyjęła dużą turystyczną solniczkę. — O, są, mamo, są! — wykrzyknął. — Popatrz, Doovie, najpierw musisz rozbić skorupkę…
    Serena zaczęła wprowadzać panią Pink w tajniki gotowania jajek na twardo i wszystko było proste i jasne, dopóki ich nie posoliła. Pani Pink nastawiła dłoń i Serena wsypała jej trochę soli na spróbowanie.
    Linjeni wydała niski gwizd na znak zdumienia i sięgnęła skwapliwie po solniczkę, którą podała jej ubawiona Serena. Pani Pink nasypała sobie jeszcze soli na dłoń i zajrzała przez dziurki do środka. Serena odkręciła zakrętkę i pokazała jej zawartość solniczki.
    Przez chwilę pani Pink patrzyła na białe ziarenka, po czym zagwizdała gwałtownie. Serena cofnęła się, zaskoczona. Niemal zza każdego krzaka zaczęli wysypywać się Linjeni. Stłoczyli się dokoła pani Pink, zaglądając do solniczki, popychając się, pogwizdując z cicha. Jeden z nich zniknął i wrócił po chwili z wysokim dzbankiem wody. Pani Pink powoli, ostrożnie strząsnęła nad naczyniem z dłoni sól, a następnie opróżniła solniczkę. Zamieszała wodę gałązką, którą ktoś ułamał z krzaka. Kiedy już roztwór był gotowy, wszyscy Linjeni nastawili garści. Każdemu z nich nalała — z takim namaszczeniem, jakby to był sakrament — słonej wody. Szybko, żeby nie uronić ani kropli, podnieśli ręce do twarzy i zaczęli wdychać — głęboko, głęboko — drogocenną ciecz.
    Ostatnia pani Pink uniosła do góry mokrą twarz, na której malowała się taka wdzięczność, że Serena wzruszyła się niemal do łez. Linjeni zaczęli się do niej przepychać przykładając jej do policzka puszyste palce. Był to gest podziękowania, którego właśnie nauczył się Splinter.
    Wreszcie poznikali wśród krzaków; została tylko pani Pink, która siedziała, obracając w dłoni solniczkę.
    — Sól — powiedziała Serena wskazując naczynie. — Shreeprill — powiedziała pani Pink.
    — Shreeprill? — powtórzyła z trudem Serena, w której ustach słowo straciło całą swoją śpiewność. Pani Pink skinęła głową.
    — Shreeprill dobra? — spytała Serena, usiłując pojąć znaczenie dziwnej sceny.
    — Shreeprill dobra — odrzekła pani Pink. — Nie ma shreeprill — nie ma dzieci Linjeni. Doovie… Doovie… — nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. — Jeden Doovie — nie ma dzieci. — Potrząsnęła bezradnie głową.
    Serena, domyślając się, o co chodzi pani Pink, próbowała jej pomóc. Wyrwała garść trawy. — Trawa — powiedziała. — Wyrwała jeszcze jedną garść. — Więcej trawy. Więcej. Więcej. — Składała źdźbła na kupkę.
    Pani Pink spoglądała to na trawę, to na Serenę. — Nie ma więcej dzieci Linjeni. Doovie… — podzieliła trawę na małe wiązki. — Dziecko, dziecko, dziecko — wskazywała po kolei palcem. Przy ostatniej zatrzymała się dłużej, spoglądając czule. — Doovie. — Rozumiem. Doovie jest ostatnim dzieckiem Linjeni? Więcej nie ma?
    Pani Pink zastanowiła się nad sensem jej słów i kiwnęła głową. — Tak, tak! Więcej nie ma. Nie ma shreeprill, nie ma dziecka!
    Serena zaniemówiła na chwilę. A może… może o to jest cała ta wojna? Może oni chcą po prostu soli? Może…
    — Sól, shreeprill — powiedziała. — Więcej, więcej, więcej shreeprill — Linjeni do domu? — Więcej, więcej, więcej shreeprill — tak — odparła pani Pink. — Do domu — nie. Dom — niedobry. Nie ma wody, nie ma shreeprill. — Aha. — Po chwili Serena dodała z namysłem: Więcej Linjeni? Więcej, więcej, więcej?
    Pani Pink popatrzyła na nią i w ciszy, jaka zapadła, zdały sobie nagle sprawę, że należą do wrogich obozów. Serena usiłowała się uśmiechnąć. Pani Pink popatrzyła na Splintera i Doovie’ego, którzy uszczęśliwieni próbowali po kolei wszystkiego z koszyka, i powiedziała z wyraźnym odprężeniem:
    — Nie ma więcej Linjeni — wskazała gestem zatłoczone lądowisko — Linjeni — rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami. — Nie ma więcej Linjeni.
    Serena siedziała oszołomiona. Zastanawiała się, jakby przyjęło tę wiadomość Naczelne Dowództwo Ziemskich Sił Zbrojnych. Nie ma więcej Linjeni, z ich potworną, niszczycielską bronią. Nie ma więcej, poza tymi, którzy tu wylądowali. Nie istnieje żaden wrogi świat, gotów wysłać posiłki, gdyby te statki zostały zniszczone. Nie ma więcej Linjeni. Nie pozostaje nic innego, jak zniszczyć te jednostki — ponosząc oczywiście przy tym nieuniknione straty — i wygrać wojnę, a tym samym zetrzeć gatunek Linjeni z powierzchni Ziemi.
    Ale przecież oni przyszli prosić o gościnę. A może żądać? Sąsiedzi, którzy bali się poprosić — czy też nie dano im po prostu okazji? Jak doszło do wojny? Kto pierwszy zaczął strzelać? Czy ktoś w ogóle potrafi na to odpowiedzieć?
    Serena wzięła pusty koszyk i pełna wątpliwości ruszyła do domu. Powiedz, powiedz, powiedz — słychać było w szumie traw. Powiedz i wojna się skończy. Ale jak? — wykrzyknęła sama do siebie. — Mamy ich zniszczyć czy przygarnąć? Jedno czy drugie?
    Zabić, zabić, zabić — szurały jej nogi po żwirowanej ścieżce. Zabić wrogów — nie ma wspólnej ziemi — to nie ludzie — za naszych poległych.
    A ich polegli? A ich postrącane i popalone statki? A oni — bezdomni, wydziedziczeni, bezdzietni?
    Serena zajęła Splintera jakąś łamigłówką i książeczką z obrazkami, a sama poszła do sypialni. Usiadła na łóżku i zaczęła przyglądać się sobie w lustrze.
    Dać im słoną wodę — no dobrze, ale wtedy zaczną się mnożyć. Choćby wszystkie nasze oceany, nawet jeśli się na to krzywią. Zaczną się mnożyć i mnożyć, aż nas zupełnie wyprą, zgnębią, podbiją.
    A ci nasi mężczyźni — spotykają się od tygodnia z górą i nie mogą dojść do porozumienia. Pewnie, że nie mogą! Boją się zdradzić jedni przed drugimi i w rezultacie nic o sobie nie wiedzą. Nic naprawdę istotnego. Jestem pewna, że żaden z naszych mężczyzn nie ma pojęcia o tym, że Linjeni potrafią zamykać nozdrza i zwijać uszy. A tamci z kolei nie wiedzą, że my posypujemy jedzenie tym, co stanowi źródło ich życia.
    Serena nie umiałaby powiedzieć, ile czasu tak przesiedziała. W końcu znalazł ją Splinter, który zaczął się dopominać o kolację. Zapędziła malca do łóżka. Wreszcie, kiedy już szalała z rozterki, przyszedł Thorn.
    — No — powiedział padając zmęczony na fotel. — To już prawie koniec. — Koniec! — wykrzyknęła Serena, z nadzieją w oczach. — Więc osiągnęliście…
    — Impas, zastój — mruknął ponuro. — Jutro jest ostatnie spotkanie. Jeszcze po jednym „nie” z obu stron i koniec. Znów się zacznie rozlew krwi.
    — Och, nie, Thorn! — zatkała usta pięścią. — Nie możemy ich więcej zabijać. To jest nieludzkie! To jest…
    — To jest samoobrona — dokończył z rozdrażnieniem Thorn. — Proszę cię, tylko nie dziś, Rena. Oszczędź mi dziś tych idealistycznych bzdur. I tak wystarczająco brak nam doświadczenia w prowadzeniu negocjacji, żebyśmy się jeszcze mieli narażać na zarzut, że jesteśmy zbyt łagodni dla naszych wrogów. To jest wojna i musimy ją wygrać. Wystarczy trochę im ustąpić, a obsiada Ziemię jak muchy.
    — Ależ nie, nie! — wyszeptała Serena, której pociekły po policzkach łzy. — Nie obsiada, nie, mówię ci, że nie!
    Thorn zasnął mocno, a ona długo jeszcze leżała wpatrzona w niewidoczny sufit. Jasno, wyraźnie formułowała w ciemności swoje myśli.
    Powiem — wojna się skończy.
    Albo podamy Linjeni rękę, albo zetrzemy ich z powierzchni Ziemi.
    Nie powiem. Rozmowy zostaną zerwane. Wojna rozpocznie się na nowo.
    Poniesiemy poważne straty — Linjeni wyginą.
    Pani Pink mi zawierzyła.
    Splinter kocha Doovie’ego. Doovie kocha Splintera.
    Nikły płomyk modlitwy, który o mało nie zgasł wśród tych zmagań, zapłonął jaśniej i Serena usnęła.
    Nazajutrz rano posłała Splintera do Doovie’ego. — Bądźcie koło sadzawki — powiedziała. — Ja tam niedługo do was przyjdę.
    — Dobrze, mamo — odparł malec. — A przyniesiesz trochę ciasta? — dodał nieśmiało. — Doovie jeszcze nigdy nie jadł.
    Serena roześmiała się. — Za to jeden mały Splinter zjadł bardzo dużo. No, biegaj, łakomczuchu. — I klapsem w pupę nadała mu kierunek.
    — Pa, mamusiu! — krzyknął malec na odchodnym. — Pa, kochanie, bądź grzeczny! — Dobra!
    Patrzyła za nim, aż skrył go stok pagórka; poprawiła włosy i zwilżyła językiem suche wargi. Ruszyła w stronę sypialni, ale zmieniła nagle zamiar i skierowała się do drzwi wyjściowych. Gdyby musiała teraz spojrzeć choćby sobie w oczy, w lustrze, załamałaby się i cofnęła. Stała z ręką na klamce, wpatrzona w tarczę zegara. Odczekała nieskończenie długie piętnaście minut i kiedy już była pewna, że Splinter dotarł na miejsce, nacisnęła klamkę.
    Uśmiechem utorowała sobie drogę z koszar do Budynku Administracyjnego. Zdecydowanie, energicznym krokiem udała się do skrzydła konferencyjnego i tu — opuściła ją odwaga. Schowała się przed strażnikami, ze zdenerwowania niemal wyłamując sobie palce. Wreszcie wygładziła spódnicę, poprawiła włosy i z trudem zdobywając się na uśmiech, weszła na palcach do hollu.
    Pod wpływam badawczego wzroku strażników poczuła się jak motyl przypięty szpilką do ściany. Kładąc palec na ustach nakazała im ciszę i zbliżyła się do nich bezszelestnie. — Jak się macie, Turner, Franiyeri — szepnęła. Strażnicy wymienili spojrzenia i Turner powiedział szorstko:
    — Tutaj jest wstęp wzbroniony, proszę pani. Proszę stąd wyjść.
    — Ja wiem — powiedziała z pokorną miną, której wcale nie musiała specjalnie robić. — Ale, Turner, ja muszę zobaczyć Linjeni.
    — Ruszyła spiesznie, zanim zdążył otworzyć usta. — Widziałam ich na obrazkach, ale nigdy nie udało mi się zobaczyć żywych. Ja tylko zajrzę na moment. — Przemknęła się bliżej drzwi. — O, nawet drzwi są trochę uchylone! — zawołała cicho.
    — Takie mamy polecenie — warknął Turner. — Ale, proszę pani, nam nie wolno… — Tylko raz zerknę — błagała Serena wkładając palec w szparę. — Nic nie będzie słychać.
    Otworzyła drzwi trochę szerzej i wsadziła rękę szukając guziczka. — Ale stąd i tak ich pani nie zobaczy.
    Błyskawicznie wdarła się do środka, zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem, który odezwał się echem w całym budynku jak grzmot. Bez tchu, przerażona, minęła poczekalnię i wbiegła do sali konferencyjnej. Nagle znieruchomiała, z rękami zaciśniętymi na oparciu krzesła. Wszystkie oczy skierowane były na nią. Thorn, którego ledwie mogła poznać — tak oficjalną i marsową miał minę — poderwał się gwałtownie z miejsca. — Serena! — powiedział łamiącym się głosem, po czym równie nagle usiadł.
    Serena okrążyła stół, omijając wzrok natarczywie w siebie wpatrzonych oczu — niebieskich, brązowych, czarnych, żółtych, zielonych, lawendowych. U szczytu stołu zatrzymała się, odwróciła i z lękiem spojrzała na jego błyszczącą powierzchnię. — Panowie — prawie jej nie było słychać. — Panowie — odchrząknęła. Widziała, że generał Worsham zamierza coś powiedzieć. Jego twarz, której okoliczności nadały wyraz szczególnej powagi, zrobiła na niej wrażenie nieprzyjemnie obcej. Położyła dłonie na gładkim blacie stołu. — Macie zamiar się rozejść, dać za wygraną, tak? — Tłumacze pochylili się do mikrofonów i w miarę, jak mówiła, ich wargi zaczęły się poruszać. — O czym radziliście cały ten czas? O broni? o bitwach? O stratach w ludziach? Jak wy nam to, to my wam tamto? Nie wiem! — wykrzyknęła z mocą, potrząsając głową, jakby drżała. — Nie wiem, o czym się mówi na konferencjach na wysokim szczeblu. Wiem tylko jedno: że uczyłam panią Pink robić na drutach i jeść placek cytrynowy… — Widziała, jak zaskoczeni tłumacze szybko kartkują słowniki. — I już wiem, dlaczego Linjeni,są tutaj i po co przyszli. — Ściągając usta wygwizdała w łamanym języku Linjeni: — Doovie — dziecko. Nie ma więcej dzieci Linjeni.
    Na dźwięk imienia Doovie jeden z Linjeni podniósł się powoli; jego lawendowa postać górowała nad stołem. Serena widziała, jak tłumacze znów zaczynają gorączkowo przewracać strony. Wiedziała, że szukają słowa „dziecko” w języku Linjeni. W rozmowach tego typu rzadko bywało ono używane.
    Linjeni mówił wolno, ale Serena potrząsnęła głową. — Za mało znam wasz język.
    Nagle koło swego ramienia usłyszała szept: — Co pani wie o Doovie’em? — Wręczono jej parę słuchawek. Umocowała je sobie na głowie drżącymi palcami. Dlaczego pozwalają jej mówić? Dlaczego generał Worsham siedzi spokojnie i pozwala jej przeszkadzać w konferencji?
    — Znam Doovie’ego — powiedziała niemal bez tchu. — I znam jego matkę. Doovie bawi się ze Splinterem, moim synkiem, moim małym synkiem. — Wykręcała sobie palce ze zdenerwowania. Dał się słyszeć pomruk i Serena spuściła głowę. Znów zaczął mówić Linjeni i w słuchawkach zabrzęczało metalicznie. — Jaki jest kolor matki Doovie’ego? — Różowy — odparła.
    Znów gorączkowe poszukiwanie słowa. Różowy… różowy… Wreszcie Serena odchyliła brzeg spódnicy i pokazała rąbek bladoróżowej halki. Linjeni usiadł kiwając głową. — Serena — odezwał się generał Worsham tak spokojnie, jakby to było spotkanie towarzyskie. — O co ci właściwie chodzi?
    Zamrugała oczyma i podniosła głowę. — Thorn powiedział, że dziś spotykacie się po raz ostatni. Że z obu stron ma paść słowo „nie”. Że nigdy nie dojdziecie do porozumienia w żadnej sprawie.
    — A ty uważasz, że jest inaczej? — generał Worsham grzecznie przerwał Serenie jasne i dosłowne sformułowanie tego, co tak długo i starannie ukrywano.
    — Wiem, że jest inaczej. Istnieje między nami znacznie więcej podobieństw niż różnic i uważam, że nie ma najmniejszego sensu siedzieć i tygodniami wytykać sobie nawzajem te różnice, nie starając się nawet dostrzec podobieństw. W zasadzie jesteśmy… — zawahała się — jesteśmy równi wobec Boga. — Wiedziała, że tłumacze nie znajdą w swoich słownikach słowa „Bóg” — Uważam, że powinniśmy ich przyjąć chlebem i solą. — Uśmiechnęła się lekko i dodała na koniec: — Oni nazywają sól shreeprill.
    Wśród Linjeni rozległy się przytłumione gwizdy, na co lawendowy Linjeni uniósł się z miejsca i nakazał im ciszę.
    Generał Worsham spojrzał w skupieniu na Linjeni i sznurując usta powiedział: — Są jednak pewne rozbieżności…
    — Rozbieżności! — wykrzyknęła Serena z pogardą. — Nie ma takich rozbieżności, których nie dałoby się usunąć, jeśli dwa narody znają się dobrze nawzajem.
    Powiodła wzrokiem dokoła stołu, z wyraźną ulgą stwierdzając, że twarz Thorna złagodniała. — Chodźcie ze mną — zaprosiła zebranych. — Chodźcie i popatrzcie na Doovie’ego i Splintera razem — dziecko Linjeni i nasze, które nie znają jeszcze, co to podejrzliwość, strach, nienawiść i uprzedzenie. Ogłoście przerwę czy rozejm, czy jak to się tam nazywa, i chodźcie ze mną. A jak zobaczycie dzieci i panią Pink, i porozmawiamy o tym wszystkim jak w rodzinie, a mimo to uznacie, że trzeba walczyć, cóż… — bezradnie rozłożyła ręce.
    Kiedy schodzili zboczem pagórka, nogi trzęsły się pod nią tak, że Thorn musiał ją podtrzymywać.
    — Och, Thorn — wyszeptała niemal ze łzami — nie wierzyłam, że zechcą przyjść. Myślałam, że mnie zabiją, zamkną albo…
    — Nie chcemy wojny, przecież ci mówiłem — mruknął. — Czepiamy się każdej szansy, nawet w postaci dość bezczelnych paniuś, które potrafią wtargnąć na bardzo ważną konferencję i prezentować tam wszem wobec swoje halki. — Thorn spoważniał. — Jak długo to już trwa? — Jeśli chodzi o Splintera, od kilku tygodni, ja odkryłam to trochę więcej niż tydzień temu. — Dlaczego nic mi nie mówiłaś?
    — Zaczynałam… dwa razy. Nie chciałeś mnie słuchać. A ja ze strachu nie nalegałam. Wiedziałam, jak to przyjmiesz. Thorn milczał, odezwał się dopiero, jak byli na dole, — Skąd ty to wszystko wiesz? Na jakiej podstawie przypuszczasz, że potrafisz rozwiązać… Sereną stłumiła histeryczny śmiech.
    — Wzięłam kiedyś na piknik jajka na twardo! Zatrzymali się przed płotem. Wszyscy patrzyli na podkop jak zahipnotyzowani.
    — To Splinter wpadł na ten pomysł — broniła się słabo. — Ja tylko powiększyłam dziurę. Musicie się spłaszczyć, jak tylko możecie.
    Przeczołgała się pod płotem pierwsza. Przysiadła po drugiej stronie w kucki i czekała, Nastała długa chwila ciszy, a potem usłyszała szuranie i stękanie. Ledwie mogła się powstrzymać od śmiechu na widok generała Worshama, który utykając co chwila w dziurze pełzał na brzuchu. Jej rozbawienie jednak ustąpiło podziwowi. Generał Worsham, gramolący się niezdarnie, zakurzony od stóp do głów, nie stracił nic ze swojej godności i Serena była szczęśliwa, że w dniach kryzysu on właśnie reprezentował interesy Ziemi.
    Jeden po drugim, łącznie z Linjeni, przecisnęli się wszyscy. Thorn był ostatni. Nakazując gestem ciszę Serena poprowadziła ich w stronę gęstych krzaków porastających brzeg sadzawki.
    Doovie i Splinter stali nad wodą. — O, jest! — wykrzyknął Splinter, wskazując palcem i pochylając się niebezpiecznie. — Tam, na dnie! Moja najlepsza kulka! Czy mama by ci pozwoliła po nią zanurkować?
    Doovie spojrzał w wodę. — Kulka do wody.
    — Właśnie mówiłem! — zawołał Splinter niecierpliwie, — A ty możesz zamknąć nos. — Dotknął czarnego błyszczącego guziczka. — I zwinąć uszy. — Trącił palcem ucho Doovie’ego i z podziwem patrzył, jak się zwija. — Ty to masz dobrze. Ja bym też tak chciał. — Doovie do wody? — zapytał malec.
    — Tak — skinął głową Splinter. — Wiesz, to jest moja najlepsza kulka, a ty nawet nie musisz wkładać kąpielówek. Masz futerko.
    Doovie pozbył się szybko swojego skromnego ubioru i wśliznął się do wody. Po chwili wypłynął z zaciśniętą piąstką. — Fajnie. Dziękuję! — Splinter wyciągnął rękę i Doovie ostrożnie podał mu to, co wyłowił.
    Splinter zacisnął dłoń i niemal w tej samej chwili rozwarł ją wrzeszcząc: — Ty świnio! Dawaj mi moją kulkę! Będzie mi tu wtykał jakieś wstrętne oślizłe ryby! — Nachylił się nad sadzawką szamocąc się z Doovie’em i usiłując sięgnąć do jego drugiej ręki. Nagle stracił równowagę, rozległ się plusk i — obaj malcy zniknęli pod wodą.
    Serena zaczerpnęła tchu i ruszyła w tamtą stronę. Zaraz jednak ukazała się nad wodą zaniepokojona buzia Doovie’ego. Wyciągnął kaszlącego i plującego Splintera i wyrzucił go na trawę. Kucnął przy nim i poklepując go po plecach to smutno pogwizdywał przez nos, to tłumaczył się w języku Linjeni.
    Splinter kasłał i tarł oczy pięściami. — Zobaczysz! Zobaczysz! — pokazywał swój mokry sweter. — Mama będzie krzyczała. Czyste ubranie całe mokre! A gdzie jest moja kulka?!
    Mały Linjeni znów ruszył w stronę sadzawki. Splinter dogonił go z krzykiem: — Doovie, a gdzie jest ta rybka? Ona umrze bez wody. Mnie już tak jedna umarła. — Rybka?
    — Tak. — Splinter na czworakach starannie przeszukiwał trawę. — Ta rybka, co mi ją dałeś zamiast kulki.
    Dwójka malców zaczęła się czołgać na brzuchach. Nagle Doovie zagwizdał z triumfem: — Rybka! — i wrzucił rybkę z powrotem do wody. — No — uspokoił się Splinter — teraz już nie umrze. Popatrz, popatrz, płynie, o tam!
    Doovie raz jeszcze dał nurka do wody i wypłynął z kulką. — Chodź, pokażę ci, jak się strzela — zaproponował Splinter.
    Nagle z krzaków wychynęła pani Pink. Uśmiechnęła się do dzieci i w tej samej chwili zobaczyła po drugiej stronie polanki milczącą grupę. Jej oczy rozszerzyły się; zagwizdała zdumiona. Chłopcy podnieśli głowy.
    — Tata! — wykrzyknął Splinter. — Pobawisz się z nami? — Puścił się pędem do Thorna, a zaraz po nim, pogwizdując w podnieceniu, rzucił się w objęcia lawendowego Linjeni Doovie.
    Serenie zachciało się śmiać na widok dwóch ojców, którzy witając swoje pociechy usiłowali jednocześnie zachować stosowną powagę.
    Pani Pink podeszła nieśmiało do grupy i stanęła koło Sereny, która objęła ją ramieniem. Splinter wdrapał się Thornowi na ręce, uściskał go mocno i uwolnił się z jego objęć. — Dzień dobry, panie generale — wyciągnął do generała Worshama bardzo brudną rączkę, poniewczasie przypominając sobie o dobrych manierach. — Tata, ja miałem teraz uczyć Doovie’ego, jak się gra w kulki, ale ty strzelasz lepiej. Pokaż mu. — Nno dobrze… — powiedział Thorn spoglądając niepewnie na generała Worshama.
    Podczas gdy Doovie pogwizdując podziwiał kolorowe szklane kulki, generał Worsham obserwował Linjeni. Wreszcie mrugnął do Thorna, a potem do pozostałych członków grupy. — Proponuję ogłosić przerwę w działaniach wojennych — powiedział — celem przemyślenia wynikłych ostatnio problemów.
    Serena poczuła ogarniającą ją falę wzruszenia. Odwróciła twarz, żeby pani Pink nie widziała, że płacze. Ale pani Pink była zbyt pochłonięta widokiem kolorowych kulek, żeby zauważyć płynące z jej oczu łzy radości.
    Przełożyła Zofia Uhrynowska

Konrad Fijałkowski
Wróbli Galaktyki

    …Nadleciał z gwiazd… Nie zatoczył nawet jednej elipsy dokoła planety jak nasze ziemskie kosmoloty… Radary księżyca zarejestrowały jego obecność, gdy był już zupełnie blisko… na parę sekund wcześniej, zanim lądował na Ganimedzie…
    — Ależ profesorze… — to krzyknął ktoś z ostatnich rzędów audytorium, a w pierwszych zaczęto szeptać, tym szeptem, który doskonale słychać na katedrze.
    — O, wiem, wiem… Nie wierzycie mi… Toren podszedł do sterowania ekranami wideotronicznymi sali… Oparł się o pulpity…
    — Nie wierzycie mi, bo zasięg naszych radarów wynosi pięćdziesiąt milionów kilometrów… a w ciągu dziesięciu nawet sekund można przemierzyć najwyżej trzy miliony kilometrów… — To już udowodnił Einstein… — powiedział ktoś za mną. Odwróciłem się.
    — Słusznie, kolego — Toren popatrzył na młodego blondyna siedzącego dwa rzędy za mną. — Słusznie… ale zapominasz, kolego, o efekcie Dopplera… Radar mógł zarejestrować obecność statku, gdy składowa wektora jego prędkości w kierunku V Księżyca zmniejszyła się o tyle, że częstotliwość fal odbitych zmieściła się w zakresie odbiornika…
    Tym razem mówili już wszyscy. — …Tak, tak… — Toren podniósł głos — on leciał z szybkością podświetlną… — I zderzył się z tą szybkością z Ganimedem…? — zapytał ktoś z sali.
    — W każdym razie nie zmniejszył szybkości do ostatniej chwili — to wiemy na pewno. — Więc spłonął? — Wybuchł raczej…
    — Nie… i dlatego to jest statek kosmiczny, a nie międzygwiezdny bolid. — Teraz mamy na to bardziej bezpośrednie dowody… — Tak, torusy… — zgodził się profesor.
    — Profesorze, prosimy o szczegóły, właściwie nikt nic o nich nie wie. Dlaczego robicie z tego tajemnicę?
    — Będziemy ją badać czy nie?
    — Ostatecznie po to wysłano nas z Ziemi… Profesor poczekał i wreszcie, gdy było znowu cicho, powiedział:
    — Rzeczywiście nie ogłaszaliśmy żadnych szczegółów; Najpierw musimy zbadać całą sprawę… Po to zresztą tu jesteście… i w końcu wy zadecydujecie, co zrobimy… — urwał na moment; — Przed kilku dniami… zespół roboczy docenta Romowa wysunął hipotezę inwazji torusów…
    Skończył. Przez chwilę było cicho. — Inwazji? — zapytał ktoś niezbyt pewnie. — Tak, torusy uznano za agresję z obcego układu…
    W sali wszyscy krzyczeli. Mój sąsiad zerwał się z krzesła i pobiegł w kierunku katedry. Po chwili profesor był otoczony zwartym kręgiem krzyczących ludzi… Przepychał się z trudem ku wyjściu… — …Tak, atakują… Wszystko zobaczycie sami… już tu, na Ganimedzie — powtarzał. Wreszcie dobrnął do drzwi i zniknął w korytarzu…
    Zjeżdżaliśmy windą w podziemie bazy. Opuszczaliśmy się równomiernie, bez wstrząsów, i tylko zapalające się kolejno coraz niższe światełka kondygnacji zaprzeczały wrażeniu bezruchu. Każde światełko oznaczało piętnaście metrów dalej do powierzchni Księżyca, piętnaście metrów więcej skał nad naszymi głowami. Gdzieś w głębi, na samym dnie szybu, pod ogromnym półkulistym sklepieniem, osłonięty ekranem grawitomagnetycznym, spoczywał torus.
    Obok mnie stał ten sam blondyn, który mówił Torenowi o Einsteinie, chłopak niemal, z nikłymi śladami zarostu. Milczał jak inni i tylko jego twarz, poważna chyba od urodzenia, wyrażała napięcie, a ostre cienie rzucane przez jarzącą się ścianę potęgowały to wrażenie.
    Drzwi rozsunęły się bezszelestnie. Byliśmy na miejscu. Z całego kilkadziesiąt metrów w górze wiszącego sklepienia sączył się błękitnawy blask. Ekran grawitomagnetyczny założono prowizorycznie i po posadzce wiły się zwoje przewodów. Wokół jednostajnie mruczały agregaty zasilające. Ekran był niewidoczny i tylko tęczowe załamanie się światła świadczyło o jego obecności. Wewnątrz, oświetlony jaskrawym reflektorem, na podstawie z białego plexigitu leżał torus, ogromny, gruby, czarny wąż, który połknął swój ogon. Podeszliśmy do grających światłami pulpitów sterujących. Stała tam kobieta, zgrabna, ciemnowłosa, w żółtym swetrze, wyglądającym w tym świetle brudnozielono. Gdy odeszła na bok, by zrobić nam miejsce, spostrzegłem coś znajomego w jej ruchach.
    — Gay! — odwróciła głowę. Znałem ją dawniej, na Ziemi, zanim odeszła z Anodo… Anodo… także kiedyś znałem.
    — Serg — uśmiechnęła się — przyleciałeś z nimi?
    — Tak. Obcięłaś włosy, najdłuższe włosy w całym Instytucie w Mort. Czyżby klimat Ganimeda…?
    — Serg — powiedziała mi — Anodo nie żyje, wiesz już? Milczałem chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć. — Nie, nie wiedziałem o tym. — Kiedy… kiedy to się stało? — zapytałem w końcu.
    — Niedawno, był jednym z nich… z tych, co badali torus. Zginął przypadkowo — przysunęła się do mnie tak blisko, że czułem jej oddech na policzku — ale wiesz przecież, on zawsze był taki. Pchał się tam, gdzie inni się wahali… — jakiś zły błysk zapalił się w jej oczach. — Gay, uspokój się.
    — Ależ ja jestem spokojna. Tylko nie mogę obojętnie myśleć o tym, że on zginął tu, w tej sali… niepotrzebnie… zupełnie niepotrzebnie… Poszedł zbadać powierzchnię torusa… w lekkim skafandrze ochronnym. Bohater. Nie wierzył, że to inwazja, i chciał to innym udowodnić.
    Pomyślałem, że to chyba było w nim właśnie najcenniejsze, ale nie powiedziałem nic. Wolałaby, żeby żył — to jasne. Wziąłem ją za ramię i podeszliśmy do grupy skupionej przy pulpitach. Nikt nie patrzył na ekrany kontrolne. Wzrok wszystkich spoczywał na androidalnym automacie zbliżającym się do ekranu. Ekran zafalowawszy rozszerzył się, pochłonął androida. W tej samej chwili nad torusem wzniósł się obłoczek opalizującej mgiełki. Ekran zamigotał barwami tęczy, wytrzymując impulsowe uderzenie.
    — Parametry androida zostały ustalone na wielkościach charakteryzujących człowieka. On już nie żyje…
    Przez chwilę zdawało mi się, że tam, kilkanaście kroków ode mnie, za lekko falującą powłoką ekranu leży rozciągnięty czarną sylwetką na białej posadzce nie android, lecz człowiek. Tak musiał leżeć Anodo i to samo białe światło reflektora migotało na jego skafandrze ochronnym jak teraz na pancernych płytach androida. Spojrzałem na Gay. Jej oczy, trochę zmęczone, obojętne, błądziły po sali. Nagle spotkały mój wzrok i nie wiem, czy zrozumiała, ale powiedziała:
    — On… on upadł w ekran. Rozumiesz, prądy wirowe w metalu skafandra. Zanim skurczyli ekran, metal rozżarzył się do białości…
    W dolinie było ciemno i tylko gdzieniegdzie sterczały czarne szczyty skał. Dolinę utworzył uskok tektoniczny w czasach, gdy Ganimed stawał się dopiero księżycem; kończyła się u stóp niewielkiego krateru, tam właśnie znaleziono jeden z pierwszych torusów. — …i nic, inwazja nie posunęła się dalej — Wera powiedziała to jakby z żalem.
    — Widocznie śmierć tych w bazie zaspokoiła mordercze żądze torusów. — Dor, rozparty w fotelu za drążkiem steru, wpatrywał się z uwagą we wskazania automatów nawigacyjnych. Nie mówił tego poważnie, ale Wera nie zorientowała się widocznie. — Naprawdę sądzisz, że nie pójdą dalej? — zapytała.
    — Same na pewno nie. Nawet do stosunkowo tak prostej czynności jak poruszanie się trzeba posiadać odpowiednie zespoły. Mechanicznych nie mają na pewno, a sądząc z zachowania się naszego więźnia, grawitacyjnych też nie. Inna rzecz, że ja na ich miejscu zaopatrzyłbym taki agregat bojowy w jakiś napęd.
    — Trzeba natomiast im przyznać nadzwyczaj trafny dobór impulsu, stuprocentową śmiertelność wśród wszystkich ssaków — wtrąciła się do rozmowy Gay.
    — Za duże natężenie. Działanie torusa jest śmiertelne na dystansie kilkakrotnie przewyższającym odległość, z jakiej w ogóle może on coś spostrzec. — Ale po co oni nas zabijają?
    Nikt Werze nie odpowiedział. Przez chwilę słyszałem tylko monotonny szum gazów wyrzucanych dyszami w próżnię.
    — Nie wiemy… — Dor mówił cicho jakby do siebie. — Jeśli zrozumiemy ich, zrozumiemy i to. Tylko najpierw musimy się spotkać. — No a torus?
    — Nie, to byłoby zbyt łatwe. To tak jakbyś z automatami przeznaczonymi do kopania rowów chciał rozmawiać o ludzkości. Tam… tam musi być coś więcej niż dążenie do naszej śmierci…
    — I dlatego, że Toren i jeszcze kilku innych rozumuje podobnie, my będziemy ginąć zamiast pokryć cały teren wybuchami termojądrowymi? — zapytała Gay. — Tak. Właśnie dlatego.
    Silniki huczały monotonnie. Dolina została za nami. Lecieliśmy nad równiną i patrzyłem na dobrze widoczną z tej wysokości krzywiznę horyzontu, poszczerbioną dalekimi łańcuchami górskimi. Dor zaczął właśnie coś mówić, gdy głośnik zachrypiał głosem Wardena, pilota pierwszej z naszych trzech rakiet. — Mam nowy torus. Zaraz go zniszczę.
    Spojrzałem w kierunku, w którym powinny się były znajdować obie rakietki. Nie dostrzegłem nic w monotonii brunatnych skał. W dali zza horyzontu czarnym masywem przesłaniającym gwiazdy wznosił się Tukopatatan, najwyższa góra Ganimeda. Pomyślałem, że przypomina gigantyczny cokół. Wtem odezwał się brzęczyk wykrywacza. — Torus! — Dor manipulował powiększeniem ekranu, aż ujrzałem charakterystyczny kształt torusa spoczywającego na płaskiej skale.
    — Wygląda na to, że jest ich tu tyle, ile diod w automacie. Podam współrzędne Wardenowi i
    Woleyowi… — Dor urwał i wpatrzył się zdezorientowany w ekrany.
    — Co się stało? Milczał chwilę.
    — To dziwne, ale nie ma sygnału namiarowego z rakietki Wardena…
    — Jak to nie ma?
    — No nie ma. Popatrz, jak nie wierzysz…
    — A automat?
    — Sprawdziłem.
    — …to znaczy, że rozbili rakietkę…
    — Wiem to bez ciebie, Serg — powiedział Dor.
    — Spróbuj mówić z Woleyem. Jego rakietka wysyła przecież sygnały.
    Dor przerzucił przełącznik. — Woley, tu Dor. Słyszysz mnie dobrze?
    — Doskonale, natrafiliśmy przed chwilą na torus. Chciałem to przekazać Wardenowi, ale odezwałeś się pierwszy.
    — A odbierasz jego sygnał namiarowy?
    — Co… Nie! Rzeczywiście nie! Ale to znaczy… to przecież znaczy, że on się rozbił. — Może wszedł w obszar zaniku fal…
    — Niemożliwe. Ja słyszę dobrze i tu nic nie ma… Chociaż czekaj… Coś tu widzę poniżej… Przesuwa się na tle skał… — Woley zamilkł i w głośniku słychać tylko było jego oddech. — Dor… to chmura — membrana głośnika wibrowała głosem Woleya — chmura, tu, na Ganimedzie…
    Popatrzyłem w kierunku lotu, rzeczywiście, w dali na tle stożka wisiała nisko czarna chmura kształtu ogromnego dysku.
    — Należałoby nadać komunikat do bazy — powiedział Dor. — Nadaj… Ona pędzi na mnie… — Woley zająknął się. — Co?
    Woley nie odpowiadał. — Podaj moim automatom nowe współrzędne lotu. Słyszysz mnie, Woley? — …nie ucieknę… jest już blisko…
    Chwila ciszy i nagle zmieniony przerażeniem głos Woleya zmieszany z nawałą trzasków. — Dor… ona… — słowa rozpoczęły się i równocześnie zgasła biała kreska sygnału namiarowego. Patrzyłem w kierunku chmury i dostrzegłem krótkotrwały fioletowy błysk. A może tylko mi się zdawało…
    Obok stała Gay. Ona także patrzyła na chmurę, potem powiedziała: — Tak samo zginął Warden, ale…
    — Jak sądzicie? Dlaczego oni zginęli, nie my? — Może po prostu dlatego, że byli pierwsi.
    — Tak, to jedyne, co w tej chwili możemy przyjąć — zgodziła się. — Ale wobec tego wydaje mi się, że jeżeli nie zawrócimy natychmiast, narażamy się na podobny koniec. A więc…? — Nie, Gay, musimy sprawdzić, co się z nimi stało. Nieprawdaż, Serg? — Dor zwrócił się wprost do mnie.
    — W zasadzie teren mogłaby przeszukać ekspedycja ratunkowa, ale wtedy może być za późno. Chyba jednak musimy tam polecieć.
    — Zgoda. Jesteście w większości. Ale ja nie zmieniam zdania.
    Patrzyłem na czarną chmurę wiszącą teraz trochę w prawo od masywu Tukopatatana. Wydawała się nieruchoma, lecz gdy wróciłem do niej po chwili wzrokiem, odniosłem wrażenie, że powiększyła się nieco. Chwila uważnej obserwacji. Tak, to nie było złudzenie. — Zawracamy — starałem się mówić spokojnie. Napotkałem nic nie rozumiejące spojrzenie Dora. — Chmura — wyjaśniłem — zbliża się.
    Gwałtowny ruch rąk Dora na sterach i siła odśrodkowa rzuciła mnie na ścianę. Roztarłem stłuczony łokieć i obróciłem się do tylnego ekranu, którego środek po obrocie zajął Tukopatatan. Obok mnie, schwyciwszy moje ramię w czasie zwrotu, stała Gay. Mimo że lecieliśmy już zupełnie spokojnie, nie rozluźniła uchwytu i czułem jej palce zgniatające mi mięśnie. Ona także widziała, jak rośnie i powiększa się chmura.
    — Nie zdążymy… — powiedziała to spokojnie. Potem nagle zwróciła się do Dora. — Ląduj — zadecydowała. Spojrzała na mnie, jakby szukając aprobaty dla swojej decyzji. Zobaczyła swoje zbielałe z wysiłku palce i puściła moje ramię. — Ląduj — powtórzyła. — W dole są skały, rozbijemy się. — Szybciej, Dor — ponagliła. — Musimy zaryzykować.
    Rakieta runęła w dół. Teraz, gdy znaleźliśmy się poniżej chmury, można było dopiero ocenić jej prędkość. Pędziła, wirując jak ogromny czarny dysk, rzucony w naszym kierunku. Oderwałem od niej wzrok. W dolinie między skałami dostrzegłem niewielką platforemkę, ku której spadała rakieta. Za mała. Nie zmieści się. Dor pomyślał widocznie to samo. Zawahał się.
    — Na co czekasz, Dor? Ląduj natychmiast! — Gay powiedziała to tonem wykluczającym sprzeciw.
    — Trzymajcie się — Dor z determinacją pchnął stery. Silnik ryknął pełną mocą wyrzucając ku skałom ogień z dysz.
    Pierwsze uderzenie rzuciło mnie na podłogę. Metalowa poręcz fotela wysunęła mi się z ręki i potoczyłem się pod ścianę. Padając słyszałem trzask pękających dysz i łomot łamanych amortyzatorów. Nad wszystkim górował jednak zgrzyt pancerza obsuwającego się po skałach. Jeszcze dwa drobne wstrząsy i rakieta znieruchomiała. W uszach przyzwyczajonych do wycia silnika dzwoniło. Dor wstał zza sterów. Spod ściany podniosła się Wera. W przygasającym świetle widziałem krew kapiącą z jej rozbitego nosa. Jeden po drugim gasły ekrany i żarówki kontrolne, nie zasilane z rozbitych akumulatorów.
    — Jednak żyjemy — Dor uśmiechnął się szeroko. W słabym, wpadającym z zewnątrz świetle dalekiego Słońca twarz jego wyglądała jak ruchoma maska. Wera zaśmiała się głośno i nagle urwała. Słońce oświetlające wierzchołki skał zgasło. Ponad nimi wisiała chmura. Poruszała się teraz wolno i nagle zaczęła się zniżać. Rosła, pęczniała, aż pokryła całe niebo ponad nami, zakrywając gwiazdy i tarczę Jowisza. Narastał mrok, w którym zaledwie rozróżniałem zarys skał. Stałem pod ścianą i czekałem… — a więc to koniec. Zauważyli nas jednak. Żadnych możliwości ratunku — myśli jedna po drugiej przebiegały mi przez głowę. Umrę tak jak Anodo, przypadkiem. Powiedziałem:
    — On przy torusie… a my w chmurze. To niewielka różnica, Gay… — Jeszcze żyjesz… — nie widziałem jej. Słyszałem tylko jej głos.
    Poszedłem za nim. Siedziała przy ekranach z głową opartą na rękach. Nad jej włosami fosforyzowało oko altimetru raz po raz odbierającego sygnał, ciągle zerowy, ten sam, bez sensu. Objąłem ją ramieniem. Opuściła głowę jeszcze niżej. Zrozumiałem, że lata spędzone przez nas na różnych planetach się nie liczą. Chciałem jej to powiedzieć.
    — Gay… — urwałem. W ekranie, obok jej głowy ujrzałem mały, szybko powiększający się skrawek gwiaździstego nieba. Chmura odpłynęła… Przecisnąłem się z trudem na zewnątrz i pomogłem wyjść Borowi. On jako ostatni zatrzasnął właz rakietki. Pojazd stał przekrzywiony, jednym bokiem oparty na skale. Zaraz przy wejściu leżało skrzydło sterowe wyłamane z dysz, a dalej — pogięte amortyzatory. Przy nich stały Gay i Wera podobne do siebie w szarych skafandrach i okrągłych hełmach jak dwie lalki seryjnej produkcji. Wokół wznosiły się brunatne, chaotycznie porozrzucane głazy, spoza których w dali wyzierał szczyt Tukopatatana. Właśnie w tej stronie powinny były leżeć szczątki rozbitych rakietek. Wyruszyliśmy w tym samym kierunku, w którym poprzednio lecieliśmy — wprost na Tukopatatan.
    — Gdybym mógł dostać próbkę zawartości tej chmury, sprawa byłaby o wiele prostsza. Wydaje mi się, że cała chmura to jakieś pole siłowe, zdalnie kierowany obłok, kierowany stamtąd, z Tukopatatana. — Dor zamilkł na chwilę, a potem dodał innym już tonem. — Ta chmura zjawia się nieomylnie tam, gdzie tylko jesteśmy… Może oni nas obserwują… może patrzą właśnie na nas…
    — Bzdury. Jak mogą nas obserwować? Czym? A może sądzisz, że są wszechwiedzący… — nie czułem wcale tej pewności, z jaką mówiłem, ale nastrój i tak nie był najlepszy, a przypuszczenia Dora na pewno go nie poprawiły.
    — Zresztą zawsze możemy wrócić do rakietki, a wtedy wyprawa ratunkowa znajdzie nas bez trudu — beztrosko dorzuciła Wera.
    — …bez trudu… — powtórzył za nią Dor, wzruszył ramionami i wszedł pierwszy w wąskie gardło między dwoma blokami skalnymi. Głazy rozrzucone były w promieniu wielu kilometrów, ale zniknęły prawie, gdy weszliśmy na rozległą równinę opadającą tarasami ku masywowi. Widoczność była dobra, bo Słońce i Jowisz świeciły jednocześnie, tak że dostrzegłem najmniejsze nawet nierówności terenu w promieniu wielu kilometrów. A jednak krajobraz wydawał się nierealny. Trzeba długich lat spędzonych na księżycach Jowisza, żeby się do niego przyzwyczaić. Mnie w każdym razie przypominał scenerię ponurego opowiadania wizeotronicznego, w którym bohaterowie giną i kamera nie mając się na czym zatrzymać, utrwala skały i gwiaździste nie kończące się płaszczyzny kosmicznego tła. Pozostałem trochę w tyle i przyśpieszyłem kroku, aby ich dogonić. Dochodziliśmy do następnego tarasu. Zanim jednak zeszliśmy w dół, usłyszałem krzyk, który niemal natychmiast przeszedł w zduszony charkot. Spojrzałem. Dor osunął się na kolana i podparł rękoma. Chwilę znieruchomiał w tej pozycji, a potem przewrócił się na bok. Skoczyłem ku niemu. W biegu zderzyłem się z Gay. Schwyciła mnie za ramiona i zatrzymała. — Dokąd? Przecież to torus. — Zrozumiałem. Osłonięty przed działaniem torusa przez głaz, patrzyłem na siwe, krótko przystrzyżone włosy Dora, bielejące wewnątrz przezroczystego hełmu. Gay przywarła skafandrem do nierównej, brązowej powierzchni głazu i ostrożnie wysunęła głowę, tak by widzieć torus. Potem zdjęła z pleców dezintegrator i przyłożyła go do ramienia. Dwa błękitne wyładowania oślepiły mnie na moment. Buchnęło gorąco. Gay wyszła zza głazu i patrzyła na to, co zostało z torusa.
    — …a gdyby on cię uprzedził… wskazałem głową szczątki. — …wtedy ja bym wyglądała tak jak on albo raczej tak jak Dor… — wzruszyła ramionami.
    Spojrzałem na Dora. Klęczała przy nim Wera. Potem wstała i razem przenieśliśmy jego ciało tuż pod głaz i ułożyli w niewielkim zagłębieniu.
    — …wracamy? — Wera powiedziała to niewyraźnie, a może jej nadajnik źle pracował.
    — Nie, pójdziemy dalej.
    — Zginiemy tak jak on. Zobaczysz.
    — Jego śmierć to w końcu przypadek. Spuściła głowę i nie odpowiedziała. Gay przyglądała się nam z boku.
    — Chodźmy więc. Na co czekamy? — powiedziała.
    Uszliśmy nie więcej niż kilkadziesiąt kroków, gdy ściemniło się nagle. Oboje z Gay pomyśleliśmy to samo. Kilka szybkich skoków i przywarliśmy do skał. Chmura opadała na nas jak ogromny czarny liść, zbyt ciężki, by wirować z wiatrem. Potem zrobiło się zupełnie ciemno. Wera straciła nas widocznie z oczu, bo chwilę stała niezdecydowana, a potem zaczęła biec.
    — Serg… Serg… — słyszałem jej wołanie.
    — Padnij na skały. Natychmiast padnij na skały. — Starałem się mówić spokojnie, nie krzyczeć. — Serg, gdzie jesteś?
    Widziałem zarys jej sylwetki; potknęła się, z trudem złapała równowagę i biegła dalej. Wtedy na tle nieba i skał łączących się linią horyzontu zobaczyłem ramię, ogromne, czarne ramię chmury przypominające trąbę, a może raczej wirującą wieżę. Wyciągało się wolno w kierunku Wery. — Uciekaj! Uciekaj! — krzyknąłem.
    Nie zdążyłem. Zniknęła na moment w czarnym słupie. Podniósł się on prawie natychmiast w górę. Lecz tam, gdzie przed chwilą jeszcze znajdowała się Wera, nie było nikogo. Chmura odpływała. W ustępującym stopniowo mroku dojrzałem jej dezintegrator porzucony na skale. Chciała się bronić, chciała strzelać do czegoś… — Wracamy — powiedziałem. — Nie.
    — Dlaczego? — spojrzałem na Gay.
    — Ona… ona też chciała wracać. Zmusiłeś ją, żeby szła dalej. A zresztą nie jesteśmy na majówce, żeby wracać, jak tylko nam się znudziła zabawa. Z takiej wyprawy wraca się z czymś konkretnym… z czymś więcej poza krótką informacją o śmierci innych…
    — Tak, ale teraz wiemy, że ich śmierć to nie przypadek. Chmura… chmura nadchodzi wtedy, gdy natkniemy się na torus…
    — To chciałeś sprawdzić i teraz już wiesz… Ale ja jeszcze nie jestem tego pewna. Chodźmy dalej, to się… upewnimy — wyraźna kpina brzmiała teraz w jej głosie. — Zginiemy — powiedziałem to spokojnie, zupełnie spokojnie.
    — …ale prawdopodobnie pojedynczo. Jeśli ja zginę… ty wrócisz. Jeśli ty… to ja może się przekonam.
    — Gay… — urwałem. A jeśli ona nie chce wracać do bazy, nie chce wracać nigdzie. Absurd. Była zawsze stuprocentowo normalną dziewczyną. Lubiła tańczyć, jeździć łódką po jeziorze, całować… Ale tak było dawniej. Potem lata na Ganimedzie z Anodo, dla którego śmiech był zawsze podejrzaną mistyfikacja. Czy po tym można jeszcze pływać na wyścigi do boi i śmiać się tak głośno, aż zielone brzegi odpowiadają echem. Nie wiem…
    — Nie wiem… — powiedziałem głośno. Spojrzała pytająco, ale nic nie powiedziała i poszliśmy w dół ku masywowi Tukopatatana. Przejście na niższe tarasy nie było specjalnie trudne.
    Leżało tam wiele głazów. Gay wyprzedziła mnie i szła pierwsza. Po chwili zrozumiałem. Podejrzewała obecność torusów. Ale torusów nie było.
    Niższy taras ciągnął się jednostajną równiną za horyzont. Równina była tak monotonna, że nie mogłem znaleźć punktu oparcia dla wzroku. Szliśmy i tylko Jowisz w miarę upływu czasu przesuwał się ku Słońcu. Po kilku godzinach poczułem zmęczenie. Gay dotrzymywała mi kroku tak jak dawniej podczas najcięższych wspinaczek w Andach, gdzie kiedyś chodziliśmy razem. Masyw Tukopatatana z bliska wydawał się jeszcze wyższy, sięgał niemal tarczy Jowisza. Patrzyłem właśnie w tę stronę, gdy u podnóża raz po raz trzykrotnie błysnęło. Był to niebieski błysk, którego źródło leżało poniżej krawędzi tarasu, gdzieś u stóp masywu…
    Do krawędzi doszliśmy po godzinie marszu. Tam znowu leżały kamienie, dużo kamieni. Nagle kamienie się skończyły i Gay złapała mnie za rękę. Przywarliśmy do skał. Przed nami była kotlina, zwykła kilkumetrowej średnicy kotlina. Pośrodku niej stał stożek. Wysoki, idealnie polerowany stożek. W jego powierzchni odbijały się gwiazdy, Jowisz i skalne ściany. To był ich statek, ich baza, ośrodek inwazji… W kotlinie panował ruch. Ze wszystkich stron zdążały do stożka pojazdy niknące w białej mgle u jego podstawy. Większość z tych pojazdów miała kształt lejka zakończonego kulistym zbiornikiem. Unosiły się tuż nad powierzchnią, przelatując od skały do skały jak motyle wśród kwiatów na łące. Dwa z nich rozbijały błękitnym oślepiającym płomieniem ogromny głaz i błyski ich palników widzieliśmy dochodząc do kotliny.. — Co oni robią? — zapytała Gay.
    — Oni? To są automaty. One zbierają głazy. Spójrz, jak ten jest blisko. — Rzeczywiście, w odległości najwyżej dwustu metrów przelatywał jeden z automatów. Z lejka szerokim snopem, jak światło reflektora, emitowało jakieś pole siłowe. Głazy wpadające w ten niewidoczny snop podrywały się z podłoża i znikały w gardle leja. Nagle pojazd zmienił kierunek i zaczął wznosić się ku nam, bez trudu pokonując spadziste zbocze. Poderwałem się do ucieczki.
    — Stój! Nie zdążysz… — Gay zsunęła z ramienia dezintegrator. Mierzyła starannie, lekko przekrzywiwszy głowę.
    — W podstawę. Tam muszą być zespoły napędowe — mówiła to z taką pewnością, jakby sama konstruowała ten dziwny pojazd. Strzeliła. Ściągnąłem z ramienia swój dezintegrator, lecz nie zdążyłem go jeszcze odbezpieczyć, gdy pojazd niespodziewanie uniósł się kilkanaście metrów nad skały i skierował wprost na nas swój dziwaczny lejek. Gay krzyknęła coś, czego nie zrozumiałem. Stała nieruchomo z wzniesionym dezintegratorem. Nagle wszystko stało się czerwone, jakbym włożył czerwone okulary.
    — Uciekaj, uciekaj, Gay — krzyczałem, lecz w słuchawkach słyszałem tylko urywane trzaski, pomimo że stała kilkanaście kroków ode mnie. To wszystko trwało, oczywiście, kilka sekund. Chciałem podbiec do Gay i wyciągnąć ją z zasięgu tego automatu, ale wtedy właśnie zobaczyłem, jak najpierw dezintegrator, a za nim Gay unoszą się nad skały i mkną ku wejściu leja. Nie zdążyłem się nawet zdziwić, gdy sam doznałem uczucia zmiany przyspieszenia, tak jak w ruszającej w dół windzie i, nim się zorientowałem, leciałem już ku lejowi. „Kierunkowe pole grawitacyjne” — pomyślałem i byłem w środku. Lej kończył się ogromnym zbiornikiem i poczułem, że osuwam się gdzieś w głąb. Było tam zupełnie ciemno. Odruchowo, nie zastanawiając się nad tym, zapaliłem lampę w głowicy hełmu. Zobaczyłem Gay. Leżała kilka metrów ode mnie…
    Równocześnie zobaczyłem kamienie, poukładane równo, tak by zajmowały minimum miejsca. Zrzucono nas na nie. Zerwałem się natychmiast w obawie, że za chwilę posypią się na nas skały wrzucane z leja. Skał jednak nie było.
    — Przerwał pracę?… — Gay nasłuchiwała rumoru kamieniami; ale panowała cisza. Skinąłem głową.
    — …i co gorsza, z naszego powodu…
    — Sądzisz? Jeśli tak, to chyba teraz ten automat melduje im o tym, co się stało.
    — Tak by zrobił ziemski automat. U nich może być zupełnie inaczej.
    — Jak inaczej?
    — No, jakieś samodecydujące automaty.
    — Niemożliwe.
    — A to pole…?
    — Pole to co innego. On w ten sposób pracuje. Ale nikt nie wyposaży automatu do zbierania kamieni w sprzężenia samodecydujące…
    — Mówisz co najmniej tak, jakbyś uczestniczyła w konstruowaniu tego automatu…
    W tej chwili poczuliśmy wstrząs, ledwo wyczuwalny, delikatny wstrząs. — Wylądował — powiedziała Gay. — Chyba tak — skinąłem głową. — Teraz nas urządzą… — Mamy dezintegratory.
    — Nie sądzę, żeby nam to cokolwiek pomogło — powiedziała to raczej do siebie niż do mnie. — Spróbujemy się stąd wydostać? — zapytałem. — Próbować możemy… ale to się nam nie uda.
    — Od kiedy zostałaś pesymistką? — próbowałem jakoś rozproszyć ten przygnębiający nastrój „piwnicy” z kamieniami, jak w myśli określiłem pojazd. — Dawniej widziałaś zawsze wszystko w różowych kolorach…
    — Dawniej byłam młodsza… — i to było na Ziemi. Chodź — chwyciła mnie za rękę — obejdziemy to rumowisko!
    Ale kamienie były wszędzie. Wyłaniały się z mroku, gdziekolwiek skierowałem promienie latarki.
    — Zupełnie jak wtedy na usypisku w Andach. Także wszędzie były kamienie. — Ale w górze było niebo. A poza tym pospiesz się. Musimy obejść „brzuch” tego automatu.
    Dalej szliśmy w milczeniu. Brnąc przez kamienie, zataczaliśmy koło, ale nie bardzo mogłem się zorientować, jaką część obwodu mamy już za sobą.
    Nagle stało się zupełnie jasno. Byliśmy w wielkiej hali. Ściany automatu, w którym znajdowaliśmy się dotąd, gdzieś zniknęły. Widocznie zbiornik automatu jest rozkładany — pomyślałem. Spojrzałem w górę. Ta hala w ogóle nie miała sklepienia. To, co było w górze, wyglądało jak mgła, różowa mgła.
    — To… to jest wnętrze stożka… — powiedziała Gay. I wtedy stało się coś najzupełniej nieoczekiwanego. Kamienie, wszystkie kamienie uniosły się w górę. Oddalały się ku sklepieniu i nagle momentalnie zniknęły. Ale najdziwniejsze było to, że myśmy zostali. Staliśmy zanurzeni po pas w różowej, opalizującej mgle. Nie widzieliśmy własnych stóp. — …spostrzegli nas.
    — Może automat segregujący odróżnił nas od kamieni…
    — Bzdury. To oni… Serg… uciekajmy, Serg. Gay straciła swój dotychczasowy spokój. — …uciekajmy… uciekajmy stąd — powtarzała w kółko.
    — Ale dokąd?
    — Wszystko jedno — zaczęła oddalać się, brodząc wśród mgły.
    — Stój, po co tam idziesz? — krzyknąłem.
    Nie zatrzymała się. Teraz biegła już prawie. Nagle mgła zafalowała. Nie czułem wiatru, ale mgła zafalowała tak, jakby dołem powiał wiatr…
    — Gay… Gay — wołałem. Mgła zaczęła się podnosić i jej strzępy sięgały mi do piersi. Po chwili widziałem już tylko hełm Gay. Może coś mówiła nawet, ale fale radiowe jej nadajnika nie dochodziły do mnie. Potem mgła znienacka strzeliła do góry i otoczyła mnie bezpostaciowym różowym oparem. W pewnej chwili zorientowałem się, że na niczym nie stoję. Wiszę w bezgrawitacyjnej przestrzeni, w której kierunek, góra czy dół, nie ma w ogóle fizycznego sensu.
    Nie wiem, jak długo to trwało. Straciłem rachubę czasu. Podświadomie wykonywałem rękoma i nogami krótkie ruchy, starając się znaleźć jakiś punkt oparcia. Wydawało mi się, że przez izolację hełmu, przez materiał skafandra słyszę wysoki, za jękliwy dźwięk. Potem dźwięk obniżył się, przeszedł w buczenie. Zamilkł w końcu i równocześnie poczułem pod stopami oparcie… Mgła zaczęła z wolna opadać… Wynurzyły się z niej ogromne kilkumetrowej średnicy kule i wyższe od nich, smuklejsze paraboloidy obrotowe, podobne do ogromnych kielichów. Wydawały się przezroczyste, lecz gdy patrzyłem na którąkolwiek wprost, jakby matowiała… Zdawały się poruszać, falować i dopiero po chwili zrozumiałem, że to przezroczysta substancja gazowa, która została po opadnięciu mgły, łamie światło podobnie jak latem rozgrzane powietrze nad głazami. To, na czym stałem, było elastyczne, lecz gdy spojrzałem w dół, nie dostrzegłem własnych stóp. Moje nogi „rozmywały się” w okolicy kostek w tym, na czym stałem. Chyba znowu jakieś pole siłowe, pomyślałem. Chodzić jednak po tym można było zupełnie dobrze. Zrobiłem kilka kroków, potem chciałem podejść do jednej z kul… i nie mogłem. Na pół metra przed kulą zaczynało się jakieś pole siłowe, od którego się odbijałem.
    Chciałem obejść kulę, gdy nagle spostrzegłem, że kilkanaście metrów ode mnie ktoś stoi. Gay!
    Pobiegłem ku niej, ale ona mimo że się nie poruszała, zaczęła odpływać tak, że dystans między nami pozostawał bez zmian. Nagle zatrzymałem się. Ależ tak, to nie była Gay… to była Wera! Zatrzymała się także… Wtedy spostrzegłem, że jest przezroczysta i poprzez nią widać zarysy stojących w głębi kuł i paraboloid… Stałem tak może pół minuty. Ona także się nie ruszała, czekając jakby na mnie. A więc oni chcą mnie w ten sposób dokądś zaprowadzić… A może to pułapka? Nie, gdyby rzeczywiście chcieli, mogliby mnie przecież bez trudu przenieść jakimś polem siłowym… Zdecydowałem się. Poszedłem za Werą. Jej obraz uciekał ode mnie tak długo, aż nagle pomiędzy jedną a drugą kulą zobaczyłem rakietkę, prawdziwą ziemską rakietkę z otwartym włazem, w którym zniknęła Wera. Wszedłem za nią i… zobaczyłem Gay.
    — Czy ty jesteś Serg? Jak tu wszedłeś? — zapytała. Potem zobaczyłem w jej oczach strach i odsunęła się ode mnie pod ścianę.
    — Tak. To ja, Serg. Wszedłem zwyczajnie… — Odwróciłem się, by pokazać jej właz, ale za mną była tylko ściana.
    — A może ty już umarłeś jak Wera i jesteś tylko obrazem Serga…
    — Ależ, Gay, ja żyję… naprawdę żyję… — schwyciłem ją za ręce. — Widzisz przecież, że żyję… — Żyjesz… A widziałeś Werę? — zapytała nagle.
    — Widziałem. Tak, to był jej obraz.
    — I prowadziła ciebie wśród kuł…
    — Prowadziła…
    — Ale po co, Serg?… Po co?…
    — Nie rozumiem…
    — Po co nas tu zamknęli… — skuliła się w kącie kabiny i zacisnęła powieki…
    Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Rozejrzałem się po kabinie i spostrzegłem… ekran… Nie był podobny do ziemskich ekranów, ale to musiał być właśnie ekran, bo świeciły w nim gwiazdy.
    — Gay! Gay! — szarpnąłem ją za rękaw skafandra. Przez szybę hełmu widziałem, jak wolno uniosła powieki.
    — Co się stało? — zapytała po chwili. — Nie wiem. Jakieś gwiazdy… — Gwiazdy?
    — Tak, w ekranie, spójrz sama, przecież to gwiazdy. Chwilę patrzyliśmy w ekran. Nagle Gay poderwała się i spostrzegłem jej źrenice rozszerzone przerażeniem. — Serg, a jeśli oni nas wystrzelili… — Nie rozumiem.
    — No, wystrzelili nas w kosmos.
    — Po co? Po co mieliby to zrobić, wytłumacz mi — starałem się mówić spokojnie, ale już także się bałem.
    — Skądże mam wiedzieć… a te kamienie… po co zbierali kamienie i przenosili je w różowej mgle…
    — Ale nas przecież zostawili…
    — Może właśnie po to, by nas wyrzucić w próżnię. Może oni wszystkich ludzi albo zabijają, albo wyrzucają w próżnię.
    — Wystrzelili nas z Ganimeda jak pocisk, bez możliwości kierowania tym pojazdem. — Uważasz, że eksperymentują na nas…
    — Nie. Oni na pewno w ten właśnie sposób pozbawiają życia istoty swego gatunku. Może ich nie można inaczej zabić…
    Nie odpowiedziałem. Jeżeli Gay ma rację… to naprawdę musimy umrzeć. Żadne obserwatorium nas nie dostrzeże… co najwyżej radar jakiejś przelatującej rakiety. Ale my nie nadajemy sygnałów rozpoznawczych, więc potraktuje nas jak meteor. Wyemituje w nas pełny ładunek ze swego anihilatora i wyparujemy… — Wyparujemy, jeżeli…
    — Nie — Gay przerwała mi — umrzemy tutaj. Tutaj, w tej kabinie. Słyszysz? — Spokojnie, Gay, spokojnie…
    — Popatrz — Gay wskazywała na ekran. — Oni go skonstruowali specjalnie, żebyśmy musieli o tym myśleć… — O czym? — Że umrzemy. — Gay!
    Zaśmiała się tylko. — Będziemy umierać i patrzeć na gwiazdy…
    Wtedy spojrzałem w ekran. Gwiazd w nim nie było, zniknęły z ekranu wyparte potężniejącą z każdą chwilą, dobrze znaną bryłą Ganimeda. Nasz pojazd podchodził do lądowania.
    Śledziłem słoneczną plamę przesuwającą się wolno po posadzce. Przez otwarte okno słyszałem szum automatu strzygącego trawę w ogrodzie. Na błękitnym prostokącie nieba przesuwały się obłoki gnane zimnym wiatrem od gór. Przy oknie stała Gay… Gay bez skafandra… To była Ziemia, naprawdę Ziemia!
    Skończyliśmy właśnie opowiadać i Toren w zamyśleniu pocierał dłonią swe wysokie, łysawe czoło.
    — … i mówicie, że tam była mgła, różowa mgła… a potem kule… — powtarzał. — A inwazja zlikwidowana? — zdecydowałem się w końcu go zapytać. — Inwazja? — z roztargnieniem spojrzał na mnie. — Inwazji w ogóle nie było. — Nie było?
    — Oczywiście, to nasz wymysł, następstwo megalomani: naszego gatunku. — Teraz patrzył na Gay. Spostrzegł widocznie, że nic nie (rozumie. — Widzicie, to tak, jakby ktoś chciał ogrodzić swoje pole przed szkodnikami. Można po prostu wznieść płot. Ale jeśli ktoś dysponuje odpowiednią techniką i nie chce zabijać, to… po prostu zakłada siatkę sygnalizacyjną z torusów, wzywającą obłok sterowany. Obłok wynosi to wszystko, co się tylko porusza, poza poletko, poza strefę, która jest strzeżona… To, że torus zabijał… widocznie nie wiedzieli, iż taki właśnie impuls jest dla nas śmiertelny. Pewnie nie przeszło im to nawet przez myśl. — Więc Warden, Woley, Wera… wszyscy oni żyją?
    — Oczywiście, chmura wyrzuciła ich na skały poza pierścieniem torusów. — A my… co oni z nami zrobili…?
    — To możemy tylko przypuszczać. Ich pojazd wystartował. Wystartował prawdopodobnie natychmiast po waszym tam przybyciu… — Ależ myśmy nic nie czuli. Żadnych przeciążeń, żadnych wstrząsów.
    Toren uśmiechnął się. — Oni napędzają swój pojazd polem grawitacyjnym. Wytwarzają to pole przed pojazdem. Wyście razem z całym kosmolotem spadali w tym polu… A ktoś, kto spada, nic nie waży. Problem człowieka w spadającej windzie — uśmiechnął się. — Tak więc nie mogło być mowy o przeciążeniach. Najwyżej mogłeś odczuwać… — Rzeczywiście odczuwałem nieważkość…
    — Widzisz, że mamy rację — ucieszył się Toren. — Dostaliście się więc — ciągnął dalej — do automatycznego pojazdu zbierającego paliwo dla ich agregatorów napędowych. Mieliście szczęście. Może oni są jakoś podobni do nas, a może was zauważyli, w każdym razie nie podzieliliście losu kamieni zamienianych w silnikach na energię. Odsegregowali was od kamieni… ale potem mieli trudności z odesłaniem was na Księżyc, bo już wystartowali. Zbudowali więc specjalny statek. Zbudowali — sądzę — w ciągu niecałej godziny, przystosowali go do waszych potrzeb, zwabili was do środka obrazem Wery i wystrzelili z powrotem na Ganimeda… Tak, nie chcieli was zniszczyć. Odesłali was, mimo że sami w tym czasie przemierzyli już miliony kilometrów. — A teraz, gdzie oni są teraz…?
    — Gdzieś w próżni międzygwiezdnej… znikli z ekranów najczulszych radarów… — I nic nam nie zostawili, nic nie przekazali?
    — Tylko was. Nic poza tym. Was nie chcieli zabierać. Dostaliście się do ich statku przypadkiem… a oni najpierw nie zauważyli… a potem wysłali was na Ganimeda. — Jak to, a te mgły… to unoszenie kamieni… obraz Wery…
    — To działały ich automaty. Ich technika wyprzedza naszą o setki, może tysiące lat… nikt nie chciał się z wami porozumieć… Rozumiecie, co to znaczy…?
    — Nam się zdawało, że oni niczym innym prócz nas się nie interesują…
    — Nie tylko wam — Toren mówił cicho, jakby do siebie — myśmy wszyscy tak sądzili.
    Wymyśliliśmy nawet inwazję i uwierzyli w nią bez zastrzeżeń. Wymyśliliśmy inwazję, bo przez myśl nam nie przeszło, że oni przylecieli do nas tylko po zapas paliwa, że potraktowali nas jak wróble…
    — Nie rozumiem. Dlaczego jak wróble…?
    — Czy zatrzymałeś się kiedykolwiek, żeby popatrzeć na wróbla? Na pewno nie. Jeśli je nawet czasem spostrzegłeś, to przypadkiem. Są zbyt pospolite, by zwrócić naszą uwagę… i może my właśnie jesteśmy takimi wróblami w naszej Galaktyce…

II. Diabelskie wynalazki


H. Harrison
Stragan z zabawkami

    Ponieważ wśród widzów było niewielu dorosłych, a pułkownik „Biff” Hawton miał przeszło metr osiemdziesiąt wzrostu, mógł więc widzieć wszystkie szczegóły pokazu. Dzieci, podobnie zresztą jak większość rodziców, gapiły się z szeroko otwartymi oczami. „Biff” Hawton był zbyt inteligentny, żeby się dać oczarować. Patrzył, ponieważ chciał wykryć, na czym polega tajemnica urządzenia.
    — Wszystko jest wyjaśnione w załączonej instrukcji — powiedział sprzedawca, podnosząc kolorową broszurkę i otwierając ją na stronicy z przekrojem zabawki.
    — Wiecie wszyscy, że magnes przyciąga metalowe przedmioty, na pewno wiecie też, że cała ziemia jest wielkim magnesem — dlatego kompasy zawsze wskazują północ. Otóż… nasz Atomowy Kosmolot wykorzystuje to pole magnetyczne ziemi. Jego niewidzialne fale są wszędzie i nawet przenikają nas samych. Atomowy Kosmolot pływa po tych falach jak okręt po falach oceanu. A teraz patrzcie…
    Oczy wszystkich zwrócone były na niego, kiedy położył jaskrawy model rakiety na stole i cofnął się o krok. Zabawka zrobiona była z tłoczonej blachy i wydawała się równie zdolna do lotu, co puszka szynki, którą zresztą trochę przypominała. Żadne skrzydła, śmigła czy dysze wylotowe nie wystawały ponad malowaną powierzchnię. Pojazd opierał się na trzech gumowych kółkach, a spod niego wychodziły dwa zwoje cienkiego izolowanego drutu. Ten biały drucik leżał na stole i prowadził do pudełeczka, które sprzedawca trzymał w ręku. Na pudełku była lampka kontrolna i przełącznik. — Przekręcam przełącznik mocy, posyłając prąd do receptorów fal.
    Przełącznik pstryknął i światełko zaczęło rytmicznie mrugać. — Należy ostrożnie obchodzić się z generatorem fal, gdyż mamy do czynienia z siłami całej kuli ziemskiej.
    Zgodne a-a-a… przebiegło przez tłumek, kiedy Atomowy Kosmolot poruszył się, a następnie powoli uniósł się w powietrze. Sprzedawca cofnął się i zabawka wzniosła się wyżej, kołysząc się łagodnie na niewidzialnych falach pola magnetycznego, które ją podtrzymywało. Stopniowo dopływ energii został zmniejszony i model z powrotem osiadł na stole.
    — Tylko 17 dolarów i 95 centów — powiedział młody człowiek, kładąc dużą kartkę z ceną na stole — za cały zestaw: kosmolot, tablicę rozdzielczą i broszurkę z opisem…
    Na widok kartki z ceną tłum zaczął się rozchodzić i dzieci pobiegły oglądać modele pociągów. Sprzedawca nie potrafił zapanować na ogólnym gwarem i po chwili zamilkł ponuro. Odłożył pudełko z tablicą rozdzielczą, ziewnął i usiadł na brzegu stołu. Z całego tłumu gapiów jedynie pułkownik Hawton pozostał na miejscu.
    — Czy może mi pan powiedzieć, jak to działa? — spytał pułkownik podchodząc bliżej. Demonstrator natychmiast rozchmurzył się i wziął do ręki jedną z zabawek.
    — Jeśli pan spojrzy tutaj — sprzedawca uniósł górną ruchomą część zabawki — zobaczy pan zwoje, receptory fal magnetycznych. — Ołówkiem wskazał plastykowe części o dziwnych kształtach, mające około jednego cala średnicy i owinięte — dość niedbale — kilkoma zwojami miedzianego drutu. Poza tym wnętrze modelu było puste. Zwoje były połączone, a dwa inne druty wychodziły na zewnątrz przez o — twory w podłodze. „Biff” Hawton spojrzał bardzo krytycznie na zabawkę i na sprzedawcę, który zignorował tę jawną oznakę niedowierzania. — W pudełku z tablicą kontrolną mieści się bateria — kontynuował młody człowiek otwierając pudełeczko i ukazując zwykłą bateryjkę do latarki. — Prąd biegnie poprzez przełącznik mocy i lampkę kontrolną do generatora fal.
    — Chce pan powiedzieć — przerwał mu „Biff” — że prąd z tej piętnastocentowej bateryjki idzie przez ten żałosny reostat, do tych bezsensownych zwojów w modelu i absolutnie nic się nie dzieje. A teraz niech mi pan powie, co naprawdę porusza zabawkę. Jeżeli mam wydać 18 dolarów na kawałek blachy wartości 6 dolarów, to chcę przynajmniej wiedzieć, co kupuję.
    Sprzedawca zaczerwienił się. — Przepraszam pana — wyjąkał. — Nie próbuję niczego ukrywać. Jak każda sztuczka magiczna, tak i nasza jest w pełni wyjaśniana tylko nabywcom. — Pochylił się i powiedział szeptem: — Powiem panu, co zrobię. Te zabawki są za drogie i nikt ich nie kupuje. Szef powiedział mi, że mogę je sprzedawać po trzy dolary sztuka, jeśli tylko znajdę chętnych. Jeżeli odpowiada panu ta cena…
    — Załatwione, chłopcze! — powiedział pułkownik, kładąc na stole trzy monety. — Za tę cenę kupuję, niezależnie od tego, na czym to polega. Kolegom z pracy to się na pewno spodoba — powiedział, wskazując rakietę ze skrzydłami na swoim mundurze. — A teraz naprawdę, na czym polega trik?
    Sprzedawca rozejrzał się dokoła i pokazał palcem. — Sznurek! — powiedział. — A właściwie czarna nitka, przyczepiona do modelu, która przechodzi przez bloczek pod sufitem i drugim końcem przywiązana jest do obrączki na moim palcu. Kiedy się cofam, model unosi się w górę. To bardzo proste.
    — Wszystkie dobre sztuczki są proste — mruczał pułkownik, prowadząc wzrokiem czarną nitkę — jeśli się robi różne hokus — pokus dla odwrócenia uwagi widzów.
    — Jeśli pan nie ma czarnego stołu, można użyć czarnego koca. Bloczek można przykręcić do framugi drzwi, trzeba tylko pamiętać, żeby pokój za plecami był ciemny. — Zapakuj to chłopcze. Nie jestem żółtodziobem, wiem dobrze, jak się robi takie rzeczy.
* * *
    „Biff” Hawton zademonstrował niespodziankę na najbliższym czwartkowym przyjęciu. Wszyscy zebrani byli specjalistami od rakiet i występ pułkownika wywołał ożywione komentarze.
    — Daj mi przerysować plany, „Biff”. Zastosuję te fale magnetyczne w mojej nowej rakiecie. — Te bateryjki są tanie jak barszcz — mówię wam, że ta rzecz ma przyszłość.
    Spośród zebranych jedynie Teddy Kaner nie dał się nabrać. On też zajmował się sztuczkami magicznymi i od razu zorientował się, na czym rzecz polega. Siedział jednak cicho, nie chcąc psuć efektu koledze po fachu i tylko uśmiechał się ironicznie, kiedy audytorium zamilkło z podziwu. Pułkownik był dobrym demonstratorem i znakomicie wszystko przygotował. Nieomal przekonał zebranych o możliwości wykorzystania fal magnetycznych. Kiedy model wylądował i pułkownik wyłączył kontakt, wszyscy stłoczyli się wokół stołu. — Nitka! — krzyknął jeden z inżynierów jakby z ulgą i wszyscy wybuchnęli śmiechem. — Szkoda — powiedział fizyk. — Już miałem nadzieję, że Atomowy Superkosmolot pomoże nam rozwiązać niektóre problemy. Pozwólcie, że teraz ja się pobawię.
    — Najpierw Teddy Kaner — powiedział „Biff”. — On się zorientował od razu, ale siedział cicho, żeby nie psuć zabawy.
    Kaner wsunął na palec obrączkę z czarną nitką i chciał się cofnąć. — Musisz najpierw przekręcić przełącznik — powiedział „Biff”.
    — Wiem — uśmiechnął się Kaner — ale to jest tylko gierka dla odwrócenia uwagi widzów. Chcę wypróbować z początku sam ruch ręki, a potem przerobię całą sztuczkę.
    Kaner cofnął rękę łagodnym, nie zwracającym uwagi ruchem wykazując zręczność wprawnego magika. Model uniósł się w górę i z hałasem spadł na stół. — Zerwała się nitka — powiedział Kaner.
    — Pewnie szarpnąłeś, zamiast łagodnie pociągnąć — powiedział „Biff” związując nić. — Daj, pokażę ci, jak się to robi.
    Nitka zerwała się jednak ponownie, co wywołało śmiech widzów. Ktoś zaproponował pokera.
    Wkrótce jednak zapomniano o tej propozycji, ponieważ po kilku próbach okazało się, że nitka utrzymuje model tylko wtedy, gdy się przekręci przełącznik i prąd z dwu i półwoltowej bateryjki przepływa przez te śmieszne zwoje drutu w zabawce. Po wyłączeniu prądu model był za ciężki i nitka zrywała się.
* * *
    Jednak wydaje mi się, że to był głupi pomysł — mówił młody człowiek. — Przez cały tydzień harowałem jak głupi demonstrując te zabawki przed każdym bachorem w promieniu tysiąca mi. I sprzedając po trzy dolary sztuka modele, z których każdy kosztował nas co najmniej sto dolarów.
    — Ale czy sprzedałeś przynajmniej dziesięć z nich ludziom, którzy się tym mogą zainteresować?
    — Myślę, że tak. Złapałem kilku oficerów lotnictwa i pułkownika wojsk rakietowych. Był też urzędnik, którego pamiętam z Biura Patentowego. Na szczęście nie poznał mnie. No i jeszcze ci dwaj profesorowie z uniwersytetu, których ty wypatrzyłeś.
    — A zatem nasz problem stał się teraz także ich problemem. Możemy sobie usiąść spokojnie i czekać na rezultaty.
    — Jakie rezultaty? Ci ludzie nie wykazali żadnego zainteresowania, kiedy podtykaliśmy im pod nos dowody.
    Opatentowaliśmy te zwoje i możemy udowodnić każdemu, że kiedy włączyć prąd, następuje zmniejszenie ciężaru…
    — Ale tylko niewielkie zmniejszenie ciężaru. Nikt nie jest zainteresowany czymś takim — częściowa redukcja ciężaru w topornym modelu, zbyt mała, żeby unieść sam generator. Nikt — kto ma na co dzień do czynienia z olbrzymim zużyciem paliw, ciężarami rzędu wielu ton itp. nie będzie się przejmował jakimś pomyleńcem, któremu się wydaje, że podważył jedną z zasad Newtona.
    — Czy myślisz, że teraz się zainteresują?
    — Wiem na pewno. Wytrzymałość nitki jest idealnie dopasowana do wagi modelu. Nie można zawiesić modelu na nitce, jeśli się nie zredukuje jego ciężaru przez włączenie prądu. To ich zmusi do zastanowienia. Nikt im nie każe rozwiązywać tego problemu, ani się nim zajmować. Ale będzie ich to gryzło, bo muszą przez cały czas pamiętać, że to zjawisko zaprzecza prawom fizyki. Oczywiście od razu zorientują się, że historia z falami magnetycznymi jest bzdurą. A może i nie? Nie wiadomo. Ale oni wszyscy będą się nad tym zastanawiać. Ktoś z nich zacznie przeprowadzać doświadczenia w piwnicy jako hobby, żeby znaleźć źródło błędu.
    I wreszcie, któryś z nich odkryje, na czym polega działanie zwojów, może nawet ulepszy je! — A my mamy patenty…
    — Słusznie. Będą prowadzić badania, które zakończą się zastosowaniem naszego wynalazku w praktyce.
    — I kiedy zacznie się produkcja, zrobią z nas milionerów — wtrącił młody człowiek cynicznie. — I wszyscy będziemy bogaci, synu — powiedział ten starszy. — Zapewniam cię, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat nasz świat zmieni się nie do poznania.
    Przelożył Lech Jęczmyk

Aleksander Szalimow
Koncentrator grawitacji

    — Musisz mi pomóc, Steve — powiedział Joe. — Znalazłem się w sytuacji bez wyjścia.
    — A co z twoim ostatnim wynalazkiem — uniósł brwi Steve — czyżby znów?…
    — Właśnie… Co prawda automat z Biura Kontroli początkowo wypowiedział się dosyć niejasno: pomysł chyba nowy, schemat wykazuje cechy pewnej oryginalności, całość wymaga jednak pogłębionej analizy. Dziś nadeszła ostateczna odpowiedź. Popatrz… — Joe podał przyjacielowi skrawek perforowanej aluminiowej folii.
    — Widzisz? Konstrukcja zgłoszona po raz pierwszy w roku 1973. W praktyce nigdy nie została zastosowana… Zbyt upraszczała sterowanie wieloma procesami. Miał chłop głowę na karku. Wymyślić to w tamtych czasach…
    — A kto to był? — zaciekawił się Steve, leniwie sącząc ze szklanki zielonkawy orzeźwiający płyn przyniesiony przez biały automat.
    Joe uśmiechnął się niewesoło. — Kto teraz pamięta nazwiska? Na tym świstku podano jedynie numer patentu — USA 103 109 725. Historyk może by i wygrzebał szczegóły w jakimś archiwum papierowych dokumentów, ale mnie to nie interesuje. — Nie masz szczęścia, Joe — zauważył Steve i znów podniósł szklankę do ust.
    Siedzieli przy niewielkim owalnym stoliku w samym rogu obszernej sali o niskim stropie. Przerwa obiadowa dawno się już skończyła. Automatyczny bar, położony na ósmej podziemnej kondygnacji ogromnego gmachu Koncernu Gollforby’ego, był prawie pusty.
    Joe odstawił szklankę. Automat przytoczył się bezszelestnie i zachęcająco mrugnął złocistym oczkiem. Joe machnął odmownie ręką i odwrócił się. — Ja płacę, Joe — powiedział Steve.
    Niedbale wrzucił monetę do srebrzystej konchy na piersi automatu.
    Rozległ się melodyjny dźwięk i miękki baryton powiedział półgłosem: — Dziękuję panu. Na zdrowie.
    Przed Joem wyrosła następna szklanka, wypełniona po brzegi zielonkawym Napojem Gollforby’ego „łatwo przyswajalnym, przyjemnym w smaku, wysokokalorycznym, odżywczym i tonizującym”, jeśli wierzyć świetlnym napisom nieprzerwanie biegnącym po ścianach baru.
    Joe skinął głową i wziął szklankę. Póki pił, Steve obserwował go w milczeniu. „Wysiada biedaczysko — myślał. — Oczy zmatowiałe, zaczątki łysiny, niezdrowa cera. Ubrany w sweter z najtańszego syntetyku. Nosi go drugi tydzień z rzędu, jeżeli nie dłużej. Diabelnie zdolny chłop, ale pechowiec…”
    — Nie mam najmniejszego pojęcia, co mógłbym dla ciebie zrobić, Joe — powiedział Steve, kiedy ten osuszył drugą szklankę. — Nasz koncern nie potrzebuje inżynierów. Przebąkują nawet o nowych redukcjach. Personelu obsługującego nie ma już zupełnie, bo zastąpili go automatami… Co najwyżej mógłbyś zostać agentem sprzedaży automatów… Jeśli chcesz, porozmawiam o tobie z panem Gollforby’m Juniorem. — Nie — odpowiedział Joe zdecydowanie. — Nie nadaję się do tego. Jestem po czubek głowy nafaszerowany nowymi pomysłami. Gdyby tak można do grupy konstruktorskiej… Albo zdobyć trochę grosza i kontynuować pracę w moim domowym laboratorium. Łamię sobie głowę nad pewną interesującą zabawką… Możesz mi jeszcze pożyczyć trochę pieniędzy,
    Steve?
    — Chyba tak… Ale tego, co mogę zaproponować, pewnie ci nie wystarczy… Pracuję zaledwie trzy godziny dziennie, więc sam rozumiesz…
    — W biurze konstrukcyjnym?
    — Nie — Steve chrząknął z zakłopotaniem. — Widzisz… Tam bardzo nędznie płacili… Władam kilkoma językami… Pan Gollforby Junior dowiedział się o tym i zaproponował mi stanowisko porannego sekretarza. Rano pan Gollforby zajmuje się sprawami technicznymi. Zapoznaje się z prospektami różnych obcych firm, przegląda projekty automatów, których seryjną produkcję zamierza uruchomić. Szef się nie zna na technice i potrzebuje kogoś, kto by go ustrzegł przed palnięciem głupstwa…Chytry stary krokodyl. Wykorzystuje mnie jako eksperta, a płaci jako sekretarzowi technicznemu. O pierwszej przestaje zajmować się techniką. Automat podaje mu do gabinetu drugie śniadanie, a ja… Mój dzień pracy na tym się kończy.
    — Jak boss radzi sobie bez ciebie po południu? — zainteresował się Joe.
    — W drugiej połowie dnia zajmuje się sprawami finansowymi i dyktuje listy. Wtedy ma przy sobie dzienną sekretarkę, pannę Barkeley. Zresztą i ją ma zamiar wkrótce zastąpić automatem.
    — Mógłbym zaprojektować taki automat — zauważył Joe.
    — Zasadniczy projekt już od dawna jest gotowy, ale pan Gollforby do tej pory nie zdecydował, czy automatowi nadać kształt młodej dziewczyny, czy też osoby nieco starszej; nie ustalił także koloru oczu, włosów i tym podobnych szczegółów.
    — Czyżby sam jeden kierował koncernem?
    — Praktycznie rzecz biorąc, tak. Pan Gollforby jest podejrzliwy i nieufny. Woli o wszystkim sam decydować. Zwołuje wprawdzie Radę Dyrektorów, ale robi to bardzo rzadko. Tylko wtedy, kiedy trzeba omówić nowe wielkie inwestycje produkcyjne lub coś równie ważnego…
    — Król automatów — zauważył Joe z odcieniem zawiści i goryczy w głosie. — Władca twardy, absolutny i wszechwładny.
    — No, jeśli chodzi o to ostatnie, to nie tak znów bardzo… — szepnął Steve oglądając się dokoła. — Ostatnio sprawa wszechmocy pana Gollforby’ego nie wygląda zbyt pomyślnie.
    Słyszałeś pewnie o Koncernie Ridgersa. Oni także robią automaty. Pan Gollforby usiłował się dogadać z ich szefem. Nic z tego nie wyszło i teraz są śmiertelnymi wrogami. Wydawać by się mogło, że pan Gollforby może bez trudu połknąć Ridgersa. Ale Ridgers to twardy facet.
    Wicedyrektorowie jego koncernu nic by nie mieli przeciwko porozumieniu, ale ten staruch nie chce o tym słyszeć. Jestem przekonany, że Ridgers przyczyni panu Gollforby’emu jeszcze wiele kłopotów…
    Joe ścisnął palcami skronie i nad czymś intensywnie myślał. — Słuchaj, Steve — powiedział wreszcie. — Zorganizuj mi małą audiencyjkę u swego szefa w godzinach twego porannego dyżuru. — Po co? — zaniepokoił się Steve.
    — Chcę mu zaproponować… pewien drobiazg.
    — Nie weźmie. Cała technika trafia do niego przez Radę Techniczną, głównego konstruktora i ekspertów. To zupełnie beznadziejne, chłopie. Nie mam u niego żadnych wpływów. — Postaraj się jednak, aby Gollforby mnie przyjął… Przecież możesz to zorganizować. O resztę się nie martw.
    — On mnie wypędzi, Joe.
    — Gwarantuję ci, że nie. A jeśli mój plan się powiedzie, dostaniesz dwadzieścia pięć procent.
    — Ile tego będzie? — zainteresował się Steve.
    — No, powiedzmy, dwieście pięćdziesiąt tysięcy.
    — Oo! — westchnął rozczarowanym głosem poranny sekretarz pana Gollforby’ego Juniora. –
    Widzę, że ci ten „gollforby” uderzył do głowy. Chodźmy lepiej stąd…
    — Nie spiesz się, Steve. Pomyśl. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy… Gdy je dostaniesz, sam nie zechcesz dalej być porannym sekretarzem pana Gollforby’ego. No, a jeśli się nie uda, to boss nie będzie miał do ciebie pretensji. Będziesz nadal piastował swe wysokie stanowisko, a ja…
    Ja będę sprzedawał automaty.
    — Ale co mam powiedzieć szefowi, Joe? Jak cię zaanonsować?
    — Wymyśl coś. Byleby tylko mnie przyjął. I oczywiście nie wspominaj, że jesteśmy kolegami.
    Jestem pewien, że połknie mój haczyk. Wtedy omówię z tobą dalsze sprawy. No jak, Steve?
    Zgoda?
    — Nie wiem… Nie wiem… Boję się stracić pracę!
    — To oczywiste. Ale lękliwy nie zarobi ćwierci miliona dolarów!
    — Jeśli masz zamiar zagrać na jego uczuciach…
    — Czy uważasz mnie za ostatniego durnia, Steve?
    — Wobec tego powiedz, o co chodzi.
    — Powiem ci… Ale później. Najpierw zorganizuj spotkanie. Nie pożałujesz.
    — Może bym i zaryzykował, ale…
    — Ale?
    — Dwadzieścia pięć procent to trochę za mało…
    — Wyrobiłeś się przy swoim szefie, Steve! Ile chcesz?
    — Widzisz… W wypadku niepowodzenia mogę stracić pracę, podczas gdy ty nie masz praktycznie nic do stracenia. W najgorszym razie boss każe robotom wyrzucić cię na ulicę…
    Sprawiedliwość wymaga równego podziału. I ryzyka… I wszystkiego innego…
    — To rozbój, Steve… Nie spodziewałem się tego po tobie. Ale dobrze. Trzydzieści procent i ani centa więcej. Bo inaczej pójdę do Ridgersa.
    — Myślałby kto! U Ridgersa nic nie wskórasz, mój drogi. Nie dotrzesz nawet do porannego sekretarza… Zresztą jestem gotów trochę opuścić. Czterdzieści procent, Joe. To ostatnie słowo.
    — Wykorzystujesz moją trudną sytuację, chłopcze. Trzydzieści pięć i dajmy już temu spokój.
    — To nieładnie tak się targować ze starym przyjacielem z ławy szkolnej. Niestety, już wtedy miałem ustępliwy charakter i dlatego szczytem mojej kariery jest stanowisko porannego sekretarza. Trzydzieści siedem procent i zadzwoń do mnie jutro. Powiem ci, kiedy pan
    Gollforby Junior cię przyjmie, albo zawiadomię, w jakich zapadłych dziurach brakuje obecnie agentów sprzedaży automatów.
* * *
    — Słucham — powiedział pan Gollforby Junior. — Daję panu pięć minut czasu i ani sekundy więcej.
    — Niech ten człowiek wyjdzie — Joe wskazał palcem Steve’a. — Sprawa jest zbyt poważna… ee… Gollforby.
    Malutkie, bezbarwne oczka właściciela koncernu o światowej sławie rozszerzyły się ze zdumienia. Pan Gollforby Junior z nie ukrywaną ciekawością popatrzył na Joego. Potem wyciągnął pulchną rączkę pokrytą pierścieniami, wyjął cygaro z masywnego złotego pucharka i bez pośpiechu włożył je do automatycznej gilotynki. Obciął. Zapalił. — Pozostały cztery minuty — rzucił, patrząc spode łba na interesanta.
    Joe założył nogę na nogę i spokojnie wybrał sobie cygaro. Steve z przerażenia zamknął oczy. — Ja również cenię swój czas, sir — powiedział Joe z lekkim wyrzutem w głosie.
    Odgryzł koniec cygara, wypluł na puszysty dywan z drogiego syntetyku, gwałtownym ruchem chwycił stojącą na biurku zapalniczkę w kształcie figurki Homera i przypalił od łysiny poety.
    — Trzy minuty — zauważył pan Gollforby już znacznie mniej pewnym głosem.
    — Mowa będzie o koncentratorze grawitacji — wycedził niechętnie Joe. — Mam nadzieję, że pan rozumie, co to znaczy? — Zaciągnął się głęboko i wypuścił kłąb dymu pod sam sufit gabinetu.
    Pan Gollforby Junior poruszył się niespokojnie na fotelu. Popatrzył na swego sekretarza, ujrzał niekłamane przerażenie wypisane na jego twarzy i… zdecydował się.
    — Proszę zostawić nas samych na… kilka minut — powiedział pan Gollforby z takim wyrazem twarzy, jakby dopiero co połknął żywą osę, która wciąż jeszcze bzykała mu gdzieś pod językiem.
    Steve wyszedł chwiejnym krokiem. Drzwi gabinetu automatycznie zamknęły się za jego plecami.
    Przeszło dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut… Ekran wizyjny nad drzwiami ciągle pozostawał ciemny.
    Wreszcie Steve nie wytrzymał. Nacisnął guzik mikrofonu i powiedział drżącym głosem: — Przepraszam szefie, czy pan mnie jeszcze nie potrzebuje?…
    — Może pan wejść — usłyszał w odpowiedzi głos pana Gollforby’ego znamionujący wielkie podniecenie.
    — … Teraz pan rozumie, czemu nalegałem, aby ta rozmowa odbyła się bez świadków — usłyszał Steve głos Joego, gdy tylko drzwi gabinetu bezszelestnie rozsunęły się na boki. Joe stał na środku gabinetu, lekko kołysząc się na czubkach palców. Pan Gollforby z głową wspartą na rękach w skupieniu żuł zgasłe cygaro.
    — Na jaką odległość działa pański model? — spytał nie patrząc na Joego.
    — W promieniu dziesięciu, piętnastu metrów przy maksymalnej koncentracji pola. W wypadku zwiększenia mocy promiennika zasięg działania odpowiednio wzrośnie. Ale trzeba przy tym zachować wielką ostrożność. To — jest najstraszliwsza broń, jaką kiedykolwiek zbudowano na Ziemi. Obliczenia wykazują, że promiennik o średnicy około trzech metrów może bez najmniejszego trudu zdeformować, czyli inaczej mówiąc zniszczyć średniej wielkości planetę.
    — Taki aparat nie jest mi na razie potrzebny — wtrącił pan Gollforby. — Ile pan żąda za swoją zabawkę?
    — Nie będziemy teraz o tym mówić — zaoponował Joe. — Powrócimy do naszej rozmowy później, kiedy już pan obejrzy koncentrator w działaniu. Oczywiście tanio go nie sprzedam… Może pan zaprosić na próby dowolnego eksperta lub zaufaną osobę. Ale tylko jedną. Nie chcę, aby zbyt wiele ludzi wiedziało o istnieniu aparatu. Mam zamiar go w przyszłości udoskonalić. Nie proponuję panu patentu, lecz jedyny działający model urządzenia. Czemu właśnie panu? Sądzę bowiem, że nie wykorzysta go pan na szkodę ludzkości. Wolałbym nie ręczyć za następstwa, gdyby przyrząd dostał się w ręce maniaka lub gangstera. Chyba pan to rozumie?
    — Jeśli kupię od pana aparat, wykorzystam go tak, jak to uznam za stosowne — powiedział pan
    Gollforby Junior i sapnął gniewnie.
    — Oczywiście, sir — zgodził się uprzejmie Joe. — Ale produkować koncentratorów pan nie będzie.
    — I tego nie obiecuję — oświadczył pan Gollforby i zasapał jeszcze głośniej.
    — Nie wymagam obietnic — powiedział Joe — bo jestem pewien, że pan tego nie zrobi. Aby sporządzić drugi koncentrator na podstawie mojego modelu, musiałby pan mieć wśród swoich inżynierów drugiego Jonathana Dippa, to znaczy mnie. Moje uszanowanie panu.
    — Chwileczkę! — podniósł głos pan Gollforby. — A kiedy?…
    — Kiedy pan sobie życzy. Aparat jest gotowy i znajduje się w pewnym miejscu.
    — Ale gdzie?
    — To obojętne. Można nawet tutaj… — Joe obejrzał krytycznie gabinet. — Co prawda szkoda trochę mebli, bo w czasie prób nie da się uniknąć pewnych zniszczeń… Może pan woli w jakimś ustronnym miejscu za miastem?…
    — Wobec tego jutro… Może pan jutro? — pan Gollforby spojrzał pytająco na Joego.
    „Po raz pierwszy słyszę, że on pyta, a nie rozkazuje — pomyślał Steve. — Joe chyba naprawdę jest geniuszem!”
    — Niezbyt mi to dogadza — powiedział bez entuzjazmu Joe. — Ale… jakąś godzinkę lub półtorej uda mi się chyba wykroić. Niech będzie jutro…
    — Mój sekretarz przyjedzie po pana rano, panie Dipp. Proszę mu zostawić swój adres. Koncentrator wypróbujemy w ogrodzie mojej podmiejskiej willi. Trzecim uczestnikiem próby będzie… — pan Gollforby zawahał się przez chwilę. — Trzecim będzie mój sekretarz. Ten właśnie… Jest inżynierem i zna się trochę na tych wszystkich historyjkach. Wezmę od pana tę zabawkę, jeśli wszystko pójdzie… tak, jak pan mi to opowiadał.
* * *
    — Mógłbyś mi wreszcie powiedzieć, co ty właściwie knujesz, Joe — nalegał Steve idąc obok przyjaciela wzdłuż alejki zielonych drzew, przystrzyżonych na kształt geometrycznie prawidłowych piramid, sześcianów i elipsoid. — Powiedz, co zamierzasz zrobić. Nie mogę przecież grać w ciemno, a ty wciąż ukrywasz przede mną prawdę.
    — Lepiej będzie, jeśli nie będziesz jej znał do końca — zimno uciął Joe. — Twoje zdumienie i przerażenie najlepiej przekonają twojego szefa. Bądź porannym sekretarzem bossa i nikim więcej. Zagraj swą rolę do końca, to dostaniesz swoje trzydzieści siedem procent. A propos, gdzie ten stary krokodyl będzie na nas czekał?
    — Na polanie za tym stawem. Dokładnie o pół do dwunastej wyląduje tam wiropłatem. Nie lubi tracić czasu jeżdżąc samochodami. Ale zwracam ci uwagę, że zachowujesz się nieuczciwie i że to się może źle skończyć. Gdybym wiedział, o co chodzi, mógłbym pomóc, powiedzieć coś w odpowiedniej chwili, a tak…
    — Wszystko będzie w porządku, stary. Ty już zrobiłeś najważniejszą część swojej roboty.
    Skontaktowałeś mnie z szefem. Reszta należy do mnie.
    Kiedy Joe i Steve wchodzili na polanę, nad ich głowami rozległ się cichy szelest i srebrzysta kabina, opadając prawie pionowo w dół, dotknęła amortyzatorami zielonej, krótko przystrzyżonej trawy. Przezroczysta ścianka kabiny odchyliła się w bok i pan Gollforby zstąpił na ziemię.
    Steve pośpiesznie się ukłonił. Pan Gollforby skinął mu głową, a potem podszedł do Joego i łaskawie podał mu rękę.
    Joe niedbale ją uścisnął. — Ma pan ze sobą maszynę? — Chodzi panu o koncentrator?
    — Pewnie, że nie o automat do wody sodowej!
    — Koncentrator jest na miejscu. Pan Gollforby rozejrzał się dokoła. — Ale nic takiego nie widzę… — Oto on, sir.
    Joe otworzył dłoń i pokazał leżący na niej niewielki, błyszczący równoległościan przypominający kształtem zapalniczkę. — I to wszystko?
    — Nie sądził pan chyba, że aparat ma wielkość statku kosmicznego? Wówczas bym go panu nie proponował. — Ale…
    – Żadnych „ale”, sir. Rozpoczniemy próbę?
    — Uprzedzam, że jeśli ma pan zamiar zrobić ze mnie durnia… — Sir!
    — …ciężko pan tego pożałuje — dokończył pan Gollforby z twarzą purpurową z wściekłości. — Na czym chciałby pan wypróbować działanie aparatu? — Wszystko mi jedno!
    — Nie żal panu tego pięknego, starego dębu? — Joe niedbale wskazał ogromne drzewo, którego rozłożysta, zielona korona wznosiła się o jakieś dziesięć metrów od nich na skraju polany. — Ten dąb liczy sobie trzysta pięćdziesiąt lat — powiedział pan Gollforby — i ma trzy metry w obwodzie.
    — Dlatego też pytam, czy go panu nie żal.
    — Czyżby pan miał zamiar tym swoim pudełkiem po zapałkach…
    — Wydaje mi się, że tracimy czas na próżno — z lekką irytacją w głosie zauważył Joe. — Może zechce mi pan wyjaśnić, sir, czego pan właściwie ode mnie oczekuje? — Chciałbym wypróbować pański… przyrząd.
    — Ja też tylko tego pragnę, sir. To, jak pan był łaskaw się wyrazić „pudełko po zapałkach”, kryje w sobie potworną siłę. Widzi pan ten malutki otworek? To wylot promiennika ukierunkowanego pola grawitacyjnego. Przez tę dziurkę wylatują grawitony, sir… grawitony… Najmniejsze, najbardziej przenikliwe i najpotężniejsze cząstki wszechświata. Strumień grawitonów, jak to już miałem przyjemność panu wyjaśniać, deformuje naturalne pole ciężkości Ziemi. Może pan sobie wyobrazić, sir, co wtedy następuje? — N — tak — powiedział pan Gollforby — ale ja…
    — Chwileczkę, sir. Jedyną wadą tego modelu są jego minimalne rozmiary. Strumień grawitonów szybko rozprasza się w przestrzeni. Praktycznie rzecz biorąc o dwadzieścia metrów od aparatu zniekształcenie pola ciężkości jest niewyczuwalne. Można je oczywiście odkryć odpowiednimi przyrządami, ale tak… na oko… nic nie można zauważyć. — Pozwoli pan — zaczął pan Gollforby.
    — Tak się ma sprawa z dwudziestometrową odległością — ciągnął dalej Joe. — Ale w promieniu dziesięciu metrów od aparatu deformacja pola ciężkości bez trudu wy kolei pociąg mknący z maksymalną prędkością, zburzy ścianę lub złamie jak zapałkę ten oto dąb. I nikt się nie domyśli, co było przyczyną katastrofy.
    „Co za bydlę! — pomyślał Steve. — Aferzysta! Żeby zrobić przyjacielowi takie świństwo!”
    Joe jakby odczytał jego myśli, bo odwrócił się w jego kierunku. — W promieniu dwóch, trzech metrów, sir — kontynuował Joe, zwracając się znów do pana Gollforby’ego — zupełnie niewielka dawka ukierunkowanych grawitonów doprowadzi momentalnie do śmiertelnego udaru serca lub wylewu krwi do mózgu tego… osobnika, który znajdzie się w zasięgu promieniowania. Może zechce pan tu spojrzeć. Widzi pan podziałkę. Strzałka stoi na zerze. Kieruję promiennik na… chociażby na niego. — Joe pokazał na Steve’a stojącego o trzy kroki dalej. — Co pan teraz czuje panie, panie… — Prinx — podpowiedział pan Gollforby. — Co pan teraz czuje, panie Prinx?
    — Nic — odpowiedział przez zęby Steve, czując że mu krew uderza do głowy.
    — Doskonale. Nic pan nie czuje. Proszę spojrzeć, sir. Nic nie czuje, bo wskazówka stoi na zerze. Ale teraz zaczynam obracać regulator. Można to robić całkowicie dyskretnie, kciukiem, trzymając aparacik w zaciśniętej dłoni albo nawet w kieszeni. Tkanina pańskiej marynarki przylgnie po prostu do dyszy promiennika i nic poza tym. Tak więc kieruję wylot przyrządu na pańskiego podwładnego i zaczynam ostrożnie pokręcać regulatorem. Nic pan nie usłyszy, sir. Aparat pracuje zupełnie bezgłośnie. No, a co pan teraz czuje panie… Chreeps?
    — Nic — odpowiedział ironicznie Steve i poczuł nagle, że dzieje się z nim coś niezwykłego… Całe otoczenie zaczęło wirować zrazu wolno, potem coraz szybciej i szybciej. Jakiś ciężar spadł mu na piersi i Steve zaczął się dusić… Chciał krzyknąć, ale z krtani wydobył się tylko stłumiony charkot. Steve rozpaczliwie zamachał rękami i nagle zobaczył, że ziemia obraca się na bok i błyskawicznie zbliża się do niego. Joe nie dał mu upaść. Chwycił Steve’a pod ramię, kilka razy nim potrząsnął i zmusił do utrzymania się na nogach. Oszołomiony Steve zataczał się jak pijany, mamrocząc coś niezrozumiałego.
    — Zauważył pan, sir — Joe znów zwrócił się do pana Gollforby’ego — że wskazówką przesunęła się zaledwie o połowę podziałki. Gdyby poszła odrobinę dalej, pana Breepsa można by złożyć na katafalku i zawieźć do krematorium. I żaden lekarz nie wykryłby innej przyczyny zgonu poza udarem serca. Pospolitym udarem serca, panie Gollforby, przy całkowitym braku innych uszkodzeń ciała.
    — N tak — powiedział pan Gollforby, spoglądając podejrzliwym wzrokiem to na koncentrator, to na swego sekretarza, który ciągle jeszcze nie mógł przyjść do siebie.
    — Może życzy pan sobie wypróbować działanie aparatu na sobie, sir? — spytał czule Joe. — Cieniutki strumyk grawitonów na ćwierć podziałki?
    — N tak… — powiedział niezdecydowanie pan Gollforby. — Nie, nie! — wrzasnął zaraz widząc, że Joe kieruje na niego otwór koncentratora. — Nie, do diabła, nie… Mówię, że dość już doświadczeń na żywym osobniku. On mi potem opowie swoje wrażenia — pan Gollforby wskazał ręką na Steve’a i otarł pot z czoła. — Może wobec tego spróbujemy na tym dębie?
    — Można — powiedział pan Gollforby. — Ale niech pan z łaski swojej nie łamie go całkiem, najwyżej parę gałęzi, a najlepiej będzie, jak pan go tylko przygnie do ziemi.
    — Proszę bardzo — powiedział zimno Joe i skierował dyszę koncentratora na ogromne drzewo. — Proszę podejść bliżej, sir, i obserwować wskazówkę, aby wiedzieć, jak dawkować strumień grawitacyjny. Uniknie pan w ten sposób możliwych przykrości.
    Pan Gollforby zbliżył swój mięsisty nos do samej dłoni Joego i tylko od czasu do czasu rzucał podejrzliwe spojrzenia znad okularów na stojące w odległości dziesięć metrów drzewo.
    Steve poczuł się już trochę lepiej i również z ciekawością patrzył na dąb, zastanawiając się, co z tego wyniknie. Ale nic się nie wydarzyło. Nawet wtedy, kiedy w oczach pana Gollforby’ego pojawiło się coś przypominającego przerażenie, dąb ani drgnął. — Sądzę, że to wystarczy — powiedział wreszcie Joe.
    — Wystarczy — zgodził się pan Gollforby i zaczął nerwowo pocierać szkła okularów. — Ale… on się wyprostuje?
    — Już się wyprostowuje — powiedział niedbałym tonem Joe. — Przecież wskazówka doszła tylko do drugiej kreski.
    Steve patrzył dokoła i niczego nie rozumiał. Co się wyprostowuje? Czyżby to były skutki doświadczenia?… Steve czuł jeszcze lekkie zawroty głowy i mdłości, jak po morskiej przejażdżce.
    — Biorę pańską zabawkę — powiedział pan Gollforby i westchnął. — Zechce pan podać cenę. — Proszę, oto ona. — Joe podał mu niewielką karteczkę z wypisaną jedynką i mnóstwem zer.
    Pan Gollforby spojrzał na karteczkę, potem na Joego, znowu na karteczkę i w oszołomieniu zamrugał oczami. — Pan oszalał — wykrztusił wreszcie.
    Joe z zimną krwią schował do kieszeni błyszczące pudełeczko koncentratora i wzruszył ramionami. — Zdaje się, że niepotrzebnie straciłem czas — zauważył, do nikogo się nie zwracając.
    Odwrócił się, aby odejść i rzucił przez ramię: — Odnoszę wrażenie, że na tym nasza znajomość się zakończy, Gollforby. Ale uprzedzam, że nikt się nie powinien niczego dowiedzieć o tym przedmiociku — Joe poklepał się po kieszeni. — Bo inaczej…
    — Ależ to, to… — zaczai pan Gollforby zduszonym głosem.
    — To jedyny egzemplarz we wszechświecie, sir. I jego posiadacz stoi na progu… władzy nad światem…
    — Milion dolarów — jęczał pan Gollforby. — To rozbój na prostej drodze… Milion za jakąś… zapalniczkę…
    Joe, który już odszedł o kilka kroków, znów się odwrócił. — Pan jest naiwny, sir. Żądani miliona tylko dlatego, że właśnie tyle obecnie potrzebuję. Gdybym potrzebował większej kwoty, wymieniłby ją bez wahania. Stworzyłem ten aparat i mam prawo żądać każdej ceny. Wszak żyjemy w wolnym świecie, sir. Sam aparacik kosztuje oczywiście niewiele. Milion to cena mojego odkrycia. Zapewniam zresztą pana, że jest ono warte znacznie więcej. Pierwszy z brzegu gangsterski syndykat… — Pięćset… tysięcy — powiedział pan Gollforby bez przekonania. — Osiemset… osiemset tysięcy. Wróć pan, do diabła!
    Pan Gollforby drżącymi rękami wypisał kilka czeków. Joe wsunął je niedbale do kieszeni i podał finansiście koncentrator. — Niech się pan z nim ostrożnie obchodzi, sir. I nie radzę zbyt często eksperymentować na
    „żywych osobnikach”, bo ludzie mogą się w końcu domyśleć, że to pan… jest ośrodkiem zniszczenia…
    — Zostaw pan swoje rady dla siebie — przerwał mu brutalnie pan Gollforby. — Ja dostałem przyrząd, pan — pieniądze. Mam nadzieję, że się więcej nie zobaczymy!
    — Nawet jeśli zbuduję koncentrator o większej mocy?
    Pan Gollforby zmierzył go piorunującym wzrokiem i nie zaszczyciwszy odpowiedzią, poszedł w kierunku wiropłatu. Już z kabiny przywołał gestem Steve’a. Poranny sekretarz potykając się powlókł się w kierunku maszyny.
* * *
    Następnego dnia rano Joego obudził ostry dzwonek wideofonu. Joe podniósł głowę z poduszki i włączył ekran. Na ekranie pojawiła się twarz Steve’a. Poranny sekretarz był blady, a w jego szeroko otwartych oczach zastygło przerażenie.
    — Musimy się natychmiast zobaczyć — powiedział Steve, z trudem poruszając wykrzywionymi wargami. — Natychmiast! — Coś się stało?
    — Porozmawiamy w cztery oczy. — No to przyjeżdżaj!
    — Nie mogę. Spotkamy się w kawiarni przy moście. Najdalej za dziesięć minut. — Co ci tak pilno? — Przyjeżdżaj natychmiast. Stało się coś strasznego.
    Ekran zgasł.
    Po upływie kwadransa Joe wchodził do kawiarni na brzegu Hudsonu. Steve siedział przy osobnym stoliku obok otwartego na oścież okna. — No? — zapytał Joe zamiast powitania. — Pan Gollforby… umarł.
    — A! — powiedział Joe siadając na wolnym krześle. — Musiałeś mnie z tego powodu budzić? — Godzinę temu zapieczętowano jego gabinet i sejfy. Banki koncernu zawiesiły wszelkie operacje.
    — Czeki zrealizowałem jeszcze wczoraj… Pieniądze wysłałem do Meksyku. — Musimy natychmiast uciekać, Joe. — Dlaczego?
    — Bo… znaleziono go dziś rano w gabinecie… martwego. Udar serca. Jego lekarz stwierdził udar serca. Ale… — Ale?…
    — Obok niego leżał ten straszliwy aparat. Twój grawitator. — No i co z tego?
    — Jak to, co? Nie rozumiesz? Aparat był włączony. Wskazówka stała przy końcu podziałki. Sam to widziałem. Joe się uśmiechnął.
    — To niemożliwe, mój chłopcze. Tam jest sprężyna. Gdy się zwolni regulator, wskazówka musi wrócić na zero. Musi…
    — Ale ja sam to widziałem. Ta maszyna piekielna leżała na biurku obok jego głowy, a jej wskazówka stała na maksimum. Widziałem to na własne oczy, Joe. Bałem się jej dotykać, a teraz jest już za późno. Policja wszystko opieczętowała. Może nawet już zabrała ten twój grawitator…
    — Koncentrator, Steve!
    — Czy to ważne?! Wczoraj widział nas pilot wiropłatu, który obserwował te twoje diabelskie triki ze mną i z dębem.
    — To był robot.
    — Tym gorzej. Policja zanalizuje zapis jego elektronicznej pamięci i wszystko stanie się dla niej jasne. Jesteśmy zgubieni!
    — Zdaje się, że pan Gollforby umarł na udar serca. Tak mówiłeś, Steve?
    — Właśnie! I na tym polega nasza tragedia.
    — To dobrze, że udało mi się wczoraj zrealizować czeki — powiedział w zadumie Joe. –
    Zresztą nie przypuszczałem, że ten Gollforby okaże się takim idiotą. Obawiałem się po prostu bankructwa.
    — Powiedziałeś bankructwa, Joe? Czyje bankructwo miałeś na myśli?
    — Twojego nieboszczyka bossa. I jak się okazuje, miałem rację. Właśnie dlatego opieczętowano sejfy, a banki zawiesiły wypłaty.
    — To niemożliwe.
    — Byłeś tylko porannym sekretarzem, Steve. Pan Gollforby finansami zajmował się po południu razem z tą, jakże jej tam….
    — Panną Barkeley.
    — Właśnie. Nie wiedziałeś wszystkiego.
    — A jak ty się o tym dowiedziałeś?
    — Naiwne pytanie. Rozmawiałem z nim w cztery oczy ponad kwadrans. W kieszeni kurtki miałem elektroniczny analizator prądów czynnościowych. Znasz przecież tę maszynę, którą się posługują wszyscy detektywi w sprawach kryminalnych? Ale maszyna policyjna ma wielkość solidnej szafy, mnie zaś udało się skonstruować analizator przenośny, nie większy od papierośnicy. Mam go właśnie przy sobie — Joe klepnął się po bocznej kieszeni. — Po powrocie do domu rozszyfrowałem zapis i zdołałem ustalić trzy rzeczy: że po pierwsze twój szef jest głupi i zupełnie się nie zna na technice, po drugie obawia się bankructwa i po trzecie zamierza za pomocą mojego koncentratora zlikwidować jakiegoś człowieka. Porównałem te dane z tym, czego dowiedziałem się od ciebie, i pojąłem bez trudu, że chciał usunąć Ridgersa i przez połączenie obu firm poprawić stan swoich finansów. W naszych czasach nie jest łatwo zgładzić takiego człowieka jak Ridgers, który dysponuje własną policją. I nagle trafia mu się mój „koncentrator grawitacji”. Całkowita gwarancja bezpieczeństwa, a w dodatku mokrą robotę można zrobić samemu… Nie trzeba nawet wynajmować jakiegoś zbira…
    — Ale teraz wszystko wyjdzie na jaw. Twój aparat zabrała policja… Trzeba uciekać!
    Joe machnął lekceważąco ręką i ziewnął.
    — Policja zwróci się do swoich ekspertów — kontynuował, Steve — a ci bez trudu ustalą przyczynę śmierci pana Gollforby’ego.
    — Udar serca.
    — Twój grawitator, Joe. Przecież ci mówiłem. Wskazówka stała przy końcu podziałki.
    — Niech to diabli wezmą — warknął Joe. — Zamontowałem solidną sprężynę z mojego starego zegarka. Jak temu słoniowi udało się ją zerwać?
    — Jaką sprężynę?
    — Tam, w „koncentratorze”. Skoro wskazówka pokazywała maksimum, to znaczy, że on zerwał sprężynę. Dlatego strzałka odskoczyła i zatrzymała się w skrajnym położeniu.
    — To znaczy, że wszystko przepadło. Nie mamy już żadnego wyjścia?
    Steve pociągnął płaczliwie nosem. Joe popatrzył na niego z niesmakiem i politowaniem. — Bywałeś na seansach „Świata Przygód”, Steve? — zapytał po chwili milczenia. — Dawno… Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły… Ale czemu o to pytasz?
    — Pamiętasz, jak tam było?… Siadało się w miękkim fotelu i w ciągu pół godziny przeżywało się podróż po wzburzonym morzu, polowanie na wymarłe zwierzęta, na… jak ich tam? — Ichtiozaury?
    — Na niedźwiedzie, Steve. Albo na tygrysy… Tygrys rzucał się nŤa ciebie, zwalał z nóg, dusił. Wydobywałeś się spod niego, zabijałeś i tak dalej.
    — Pamiętam, to było wspaniałe. Zupełnie, jakby się działo naprawdę.
    — No właśnie. A cały dowcip polegał na barwnym stereoskopowym ekranie i umieszczonym za nim emiterze bioprądów. — To już dawno wyszło z mody, Joe.
    — Oczywiście. Teraz wymyślono bardziej podniecające rozrywki. Sale „Świata Przygód” zachowały się jedynie na głębokiej prowincji. — Dlaczego o tym wspominasz, Joe?
    — Ponieważ w metalowym pudełeczku, które sprzedałem twemu zmarłemu szefowi za milion dolarów, znajduje się tylko miniaturowy emiter bioprądów o działaniu kierunkowym i z ograniczonym programem oddziaływania emocjonalnego. Pan Gollforby pewnie w dzieciństwie nigdy nie bywał w „Świecie Przygód”, a jeśli nawet bywał, to dawno o tym zapomniał. Zresztą dawniej nikt takich emiterów nie potrafił robić…
    Steve w osłupieniu otworzył usta i milczał. — Mój Boże — powiedział wreszcie. — Mój Boże, przecież to było zwykłe oszustwo. Że też mogłeś się na coś podobnego zdecydować!
    — Nie miałem innego wyjścia. Muszę zakończyć pracę nad swoim nowym wynalazkiem. To niezwykły wynalazek…
    — Dobrze przynajmniej, że nie mamy go na sumieniu, Joe. — Mówił dalej Steve. — Jako człowiek uczciwy…
    — Muszę cię zmartwić — powiedział Joe. — Chyba jednak jesteśmy winni jego śmierci. Wszystko przez tę sprężynę. Gollforby chciał prawdopodobnie wypróbować działanie aparatu na sobie. Odrobinkę… Nacisnął regulator, sprężyna się złamała, wskazówka odskoczyła, a on umarł ze strachu. Miał słabe serce….
    — To straszne — powiedział Steve. — To straszne… Ale przecież policja niczego się nie dowie, prawda?
    — Nie przejmuj się, Steve. Szanuj serce… — A zapłacisz mi moją część? Zostałem bez pracy!
    — Dostaniesz swoje pieniądze w całości — powiedział beztrosko Joe. — A co z nimi zrobisz, Steve?
    — Kupię cottage na zachodnim wybrzeżu, ożenię się i będę hodował kwiaty. A potem pewnie otworzymy kwiaciarnię. Całe życie marzyłem o kwiatach, Joe. A co ty zamierzasz zrobić?… — Będę kontynuował pracę nad swoim wynalazkiem. Teraz, kiedy mam pieniądze na niezbędny sprzęt… O! teraz skonstruuję wspaniałą rzecz!… Jeszcze o mnie usłyszysz, chłopie. — Jesteś bardzo zdolny — powiedział w zamyśleniu Steve. — Bardzo zdolny, bardzo. Wpaść na taki pomysł… Powiedz mi, bardzo cię proszę — Steve się zaczerwienił. — Czy miałeś analizator przy sobie, kiedy rozmawiałeś ze mną? — Miałem — Joe odwrócił się i zaczął patrzeć przez otwarte okno — ale nigdy nie miałem zamiaru rozszyfrowywać twoich bioprądów, Steve. Jesteśmy przecież starymi kumplami…
    Nieprawdaż?
    — A jednak ryzykowaliśmy. Bardzo ryzykowaliśmy — powiedział Steve. — Wszystko wisiało na włosku. Co byś zrobił, gdyby on chciał złamać to drzewo albo zburzyć jakąś ścianę? Co wtedy?
    — Złamałbym to drzewo — powiedział spokojnie Joe.
    — Co ty mówisz! Jak?
    — O tak…
    Joe wyjrzał przez okno. Plac przed kawiarnią i cienisty bulwar po przeciwległej stronie były zupełnie puste. Jedynie na jednej z ławek siedziała leciwa dama w kraciastej pelerynie i czytała gazetę. Joe wyjął z kieszeni malutki błyszczący równoległościan wielkości zapalniczki, wycelował go w otwarte okno i obrócił palcem pierścień umieszczony na jednym z boków przedmiociku.
    Potwornej siły szkwał przemknął po wierzchołkach drzew. Pień najbliższego z nich złamał się jak zapałka… Ciężka zielona korona runęła na zalany słońcem beton placu, zrywając po drodze przewody elektryczne.
    — No to na razie, Steve — powiedział Joe wstając. — Na mnie już czas. Spotkamy się za trzy dni w Ciudad Mexico…
    — Całkowite złudzenie — oświadczył zachwycony Ste — ve. — Zupełnie, jakby to było naprawdę…
    — To tylko zmniejszony model — powiedział Joe ode drzwi. — Teraz zbuduję urządzenie o większej mocy. — Pomachał ręką i wyszedł z kawiarni.
    Steve znów spojrzał przez okno. Złamane drzewo leżało na betonowych płytach placu, a wokół niego biegała wymachując gazetą leciwa dama w kraciastej pelerynie. — Długo działa — powiedział do siebie Steve i zakrył dłonią oczy.
    Rozległy się policyjne gwizdki. Zza kontuaru wytoczył się robot — kelner i wlepił w okno swe nieruchome czerwone oczka. Potem przyszedł również barman w białym garniturze i też zaczął patrzeć na plac.
    — Czy coś się stało? — zapytał Steve nie odrywając dłoni od oczu. — Nie widzi pan? — zdziwił się barman. — Piorun uderzył w drzewo.
    — I powalił je — dodał swym melodyjnym głosem robot. — Niezwykłe zjawisko, sir, jeśli weźmiemy pod uwagę bezchmurną, słoneczną pogodę i wskazania barometru.
    Steve wstał i zataczając się poszedł do wyjścia. — Zapłacił? — zapytał barman robota. — On niczego nie zamawiał, szefie. — Widocznie gdzieś indziej się zaprawił — pokiwał głową barman.
    Steve wyszedł na plac. Obok powalonego drzewa stały już policyjne wozy i leciwa dama tłumaczyła coś sierżantowi, przyciskając gazetę do swej kraciastej peleryny.
    Przełożył Tadeusz Gosk

Gerald Kersh
Niebezpieczny sejf

    Ma pan dobre oko, naprawdę znakomite oko, jeśli rozpoznał mnie pan na podstawie tych fotografii, które ukazywały się w prasie około 1947 roku. Przypuszczam, że trochę się zmieniłem od tamtego czasu, ale rzeczywiście jestem Peter Perfrement i otrzymałem tytuł szlachecki za pewne prace z dziedziny fizyki nuklearnej. Cieszę się, że ktoś mnie wreszcie rozpoznał. W przeciwnym razie mógłby mnie pan uznać za zbiegłego więźnia, wariata lub coś w tym rodzaju. A to dlatego, że mam zamiar poprosić, żeby zechciał pan usiąść w tym ciemnym kącie i zasłonić mnie swoimi szerokimi ramionami. Proszę obserwować to lustro za mną, a wtedy zauważy pan w pewnym momencie dwóch facetów, wchodzących do tego małego, zacisznego lokalu. Ci faceci przyjdą tu po mnie i jeden rzut oka na ich smutne oblicze powie panu, że to są tajniacy.
    Oczywiście wypatrzą mnie tutaj, a potem będzie: „O, Sir Peter, jak to dobrze, że pana tu spotkaliśmy”. I udając, że mają ważny interes, wyprowadzą mnie stąd. Uciekanie tym dwóm młodym ludziom jest jedną z niewielu przyjemności, jakie mi jeszcze pozostały. Raz wydostałem się w koszu od bielizny. Dzisiaj włożyłem kombinezon roboczy na strój wieczorowy i poszedłem na koncert. Mam zamiar wrócić dobrowolnie do Ośrodka, ale przedtem chcę się trochę nacieszyć wolnością. Oczywiście znalazłem się w obecnej sytuacji wyłącznie z własnej winy. W 1950 przeszedłem na emeryturę i skończyłem z fizyką raz na zawsze, tak wtedy sądziłem. W tym czasie mechanizm bomby atomowej, takiej, jaka została zrzucona na Hiroszimę, był już publiczną tajemnicą. Moja praca stanowiła zamknięty rozdział nauki.
    Zamieszkałem w uroczej małej willi na Oap des Fesses, w pobliżu tej okropnej miejscowości letniskowej Les Sables des Fesses na południu Francji. Miałem najszczerszy zamiar spędzić tam resztę życia. Założyłem sobie bibliotekę i niewielkie, ale dobrze wyposażone laboratorium. Chodziłem na wszystkie festiwale muzyczne, piłem wino na tarasie każdej kawiarni, która mi się spodobała, i kontynuowałem akademicką wojnę z doktorem Frankenburgiem. Wojna ta, która, nawiasem mówiąc, była znacznie mniej krwawa niż przeciętna partia szachów, toczyła się wokół właściwości fluoru. Przyjmuję, że tajniki wyższej matematyki są panu obce, ale zapewne pamięta pan ze szkoły coś o fluorze. Jest to enfant terrible pierwiastków chemicznych.
    Fluor ma temperament primadonny i jest urodzonym awanturnikiem. Nie można go utrzymać w czystej postaci: jest tak aktywny chemicznie, że łączy się prawie ze wszystkim, niszcząc to, z czym się łączy. Otóż opracowałem teorię, obrazowo mówiąc, oswojonego fluoru. Doktor Frankenburg, który spędza czas na czytaniu komiksów, mawiał w związku z tym: „Równie dobrze można sobie wyobrazić Denisa Ziółko w roli ojca rodziny”. Mając dostęp do ośrodka obliczeniowego w Assigny pracowałem sobie bez pośpiechu, bez potrzeby składania komukolwiek sprawozdań, wyłącznie dla własnej przyjemności. I pewnego dnia stwierdziłem, że uzyskałem substancję, którą dla wygody nazwę fluorem 80 +.
    Nie znaczy to wcale, że uzyskałem tylko formułę chemiczną. Właściwości fluoru 80+ są takie, że z chwilą ich zrozumienia sama produkcja staje się dziecinnie prosta. Więc zrobiłem go trochę, około 6 uncji. Wyglądało to jak tafelka żelatyny. Potencjalnie ten kawałek masy był nieco groźniejszy niż zderzenie kosmiczne. Potencjalnie, proszę zauważyć, że tylko potencjalnie. Kiedy go trzymałem w ręku, fluor 80 + był według wszelkich możliwych kalkulacji uśpiony. Można było walić go młotem, wrzucić do pieca — nic by się nie stało. Ale w określonych warunkach — w warunkach, które jak wtedy sądziłem, są nie do uzyskania — ta grudka materii mogła być nieprawdopodobnie groźna. Mówiąc „nieprawdopodobnie” mam na myśli nie wy mierność tej groźby.
    Notes, zawierający moją formułę, zawinąłem w papier, w zamiarze oddania go na przechowanie w Banku Morskim w Sables des Fesses. Tafelkę fluoru 80+ włożyłem między dwa kawałki tekturki, również zawinąłem i włożyłem do kieszeni. Miałem w mieście przyjaciela, do którego często wpadałem na herbatkę. Lubił on rzeczy dziwne i niezwykłe. Postanowiłem wtedy, stary głupiec, że zabawię się pokazując mu próbkę i wyjaśniając, że ta niepozorna, mała rzecz w odpowiednich warunkach może sprawić, że nasza planeta zrobi puff! — jak szczypta prochu, kiedy się do niej przytknie zapaloną zapałkę.
    Tak więc w doskonałym humorze udałem się do miasta, załatwiłem sprawę w banku, kupiłem słoik konfitur na podwieczorek i poszedłem do doktora Raisina.
    Był to również weteran, który wyszedł już z obiegu, chociaż swego czasu cieszył się niemałą sławą jako architekt, specjalizujący się w konstrukcjach stalowych.
    — Niespodzianka na podwieczorek — powiedziałem i rzuciłem na stół paczuszkę z fluorem 80+. — Łosoś?
    — Nie — powiedziałem krztusząc się ze śmiechu i kładąc na stole swoje zakupy. — Może wracasz z kawiarni „Zimna wojna” — i pociągnął znacząco nosem. — Nie, byłem tylko w banku.
    — Więc są tam pieniądze. Co mnie to obchodzi. Pijmy lepiej herbatę. — Nie byłem w banku po to, żeby coś stamtąd zabrać. Ja tam coś zostawiłem. — Nie męcz mnie już i powiedz wreszcie, co tu masz.
    — Mam tutaj niezbity dowód, że ja miałem rację, a nie Frankenburg. Oto leży przed tobą 6 uncji absolutnie stabilnego fluoru 80+. W dodatku porcja ta stanowi masę krytyczną! — Nie zasypuj mnie swoim żargonem — powiedział Raisin bez cienia entuzjazmu. — O ile pamiętam, w chwili gdy ilość materiału radioaktywnego w określonych warunkach osiągnie masę krytyczną — następuje wybuch atomowy. Czy mam w takim razie rozumieć, że ta mała paczuszka może być niebezpieczna?
    — Raczej tak. Ta ilość fluoru 80+ wystarcza dla zlikwidowania planety średnich rozmiarów. — Bomba fluorowa czy nitroglicerynowa to dla mnie wszystko jedno. — I nalewając herbatę, spytał nonszalancko: — A jak to wybucha? Myślę, że nie od leżenia na stole?
    — To może wybuchnąć wyłącznie w określonych, bardzo trudnych do uzyskania warunkach. Rzecz jest raczej całkowicie bezużyteczna jako broń, chociaż można ją zastosować w celach pokojowych.
    — Raczej, raczej. Z byka walczącego w corridzie też można zrobić sztukę mięsa. A właściwie po co to przyniosłeś?.
    Byłem nieco zbity z tropu. Na Raisinie nic nie robiło wrażenia. Powiedziałem: — Ani ty, ani nikt inny nie zobaczy już nigdy fluoru 80 +.
    W ciągu mniej więcej czternastu godzin ten kawałek — jakby powiedział laik — wyparuje całkowicie.
    — Dlaczego laik? A jakbyś ty powiedział?
    — Widzisz, tak prawdę mówiąc, to on wybucha teraz. Tylko, że wybucha bardzo, bardzo powoli. Żeby nastąpił prawdziwy wybuch, fluor powinien się znaleźć w temperaturze około sześćdziesięciu stopni Fahrenheita, w hermetycznie zamkniętym pomieszczeniu o objętości co najmniej dziesięciu tysięcy stóp sześciennych. W tych warunkach pod odpowiednim ciśnieniem nastąpiłby wybuch. Ale, żeby uzyskać ciśnienie, pod którym w moim fluorze zacznie się reakcja jądrowa, ściany pomieszczenia musiałyby mieć dwie do trzech stóp grubości.
    Raisin rosyjskim zwyczajem włożył łyżkę konfitur do herbaty i przerwał mi. — To jest chimera. Niech sobie wyparuje. Spal swoje wzory i zapomnij o tym. Skoro jednak przyniosłeś ten fluor, pokaż, jak on wygląda.
    Raisin rozwinął paczuszkę i powiedział. — Wiedziałem, że to tylko żarty. W paczce był notes.
    — O rany — zawołałem — przecież te notatki powinny być w banku! To jest wzór! — A co z bombą?
    — Nie z bombą, Raisin — mówiłem ci, że fluor 80+ nie może być bombą w normalnych warunkach. Pomyliłem paczuszki! Musiałem tamtą zostawić w sklepie. — Czy to trucizna?
    — Nie, nie sądzę… Zaczekaj chwilę, chwileczkę! Pamiętam dokładnie, że wychodząc z domu włożyłem notes do prawej kieszeni płaszcza, a fluor do lewej. Najpierw poszedłem do sklepu po konfitury i żeby zmieścić słoik przełożyłem fluor do drugiej kieszeni… Nic się nie stało, prócz tego, że tego notesu nie chciałbym nosić przy sobie. Próbka tymczasem jest całkowicie bezpieczna w banku. To była zwykła pomyłka — paczuszki były bardzo podobne. Na szczęście nie ma się czym denerwować. Czy możesz mi podać konfitury?
    — A więc chcesz powiedzieć, że ten cholerny kawałek fluoru zostawiłeś w banku? — przerwał mi Raisin.
    — Fluoru 80+, Raisin. — W Banku Morskim? — Tak. Czemu pytasz?
    — Ja też tam przechowuję oszczędności. To jest najbezpieczniejszy bank w całej Francji. Jego sejfy — słuchaj teraz uważnie — są stuprocentowo zabezpieczone przed włamaniem i pożarem, idealnie hermetyczne. Bunkier do przechowywania wkładów ma czterdzieści stóp długości, trzydzieści stóp szerokości i dziesięć stóp wysokości, co daje objętość dwunastu tysięcy stóp sześciennych. Wewnątrz utrzymywana jest stała wilgotność i stała temperatura sześćdziesięciu stopni Fahrenheita. Ściany bunkra są ze stali i żelazobetonu o grubości trzech stóp. Drzwi ważą trzydzieści ton i są dopasowane jak szklany korek do butelki z lekarstwem. Czy teraz rozumiesz? — Co mam rozumieć?
    — Jeszcze pytasz? Czy nie wiesz, co zrobiłeś? Umieściłeś swój fluor 80+ w tych rzekomo niemożliwych do uzyskania warunkach. Wy, uczeni, tacy właśnie jesteście — nigdy nie przyszłoby ci do głowy, że bomba może mieć wygląd banku. Moje gratulacje! — Znam osobiście dyrektora, pana le Queux. Zaraz pójdę.do niego. — Dziś jest sobota i o tej porze bank jest już zamknięty. — Wiem, ale poproszę go, żeby przyjechał z kluczami. — Powodzenia — powiedział Raisin.
    Zatelefonowałem do pana le Queux i dowiedziałem się, że wyjechał już na weekend do Laffert, około osiemdziesięciu kilometrów w głąb lądu, gdzie miał w górach willę. Zacząłem więc szukać taksówki, ale była sobota karnawałowa i jedynie z największym brudem udało mi się złapać jedną z tych francuskich maszyn, które jeżdżą na benzynie, nafcie i węglu, i z których silników nic już prawie nie zostało, podobnie jednak jak niektóre tanie budziki, jakimś cudem jeszcze chodzą — niepunktualnie, ale za to bardzo głośno. Kierowca też budził poważne zastrzeżenia — żuł całe główki czosnku i krzyczał człowiekowi prosto w twarz, jakby stał w odległości co najmniej stu metrów.
    Po pełnej przygód i odoru czosnku podróży, w czasie której auto dwukrotnie było reperowane kawałkami drutu, dotarliśmy wreszcie do Laffert, gdzie nie bez trudności odnaleźliśmy pana le Queux.
    Pan le Queux powiedział: — Dla pana — wszystko. Ale otwierać bank? Nie mogę. — Musi pan.
    — Ależ drogi panie Peter, to nie jest sprawa przekręcenia klucza w zamku. Widzę, że pan nie czytał naszej broszury reklamowej. Drzwi do skarbca mają zamek zegarowy. Znaczy to, że z chwilą gdy drzwi zostaną zatrzaśnięte, nie można ich otworzyć aż do oznaczonej godziny. A więc punktualnie o godzinie 7.45 w poniedziałek — i ani minuty wcześniej — będę mógł otworzyć panu drzwi.
    — W takim razie musi pan posłać po ślusarza i wyłamać zamek. Pan le Queux roześmiał się. — Naszych zamków nie można otworzyć bez wyjęcia całych drzwi. — W jego głosie zabrzmiała duma.
    — W takim razie muszę pana prosić o wyjęcie drzwi.
    — Do tego trzeba by zburzyć prawie cały bank — powiedział pan le Queux. Widać było, że uważa mnie za wariata.
    — Wobec tego nie widzę innego wyjścia, jak zburzenie banku. Przypuszczam, że otrzymacie panowie za to odszkodowanie. Na razie faktem jest, że przez zwykłe roztargnienie, za które mogę winić tylko siebie samego, zamieniłem wasz skarbiec w kolosalną bombę, w porównaniu z którą rosyjskie megatonówki to mięta. Mierzyć siłę mojego fluoru 80+ megatonami, to tak, jakby pan kupował węgiel na miligramy albo wino na naparstki. — Boję się, że jeden z nas zwariował — powiedział pan le Queux.
    — Przyjmijmy bombę z Hiroszimy za megatonę. Do wyrażenia energii mojego fluoru 80+ trzeba stworzyć nowe jednostki. Więc milion megaton nazwijmy grozotoną. Milion grozoton równa się jednej kataklizmotonie. Milion kataklizmoton daje jedną brahmatonę. A po milionie brahmaton dochodzimy do jednostki, którą nazywam ultimonem, ponieważ nie mieści się już ona w pojęciach matematycznych. Za kilka godzin — a przecież tracimy czas na rozmówki — jeśli pan nie otworzy skarbca, nasz system słoneczny przeżyje wybuch o sile pół brahmatony. Pozwoli pan, że skorzystam z telefonu. Zadzwoniłem do pewnego Wydziału Bezpieczeństwa, potem powiedziałem ministrowi, którego nie wymienię z nazwiska, żeby się wziął do roboty, i na wypadek, gdyby moje nazwisko mu nie wystarczyło, powołałem się na kilku innych ekspertów nuklearnych. Dzięki temu mogłem po upływie dwudziestu minut oświadczyć panu le Queux:
    — Wszystko gotowe. Wojsko i policja są już w drodze. Jadą też moi koledzy — uczeni. Custodia Safe Company, która zbudowała wasz skarbiec, wysyła samolotem swoich najlepszych specjalistów. Pański skarbiec zostanie otworzony w ciągu najdalej kilku godzin.
    Przykro mi, jeśli sprawiłem panu kłopot, ale to jest konieczność i musi pan się z tym pogodzić.
    Pain le Queux wyjąkał: — Kłopot! — i nagle krzyknął: — Po tym wszystkim może pan przenieść swoje interesy do innego banku!
    Było mi go żal, ale nie miałem czasu na sentymenty, gdyż znalazłem się w wierze gorączkowej działalności. Do Fesses ściągnięto czterech wybitnych fizyków nuklearnych pod ochroną odpowiedniej liczby tajniaków. Z przyjemnością zobaczyłem wśród nich mojego kochanego starego przeciwnika Frankenburga, który będzie musiał przyznać, że w sprawie fluoru został całkowicie pokonany. Była też chmara policjantów w mundurach i po cywilnemu, i bóg wie po co dwóch lekarzy, z których jeden cały czas bez ładu i składu opowiadał, że fluor w stosunkowo dużych ilościach występuje w embrionie ludzkim, i jakie to zdrowe na zęby. Ekspert ze starych dobrych czasów oświadczył, że należy ewakuować miasteczko do czasu rozbrojenia bomby.
    Mer odpowiedział mu potokiem galijskiej wymowności. Ewakuacja miejscowości w czasie karnawału oznacza ruinę, raczej śmierć niż hańba, itd. Wyjaśniłem, że problem ewakuacji nie istnieje, bo jeśli fluor 80+ wybuchnie, to i tak nic nie pomoże. Szef policji spojrzał na mnie podejrzliwie i powiedział, że niebezpieczeństwo wybuchu jest tylko hipotetyczne, natomiast panika wywołana rozkazem ewakuacji, będzie rzeczywistą klęską. Wystarczy otoczyć blok domów wokół banku. Ponieważ jest to dzielnica biurowa i większość biur jest zamknięta na sobotę i niedzielę, więc sprawa jest do załatwienia.
    Powiedziawszy swoje, szef policji z miną dawnego wojaka nabijającego swój muszkiet ostatnim nabojem nabił fajkę i skierował ją w moją stronę. Dawał w ten sposób do zrozumienia, że uważa to wszystko za trik, mający na celu dostanie się do skarbca. — Ale przecież samochód pancerny zabrał pieniądze i w skarbcu nie ma prawie nic z gotówki — powiedział pan le Queux. Szef policji nie dawał jednak za wygraną. Patrząc, jak ubija tytoń w fajce, przypomniałem sobie myśliwskie porzekadło dziadka: „Ubij proch ciasno, zostaw ołów luźno”. W tym samym czasie Frankenburg i pozostali uczeni ślęczeli nad moimi notatkami, które musiałem im przekazać.
    Frankenburg warczał: — Muszę to sprawdzić. Potrzebuję maszyny matematycznej i pięciu dni czasu.
    Mały doktor Imhof przerwał mu. — Musimy przyjąć założenie, że to, co czytamy, jest prawdą. Choćby jako hipotezę roboczą.
    — Hipotezę roboczą — mruknął Frankenburg. — I co z tego?
    — To, że spadek ciśnienia wystarczy, aby tak zwany fluor 80+ Perfrementa przestał być niebezpieczny. W takim razie wystarczy wywiercić jeden otwór w skarbcu. Mając ten otwór możemy resztę odłożyć do poniedziałku.
    — Słusznie — powiedziałem. — Bardzo rozsądny wniosek. Technicy z Custodia Company, których ściągnięto specjalnym samolotem, zaczęli rozpakowywać swoje skomplikowane urządzenia. Pośród butli, palników i innego sprzętu Zauważyłem też maski przeciwgazowe. — Po co to? — spytałem pana le Queux.
    Frankenburg, nie chcąc się przyznać do porażki, narzekał: — Dobrze, dobrze, wywiercić otwór i zostawić rzecz do poniedziałku. Tylko, że jeśli dobrze zrozumiałem, fluor 80 + do poniedziałku przestanie istnieć.
    Niejaki doktor Chiappe stwierdził ponuro: — Metafizyka. Jeśli go zostawimy — przestanie istnieć, jeśli go nie zostawimy — też przestanie istnieć. Tylko, że o ile ja dobrze zrozumiałem, to zostawiając fluor 80 +, przestaniemy istnieć razem z nim. Lepiej wierćmy dziury.
    — Pytałem pana, panie le Queux, po co te maski przeciwgazowe? — powtórzyłem.
    — Kiedy drzwi są w jakikolwiek sposób naruszone, automatycznie uruchamia się system alarmowy. Nie pomijamy żadnych, absolutnie żadnych środków ostrożności. Na pierwszy sygnał alarmu wbudowane w ściany skarbca zbiorniki wypuszczają gaz łzawiący.
    — Powiedział pan, gaz łzawiący?
    — Tak. Bardzo skoncentrowany.
    — W takim razie natychmiast odejdźcie od drzwi — krzyknąłem i zwróciłem się do
    Frankenburga. — Wiem, że każde moje słowo doprowadza cię do szału, ale wiem też, że jesteś uczciwym człowiekiem. Przyjmując, że moje notatki mówią prawdę — a przysięgam, że tak jest — zobaczycie, że mój fluor 80+ wykazuje zdolność łączenia się z jednym związkiem chemicznym. Tylko z jednym. Z C3H7CIO. I to jest właśnie ten cholerny gaz łzawiący.
    Frankenburg skinął głową. Chiappe mruknął: — Nie kijem go, to pałką.
    A stary Raisin powiedział: — Zdaje mi się, że osiągnęliśmy to, co w dramacie nazywają impasem. Poprawcie mnie, jeśli się mylę.
    Tylko mały Imhof spytał przytomnie: — Czy jest tutaj w ogóle jakieś miejsce nie bronione systemem alarmowym?
    Le Queux odpowiedział: — Technicznie rzecz biorąc jest jedna ściana, do której można dostać się od zewnątrz — jeśli to tak można nazwać. Tył naszego skarbca przylega do skarbca jubilera Monnickendama, naszego sąsiada. Jego skarbiec też ma ściany o grubości dwóch stóp, tak więc…
    — Aha! — powiedział szef policji.
    — Dajcie tu Monnickendama — zarządził minister bezpieczeństwa, i słynny jubiler został błyskawicznie dostarczony na miejsce.
    Powiedział on: — Z przyjemnością otworzyłbym mój skarbiec, ale mam wspólnika, pana Warmerdamia. Nasz skarbiec ma dwa zamki, które trzeba otwierać jednocześnie. Zamki te są tak umieszczone, że jeden człowiek nie może ich otworzyć. Ja znam kombinację jednego zamka, a Warmerdam — drugiego. Dlatego musimy być obaj przy otwarciu skarbca. — W ten sposób ludzie się bogacą — mruknął Raisin.
    — W ten sposób ludzie pozostają bogatymi — poprawił go Monnickendam. — Gdzie jest ten Warmerdam? — W Londynie.
    Zatelefonowano do Londynu i agenci Secret Service wyciągnęli wyrywającego się Warmerdama z restauracji, zawieźli na lotnisko i wystrzelili odrzutowcem do Sables des Fesses z taką szybkością, że przybył na wpół przytomny, z serwetką zawiązaną pod brodę. Teraz z wyrazu twarzy szefa policji można było odczytać, że całą sprawę uważa za ostatecznie wyjaśnioną. Uznał mnie za genialnego przestępcę, za Moriarty’ego, którego głównym celem był przez cały czas skarbiec jubilera. Wzmocnił kordon policji i dopiero wtedy Monnickendam i Warmerdam otworzyli skarbiec.
    Ludzie z firmy Custodia przystąpili do pracy — ale przedtem dwaj jubilerzy zażądali od prezesa banku pisemnego i notarialnie poświadczonego zobowiązania do pokrycia strat — podpisu ministra nie chcieli uznać. Wreszcie, po przebiciu ściany ich skarbca, zaczęliśmy się wgryzać w tylną ścianę banku.
    — Czas ucieka — przynaglałem.
    Raisin doprowadzał wszystkich do szału, powtarzając: — Wyobraźnia, przyjaciele, wyłącznie wyobraźnia sprawia, że się pocimy ze strachu. Jak się dobrze zastanowić, to megatona, grozotona czy ultimon nie mogą nam tutaj zrobić większej krzywdy niż, powiedzmy, kilogram dynamitu.
    Szef policji wtrącił: — Coś mi się wydaje, że pan jest znawcą materiałów wybuchowych. — No pewnie! — powiedział Raisin —. Wysadzałem w powietrze hitlerowców, w czasie gdy pan, drogi przyjacielu, wymachiwał pałką na służbie Deuxime Bureau.
    Będę się streszczał. O piątej rano przebiliśmy się. — W porządku — powiedziałem. — Możecie odpocząć. Fluor 80+ nie może teraz wybuchnąć. — I kiedy zaproponowałem, żebyśmy napili się gorącej herbaty, pan le Queux próbował mnie udusić.
    Pracowano jednak dalej, aż otwór powiększył się do dwóch stóp średnicy. Wówczas najszczuplejszy z robotników wziął klucz od mojej skrytki i wcisnął się do skarbca. Wrócił po chwili z małą, zawiniętą w papier paczuszką.
    Pokazałem Frankenburgowi, jak bardzo zmniejszyła się jej objętość. — Do licha, niedużo brakowało — powiedziałem.
    Ogólnie rzecz biorąc, sądzę, że wyszło mi na dobre to, że wysłano mnie do Anglii i że trzymają mnie pod strażą. Gdybym miał dobrze w głowie, to w ogóle nie pisnąłbym słowa o tym fluorze 80 +. A tak, zrobiłem z siebie więźnia. Uważają mnie za maniakalnego gadułę. Jak gdyby fluor 80+ był tematem do pogaduszek. Przecież każdy może sam sprawdzić, że mówię prawdę. Trzeba wziąć 500 gramów fluorowodoru…
    Oho, zdaje się, że nadchodzą moi dwaj przyjaciele. Będę musiał pana pożegnać… Do widzenia panu.
    Dobry wieczór panom!
    Przelożył Lech Jęczmyk

Dymitr Bilenkin
Dzień, w którym zjawiła się żyrafa

    Drzwiczki opadły w dół i różowe oczko pieca oporowego spojrzało na laboratorium. Cząsteczki kurzu wpadały do środka, osiadały na rozżarzonych ściankach i krzesały z nich iskry.
    Walentyn chwycił szczypcami porcelanowy tygielek, ostrożnie wsunął go do piecyka i umieścił w podstawce. Śnieżna biel kłaczków wypełniających naczyńko wydawała się czymś nienaturalnym pośród jaskrawego blasku rozgrzanego wnętrza komory. — Ciągle się bawisz w kucharza?
    Wala się odwrócił. Sergiusz, zadbany i elegancki w swoich doskonale wyczyszczonych bucikach i nienagannie zawiązanym krawacie, stał za jego plecami i lekko kołysał się na palcach. Wala mimo woli rzucił okiem na swój fartuch — poprzepalany, z oderwanym guzikiem, sterany w bojach laboratoryjny kitel młodego chemika. I zapragnął, aby Sergiusz jak najprędzej się wyniósł. O ile to możliwe, zanim przyjdzie Swietka.
    Mruknął coś pod nosem. — Potężna aparatura — tym samym ironicznym tonem powiedział Sergiusz gładząc bok piecyka. — Nowoczesna konstrukcja z metalu, szamotowych cegieł i pogrzebacza.
    Wala pośpiesznie szczęknął drzwiczkami. Różowe oczko zgasło. — Właśnie otrzymaliśmy nowy związek, jeśli cię to interesuje. — Taak?
    Wala zbyt późno się zorientował, że nie warto było o tym wspominać. Sergiusz wyprowadzał go z równowagi swoim stylem bycia, niedbałą pewnością siebie, która w połączeniu z czarującym uśmiechem tworzyła całość tak nieodpartą, że każda próba przywołania złośliwca do porządku wyglądała śmiesznie i nie na miejscu. Wala zdawał sobie z tego sprawę i małodusznie pasował przed tym naporem ironii i samozachwytu od czasu, kiedy Sergiusz przyłapał go na korytarzu i czule zaśpiewał do ucha: „Chemicy to zera, fizycy — pantery”, a w odpowiedzi na wściekłą replikę Wali uniósł tylko w zdumieniu brwi, jakby mówiąc: „Biedaczysko nie zna się na żartach…!” Wszyscy świadkowie tego zajścia ryknęli ze śmiechu. Tak, to prawda, że nigdy nie dowiedzie swojej racji ten, kto traci panowanie nad sobą. — Geniusz! Boyle-Mariott!
    Sergiusz chwycił Walę za rękę i wylewnie ją uścisnął. Potem poprawił strzałkę krawata i zmrużonymi oczami rozejrzał się po laboratorium. Co prawda, to prawda. Widok nie był imponujący. Pociemniałe szkło wężownic, kiszki gumowych rurek, mętna ciecz bulgocąca pod wyciągiem, a na sto łach chaos i nie wytarte kałuże rozlanych odczynników. „No, Swietłanko — obiecał w duchu Wala — dostanie ci się za te brudy!”
    — To znaczy, nową substancję stworzyliście — powiedział nieśmiało Sergiusz. — Wy, chemicy, jesteście płodni jak króliki. Ludzie mówią, że jeśli teraz dyplomant nie przedstawi komisji egzaminacyjnej jakiegoś nowego związku, to nie traktują go jak człowieka. Prawda to czy głupia gadanina? — Głupia gadanina.
    — Tak też przypuszczałem. A jakież to wybitne wartości niesie wasze odkrycie?
    — To nie jest odkrycie…
    — Nie udawaj skromnisia. Znam takie ciche wody. Siedzi sobie taki, smaży coś cuchnącego, a potem trzask, prask, sensacja w gazetach! „Młody, utalentowany uczony Walentyn Moroz otrzymał nowy preparat, którego maleńka drobinka wystarcza do wytrucia wszystkich pluskiew w promieniu stu kilometrów!”
    Wala aż się skręcił. — Mógłby kto pomyśleć, że ty sam dokonałeś jakiegoś epokowego wynalazku…
    Sergiusz przestał się uśmiechać. Eleganckim ruchem strącił ze stołu strzępy mokrej bibuły filtracyjnej, odsunął palnik gazowy i usiadł założywszy nogę na nogę. — Nie, mój stary, niczego na razie nie dokonałem. Ni-cze-go! — Miło słyszeć samokrytykę…
    — Ech Wala, Wala, ja to mówię poważnie… Nie znudziło ci się jeszcze takie życie? Grzebiesz się w tym wszystkim niczym kret… A pewnie i ty kiedyś chciałeś być orłem. To zupełnie tak samo, jak bajeczny Głupi Jasio, który leżał sobie na piecu — może być elektryczny — i nagle ujrzał cudo cudowne, dziwo przedziwne… — Co chcesz przez to powiedzieć?
    — Nic szczególnego. Po prostu dławi mnie szara rzeczywistość, więc chciałem przed kimś duszę otworzyć… — No i jak, pomogło?
    — Czy przed tobą można się użalić? Ty jesteś pracowita pszczółka. Zagrzebałeś się w mokrej bibule i bzykasz. A gdy ktoś zechce cię spod tej bibuły wyciągnąć, od razu użądlisz. Wiesz, kto ty jesteś? Sztywniak! Typowy sztywniak! — Daj ty mi święty spokój!..
    — Proszę, obraziłeś się! Charakterystyczny objaw wapniactwa. Ty już się nie spodziewasz cudu cudownego, dziwa przedziwnego, prawda?…
    Wala nie od razu znalazł odpowiedź. Powiedzieć coś serio — wyśmieje. Odwzajemnić się takimi samymi bredniami — będzie jeszcze gorzej: uda taką powagę i rzeczowość, że człowiek sam sobie wyda się kompletnym zerem.
    — Wiesz co, Sergiusz? Najwidoczniej nie masz nic do roboty.
    – Święta prawda! Właśnie urządzamy się w nowym lokalu. Bezpośrednio nad tobą. Szare komórki mają przestój i dlatego cisną się do nich rozmaite czarne myśli. Takie na przykład: Tyrasz chłopie w swoim chemicznym pipidówki, ślęczysz nad probówkami, coś tam otrzymujesz, o czym biuletyn zamieści kilkuwierszową wzmiankę i o czym wszyscy niebawem zapomną. A gdzieś w innych laboratoriach siedzą inne chłopaki i ślęczą nad tym samym. Tak jest? Tak! I wszyscy widzą to samo. Aż wreszcie prędzej czy później któryś z was dokona Odkrycia. Takiego przez duże „O”. Jeden! A pozostali będą płakać i jęczeć: „Ach, my biedni, przecież obserwowaliśmy to samo, jak to się stało?…” Ogarniasz? — Lepiej byś się o siebie zatroszczył.
    — Nie wierzysz? Nie masz racji. Przyjdzie taka minuta, przyjdzie z pewnością, kiedy objawi ci się cudo cudowne, dziwo przedziwne. A ty, jako że jesteś wapniak, albo przejdziesz obok niego nic nie widząc, albo nie uwierzysz własnym oczom. Jak ten facet, który zobaczywszy w ZOO żyrafę powiedział: „Takie zwierzę nie może istnieć!”
    — A ciebie to nie dotyczy? No, oczywiście, że nie! Ty jesteś geniuszem. Wszyscy fizycy byli geniuszami jeszcze w kolebce.
    — A więc zgadzasz się ze mną?
    — Z czym do diabła mam się zgadzać?!
    — Mój ty Boże! Tłumaczysz jak człowiekowi, tłumaczysz… No więc jeszcze raz od początku.
    Zsyntetyzowałeś nowy związek. Spodziewasz się po nim czegoś zupełnie niezwykłego?
    — Doskonale wiem, że jesteś chemicznym analfabetą. Nie musisz mnie o tym przekonywać.
    Wiedz jednak, że znamy z grubsza właściwości nowej substancji, zanim jeszcze przystąpimy do jej syntezy. Jasne?
    — Nie jestem taki tępy!… — westchnął Sergiusz. — Oczywiście miałeś piątkę z filozofii?
    — Miałem…
    — Od razu widać.
    Wala nawet przed samym sobą nie chciał się w pełni przyznać, co go w tej rozmowie najbardziej drażniło. Trudno ukryć! Tak samo jak wielu innych wątpił w swoje siły. To przecież takie powszednie, naturalne i zrozumiałe! Ale po cóż wywlekać to na światło dzienne. I to w dodatku w taki sposób. Gdyby choć Sergiusz sam coś przyzwoitego zrobił…
    Wala poczuł, że niedługo wybuchnie. — Ty oczywiście nie stracisz głowy na widok żyrafy. No tak, oczywiście, że nie. Wy, fizycy, wszyscy jesteście teoretykami. Przepowiadacie jej pojawienie się na wiele lat naprzód. A potem dziwicie się, że wygląda inaczej niż powinna.
    — Trafiłeś w samo sedno, Wala. Wielki umysł! O to właśnie chodzi, że żyrafa może się okazać zupełnie inna. A propos, gdzie się podziała Swietka? — Coś od niej chciałeś?
    Wala powiedział to i pomyślał z mściwą radością — „Tak się kończą wszystkie twoje intelektualne rozmówki!” — Tego samego, co i ty — odpowiedział Sergiusz.
    Wala pochylił się do przodu. „Zaraz stąd wylecisz… Bikiniarz, paw, ordynus… Widzicie go, nie lubi sztywniaków!”
    Trzasnęły drzwi i do laboratorium wpadła Swietka podśpiewując i postukując obcasikami. Sergiusz zeskoczył ze stołu jak zdmuchnięty. Podszedł do dziewczyny, objął lekko za ramiona i zaczął coś szeptać do ucha. Swietka pokornie zastygła z opuszczoną głową, tylko jej ręce przebierały fałdy sukienki.
    – Święta! — wrzasnął Wala. — Dlaczego nie posprzątałaś ze stołów? Czemu nie wytarłaś rozlanych odczynników?! Tu, tu i tu?!
    Pokazywał palcem, wrzeszczał i sam brzydził się swojego krzyku, ale nie potrafił się już zatrzymać.
    Swietka wyswobodziła się z objęć Sergiusza, skinęła mu głową i dopiero potem spojrzała na Walę.
    — Czemu na mnie krzyczysz? Wiesz przecież, że Michał Gierasimowicz wysłał mnie na miasto…
    — Swietka, przejdź lepiej do nas — powiedział Sergiusz. — Nie jesteśmy takimi drewnianymi piłami.
    Wala ruszył w jego stronę, ale Sergiusz jak gdyby nigdy nic zapytał zaaferowanym głosem: — Słuchajcie, która godzina?
    — Nie wzięłam ze sobą zegarka — powiedziała Swietka. Sergiusz chwycił Walę za rękę, bezceremonialnie odwinął rękaw kitla i popatrzył na tarczę zegarka. — Antymagnetyczny, wodoszczelny, przeciwwstrząsowy… Bombowy czasomierz. No, a mój staje od jednego kichnięcia… Cześć, zasiedziałem się u was. Na razie…
    I zniknął. Swietka wzięła ścierkę i wytarła stoły. Robiła to szybko, zgrabnie, jakby mimochodem. Wala się odwrócił. — Sergiusz to wietrznik, ale wesoły — powiedziała Świetlana.
    Wala poczuł się jeszcze podlej od tego pocieszenia. Wsadził głowę pod wyciąg i zaczął bezsensownie przestawiać kolby, żeby Swietka nie zobaczyła wyrazu jego twarzy.
    Ale kiedy się odwrócił, Swietki już nie było. Blade jesienne słońce przedarło się przez chmury i niechętnie oświetliło laboratorium. Mętne iskierki przebiegły po szkle wężownicy rzucając mdły odblask na ściany.
    Próbka musiała się żarzyć jeszcze dziesięć minut, więc na razie nie było nic do roboty. W laboratorium, było cicho jak w zaklętym królestwie. Wala poczuł się dziwnie samotny i zagubiony. Zobaczył siebie jakby z boku — smutnego i nieefektownego i wydało mu się, że tak będzie zawsze — monotonne, powolne życie wśród kolb i probówek. I że tak samo równomiernie, bez wstrząsów, wzlotów i upadków będzie się starzał, nabierał doświadczenia, obrastał pracami naukowymi, stopniami i zaszczytami. I że ta jego działalność, choć oczywiście ważna i potrzebna, niekoniecznie musi mu przynieść zadowolenie. Nie wiadomo skąd i dlaczego przyszła do niego ta pewność, ale przyszła, i nie sposób się było od niej uwolnić.
    Nagle coś się stało. Pojawił się jakiś obcy dźwięk. Wala się odwrócił.
    Masywne cielsko pieca leciutko kołysało się na swojej podstawie. Wala przetarł oczy. Piec uniósł się i zawisł w powietrzu.
    Wala uchwycił się krawędzi stołu. Obserwował z bolesnym zdumieniem, jak piec wolno popłynął do góry, jak wtyczka wysunęła się z kontaktu, jak sznur na podobieństwo wahadła zakołysał się w powietrzu. Piec dotknął sufitu i znieruchomiał.
    Przeraził się. Pod sufitem, na wysokości czterech metrów wisiało dobre sto pięćdziesiąt kilogramów nie opierając się na niczym oprócz powietrza!
    Nie wiadomo, po co przesunął stół, potem zaczął szperać po kieszeniach, póki coś tam nie trzasnęło. Przez kilka sekund ze zdziwieniem oglądał odłamki szklanej końcówki płuczki. Co ta końcówka robiła w kieszeni?
    I dopiero wtedy zrozumiał całe nieprawdopodobieństwo sytuacji.
    Rzucił się do drzwi, potem w kierunku miejsca, gdzie dopiero co stał piec, jakby chciał się przekonać, że go tam rzeczywiście już nie ma, potem znów do drzwi. I wpadł prosto na Swietkę, która właśnie wchodziła do laboratorium. — Znowu krzyczysz? — spytała dziewczyna. — Ja?… Krzyczę?… — Jeszcze Jak! Co się z tobą dzieje?!
    Wala chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą wydając nieartykułowane pomruki. Święta broniła się przerażona.
    Potem wykrzyknęła i przysiadła. Ona również to zobaczyła. O dziwo, właśnie jej przestrach przywrócił Wali przytomność. — Nie bój się… Daj spokój… To drobiazg… — Boję się… — Nie trzeba, Święta… nie ma czego… Biegnij po Michała Gierasimowicza! Tylko cicho.
    Dlaczego po profesora należy biec cicho, sam Wala nie miał najmniejszego pojęcia. Święta jeszcze raz pisnęła i pobiegła, kuląc się jak pod ostrzałem.
    Piec nieruchomo wisiał pod sufitem jak przyklejony. Za oknami po dawnemu świeciło zamglone słońce, przez co nieprawdopodobne wydarzenie wydawało ‘się jeszcze bardziej nieprawdopodobne. „Takie rzeczy nie mogą się zdarzyć, nie mogą” — szeptał do siebie Wala jak zaklęcie, mając wciąż nadzieję, że to wszystko mu się przywidziało i że za chwilę wszystko wróci na swoje miejsce, jak to bywa we śnie.
    Ale wszystko i tak było na swoich miejscach. Wszystko… Oprócz elektrycznego pieca i jego rozpędzonych myśli.
    Wszedł Michał Gierasimowicz wyjmując w biegu okulary z górnej kieszeni marynarki, jak to zawsze robił w chwilach zdenerwowania. Wyglądał jak nauczyciel, który wchodzi do klasy wiedząc z góry, że czeka go jakiś nowy psikus. Zza jego ramienia wyglądała Swietka. — Tak — powiedział profesor. — Co się tu u was wydarzyło, Walentynie Zacharowiczu? Wala bez słowa pokazał na sufit. — Coo? Kto panu pozwolił… I zamilkł. — On sam… — pisnęła Swieta.
    Okulary w rękach profesora podskoczyły jak żywe. Doskonale odprasowany garnitur jakoś od razu obwisł, jakby z Michała Gierasimowicza wypuszczono powietrze. — Proszę mi wyjaśnić, jak to się stało… — wyszeptał prawie błagalnym tonem. — On sam… Włożyłem do środka tygielek z naszym NK i nic więcej… No i… uniósł się… — Dokładny czas początku zjawiska? Szybkość wznoszenia? Czas wznoszenia? — Nie wiem… Straciłem głowę…
    Michał Gierasimowicz popatrzył na Walę, jakby go widział po raz pierwszy w życiu. — Niech pan postawi krzesło na stole! — zakomenderował. — A, już stoi… — Trzeba opuścić piec na dół. Nie, nie gołymi rękami! Niech pan poszuka dynamometru, zaczepi… Czy pan nie wie, co to jest dynamometr?… Nie, już za późno…
    Głos profesora znów opadł do szeptu, gdyż piec ni z tego, ni z owego oderwał się od sufitu i zaczął płynnie opuszczać się w dół. — Stoper!!! — ryknął profesor.
    Wala usłuchał jak automat. Wskazówka sekundnika gorączkowo przeskakiwała podziałki, ale Wala nie mógł sobie w żaden sposób przypomnieć, ile wskazywała na początku. — Łap go!… Niech to diabli!…
    Piec wisiał już nad samą podstawą. Wala chwycił go za krawędź i ustawił na dawnym miejscu. Wówczas usłyszał przerywany oddech i nie od razu się domyślił, że to jest oddech profesora.
    — Co to było, Michale Gierasimowiczu? — zaszczebiotała Swietka. — To? No, oczywiście… Z jednej strony… Spokojnie, koledzy, nikomu na razie…
    I jakby szukając poparcia obrócił się ku Wali. — Mogą wyśmiać… Albo nie? Jak pan myśli?… Ale Wala nie potrafił myśleć o czymkolwiek. — Tak więc… — profesor niepewnym ruchem chwycił zasuwkę drzwiczek piecyka. — Twierdzi pan, że tam… niczego niezwykłego nie ma?… — Tylko NK… Ten nowy związek…
    — Aha! Ale to przecież niemożliwe! Ogólnie rzecz biorąc antygrawitacja… Brednie!… A jednak trzeba popatrzeć… Tak. Gdzie się podziały mój e okulary?
    Drzwiczki piecyka opadły w dół. Tym razem na laboratorium spojrzało czarne oczko. Ścianki zdążyły ostygnąć i cząsteczki kurzu już się na nich nie iskrzyły. — Co mi pan tu głowę zawraca?! Tu nie ma żadnego tygla! Twarz profesora spurpurowiała ze złości. Wala z bijącym sercem również zajrzał do wnętrza komory Tygla w uchwycie nie było.
    — Jest — głucho powiedział Wala.
    Naczyńko wisiało pod sklepieniem pieca. Przykleiło się do niego zupełnie tak samo, jak poprzednio piec przykleił się do sufitu laboratorium.
    Profesor popatrzył na Święte i Walę, jakby zwątpił również i w ich realność. — A-a… jak zachowywał się NK przy poprzednich wydarzeniach? — zdecydował się w końcu zapytać.
    — Zwyczajnie… A jak się miał zachowywać?
    — Sam wiem, że nie mógł się inaczej zachowywać! No dobrze… Zobaczymy… Proszę wydobyć tygielek. Tylko ostrożnie, ostrożnie…
    Wala uchwycił naczyńko szczypcami i łatwo oderwał je od sklepienia, ze zdumieniem czując jego całkowitą nieważkość. Ręka mu drgnęła. Platynowe końcówki szczypiec ześliznęły się i… — Ach!
    Tygielek nie upadł, lecz płynnie, jakby w zadumie zawisł w powietrzu, a potem zaczął się powoli wznosić. — Trzymaj! — krzyknął profesor.
    Wala złapał tygielek, sparzył się o jego jeszcze gorącą powierzchnię, ale prawie nie poczuł bólu. — Szczypcami trzeba! Kto pana uczył?!
    Profesor zręcznie przechwycił tygielek szczypcami. Na jego dnie nie było już białych kłaczków, które spiekły się w niepozorną brunatną masę. — Najzwyklejszy w świecie NK… — speszył się profesor. — Tak — powiedział Wala.
    — Potworne… No, zobaczymy… — Z powrotem wsunął tygielek do pieca i osłabił uchwyt szczypiec. Tym razem naczyńko mię uniosło się pod sklepienie, tylko po prostu zawisło w powietrzu.
    — Jak balonik… — powiedziała Swietka.
    — Proszę sfotografować zjawisko — profesor odzyskiwał równowagę ducha. — A ja tymczasem pójdę po Iwana Władysławowicza i Arkadiusza Stiepanowicza. I niech pan nie pozwoli piecykowi ostygnąć!
    Szybko poszedł w kierunku drzwi, niezręcznie zaczepiając o krawędzie stołów. — Diabli nadali!… — mamrotał pod nosem i nie wiadomo, czy odnosiło się to do przeklętego NK, czy też do mebli przewrotnie wchodzących w drogę.
    Trzasnęły drzwi.
    Wala usiadł. Był nieprawdopodobnie zmęczony. Sparzone palce coraz silniej bolały. I nic z tego wszystkiego nie różu — miał. Absolutnie nic! W głowie miał kłębek waty. „Żeby przynajmniej Michał Gierasimowicz jak najszybciej wrócił…” — pomyślał smętnie. Miał nadzieję, że gdy tylko profesor przyprowadzi Iwana Władysławowicza i Arkadiusza Stiepanowicza, wszystko stanie się proste i jasne.
    Piec obojętnie patrzył na niego swoim czarnym oczkiem. Wala przypomniał sobie polecenie profesora, zmusił się do wstania, zasunął drzwiczki i włączył ogrzewanie.
    I natychmiast o mało nie zemdlał z przerażenia. „A co, jeśli tego nie wolno robić? Wyłączyć? Może to jeszcze gorzej? Zepsuję wszystko!…” — pomyślał w panice.
    Ale w laboratorium, co tam laboratorium! Na całym świecie nie było nikogo, kto by rozproszył jego obawy lub chociażby pocieszył. W ostatecznej rozpaczy gotów był już prosić o radę Swietkę, której twarzyczka nie wyrażała niczego poza ciekawością. Żeby tylko ktoś wziął na siebie cząstkę odpowiedzialności…
    I właśnie wtedy usłyszał znajomy głos dochodzący z korytarza. Wala się poderwał. „Sieriożka! Jak to dobrze, że on jest fizykiem…”
    — Sieriożka! — zawołał. — Sieriożka! Sergiusz wpadł natychmiast, jakby tylko czekał na zaproszenie.
    — No i co powiecie, alchemicy? — jego głos skrzył się filuternością. — Twarzyczki jakieś smętnawe. Piecyk fruwał, co? To drobiazg. W pewnej redakcji widziałem artykuł — oczywiście go nie wydrukowali — opisujący fakt wzlotu trumny w grobowcu rodzinnym autora…
    — Więc ci już opowiedziano…
    — Hm! Nie, braciszku, nikt mi niczego nie opowiadał. Nie wytrzeszczaj tak oczu, bo ci wyskoczą… Czyżbyście się niczego nie domyślili?… No wiecie… Cha, cha, cha…
    Roześmiał się głośno i im bardziej zdumionym wzrokiem patrzyli na niego Wala i Swietka, tym lepiej się bawił. W zachwycie klepał się po udach, pokazywał na nich palcem, zataczał się i śmiał, śmiał się szczerze i do łez.
    — Ale przecież… Ten piecyk… — śmiech przeszkadzał mu mówić. — Przecież to ja go uniosłem! Ze swego laboratorium! Elektromagnesem… Cha, cha… Myślicie, że bez powodu zaczynałem tamtą rozmowę?…
    Odpowiedzią było milczenie, takie wyraziste milczenie, że Sergiusz natychmiast przestał się śmiać.
    — Czyżbym rozbił wam jakąś butelkę?… Zechciejcie mi wybaczyć! Błąd w sztuce… Naprawdę nie chciałem, sprawdziłem nawet zegarek, aby go nie uszkodzić… Ale pięknie wyglądała ta „żyrafa”, co?! Przyznajcie się! Co tak na mnie patrzycie?!
    Sergiusz coraz bardziej się peszył. Nie rozumiał, co się dzieje. Jego słowa nie znajdowały oddźwięku u tych dwojga, a właściwie znajdowały, ale nie taki, jakiego oczekiwał. Przyglądali mu się z bliska, uważnie, z dziwnym wyrazem w oczach.
    Potem Wala kiwnął na niego palcem. — Podejdź. Bliżej, bliżej!…
    Sergiusz zmieszał się. Pokornie, jak zahipnotyzowany ich wzrokiem, posunął się do przodu. Ostatni krok wyrażał całkowitą rozterkę. — No, co wy… No, zażartowałem…
    — Chwyć z łaski swojej za tę rączkę — powiedział czule Wala. „Nie bój się, nie bój… Teraz zajrzyj do piecyka.
    I Wala zobaczył, jak Sergiusz odskoczył od czarnego oka pieca oporowego: w jego głębi wciąż jeszcze unosił się porcelanowy tygielek.
    Przełożył Tadeusz Gosk

R.A. Lafferty
Siedem dni strachu

    — Czy chcesz, żeby coś znikło? — zwrócił się do matki Clarence Willoughby.
    — Zlew pełen brudnych naczyń — to jedyne, co mi przychodzi na myśl. Jak chcesz to zrobić?
    — Właśnie zbudowałem znikacz. Wycina się denko z puszki po piwie, potem bierze się dwa kawałki czerwonego kartonu z dziurkami pośrodku i dopasowuje się na miejsce denka i przykrywki. Trzeba popatrzeć przez obie dziurki i mrugać — wtedy to, na co się patrzy, znika.
    — Aha.
    — Tylko nie wiem, czy potrafię zrobić tak, żeby te rzeczy wróciły. Lepiej spróbujmy na czymś innym. Talerze trzeba kupować.
    Nie po raz pierwszy pani Myra Willoughby musiała podziwiać rozsądek swojego dziewięcioletniego syna. Ona nie pomyślałaby o tym.
    — Możesz spróbować na kocie pani Manners. Jego zniknięcie nie zmartwi nikogo poza panią Manners. — Dobra.
    Chłopiec przyłożył aparacik do oka i mrugnął. Kot znikł z chodnika.
    Bani Willoughby zainteresowała się. — Ciekawe, jak to działa. Czy wiesz, na czym to polega?
    — Oczywiście. Bierze się puszkę po piwie z wyciętym denkiem i wierzchem i wkłada się tam dwa kawałki kartonu. Potem trzeba mrugnąć. — Dobrze już, dobrze. Idź się tym bawić na dwór. Lepiej, żeby w domu nic nie znikało.
    Jednak, kiedy chłopiec wybiegł, matka była nieco wytrącona z równowagi.
    Czasami zastanawiam się, czy to nie jest nad wiek rozwinięte dziecko. Przecież wielu dorosłych nie potrafiłoby zrobić znikacza. Ciekawe, czy Blanche Manners będzie bardzo żałować tego kota?’’
    Clarence poszedł do baru na rogu. — Czy chce pan, żeby coś znikło, panie Nokomis? — Mój brzuch.
    — Jeśli zrobię tak, że on zniknie, to będzie pan miał w sobie dziurę i wykrwawi się pan na śmierć. — Rzeczywiście. To spróbuj z tym hydrantem na ulicy.
    Pod pewnym względem było to jedno z przyjemniejszych popołudni w naszej dzielnicy. Ze wszystkich sąsiednich ulic zbiegły się dzieci, żeby bawić się na zalanych wodą jezdniach i w rynsztokach. I jeśli nawet któreś utopiło się a wcale nie twierdzimy, że tak było) w tej powodzi (a była to prawdziwa powódź!), to z takimi wypadkami zawsze trzeba się liczyć. Samochody straży pożarnej (kto słyszał, żeby wzywać straż pożarną do powodzi?) nurzały się w wodzie. Policjanci i ludzie z Pogotowia Ratunkowego snuli się przemoczeni i zbici z tropu. — Ożywiacz, ożywiacz, komu ożywiacz? — nuciła Clarissa Willoughby.
    — Zamknij się — powiedział facet z Pogotowia. Nokomis, właściciel baru, odwołał Clarence’a na stronę.
    — Myślę, że ona razie nikomu nie powiem, co się stało z tym hydrantem. — Jak pan nie powie, to ja też nie powiem — zgodził się Clarence.
    Komisarz Comstock coś przeczuwał. — Jest tylko siedem możliwych wyjaśnień: zrobiło to jedno z siedmiorga dzieci państwa Willoughby. Ale jak? Żeby to zrobić, trzeba by mieć buldożer, a i wtedy zostałyby jakieś szczątki. Nie wiem, jak to zrobiły, ale czuję, że to któreś z nich.
    Komisarz Comstock miał dar trafiania na ślad prawdy w zagmatwanych sprawach. — Clarissa! — zagrzmiał komisarz.
    — Odżywiacz, komu odżywiacz? — nuciła Clarissa. — Czy wiesz, co się stało z hydrantem?
    — Mam pewne niejasne podejrzenia. Na razie nic więcej. Jak się czegoś dowiem, dam panu znać.
    Clarissa miała osiem lat i skłonność do niejasnych podejrzeń. — Clementine, Harold, Corinne, Jimmy, Cyril — wypytywał komisarz pięcioro młodszych. — Czy nie wiecie, co się stało z hydrantem?
    — Wczoraj kręcił się tu jakiś facet. To na pewno on ukradł — powiedziała Clementine. — W ogóle nie pamiętam, żeby tu był jakiś hydrant. Myślę, że robicie dużo hałasu o nic — powiedział Harold.
    — Rada Miejska dowie się o wszystkim — powiedziała Corinne. — Pewnie, że wiem — powiedział Jimmy — ale nie powiem.
    — Cyril! — krzyknął komisarz Comstock okropnym głosem. Nie przerażającym, ale właśnie okropnym. Bo komisarz czuł się okropnie.
    — Na litość boską — powiedział Cyril — przecież ja mam trzy lata. Nie rozumiem, jak można mieć do mnie o coś pretensję. — Clarence — powiedział komisarz.
    Clarence głośno przełknął ślinę. — Czy wiesz, gdzie się podział hydrant?
    Clarence odetchnął. — Nie, proszę pana. Nie wiem, gdzie się podział. Przyjechało kilku mądrali z wodociągów, zamknęli dopływ wody w całej dzielnicy i założyli jakąś plombę na miejsce hydrantu. — Nie wiem, co napisać w raporcie — powiedział jeden z nich.
    Komisarz Comstock odszedł zniechęcony. — Niech mi pani nie zawraca głowy — ofuknął panią Manners. — Nie wiem, gdzie szukać pani kota. Gorzej, że nie wiem też, gdzie szukać hydrantu.
    — Wydaje mi się — wtrąciła Clarisse — że gdyby pan znalazł kota, to hydrant byłby w tym samym miejscu. Takie mam przeczucie.
    Ozzie Murphy zjawiła się w kapelusiku na czubku głowy. Clarence wycelował swoją broń i mrugnął. Kapelusik znikł i na głowie Ozzie pojawiło się kilka kropel krwi. — Ja bym się tym więcej nie bawił — powiedział Nokomis. — A kto się bawi? — powiedział Clarence. — To jest naprawdę.
    Tak się rozpoczął okres siedmiodniowego terroru w cichej dotychczas dzielnicy. Drzewa i latarnie znikały bez śladu; Wally Waldorf zajechał przed dom, wysiadł z auta, zatrzasnął drzwiczki i auta nie było. Kiedy George Mullendorf wrócił do domu, jego pies Pete wybiegł mu na spotkanie i podskoczył, żeby polizać pana. Pies odbił się od chodnika i w tym momencie coś się stało; pies znikł i tylko szczeknięcie zawisło w powietrzu.
    Ale najgorzej było z hydrantem. Rano zainstalowano nowy hydrant na miejsce tego, który znikł. Po ośmiu minutach nie było go i powódź powtórzyła się. Następny założono o dwunastej. Ten również znikł po trzech minutach. Następnego dnia rano zainstalowano czwarty z kolei hydrant.
    Obecni przy tym byli — kierownik wodociągów miejskich, szef policji z eskortą, przewodniczący koła rodzicielskiego, rektor uniwersytetu, burmistrz, trzech panów z Federalnego Biura Śledczego, kronika filmowa, wybitni uczeni i tłum uczciwych obywateli. — Zobaczymy, czy teraz zniknie — powiedział naczelny inżynier. — Zobaczymy, czy teraz zniknie — powiedział szef policji.
    — Zobaczymy, czy… znikł! — powiedział jeden z wybitnych uczonych. I rzeczywiście hydrant znikł i wszyscy byli bardzo mokrzy.
    — Za to ja mam zdjęcie roku — powiedział operator kroniki. I wtedy znikła z jego rąk kamera. — Zamknijcie dopływ wody i załóżcie plombę — powiedział kierownik od wodociągów. — I nie instalujcie na razie nowego hydrantu. Zresztą to był ostatni w magazynie.
    — To jest ponad moje siły — powiedział burmistrz. — Ciekawe, czy TASS już o tym wie? — TASS już wie — powiedział mały, tęgi facet. — Ja jestem z TASS — a.
    — Wszystkich panów zapraszam do swojego lokalu, na nasz nowy Hydrant Cocktail — ogłosił Nokomis. — Przyrządzam go z dobrej whisky, palonego cukru i wody z tego hydrantu. Będziecie pierwszymi, którzy wypróbują nowy cocktail.
    Od czasu, kiedy sprzed drzwi lokalu Nokomisa zaczęły znikać hydranty, interes szedł znakomicie.
    — Mam sposób, żebyśmy zostali bardzo bogaci — powiedziała w kilka dni później Clarissa do swojego ojca, Toma Willoughby. — Wszyscy mówią, że chcą czym prędzej sprzedać swoje domy i przenieść się gdzie indziej. Postaraj się o dużo pieniędzy i wykup wszystkie domy. Potem sprzedasz je i będziemy bogaci.
    — Nie kupiłbym ich nawet po dolarze za sztukę. Trzy domy już znikły i wszyscy oprócz nas po wynosili meble do ogródków. Któregoś pięknego poranka może się okazać, że zostały tylko puste place.
    — No to kup same place i zachowaj, aż domy wrócą na swoje miejsce. — Wrócą? Te domy mają wrócić? Czy wiesz coś na ten temat, młoda damo? — Mam podejrzenie graniczące z pewnością. Na razie nic więcej nie mogę powiedzieć.
    W niechlujnym apartamencie, który wyglądał, jakby jego właścicielem był pijany sułtan, spotkali się trzej wybitni specjaliści. — To wykracza poza metafizykę. To zatrąca o quantum continuum. W pewnej mierze podważa nawet Boffa — powiedział doktor Velikof Vonk. — Przyległość nieprzechodniości jest najbardziej zastanawiającym aspektem tego fenomenu — powiedział Arpad Arkabaranan.
    — Tak — powiedział Willy Mc Gilly. — Kto by pomyślał, że można użyć puszki po piwie i dwóch kawałków kartonu. Kiedy ja byłem chłopcem, używałem pudełka po płatkach owsianych i czerwonej krepiny.
    — Nie bardzo rozumiem — przerwał mu doktor Vonk — wolałbym, żeby pan się wyrażał jaśniej.
    Jak dotychczas żaden człowiek nie został ranny ani nie zniknął — jeśli nie liczyć kilku kropel krwi na głowie Ozzie Murphy, uszu Conchity skaleczonych, kiedy znikały jej wspaniałe kolczyki, obciętego palca, kiedy ktoś dotknął drzwi do mu, który właśnie znikał, czy palca nogi chłopca, który kopnął znikającą puszkę; w sumie nie więcej niż kieliszek krwi i parę deka ciała.
    Teraz jednak w obecności świadków zniknął pan Buckle, właściciel sklepu. To już było poważniejsze.
    W domu państwa Willoughby pojawili się jacyś nieprzyjemnie wyglądający cywile. Nąjnieprzyjemniej wyglądający był majorem. Major nie zawsze tak wyglądał, ale od siedmiu dni miasto żyło w strachu i niepewności.
    — Po mieście zaczęły krążyć brzydkie plotki, że ostatnie wydarzenia są związane z waszym domem — powiedział jeden ź cywilów. — Czy ktoś z was wie coś na ten temat?
    — Plotki pochodzą ode mnie — powiedziała Clarissa i wcale nie uważam, że są brzydkie. Raczej intrygujące. Jeśli chce pan dotrzeć do sedna sprawy, może mi pan zadać pytanie. — Czy to znikanie to twoja sprawka?
    — To nie jest dobre pytanie — powiedziała Clarissa. — Czy wiesz, co się stało z rzeczami, które znikły? — To też nie jest dobre pytanie.
    — Czy potrafisz zrobić tak, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce? — No pewnie. Każdy potrafi. A pan nie?
    — Ja nie potrafię. A jeśli ty potrafisz, to zrób to jak najszybciej.
    — Do tego potrzebuję kilku rzeczy. Musi mi pan dostarczyć złoty zegarek i młotek. A tu jest lista odczynników chemicznych. I jeszcze potrzebny mi jest metr czarnego welwetu i kilo landrynek.
    — Zgodzimy się? — spytał jeden z policjantów.
    — Tak — powiedział burmistrz — to nasza jedyna nadzieja. Dajcie jej wszystko, czego żąda. I tak też zrobiono.
    — Dlaczego wszyscy z nią rozmawiają? — poskarżył się Clarence. — To przecież ja zrobiłem znikacz. Skąd ona wie, jak to wszystko postawić na swoje miejsce?
    — Tak czułam! — krzyknęła Clarissa z nienawiścią. — Wiedziałam, że to on robi. Przeczytał w moim pamiętniku, jak się buduje znikacz. Gdybym była jego matką, spuściłabym mu tęgie lanie za to, że czyta pamiętnik swojej siostry. Oto są skutki, gdy wynalazki trafiają w nieodpowiednie ręce.
    Clarissa podniosła młotek nad złotym zegarkiem burmistrza, który położyła na podłodze. — Muszę zaczekać kilka sekund. Nie wolno się zbytnio śpieszyć. To potrwa tylko chwilę.
    Wskazówka minutowa doszła do punktu, który był jej przeznaczony od początku świata. Clarissa nagle z całej siły walnęła młotkiem w piękny złoty zegarek.
    — To wszystko — powiedziała — skończyły się wasze kłopoty. O, spójrzcie, kot pani Manners siedzi na chodniku, tak jak siedem dni temu.
    I kot rzeczywiście siedział. — Teraz chodźmy do baru zobaczyć, jak wróci hydrant. Czekali tylko kilka minut. Hydrant pojawił się znikąd i przyrósł do ulicy.
    — Oświadczam wszystkim — powiedziała Clarissa — że wszystkie przedmioty, które znikły, znajdą się na swoich miejscach dokładnie po siedmiu dniach od zniknięcia.
    Siedem dni strachu skończyły się. Przedmioty zaczęły wracać na swoje miejsca. — Skąd wiedziałaś, że to wymaga siedmiu dni? — spytał burmistrz Clarissę.
    — Dlatego, że Clarence zbudował siedmiodniowy znikacz. Wiem również, jak się robi znikacze dziewięciodniowe, trzynastodniowe, trzytygodniowe i jedenastoletnie. Chciałam zrobić trzynastodniowy, ale trzeba oba końce pomalować krwią chłopczyka, a Cyril wrzeszczał, kiedy chciałam go naciąć.
    — I naprawdę umiesz to wszystko zrobić?
    — Tak. Tylko drżę na myśl, że moja wiedza może trafić w niepowołane ręce.
    — Podzielam twoje obawy, Clarisso. Powiedz mi Jeszcze, do czego były ci potrzebne odczynniki chemiczne?
    — Do zabawy w „Małego chemika”.
    — A czarny materiał?
    — Na suknię dla lalki.
    — A kilogram landrynek?
    — Nie rozumiem, jak pan został burmistrzem, jeśli pan nie wie, po co są dzieciom landrynki.
    — Ostatnie pytanie — powiedział burmistrz. — Dlaczego rozbiłaś młotkiem mój złoty zegarek?
    — O — odpowiedziała Clarissa. To był dramatyczny efekt.
    Przelożył Lech Jęczmyk

Ł. Mogilew
Okno w przeszłość

    Popołudniówka „Wieczorny Leningrad” z 17 sierpnia tego roku zamieściła wiadomość o zagadkowej śmierci profesora Worobiowa.
    Profesora Worobiowa znałem od dawna. W czasie studiów na wydziale biologii na Uniwersytecie w N. słuchałem jego wykładów z filozofii. Po ukończeniu studiów straciłem go z oczu i spotkałem dopiero piętnaście lat później. Zdarzyło się to w Leningradzie, gdzie w oddziale paleontologii tamtejszego muzeum zoologicznego zbierałem dane o pewnych rzadkich zwierzętach kopalnych, które były przedmiotem mojej rozprawy kandydackiej. Moja macierzysta uczelnia oddelegowała mnie tam na dosyć krótki czas, więc całymi dniami przesiadywałem w muzeum i dopiero wieczorem mogłem sobie pozwolić na spacer bulwarami.
    Worobiowa spotkałem właśnie w trakcie jednej z takich przechadzek. Profesor mnie nie poznał, ale w odpowiedzi na mój ukłon mechanicznie uchylił kapelusza. Podszedłem więc do niego i zagadnąłem:
    — Pan mnie sobie oczywiście nie przypomina, Wiktorze Grigoriewiczu… Jestem pańskim dawnym słuchaczem…
    Worobiow się ożywił. Jego oczy wesoło błysnęły spoza okularów. — Mój uczeń? Bardzo mi miło! Przepraszam, a kiedy to było?…. — Dawno… Piętnaście lat temu! — Taak, ładny kawał czasu…
    — Słuchałem pańskich wykładów z filozofii… Na drugim roku… — Zgadza się… Przepraszam, a jak pan się nazywa?… — Pietrow, Wiktor Grigoriewicz…
    — Imiennik?! A jakże, pamiętam! Czym się pan teraz zajmuje?
    — Jestem paleontologiem. Pozostałem na naszej starej uczelni jako aspirant w katedrze geologii historycznej. — Cudownie! Bardzo się cieszę.
    Zdawałem sobie oczywiście sprawę, że profesor potakuje mi tylko z uprzejmości, a jednak jego zainteresowanie sprawiało mi dużą przyjemność. Rozgadaliśmy się. Worobiow zaproponował wspólny spacer, na co chętnie przystałem.
    Teraz mogłem dokładniej przyjrzeć się profesorowi. Bardzo się postarzał, nie utracił jednak nic z dawnej jasności umysłu.
    Opowiedziałem mu o swojej pracy. Worobiow słuchał z niekłamaną ciekawością i zadawał pytania świadczące o tym, że temat mojej rozprawy nie jest mu obojętny.
    — Zazdroszczę panu! — powiedział wreszcie z odcieniem smutku w głosie. — No cóż, starość… — Wiktorze Grigoriewiczu, jak można! Jest pan jeszcze taki rześki! — Może i rześki, ale zdrowie…
    Zmieszałem się i pożałowałem, że zbyt wiele mówiłem o sobie. Profesor zauważył moje zakłopotanie i powiedział: — Drobiazg! Praw natury nie da się zmienić. Już od dziesięciu lat jestem na emeryturze, co nie znaczy, że już do niczego się nie nadaję! A zresztą… Pomówmy lepiej o paleontologii…
    Powiedział pan, że nie tylko poznane fakty, ale i śmiała wyobraźnia naukowa pozwoliła odtworzyć obraz dalekiej przeszłości… Zgadzam się, ale… Zdarza się czasem, że nawet fantazja nie pomaga, że konieczne jest bezpośrednie odczucie. Często pan odwiedza
    Leningrad?
    — Jestem tu dopiero trzeci raz.
    — Proszę sobie przypomnieć wrażenia z pierwszego pobytu. Jestem pewien, że przed przyjazdem do miasta znał pan jego zabytki z książek, czasopism, kronik filmowych. Ale czyż mogły one przekazać wszystko to, co pan zobaczył własnymi oczami?! Byłem kiedyś w
    Grecji, w Atenach, nad brzegami Morza Egejskiego, na Akropolu… Stałem, patrzyłem i czułem wieczność. Wieczność wyzwoloną z ciasnych ram czasu. Tego się nie da opisać. A proszę sobie wyobrazić, że nagle znalazł się pan w czasach prehistorycznych… powiedzmy w okresie kredowym. Idzie pan pradawnym lasem… Co pan widzi? Co słyszy? Jakie pan czuje zapachy? Czego pan dotyka?…
    — Taak, Wiktorze Grigoriewiczu…
    — Prawda?…
    Zapadał zmierzch. Za rzeką zapaliły się światła i na wodę legły długie, poszarpane wstęgi refleksów. Czas się było rozstać. Przy pożegnaniu Worobiow zaprosił mnie do siebie. — Nie, nie! — wykrzyknął widząc, że potraktowałem zaproszenie jako zdawkową uprzejmość. — Ja rzeczywiście chcę, aby pan mnie odwiedził. Mieszkam tylko z gosposią… Córka z mężem na drugim końcu kraju. — Podyktował mi adres i dodał: — Najlepiej będzie, jak pan wpadnie około siódmej wieczorem. Dobranoc!
    W ciągu najbliższych paru dni byłem bardzo zajęty. Po tygodniu jednak postanowiłem wybrać się do profesora. Worobiow mieszkał w pięknym starym domu z fasadą ozdobioną sztukateriami. W oknach klatki schodowej zachowały się fragmenty bogatych witraży. Drzwi mieszkania na pierwszym piętrze otworzyła starsza tęga niewiasta z dobrodusznym wyrazem twarzy. — Czy zastałem pana profesora?
    Niewiasta potakująco skinęła głową i powiedziała głośno. — Wiktorze Grigoriewiczu, gość do pana! — Już idę!
    Worobiow miał na sobie proste, lecz schludne domowe ubranie. — Przyszedł pan wreszcie! Bardzo się cieszę! — powiedział z ożywieniem, wyciągając do mnie rękę.
    — Mario Stiepanowno, poprosimy o herbatkę… Proszę dalej! — powiedział profesor i z ciemnawego przedpokoju o wysokim stropie przeszliśmy do gabinetu gospodarza. W wąskim, długim i niezbyt jasnym pokoju o jednym oknie wychodzącym na podwórze stały pod ścianami czarne, politurowane regały wypełnione książkami. Pod oknem było jeszcze wielkie czarne biurko i dwa podniszczone fotele; na ścianie wisiał ujęty w wąską ramkę wspaniały ołówkowy szkic rzeźby Antokolskiego „Umierający Sokrates”, a na stojącej w rogu szafce — gipsowe popiersie Lwa Tołstoja. — Proszę — profesor wskazał mi jeden z foteli — niech pan siada!
    Zauważył, z jaką ciekawością oglądam długie szeregi książek, i powiedział nie bez dumy w głosie: — Moje skarby! Nauki przyrodnicze, sztuka, filozofia… Trochę fizyki, biologii… Podszedł do jednej z półek i wydobył duży tom. — To coś dla pana…
    Ujrzałem wspaniałe wydanie podstaw paleontologii. — Ta książka jest oczywiście już przestarzała — powiedział profesor. — Ale nie o to chodzi… Proszę zwrócić uwagę na ilustracje. Świetne, prawda? Co za precyzja rysunku, jakie barwy! Mówiliśmy poprzednio o fantazji naukowej… Czy pańskim zdaniem ilustrator miał wyobraźnię? — Zadziwiającą! — A jednak… Coś panu pokażę…
    Profesor znów podszedł do regału i przez dłuższą chwilę w nim szperał. Wreszcie położył przede mną wielki album w wytłaczanej skórzanej oprawie.
    Spostrzegłem, z jaką niecierpliwością czekał, aż otworzę pierwszą stronicę. Najwidoczniej album zawierał coś niezwykłego. Rzeczywiście, były tam cudowne kolorowe fotografie. Nie mówię o ich doskonałości technicznej, bo zainteresowało mnie coś innego. Zdjęcia przedstawiały jakieś dziwne krajobrazy. Przyjrzałem się im uważniej i nie zdołałem powstrzymać okrzyku:
    — Przecież to reprodukcje z książki!
    — Z rysunków, chciał pan powiedzieć? — spytał Worobiow filuternie mrużąc oczy. — Oczywiście, że z rysunków! Przecież prehistorycznego krajobrazu nie można fotografować z natury!
    — Naturalnie, że nie można… Ale to nie są reprodukcje rysunków. Daję panu na to słowo, bo sam te zdjęcia robiłem. — Pan?! — Tak.
    Widząc niedowierzanie na mojej twarzy profesor znów się uśmiechnął. — Dziwi się pan? Nie będę na razie rozpraszał pańskich wątpliwości. Proszę najpierw obejrzeć album do końca.
    Posłuchałem. Przewracałem kolejne karty i moje zdziwienie nieustannie rosło. Tu pradawny las składający się z drzewiastych paproci. Tu znów żółte urwisko nad jaskrawoniebieskim morzem; z dala od brzegu rysuje się jakaś sylwetka. Łódka? Pień drzewa? Zwierzę? No tak, oczywiście! Delfin? A gdzie płetwa grzbietowa? Wreszcie coś znajomego: maleńka główka na długachnej szyi. Diplodok!
    Profesor obserwował mnie w milczeniu. W oczach błyskały mu filuterne iskierki. Skończyłem oglądać album i spojrzałem pytająco. Czekałem na wyjaśnienia, ale Worobiow najwyraźniej z nimi zwlekał, a może w ogóle nie miał zamiaru ich udzielić. — Proszę na herbatę! — rozległ się głos Marii Stiepanowny.
    Przeszliśmy do jadalni. Przy herbacie gawędziliśmy na obojętne tematy. Profesor żartował, opowiadał anegdoty, najwyraźniej unikając odpowiedzi na dręczące mnie pytanie. Wreszcie nie wytrzymałem:
    — Wiktorze Grigoriewiczu, gdzie pan robił te zdjęcia? — O nie, drogi panie! Nie teraz. Proszę się uzbroić w cierpliwość!
    Widząc, że nic nie wskóram, zacząłem się żegnać. Worobiow nie zatrzymywał mnie, ale odprowadzając do drzwi nalegał na powtórną wizytę.
    W drodze do hotelu nie przestawałem myśleć o zagadce tajemniczego albumu. Po głowie snuły mi się różne przypuszczenia. Może to krajobrazy Komorów? Przecież na tych wyspach zachowały się reliktowe lasy. Brednie! Jak mogłem coś podobnego pomyśleć! A może to powiększone zdjęcia mikroświata? Taka na przykład trawa w dużym powiększeniu przypomina tropikalny las… Nie, to nie to! Profesor powiedział, że fotografie robiono nie z rysunku i nie z natury. Zresztą byłem zbyt dobrego zdania o Worobiowie, aby podejrzewać go o mistyfikację.
    Przez dwa dni dzielące mnie od następnej wizyty zupełnie nie mogłem pracować i ciągle tylko starałem się rozwiązać zagadkę albumu. I oto znów naciskam guzik dzwonka. Maria Stiepanowna uśmiecha się jak do starego znajomego. Wiktor Grigoriewicz wita mnie z radością. — Jest pan! Lubię punktualnych młodych ludzi! Proszę, niech pan wejdzie.
    Gdy już usiadłem w znajomym fotelu, opadło ze mnie całe napięcie ubiegłych dni. Profesor paląc papierosa spacerował po pokoju.
    — Dzisiaj chciałbym porozmawiać z panem na tematy nieco ogólniejsze — powiedział po dłuższym milczeniu. — Wie pan, że z wykształcenia jestem fizykiem i że przez całe życie zajmowałem się teorią. W ostatnich latach jednak coraz bardziej pociągał mnie eksperyment, gdyż inaczej nie mogłem sprawdzić moich przypuszczeń, do których doszedłem w pewnym sensie wyprzedzając fakty. To była dąsy ć niezwykła droga, ponieważ większości uczonych praktyków brakuje szerszego, by tak rzec, filozoficznego spojrzenia na przedmiot badań. Nie mówię tu oczywiście o wąskim empiryzmie, lecz o swego rodzaju ułomności myślenia.
    Profesor zamilkł na chwilę, a ja bez powodzenia starałem się odgadnąć bieg jego myśli. — Jak by to panu możliwie jasno wytłumaczyć? — spojrzał pytająco na mnie. — Trudno przejść od przesłanek teoretycznych do konkretów, tym bardziej że nie jest pan fachowcem… Najważniejsze jest chyba to, że każdemu pokoleniu uczonych właściwy jest określony sposób myślenia, a właściwie myślenie określonymi kategoriami. I co gorsze, wszystko wykraczające poza ramy tych schematów myślowych z reguły odbierane jest negatywnie. Nie dlatego, że brak jest odpowiednich dowodów, ale dlatego, iż nawet te dowody nie mogą być właściwie odebrane. Zgadza się pan ze mną? — Obawiam się powiedzieć tak lub nie…
    — To bardzo źle! Obawa często uniemożliwia uchwycenie sedna sprawy. To, o czym będę mówił, może się wydać dziwne. Proszę jednak nie wyciągać pochopnych wniosków! Chodzi mi o pojęcie czasu rozpatrywane w kategoriach fizycznych i filozoficznych. Nie będę przytaczał znanych definicji… W naszej codziennej praktyce używamy czasu jako układu odniesienia i nie wątpimy w jego obiektywność. Godzina, minuta, sekunda lub inny dowolny odcinek czasu są obiektywne, gdyż określają zarówno przebieg obserwowanych procesów materialnych, jak i trwanie zjawisk fizjologicznych naszego postrzegania. Jednakże sama percepcja zjawisk jest subiektywna… A subiektywne odczucia są ograniczone możliwościami fizjologicznymi… Człowiek za pomocą precyzyjnych aparatów znacznie rozszerzył te możliwości. Dzięki tym przyrządom możemy wnioskować o ruchu cząstek elementarnych, mierzyć odległości do gwiazd… Ale bez względu na to, z jak dokładnego aparatu skorzystamy, jaką metodę pośrednią zastosujemy, wszystko i tak sprowadza się do postrzegania subiektywnego. Cóż więc gwarantuje prawdziwość naszej wiedzy? Umiejętność porównywania. Ale wróćmy do pojęcia „czas”, które dzielimy na podkategorie „przeszłość”, „teraźniejszość” i „przyszłość”… A cóż to jest „teraźniejszość”?
    — Teraźniejszość… No cóż, to wszystko, co odczuwamy w danej chwili… Wydaje mi się to oczywiste…
    — Właśnie! „Wydaje się”. A w rzeczywistości nie jest to wcale takie oczywiste. Teraźniejszość… Jakiż wzorzec przyjąć na określenie tej pony? Godzinę? Minutę? Sekundę?… W samym pojęciu teraźniejszości zawiera się umowność. Mówimy „dzisiaj”. Ale przecież dzień jest dosyć długim okresem czasu, który możemy traktować jako teraźniejszość jedynie w stosunku do znacznie dłuższych jednostek — tygodnia, miesiąca, roku… To samo rozumowanie można zastosować wobec godziny, minuty, sekundy i okaże się, że teraźniejszość można określić dowolnie małym okresem czasu! Powstanie wrażenia zmysłowego wymaga jednak określonego czasu, zależnego od szybkości przebiegu impulsu przez włókno nerwowe, komórkę… Wynika z tego dość nieoczekiwany wniosek, że obszar naszego postrzegania rozciąga się na teraźniejszość, przeszłość i przyszłość, a co za tym idzie, my sami istniejemy w tym samym przedziale czasowym. — Ależ „odczuwam”, to nie znaczy „istnieję”!
    — Oczywiście! Nie możemy się zrozumieć… Postaram się wyjaśnić to na przykładach. Wyobraźmy sobie plemię, które żyje przez krótką chwilę. Dla nas ta chwila jest teraźniejszością, dla nich — zawiera przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Nasza sfera postrzegania jest więc znacznie obszerniejsza… Drugi przykład. Pamięta pan zapewne opowiadanie Wellsa „Najnowszy przyspieszacz”. Przyjmijmy, że procesy fizjologiczne można przyspieszać tysiące razy, co pociąga za sobą przyspieszenie procesów postrzegania. W takim wypadku w ciągu sekundy moglibyśmy przeżyć wiele przygód i zobaczyć wiele ciekawych rzeczy. — Ale to przecież niemożliwe!
    — Tak, jak to przedstawił autor, oczywiście że nie… ale w ogóle… Wells również w swojej „Maszynie czasu” wypowiedział wiele interesujących myśli. Wątpliwe jednak, aby człowiek mógł bez szwanku przenosić się z jednego czasu w drugi. Stanowimy wszak układ materialny, który może istnieć tylko w określonych ramach czasowych… Ale są zjawiska, które, jak sądzę, mię podlegają tym ograniczeniom. Chodzi mi o fale elektromagnetyczne i siły grawitacyjne, które rozprzestrzeniają się z prędkością absolutną. Powstaje więc pytanie, czy można zbudować takie urządzenie elektroniczne, które współdziałając z naszym mózgiem rozszerzałoby dowolnie ramy czasowe naszego obszaru postrzegania? — Odnoszę wrażenie, że w swoich wywodach opiera się pan na subiektywnej ocenie czasu… — Nie, mój drogi! Pan mnie opacznie zrozumiał! Chodzi o stosunek subiektywnych wrażeń do obiektywnej rzeczywistości. Uznajemy za realne jedynie to, co pokrywa się w czasie z fizjologicznymi procesami naszego postrzegania. Ale czy człowiek śpiący lub nieprzytomny zdaje sobie sprawę z upływu czasu, obiektywnych skądinąd godzin, minut, sekund?
    Worobiow uśmiechnął się zagadkowo. — A może istnieje również to, co nie pokrywa się w czasie z naszymi doznaniami? — zapytał. Wzruszyłem ramionami.
    — Czas jest dla mnie — kontynuował profesor — czymś wszechobejmującym, wielowymiarowym jak przestrzeń… Ludzie na skutek swych ograniczeń fizjologicznych odczuwają zaledwie niewielki wycinek tej całości i nazywają go „teraźniejszością”. — Trudno mi to pojąć, Wiktorze Grigoriewiczu! Jako paleontolog przywykłem dosyć swobodnie operować czasem, liczyć go na miliony, a nawet setki milionów lat, ale… — Właśnie to „ale” stanowi o poznaniu sedna. Profesor zapalił papierosa. — Z pewnością pana zanudziłem… — Skądże, to jest tak niezwykle interesujące!
    — Bardzo pan uprzejmy… Wobec tego pokażę panu… — Spojrzał na zegarek. — Aleśmy się zagadali! Przejdźmy do jadalni.
    Po wypiciu filiżanki kawy pożegnałem swego gospodarza. Oczywiście otrzymałem przy tym nowe zaproszenie.
    Byłem potem u profesora jeszcze kilkakrotnie i prowadziłem z nim długie rozmowy. Muszę się przyznać, że niektóre poglądy Worobiowa były tak niecodzienne, że zacząłem go podejrzewać o rodzaj manii.
    Nastał wreszcie długo oczekiwany dzień. Siedziałem wraz z profesorem przy otwartym oknie jadalni. Zmierzchało się, ale Worobiow prosił, abym nie zapalał światła.
    — A więc, drogi imienniku — powiedział po chwili milczenia. — Postanowiłem zdradzić dziś panu moją największą tajemnicę. Wystarczająco długo zanudzałem pana swoimi przemowami i obawiam się, że wyrobił pan sobie nie najlepsze zdanie o mojej filozofii. Chcę więc pana do niej przekonać.
    Przeszliśmy do małego pokoiku sąsiadującego z jadalnią. Okno pomieszczenia było dokładnie zasłonięte ciężką storą, a jedynym źródłem światła była wisząca pod sufitem słaba żarówka w różowym kloszu. Jedyne umeblowanie stanowiły dwa fotele i niska politurowana szafeczka ustawiona pod zawieszonym na ścianie ekranem w pięknej owalnej ramie. Profesor wskazał mi fotel naprzeciw ekranu, a sam podszedł do szafeczki.
    — Nie jest pan fizykiem — powiedział po chwili — nie będę więc pana zamęczał szczegółami technicznymi, a po prostu pokażę działanie aparatu.
    Otworzył drzwi szafeczki i pokazał dwie półki wyłożone materiałem przypominającym porcelanę i oświetlone małymi żarówkami. Na dolnej półce znajdowało się jakieś urządzenie elektroniczne, a w górnej tysiące przezroczystych, skrzących się wszystkimi barwami tęczy kryształów zawieszonych na ukośnych linkach, jakieś cewki i naczyńka z opalizującymi płynami.
    — To — profesor wskazał na górną półkę — zasadnicza część urządzenia, wynik mojej wieloletniej pracy. A teraz zaczniemy.
    Zamknął drzwi szafeczki i pochylił się nad niewielkim pulpitem umieszczonym w dole ekranu, który po chwili rozjarzył się bladoniebieskim światłem.
    — Wiktorze Grigoriewiczu! — wykrzyknąłem. — To chyba udoskonalony model telewizora! — Jest pan tego pewien? — zapytał profesor i zgasił lampę.
    W centrum ekranu pojawiła się jaskrawa żółta plama, która zaczęła się szybko powiększać, aż zapełniła całą jego — powierzchnię i zalała pokój słonecznym blaskiem. Uniosłem się ze zdumienia. Nagle ekran znikł, a w ramie otworzyła się szeroka perspektywa.
    Ujrzałem brzeg morza, granatowe fale i białe bryzgi piany oślepiająco błękitne niebo tchnące południowym skwarem, i wysuszony słońcem gąbczasty głaz leżący na piasku.
    Obraz był tak wyraźny, że dawał całkowite złudzenie otwartego okna. Rozróżniałem każde ziarenko piasku na. plaży, każdą nierówność kamienia, mikroskopijne muszelki, zaplątane w kłębkach suchych wodorostów i wilgotny ślad, pozostawiony przez cofającą się falę. Byłem tak zafascynowany tym widokiem, że wzdrygnąłem się na głos profesora. — Podoba się?… — To… to… — Widzę, że tak! Patrzmy dalej…
    Daleko nad morzem pojawił się ciemny punkcik, który szybko rósł, by po chwili zamienić się w wielkiego ptaka machającego niezręcznie szerokimi skrzydłami. Dziwny ptak!
    — Niech pan patrzy! — Worobiow schwycił mnie za rękaw. — Leci prosto na nas! Zaraz my go…
    W tej samej chwili zagadkowy lotnik gwałtownie skręcił i zaczął się oddalać. — Ucieka! — wykrzyknął profesor i szybko zaczai obracać pokrętła aparatu.
    Morze zaczyna nasuwać się na nas i odnoszę wrażenie, że przeniosłem się na mostek szybkiego statku. Grzywy fal przepływają pode mną. Brzeg pozostał z tyłu. Dopędzamy lotnika. Rozróżniam długą szyję, błoniaste skrzydła… Ale cóż to?… Ekran nieoczekiwanie pokrywa się błękitnawą mgiełką. Ogromny cień przecina go po przekątnej i niknie. — Uszkodzenie! Co za pech… — szczerze zmartwił się profesor.
    Ekran zaczai ciemnieć i po chwili całkiem zgasł. Worobiow zapalił światło i znów pochylił się nad pulpitem. Aparat cicha pobrzękiwał. Milczałem, bojąc się przeszkodzić profesorowi w jego manipulacjach. W końcu moja cierpliwość została nagrodzona. Na ekranie pojawił się słaby poblask. — Nareszcie! — wykrzyknął Worobiow z ulgą.
    Tym razem widok był nieco odmienny. Morze przesunęło się w lewo, wprost przed sobą miałem jaskrawo oświetloną słońcem piaszczystą łachę, a po prawej, u samej linii horyzontu odległą wstęgę lasu. — Trochę za daleko — powiedział Worobiow do siebie. — Ale spróbujemy…
    Nacisnął dźwigienkę na pulpicie i las zaczął się przybliżać. Po chwili rozróżniałem już poszczególne drzewa. Proste jak kolumny, pokryte łuskami pnie i wachlarze pierzastych liści u szczytu. Palmy. Zielona ściana nasunęła się na nas. Wierzchołki drzew zniknęły z pola widzenia, ustępując miejsca kłębiastym zaroślom podszycia. Wolno przenikaliśmy przez tę roślinną plątaninę. Z mokrej, błotnistej gleby unosiły się gęste opary. Czułem ich wilgoć i duszący zapach. Robiło się coraz ciemniej, bo słońce z trudem przebijało się przez korony drzew.
    Złowieszcza cisza dziewiczego świata. Nie wiem, jak długo brnęliśmy przez leśny gąszcz, zanim nieprzebyte chaszcze zrzedły, w górze zajaśniał błękit nieba, a przed nami błysnęła tafla dużego jeziora o powierzchni zmarszczonej lekkim powiewem wiatru.
    — Niech pan spojrzy! — profesor trącił mnie w ramię i pokazał na przeciwległy brzeg, gdzie pośród niskich zarośli przemykało jakieś wielkie zwierzę.
    – Żebyśmy go tylko nie stracili z oczu! — zaniepokoił się Worobiow. Jego ręce sprawnie biegały po pulpicie, a wzrok nie odrywał się od ekranu. Przecięliśmy jezioro po cięciwie, kierując się do miejsca, w którym zauważyliśmy zagadkowe zwierzę. Spóźniliśmy się, bo uciekinier zdążył zagłębić się w las. Szczęknął przełącznik. Zarośla zaczęły się obracać, póki nasz kąt widzenia nie zmienił się mniej więcej o sto osiemdziesiąt stopni. — Zajdziemy go od przodu — szepnął Worobiow.
    Zbliżaliśmy się do zarośli z przeciwnej strony. Znowu nasuwały się na nas postrzępione liście, znowu wzrok tonął w zwartej zielonej ścianie. Poczułem się nieswojo. Wrażenie, iż rzeczywiście przedzieram się przez ten straszliwy las, opanowało mnie tak silnie, że mimo woli obejrzałem się za siebie. Nie zobaczyłem jednak nic poza ścianami niewielkiego pokoiku majaczącymi niewyraźnie w świetle ekranu. Znowu spojrzałem na niewiadomy świat i nagle spostrzegłem jego mieszkańca. Spoza rozsuniętych liści wychynęła głowa potwora, która szybko się przybliżała i wkrótce zapełniła cały ekran. Profesor ledwie zdążył powstrzymać nasz ruch.
    O parę kroków od siebie miałem rdzawobrunatną skórę pokrytą naroślami i mętne szeroko rozstawione oczy. Ogromna rozwarta paszczęka ukazywała mnóstwo stożkowatych zębów. Instynktownie cofnąłem się na oparcie fotela w obawie, że potwór rzuci się na mnie.
    Profesor nie posiadał się z zachwytu. — Cudo! Piękniś! Adonis! — wykrzykiwał. — Co za uroda! A gdzie aparat fotograficzny?… Zapomniałem, niech to diabli!
    Wybiegł z pokoju, a ja zostałem sam na sam ze straszliwym zwierzęciem, którego najwidoczniej nie urządzało moje towarzystwo, bo nagle ruszyło do przodu i… rozpłynęło się po ekranie.
    — Wiktorze Grigoriewiczu! — krzyknąłem. — Proszę wracać! Prędzej! On zniknął! — Co, co się stało?!
    Worobiow wbiegł z aparatem fotograficznym w rękach, ale już było za późno. Po zwierzęciu nie pozostało nawet śladu. Profesor nerwowo obracał pokrętła, przełączał jedną dźwigienkę po drugiej. Na próżno… Las na ekranie opadł gwałtownie w dół, potem wszystko pokrył jaskrawy błękit nieba i ekran zgasł. Worobiow zapalił światło i bezsilnie opadł na fotel. — Przegapiłem — powiedział z żalem w głosie. — Taki rzadki wypadek, taki rzadki…
    Milczałem współczująco. Po kilku minutach profesor znów przemówił: — Chyba już na dzisiaj skończymy. Zdenerwowałem się i teraz nie będę mógł usnąć…
    Była pierwsza w nocy. Pożegnałem się i poszedłem do hotelu.
    W ciągu następnego tygodnia byłem tak zajęty, że nie mogłem odwiedzić profesora. Mój pobyt w Leningradzie dobiegał końca, a jeszcze wiele pozostało do zrobienia. Poszedłem do niego dopiero w przeddzień wyjazdu.
    — Wyjeżdża pan? — zapytał Worobiow, gdy już siedziałem w fotelu przed ekranem aparatu. — Wyjeżdżam…
    — Szkoda, chciałem panu jeszcze wiele rzeczy pokazać… — Cóż robić! Nie udało mi się przedłużyć delegacji…
    — Nie mamy więc wiele czasu. Udało mi się ostatnio zmontować nowy obwód… Przesuwanie obrazu w czasie… Chcę go teraz wypróbować. Zaczniemy? — Oczywiście! Bardzo proszę. Żarówka zgasła, rozjarzył się ekran.
    — Przyznam się panu, że nie wiem, co teraz zobaczymy. — powiedział Worobiow. — Może nic? Rzeczywiście, w ciągu kilku minut po ekranie przebiegały jedynie ciemne faliste linie i rozbłyski złotych iskierek. Żaden obraz się nie pojawiał. Zacząłem się już poważnie obawiać, że przepowiednie profesora się sprawdzą. Na szczęście moje obawy okazały się przedwczesne. Poprzez bezładną grę świateł i cieni zaczął coraz wyraźniej przebijać jakiś pejzaż.
    — Co to jest? — wykrzyknąłem w zdumieniu. — Nie mam pojęcia — odpowiedział niepewnie Worobiow.
    Dziwny krajobraz wyrysował się już całkowicie. Była to ogromna równina zalana purpurowym, przedwieczornym światłem lejącym się z nieba częściowo zasnutego ciężkimi chmurami. U horyzontu zamykał ją łańcuch skalnych iglic. Rdzawoczerwony grunt jak okiem sięgnąć pokryty był czerwonymi, szablastymi liśćmi wyrastającymi bezpośrednio z ziemi. Zbliżaliśmy się do skał. Purpurowe płomienie dwumetrowych liści wbiegały na ekran roniąc na ziemię lśniące krople soku. Wreszcie znaleźliśmy się pomiędzy bazaltowymi bryłami skał rozrzuconych na piargowych usypiskach. Miejscami przeglądał popękany grunt, a na nim rosły te same liście co i na równinie. W miarę posuwania się do przodu widok stawał się coraz bardziej ponury. Dziki kamienny chaos bez śladu życia. — Wiktorze Grigoriewiczu, gdzie my jesteśmy?… — Nie wiem, może na Marsie?…
    Za skałami błysnęła tafla wielkiego jeziora. Nad jego brzegami rosły niewysokie drzewa. Ale cóż to były za drzewa! Od pękatych pni pokrytych filcowatą korą rozbiegały się na wszystkie strony długie gałęzie podobne do macek, pokryte zamiast liści naroślami przypominającymi przyssawki ośmiornicy.
    — To chyba zwierzę, jak pan myśli, Wiktorze Grigoriewiczu? — Wątpię. A zresztą… Niech pan patrzy!
    Dostrzegłem, że jedna z gałęzi zaczęła się powoli zwijać, a w ślad za nią poszły następne.
    Nagle naszą uwagę przyciągnęło co innego. Po ziemi wędrował ogromny owad czy też stawonóg, bo nie widziałem, do jakiej grupy systematycznej należy to stworzenie zaliczyć.
    Zwierzę było wielkości dłoni, miało brudnozielony, muskularny tułów, stosunkowo małą główkę uzbrojoną w silne szczęki i długie, pierzaste anteny o niesłychanie delikatnej budowie. Sześć krótkich, silnych odnóży było zaopatrzonych w stawy. Profesor chcąc dokładniej obejrzeć jakiś szczegół budowy zbliżył zwierzę bezpośrednio do ekranu. I wtedy wydarzyło się coś tak nieprawdopodobnego, że nie zdołałem się opanować i chwyciłem profesora za rękę. — Wiktorze Grigoriewiczu! — krzyknąłem. — Ono pełznie po wewnętrznej stronie ramy!!!
    Profesor nie odpowiadał. Wpił się oczami w niezwykłe żyjątko, które bez pośpiechu przebierając łapkami wolno posuwało się po owalu. Worobiow wyciągnął rękę w jego kierunku. Kiedy między ręką profesora i stawonogiem pozostało nie więcej niż dziesięć centymetrów, zwierzę nagle stanęło i przyjęło pozycję obronną. Rozwarło szczęki i uniosło odwłok do góry. Profesor cofnął rękę i zwierzę wróciło do poprzedniej pozycji. Znowu ją zbliżył — ten sam skutek!
    — Zgiń, przepadnij! — nie wytrzymał Worobiow. — Może… — Ciii… Niech pan patrzy!
    Owad jak gdyby próbował przedostać się w naszą stronę ramy. Z napięciem śledziliśmy każdy jego ruch. Zwierzę niezręcznie przebierając łapkami obróciło się w naszym kierunku, dotknęło ekranu i… rozpłynęło się po nim, zniknęło. Popatrzyliśmy pytająco na siebie. — Jak to możliwe, Wiktorze Grigoriewiczu?… Profesor jakby się ocknął ze snu. — Na co my czekamy? — wykrzyknął. — Przecież ono odpełznie!
    Rzucił się do pulpitu i „cofnął” nas o jakiś metr. Owad leżał na grzbiecie i bezradnie przebierał łapkami w powietrzu. Wreszcie ostrym podrzutem tułowia udało mu się stanąć na nogach. Profesor ostrożnie zmniejszał odległość. Trzydzieści, dwadzieścia, dziesięć centymetrów… Centymetr… Znowu się rozpłynęło!
    — Co jest, do diabła! — zdenerwował się profesor. — Może nam się tylko wydawało… Nie, nie… Zresztą zaraz to sprawdzimy!
    Wybiegł z pokoju i po chwili wrócił z małą latarką w ręce. Skierował na ekran jej wąski skoncentrowany promień. Żółta plamka świetlna przesunęła się po ziemi i dotknęła owada. Zwierzątko się zatrzymało, poruszyło wąsikami, a potem cofnęło. Unikało jaskrawego światła!
    — Proszę patrzeć uważnie. Czy jest cień? Przysunąłem się bliżej ekranu. Promień latarki oświetlił owada. Poza nim zobaczyłem wyraźny cień.
    — Jest, Wiktorze Grigoriewiczu!
    — Widzę! Oto dowód, że zjawiska elektromagnetyczne nie podlegają ograniczeniom czasowym!
    — Ten owad czuje ukierunkowane światło. Ale czy nas widzi?
    — Tak, na pewno!
    — Nieprawdopodobne! A te potwory? Czyżby i one?…
    — Możliwe…
    Przypomniałem sobie dinozaura patrzącego na mnie z głębi ekranu i wzdrygnąłem się na myśl, że byłem nie tylko obserwatorem, ale i obserwowanym.
    Po chwili ruszyliśmy w dalszą podróż. Ponure skały pozostały z tyłu. Zbliżaliśmy się do ciemnej ściany lasu. Zdumiałem się ogromem drzew. Nie, to nie były sekwoje. Gigantyczne ciemnoczerwone pnie podobne do polerowanych kolumn z pękiem wysmukłych liści na szczycie. Grubość pni dochodziła, jak sądzę, do sześciu metrów. Pomiędzy drzewami rosła gęsta, trzymetrowa trawa tworząca gąszcz nie do przebycia. Dla naszego aparatu nie stanowił on jednak żadnej przeszkody, więc z wolna przenikaliśmy przez to zielone kłębowisko. Trawa zdawała się nie mieć końca. — Proszę spojrzeć — powiedział cicho profesor. — Tam, widzi pan?
    Trawa falowała, potrącana przez coś wielkiego. Ostrożnie zbliżaliśmy się do tego miejsca, aż wreszcie ujrzeliśmy wielkie, pokryte łuską cielsko ogromnego węża, płaski łeb i tuż pod nim maleńkie, uwstecznione nóżki. Profesor oświetlił latarką ciało potwora. Wąż się zatrzymał i wolno obrócił w naszą stronę. Cieniutki promyk prześliznął się po jego głowie i zalśnił w głęboko osadzonych oczach. Z paszczęki wyskoczył rozdwojony jęzor i zwierzę rzuciło się w naszą stronę. To było tak nieoczekiwane, że krzyknąłem i obronnym gestem wysunąłem ręce do przodu. Ale straszliwy wróg zniknął i na ekranie znów widać było tylko trawę.
    — Uff! — westchnąłem z ulgą. — A gdyby ten gad się tu przedostał?!
    — Taak, to by nie było przyjemne — powiedział Worobiow. — Ale na szczęście chroni nas nieprzekraczalna bariera czasu. Miliony lat!
    Popatrzył na zegarek. — O! Dochodzi dziesiąta, a my jeszcze nie włączaliśmy układu przesuwania obrazu w czasie!
    Zgasił ekran i przez blisko pięć minut przełączał coś na pulpicie. Aparat cicho pobrzękiwał. Znowu zapalił się ekran i znowu ujrzałem zarysy tych samych pni i liści. Ale tym razem obraz był nieostry, jakby umowny. Zarysy przedmiotów co chwila się zmieniały, przesuwały, stawały się przezroczyste ukazując jakieś inne widoki. To była pagórkowata okolica pokryta szmaragdową zielenią. Spod niej z kolei wyłaniały się ledwie widoczne sylwetki gór. I wszystko to się kołysało, płynęło, wibrowało. Poruszaliśmy się w tym świetle widziadeł tak długo, że zacząłem tracić poczucie rzeczywistości. Chwilami obrazy stawały się wy raźniejsze, ale i one niedługo trwały na ekranie, ustępując miejsca innym mirażom. Oto pojawiła się górska dolina. Profesor wyciągnął rękę do pulpitu i inne obrazy zaczęły się odwarstwiać i rozpraszać. Dolina występowała coraz wyraźniej i nad jej zboczami zalśniły szczyty z czapami wiecznych śniegów. Górne partie zboczy pokrywała ciemnozielona roślinność iskrząca się w promieniach słońca, natomiast w dole leżał głęboki cień, z którego wystrzeliwały ku światłu ogromne kwiaty podobne do dziwacznych lilii. Ich białe woskowate kielichy kołysały się na szczytach zielonych trzydziestometrowych pędów. Średnica kwiatu dochodziła do pięciu metrów! Przesuwaliśmy się w dół stoku, gdy nagle ujrzałem skrzydlatą istotę podobną do ogromnego motyla. Stworzenie lekko szybowało w powietrzu prawie nie poruszając szerokimi skrzydłami z białą otoczką na skrajach. Nibymotyl od czasu do czasu podlatywał do kwiatu, siadał na nim i składał skrzydła wzdłuż grzbietu. W takiej właśnie pozycji udało się go profesorowi sfotografować. Ale tylko z daleka, gdyż nie mogliśmy się do niego zbliżyć. Profesor się zawziął. Pędziliśmy za dziwnym stworzeniem od kwiatu do kwiatu, ale zawsze, gdy tylko odległość zmniejszała się do jakichś dziesięciu metrów, zwierzę wzlatywało i znikało z pola widzenia.
    — Nie mogę już dłużej — poskarżył się Worobiow. — To diabelskie nasienie zamęczyło mnie na śmierć!
    Przerwaliśmy beznadziejną pogoń i ruszyliśmy dalej. Zagłębiliśmy się w góry. Ani żywego ducha! Profesor znów włączył obwód czasowy. Aparat zabrzęczał, skały zrobiły się przezroczyste i spoza nich błysnęła tafla wody, za którą również coś majaczyło. Znowu byliśmy w świecie widziadeł.
    Nagle naszą uwagę przyciągnął przedmiot, którego najmniej się w takim miejscu spodziewaliśmy. To był błyszczący metalowy stożek wyraźnie widoczny na tle zmiennych, mglistych obrazów. W jego wypolerowanej powierzchni odbijało się światło słoneczne. — A cóż to znowu takiego?! — wykrzyknął profesor i szybko wyłączył układ zmiany czasu. Na ekranie pojawił się piękny lesisty krajobraz. Stożek zniknął bez śladu! — A niech cię! — Worobiow spojrzał pytająco na mnie. — Rozumie pan coś z tego? — Nic a nic!…
    — Ja też. Ale zaraz spróbujemy to wyjaśnić… Znowu na ekranie zamigotały miraże, a na ich tle zadziwiająco wyraźny obraz metalowego stożka.
    — Wiktorze Grigoriewiczu, może to jakaś część aparatu rzutuje się na ekran? — W przyrządzie niczego podobnego nie ma. — A więc co to jest?… — Nie wiem…
    Aparat rozregulował się od częstego przełączania i trzeba go było zgasić. Ekran pociemniał. Profesor zapalił światło.
    Milczeliśmy.
    Była późna noc. Wstałem z fotela i podszedłem do swego gospodarza. — Wiktorze Grigoriewiczu! Dziękuję za niezapomniane przeżycie!
    — Po cóż ten patos?! Proszę przyjechać na przyszły rok i znowu mnie odwiedzić… — Gdy tylko będę mógł. Chciałbym jeszcze raz przenieść się w przeszłość. Może nam się uda odbyć prawdziwą podróż w czasie…
    — Nie, to niemożliwe! — powiedział profesor. — Ciało ludzkie nie zdoła pokonać bariery czasu. Tak. Ale dość już o tym… Niech pan do mnie napisze, drogi imienniku, i możliwie prędko odwiedzi.
    Pożegnałem się serdecznie i wyszedłem. Zamknęły się za mną drzwi prowadzące do cudownego świata. Na zawsze, jak się później okazało.
    Minął rok, który w całości poświęciłem na pisanie pracy kandydackiej. Raz tylko udało mi się napisać do Worobiowa i zawiadomić go, że niestety nie będę mógł przyjechać.
    Wkrótce nadeszła odpowiedź.
    „Bardzo żałuję — pisał profesor — że się w tym roku nie spotkamy. Cóż robić?! Życzę panu udanej obrony. Proszę mi przysłać autoreferat. Chętnie go przejrzę. Mam wiele czasu, bo lekarze zabronili wychodzić mi z domu. Ale to nie znaczy, że zaprzestałem doświadczeń!
    Wiele myślałem i doszedłem do pewnych wniosków… Proszę się nie lękać! Nie będę pana zanudzał długimi wywodami. Czy pan pamięta nasze ostatnie obserwacje? Otóż chyba rzeczywiście oglądaliśmy nie przeszłość Ziemi, lecz teraźniejszość innej planety…
    Mam nadzieję, że niedługo przyjedzie pan do Leningradu, spotkamy się i podyskutujemy ma ten temat… To chyba już wszystko… Chociaż nie! Muszę się przyznać, że planuję pewne doświadczenie. Nie powiem na razie jakie, wspomnę tylko, że trochę z nim zwlekam, bo wydaje mi się niezbyt bezpieczne. Pański W.G. Worobiow”.
    W kopercie listu znalazłem jeszcze barwne zdjęcie białej lilii i siedzącego na jej kielichu owada ze złożonymi skrzydłami. W dalekim tle majaczyły ośnieżone szczyty gór.
    Natychmiast odpisałem profesorowi, a trzy miesiące później wysłałem swój autoreferat. Nie otrzymałem jednak żadnej odpowiedzi. Po obronie pracy kandydackiej, która nawiasem mówiąc poszła mi całkiem dobrze, znowu napisałem do Worobiowa. I znowu żadnej reakcji! Zaniepokojony tym milczeniem poprosiłem mego uniwersyteckiego kolegę mieszkającego w Leningradzie, aby zaszedł do profesora i dowiedział się o jego zdrowie. I oto leży przede mną numer „Wieczornego Leningradu”, w którym znalazłem taki oto tekst:
    „10 sierpnia o godzinie 8 rano obywatelka Kołowa, gospodyni prof. Worobiowa, znalazła zwłoki swojego pracodawcy w niewielkim pokoiku sąsiadującym z jadalnią. Przerażona niewiasta wezwała równocześnie milicję i pogotowie ratunkowe”.
    Lekarz pogotowia ratunkowego niestety nie miał już nic do roboty. Profesor siedział martwy w fotelu przed ekranem urządzenia przypominającego telewizor. Głowę miał nienaturalnie odrzuconą do tyłu, a na twarzy zastygły wyraz przerażenia. Czoło i szyję pokrywały mu drobniutkie brunatne plamki. Zdaniem eksperta z milicyjnej grupy dochodzeniowej Worobiow zmarł gwałtowną śmiercią około drugiej w nocy, sposób morderstwa pozostaje jednak na razie zagadką.
    Oględziny mieszkania nie dały żadnych wyników. Znaleziono jedynie strzępek papieru, na którym profesor zanotował w widocznymi pośpiechu: „Zdaje się, że chwytam kontakt. Oni mnie widzą. Raz kozie śmierć, spróbuję!…” Specjalna komisja bada przeznaczenie tajemniczego aparatu. Śledztwo w toku.
    Przełożył Tadeusz Gosk

Anatolij Dnieprow
Otchłań

    — Nie jesteś pewien, czy mówię prawdę? Nie, rzeczywiście masz wątpliwości co do moich słów? To bardzo przykre. Bardzo… A tak bym ci chciała udowodnić, że nie kłamię…
    Starałem się nie patrzeć w jej oczy i na smutną, nieco zakłopotaną twarz. Dawno znałem jej oczy i twarz, to zaś, że siedziała tuż obok mnie i opowiadała o śmierci swego dawnego przyjaciela właśnie mnie, a nie komuś innemu, wprawiało mnie w pewne podniecenie. — Mówisz więc, że sny, halucynacje i tylko to?…
    „Gdybym to ja był jej mężem, do kogo też by poszła opowiadać o mojej śmierci?”
    Odpędziłem od siebie tę podłą, mściwą myśl i zapytałem ponownie: — Kiedy się to wszystko zaczęło? — Mniej więcej pół roku temu. Tuż po ukończeniu aspirantury.
    Aspirantury? Ach, tak, przecież on ukończył tę aspiranturę, a ja — nie… I ja mógłbym być po aspiranturze, gdyby nie ona…
    Spojrzałem na nią ironicznie, a ona odgadłszy moją myśl zaczerwieniła się po uszy. — Miał ten sam temat, co i ty.
    Tego można mi już było nie mówić…
    Zaczął rosić deszczyk, przeszliśmy więc do niewielkiej kawiarenki przy kinie, gdzie stało kilka pustych stolików pod pasiastymi parasolami.
    Chwilę siedzieliśmy w milczeniu przyglądając się, jak po czerniejącym szybko asfalcie spiesznie biegną przechodnie i bez zatrzymywania się rozwijają barwne deszczowce. W kinie właśnie skończył się seans, widzowie tłumnie wychodzili na ulicę, a wielu z nich uciekało pod parasole w naszej kawiarence. Po chwili wokół stolika zebrało się tyle ludzi, że rozmowa z Ingą stała się niemożliwa. — Jeśli nie odmówisz, może byśmy poszli do mnie. To blisko, za rogiem…
    Nie, ona widocznie postanowiła przekonać mnie za wszelką cenę, że mówi prawdę o Olegu! Iść do niej do domu, gdzie mieszkali razem, Inga i on, i gdzie ona mieszka nadal…
    Nigdy!…
    Podjechał samochód, z którego wysiedli roześmiani chłopcy, i natychmiast udali się do bufetu.
    — Czy zawiezie nas pan do instytutu biochemii? — zapytałem znalazłszy się jednym skokiem przy kierowcy. — Daleko to? — Nie. Inga, jedziemy!
    Instytut mieścił się w starym ceglanym gmachu wybudowanym jeszcze przed rewolucją. Na dziedzińcu, na wprost głównego wejścia, znajdował się kort tenisowy. Kiedy grała tam Inga z Olegiem, mogłem ich widzieć z okna pierwszego piętra…
    Zdawałoby się, że było to całkiem niedawno… W niedzielę zwykle w instytucie jest pusto, po raz pierwszy więc usłyszałem, jak dźwięcznie stukają obcasy damskich pantofli o starą kamienną posadzkę.
    Przeszliśmy koło jego pracowni, wdrapaliśmy się bocznymi schodami na trzecie piętro i weszliśmy do pokoju numer 13.
    Zawsze miałem szczęście do tej liczby… — Tu nam nikt nie przeszkodzi, opowiesz mi więc wszystko od samego początku.
    Uśmiechnęła się strzepując ręką lśniące krople deszczu z czarnych włosów. — A tu nic się nie zmieniło… Kolby i retorty, spektrograf i mikroskop… Jak zawsze wszystko idealnie czyste i we wzorowym porządku…
    — Po to właśnie jestem laborantem — wtrąciłem szydząc z samego siebie. — Zawsze się zastanawiałam, dlaczego…
    — Cóż się więc zdarzyło? — przerwałem Indze spojrzawszy jej w oczy po raz pierwszy od naszego spotkania. — Proszę cię tylko, opowiadaj wszystko z najdrobniejszymi szczegółami.
    Nerwowo poruszyła trzymaną w rękach torebką. — Znasz oczywiście prace Kasparowa z Kijowa… — Znam.
    — Czy pamiętasz, jak w rozmowie z Olegiem wyraziłeś przekonanie o konieczności sprawdzenia tych prac? — Pamiętam.
    Uśmiechnąłem się do siebie. Właśnie wtedy zaczęły się moje nieporozumienia z Olegiem. Jakkolwiek na pozór tyczyły się one jedynie badań Kasparowa, to jednak za nimi stała ona, Inga. Kasparow był tylko katalizatorem.
    — W ciągu roku Oleg skrupulatnie sprawdzał badania kijowianina i stwierdził, że były wartościowe. W tym samym czasie natrafił na grupę alkaloidów, które — jak się później okazało — także przyśpieszają szybkość przewodzenia bodźców nerwowych. Czy wiesz o tym?
    — Nie tylko wiem…
    — Wtedy zorganizował serię doświadczeń… To wszystko znałem z całkiem innych źródeł. — Szybkość przewodzenia bodźców wzrosła niemal…
    — Trzynastokrotnie — podpowiedziałem i znowu przypomniałem sobie, jakie to mam szczęście do „trzynastki” — równo trzynaście razy.
    — Potem zrobił analizę krwi i stwierdził, że gwałtownie wzrosła w niej liczba jonów litu. Od tego wszystko się zaczęło…
    Niestety nie wiedziała, że wszystko zaczęło się nie od tego!…„Człowiek żyje zasadniczo w Przeszłości. Pojęcie Teraźniejszości to mit, iluzja, samoułuda. Ludzie nigdy się nie dowiedzą, jaka jest owa Teraźniejszość, sama bowiem przyroda oddzieliła ich od Teraźniejszości nieprzeniknioną ścianą, której nic obalić nie może. Człowiekowi potrzebne są ułamki sekundy, aby odgrodzić się od koszmarnego nadmiaru wrażeń, aby zdążyć wybrać z nich dokładnie tyle, ile zdołają znieść nerwy i mózg”…
    Pamiętam, że te słowa z wykładu profesora Iwlewa głęboko wryły się w moją świadomość, wtedy więc, w ten pamiętny deszczowy dzień, postanowiliśmy obaj z Olegiem — każdy na swój sposób — sforsować zaporę, przekroczyć otchłań oddzielającą świat prawdziwy od świata fragmentarycznego, przylizanego, zaadaptowanego…
    Właśnie w ów jesienny dzień po wykładzie Iwlewa rzekłem do Olega:
    „To przecież powinien być prawie Wehikuł Czasu! Rzeczywisty, nie zmyślony… Wehikuł czasu do podróży w Teraźniejszość”…
    Spoglądałem na Ingę i rozmyślałem, że Oleg nigdy jej nic nie powiedział o tym wykładzie i o naszej rozmowie, i o naszym postanowieniu zbudowania Wehikułu Czasu do podróży w
    Teraźniejszość. Znała prawdopodobnie suche fakty — wyniki doświadczeń, których — jak mógł sądzić powierzchowny obserwator — dokonywano jedynie dla zaspokojenia ciekawości uczonego.
    Jakże często czytając doniesienia o badaniach nie wykrywamy w nich rzeczywistego sensu, tajemnego przeznaczenia, zuchwałych marzeń, starannie ukrytych za beznamiętnym tekstem naukowym.
    Wskutek myśli, które mnie opanowały, chodziłem jak nieswój, gdyż nagle uświadomiłem sobie, że nie żyję w świecie rzeczywistym, lecz w świecie specjalnie dostrojonym, a raczej wyretuszowanym, żeby mi w nim było wygodnie i bezpiecznie, żebym zanadto nie przeżywał i zbytnio się nie cieszył, żebym emocjonalnie nie przekształcił się w żarłoka, co nienasycenie pochłania ocean wrażeń, odczuć i myśli. Gwarne tłumy ludzi, samochody i tramwaje, gmach maneżu, mętna woda w Moskwie, pożółkłe zbocza Wzgórz Leninowskich — wszystko było nie teraźniejsze, lecz przeszłe. Nękała mnie myśl, że nigdy nie poznam, nie zobaczę tego wszystkiego w d a n e j c h w i l i takim, jakie jest, i że być może profesor Iwlew ma rację raz na zawsze, nie ma więc wyjścia z tej straszliwej ślepej uliczki.
    Słuchałem muzyki organowej i nie wierzyłem, że jest ona właśnie taka, twarze chłopców i dziewcząt na świątecznej prywatce wydawały mi się nienaturalne, smak wina nieprawdziwy, woń znanych perfum tchnęła zgnilizną Przeszłości…
    Był to stan nie do zniesienia, wobec którego bezsilność w chwili śmiertelnego niebezpieczeństwa wydaje się czymś małym i pełnym niepokoju. Problem rozrastał się w coś olbrzymiego jak sam wszechświat. Byłem bezradny chcąc poznać otaczający mnie świat w pierwotnej, prawdziwej postaci…
    „Człowiek żyje z a s a d n i c z o w Przeszłości”…
    Twierdzenie to zniweczyło złudzenie piękności, prawdziwości i T e r a ź n i e j s z o ś c i. Zupełnie innymi oczyma spojrzałem więc wtedy i na Ingę, i na Olega, i wreszcie na siebie samego.
    Wzdrygnąłem się na myśl, że siebie samego również znam tylko w p r z e s z ł o ś c i.
    Pamiętam, że stałem się skryty, milczący, unikałem kolegów, godzinami bez ruchu leżałem na łóżku w domu studenckim, a w świadomości ociężale krążyła i powtarzała się na tysiąc sposobów jednia jedyna myśl: „Ty to Przeszłość, wszystko dokoła — Przeszłość”…
    Niekiedy chłopakom udawało się wyciągnąć mnie do Srebrnego Boru albo do Sokolnik, albo do galerii obrazów, co stawało się dla mnie okropną próbą.
    Patrzyłem na świąteczny parostatek, który przewoził wiosennych wycieczkowiczów na plażę, a równocześnie wewnętrzny głos szeptał: „On t e r a z jest nie tam, gdzie go widać, lecz d a l e j”… Malutki chłopaczek kreślił patykiem na piasku groteskowe rysunki, a mnie się roiło: „On już narysował to, co ty ujrzysz dopiero po ułamku sekundy”… Obrazy Galerii Tretiakowskiej wydawały mi się młodsze niż były w istocie, a twarz Ingi…
    Jaka jest prawdziwa twarz Ingi? Jakaż jest w rzeczywistości ta piękna dziewczyna? Jaka jest p r a w d z i w a Inga?
    O, już wiedziałem, że o wszystkim należy wątpić i niczemu nie wierzyć! Owładnęło mną głębokie przeświadczenie, że sam sobie wszystko dostarczam w spreparowanej, przysposobionej postaci, że w rzeczywistości wszystko jest inaczej…
    Zaniedbałem się w pracy, porzuciłem całą naukę i o mały włos nie oblałem egzaminu dyplomowego. Jakiekolwiek znaczenie straciło dla mnie wszystko oprócz fizyki, i to nie całej fizyki, tylko tej części teorii elektryczności, gdzie rozważa się teorię przewodzenia sygnałów elektrycznych…
    Jakież to proste i oczywiste aż do niedorzeczności! Jeśli mówię do telefonu, to wszak ten, do kogo się zwracam, także słyszy m i n i o n e, niechby nawet oddalone od niego o milionowe części sekundy, niemniej jednak m i n i o n e!
    Na przejście każdego sygnału potrzeba czasu. On właśnie jest tą koszmarną barierą, która oddziela mnie od Teraźniejszości… A nerwy ludzkie przewodzą sygnał bardzo powoli, zbyt powoli…
    Zamknięto końcową sesję na uniwersytecie i studenci zaczęli dostawać przydziały pracy.
    Indze i Olegowi zaproponowano pozostanie w Moskwie. Co do tonie decyzja nie zapadła. Żaden z profesorów nie rozumiał, co się ze mną zdarzyło i jak to się stało, że z dobrego, wzorowego nieledwie studenta zmieniłem się w leniwego, otępiałego, roztargnionego dryblasa bez sensu odpowiadającego na najbardziej elementarne pytania. Nikt nie podejrzewał, że ja wszystko w i d z i a ł e m w Przeszłości.
    Nie wiem, czym by się to skończyło, gdybym pewnego razu nie doznał o l ś n i e n i a… Był ciepły wiosenny dzień, a ja siedziałem w pracowni numer 13 i przez otwarte okno oglądałem kort tenisowy, gdzie walczyli Inga i Oleg. Najpierw patrzyłem na fruwającą w powietrzu piłkę „retuszując” w myśli jej prawdziwą trajektorię, stopniowo jednak wzrok mój przesunął się na nich oboje i zacząłem obserwować, jak podchodzą do samej siatki, tak że tylko ta siatka oddziela ich od siebie…
    Zdumiewające swą prostotą rozstrzygniecie przyszło samo przez się.
    Nie mogę bezpośrednio zbliżyć się do Teraźniejszości. Nie ma jednak żadnych podstaw, by sądzić, że wcale się do niej zbliżyć nie można.
    Zerwałem się jak oparzony, błyskawicznie przebyłem trzy kondygnacje schodów, podbiegłem do kortu i krzyknąłem:
    „Inga, Oleg, postanowiłem zająć się badaniem szybkości przewodzenia impulsów nerwowych!”…
    Osłupieli niczego nie rozumiejąc.
    „Na tym wszystko polega! Nie trzeba żadnego Wehikułu Czasu! Pamiętasz, Oleg?”
    Przetarł dłonią spocone czoło, przygładził długie jasne włosy i zachmurzył się.
    „O czym mówicie, chłopcy?” — spytała Inga spoglądając to na Olega, to na mnie.
    Mrugnąłem do niej porozumiewawczo i pomyślałem: „Nieźle, jeśli poznaję prawdziwy sens twoich poglądów, to poznaję cię p r a w d z i w ą albo niemal prawdziwą”…
    Na ławce przy pomniku Łomonosowa zawile opowiadałem im o swojej idei: — Szybkość przewodzenia bodźców nerwowych waha się od kilkudziesięciu do dwóch setek metr ów na sekundę. To właśnie tłumaczy, dlaczego od chwili oddziaływania na nerwy do chwili uświadomienia sobie tego oddziaływania upływa czas około jednej dziesiątej sekundy. Ale szybkość można wszak powiększyć?
    „Jak?” — rzucił pytanie Oleg.
    „To nieważne. W zasadzie można ją doprowadzić do szybkości światła. To właśnie będzie granica”…
    „Jak?”
    Wtedy oczywiście nie wiedziałem, jak. Wyobrażałem sobie, że w tym wypadku, podobnie jak w telegrafie, należy zwiększyć przewodność nerwów i nic więcej…
    „Gdybym wiedział, jak”…
    Po dziś dzień jestem wdzięczny profesorom, którzy mi zaufali. Udało mi się zdać wstępne egzaminy aspiranckie. Ułatwiono mi urządzenie się w instytucie biofizyki w charakterze laboranta i pozwolono zająć się tematem pracy doktorskiej.
    Miała ona bardzo prozaiczny tytuł: „Mechanizm przewodzenia bodźców nerwowych”.
    Nikt się nie domyślał, dlaczego wybrałem właśnie ten temat. Nikt prócz Olega. Jego temat był niemal identyczny: „Zależność szybkości przewodzenia bodźców nerwowych od chemicznej natury środowiska”.
    Obaj sporządziliśmy plany pracy. Plan Olega był — jak zawsze — rygorystyczny, umotywowany, systematyczny. A mój?…
    Prawdę mówiąc, ja też sporządziłem plan systematycznych badań, lecz od razu zdecydowałem, że pójdę całkiem odmienną drogą…
    Byłem przekonany o jednym: to, czego szukam, znane jest od dawien dawna, chociaż nikt tego nie podejrzewa… Wehikułem Czasu przenoszącym ludzi p r a w i e w sąsiadującą Teraźniejszość już ktoś się posługuje, a kosztuje to bardzo drogo…
    Nazbyt drogo… Zacząłem od tego, że nauczyłem się, jak należy dokonywać sekcji na zwierzętach, i opanowałem metody pomiaru szybkości przewodzenia bodźców nerwowych. Później skonstruowałem przyrząd, z którego można było tę szybkość odczytywać równie prosto jak z szybkościomierza samochodu.
    Wszystkie swoje prace przeniosłem na wieczór, potem na noc…
    Wkrótce naprawdę zrozumiałem, d l a c z e g o bodźce nerwowe rozprzestrzeniają się tak powoli: układ nerwowy potrzebuje c z a s u na u o g ó l n i e n i e olbrzymiej masy wrażeń i zsumowanie jej w jedną całość, aby nie przeciążać organizmu strumieniem pstrych, czasem nieistotnych, czasem zaś nawet niebezpiecznych szczegółów.
    Wiele rozmyślałem, jaki sens mają owe s t r a t y we wrażeniach, które przewiduje sama natura człowieka, i zwątpiłem, czy zawsze są one nieistotne. Wśród strat znajdują się na pewno elementy wartościowe, toteż udając się w podróż w Teraźniejszość znajdę się zarazem w fantastycznej krainie obfitości wrażeń, myśli i przeżyć.
    W jaskrawym świetle reflektorów leżał rozciągnięty na stole operacyjnym królik. Oddychał szybko, a jego czerwone oczy uważnie wodziły za moją ręką. Dwie elektrody igłowe wpiły się w początek i koniec drogi nerwowej… Obok stał oscylograf. Po ekranie od czasu do czasu przebiegała gromada zielonych rozbłysków.
    Szybkościomierz pokazywał sto czterdzieści metrów na sekundę.
    Wziąłem strzykawkę i wprowadziłem zwierzęciu pod skórę powszechnie znaną substancję…
    Wskazówka szybkościomierza prędko ruszyła w górę… — To znaczy, że w krwi zwiększyła się zawartość litu? — spytałem apatycznie. — Tak. — Oleg rozpoczął więc doświadczenia z solami tego metalu. — Czy nie pamiętasz, Ingo, metodyki jego eksperymentów?
    — Ależ tak, pamiętam. Długą cienką kapilarę wypełniano elektrolitem. Oleg mierzył szybkość rozchodzenia się impulsu elektrycznego w takim ciekłym przewodzie elektrycznym.
    „Kiepski, bardzo kiepski model nerwu” — pomyślałem. — A dlaczego on nie przeprowadzał doświadczeń na zwierzętach.
    Inga się z jeżyła: — Oleg nie znosił sekcjonowanych zwierząt. Nie mógł nawet na nie patrzeć. Natomiast… — Co?
    — Już ci mówiłam… Tam, na skwerze…
    — Nie pamiętam.
    — Ostatniej serii doświadczeń dokonał na sobie.
    — Ach, tak… Jak on to robił?
    Wstała i zaczęła nerwowo chodzić po laboratorium. — W tym i owym mu pomagałam, zwłaszcza w tych zastrzykach… Nie wiem doprawdy, co to były za substancje. Ale on obstawał przy zastrzykach… A przyrządy pomiarowe miał takie same jak ty… Oleg mi mówił, że wprowadza do organizmu nieszkodliwe roztwory soli litu… Jakieś tam związki organiczne… Nie powinnam była tego robić, prawda? — Nie powinnaś… Jesteś przecież lekarzem… Miałaś być lekarzem…
    Inga załamała ręce tak, że trzasnęły stawy jej delikatnych palców.
    „Czy słusznie robię jej wyrzuty? A ja?”… „Alboż jestem lepszy od niej?”… Widziałem wszystko nie tak jak zwykle. Wrażenia były ostre, graniaste, nasycone i oślepiające. Był to stan nieprzekazywalny, a ja zrozumiałem jego sens; byłem naprawdę bliski Nieosiągalnego. Wehikuł Czasu miałem w kieszeni, w malutkim pudełeczku z płótna introligatorskiego, a to, że był on tak mały i lekki, napawało mnie wzniosłą radością i zadowoleniem. Inga z Olegiem, jak zawsze, grali w tenisa, a ja już teraz nie powątpiewałem o ich wzajemnej miłości. Było to szczególnie widoczne, kiedy piłka więzła w siatce i oni oboje biegli ją wyciągać. I jeszcze silniej ściskałem w kieszeni swój wspaniały Wehikuł Czasu.
    Wieczorami siadywaliśmy we troje na ławce pod Murem Kremlowskim, prawie zawsze w milczeniu, ale z ich westchnień, z najdrobniejszych ruchów rąk odczuwałem, rozumiałem niemal dotykalnie, jak się nawzajem kochają i jak im przeszkadzam…
    Wcześniej jeszcze oświadczyłem jej swoją miłość, ona jednak nie była pewna, kto z nas — ja czy Oleg — jest jej wybranym. Dlatego też powiedziała mi, abym poczekał, bo ona sama jeszcze nic nie rozumie i nie może się połapać w swoich uczuciach.
    Czekałem cierpliwie, dopóki w moim posiadaniu nie znalazł się wspaniały Wehikuł Czasu i pojąłem to, czego jeszcze nie rozumiała ona.
    Pewnego razu zbliżyłem się do Teraźniejszości jak jeszcze nigdy. Mimo pochmurnego dnia niebo wydawało mi się oślepiająco jaskrawe, woda w rzece iskrzyła się nieziemskimi barwami, powietrze przenikały upajające wonie i przepełniały pieśni dalekich, niedostrzegalnych ptaków. Drżałem od przejmującego doznania ogromnego, płomiennego życia, które wdzierało się we mnie rwącym strumieniem, a strumień ten olśniewający i niewyczerpany usiłował rozsadzić moje serce. O, wiedziałem, dlaczego na jej twarzy pojawiły się zwiastuny lęku! Przewidywała trwogę, coś przytłaczającego i dławiącego, rzeczy nieprzewidziane i nieodwracalne toczące się w podświadomości i złożone z miliardów utraconych doznań.
    „Ingo, kochasz Olega… Zostań z nim…” Potem ruszyłem wzdłuż granitowej balustrady nabrzeża, sam, i z każdą sekundą czas rozciągał się w długą czarną wstęgę, stawało się ciemniej, nudniej, aż wreszcie między mną a Teraźniejszością rozwarła się otchłań…
    Opieszale wyjąłem z kieszeni podstępny Wehikuł Czasu i wrzuciłem do rzeki…
    Wpatrywałem się w mętną wodę, ale widziałem tylko wskazówkę mojego szybkościomierza, która po gwałtownym wzlocie powoli opadała niemal do zera… — Oleg z każdym dniem stawał się coraz bardziej niezrozumiały, dziwny… To ogarniała go nieopanowana wesołość, to był ponury i zły. Pracował gorączkowo, a mojej pomocy już nie potrzebował, gdyż zamiast brać zastrzyki zaczął łykać proszki i tabletki, które sam sporządzał w pracowni. Kiedyś wydawało mi się, że zaczął bredzić na jawie…
    — Jak to było? — spytałem.
    — Wrócił do domu i z miejsca zrozumiałam, że coś mu się stało. Otworzywszy drzwi uśmiechnął się jakoś dziwnie i powiedział: „Tu przed chwilą przeleciała mucha. Gdzie ona jest?”
    Nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy nagle rzucił się ku szafie na książki i krzyknął: „A bestia — była tu przed jedną setną sekundy… Nie może przecież latać szybciej niż porusza się światło!” Oleg zawsze nienawidził much, skrupulatnie więc pilhowiałaim, żeby nie pojawiały stię w mieszkaniu. „Przecież była! I jest, ale gdzie, na razie nie widzę… Aha, jest bestia!” Zrobił błyskawiczny ruch ręką i podniósł zaciśniętą pięść ku mojej twarzy. Jego palce powoli się otworzyły i ujrzałam… muchę. Byłam wstrząśnięta, ale później zdarzyło się coś nieprawdopodobnego… Opadł na stary tapczan, podskoczył jednak nagle jak użądlony. Obiegł rozszerzonymi oczami pokój, podszedł do szafy i szarpnięciem otworzył drzwi… Była to także stara szafa, którą dostałam od mamy, a on zajrzał do środka, poruszył wiszące w szafie rzeczy i wyciągnął wojskową bluzę mego ojca: „On umarł w tej bluzie i leżał na tym tapczanie”… — „Minęło już wiele lat od tego czasu, a pokrycie tapczanu dawno zmieniono…” — „Tak, tak — zgodził się — czuję to!”
    — Następnego dnia Oleg wyszedł do instytutu i więcej nie wrócił. To było przed tygodniem. Laborantka opowiadała, że w przeddzień na jego polecenie przerobiono przyrząd do pomiaru szybkości przewodzenia bodźców nerwowych tak, by mógł rejestrować szybkości dziesiątków tysięcy kilometrów na sekundę… Przedtem w pełni zadowalał go pomiar szybkości nie przekraczających dziesiątków tysięcy metrów… Kiedy przyrząd był gotów, zwolnił wszystkich do domu… Znaleziono go wieczorem. Leżał na podłodze z silnie zaciśniętymi oczami. Tak zamyka się oczy, kiedy rozbłyska oślepiające światło. W pracowni było ciemno… To byłoby wszystko… — Wszystko? — zapytałem z niedowierzaniem. — Tak, prawie… — Cóż jeszcze?
    Inga przysiadła na skraju krzesła i otworzyła torebkę. W jej ręce ukazała się niebieska koperta. — To do ciebie. Znalazłam ją na biurku…
    „Zatrzymałeś się w porę. Dochodziłeś do skraju otchłani, a potem odwróciłeś się od niej. Ja znalazłem inną drogę, jednokierunkową. Ż każdym dniem zbliżam się do tajemniczego i straszliwego brzegu. Nie ma już powrotu. Nie potrafię przeciwstawić się nieprzepartemu pragnieniu zbliżenia się do Teraźniejszości tak jak tylko to możliwe. Jest to niemal zbliżenie się do gorejącego Słońca. Opiekuj się Ingą”…
    Zapłakała bezgłośnie. Przesunąłem ręką po jej włosach, na których błyszczały jeszcze krople deszczu. Pomarańczowe wieczorne słońce oświetliło pracownię, a mnie dlaczegoś stało się bardzo lekko.
    Trzeba przecież jakoś dowieść, że są przeszkody, których łamać nie należy? Trudno, nauka czasem bywa tragiczna…
    W imię tych, którzy wstępują na drogę.
    Przełożył Bolesław Baranowski

Roman Jarow
Drugie stadium

    Budowlani odjechali, skończyli swoje prace drogowcy i mieszkańcy nowego dziewięciopiętrowego domu zostali sam na sam ze swoimi kłopotami. Oczywiście, że wybór żyrandola czy wbijanie gwoździka, na którym zawisnąć ma portret dziadunia, to sprawy jak najbardziej osobiste, zajęcia niezmiernie miłe. Było jednak coś, z czym można się było uporać tylko wspólnymi siłami. Najdalszy dom na najdalszej ulicy miasta, wielki, biały, przywodzący na myśl transatlantyk, musiał stawić czoło wszystkim suchym wiatrom i burzom piaskowym nadciągającym z obrzydłej postaci, tak rozległej, że nawet z najwyższych pięter nie można było dojrzeć jej końca. Niektórzy laicy sądzili nawet, że to pustkowie kończy się tam dopiero, gdzie się kończy cała w ogóle geografia, czyli na wybrzeżu Oceanu Lodowatego. W dodatku całe otoczenie domu upstrzone było pozostawionymi przez budowlanych zwałami. Nawet najlepsi archeologowie świata nie znaleźliby, kopiąc tu, niczego poza rozbitymi cegłami, zardzewiałym drutem, a w najlepszym razie podeszwą. Każda z tych rzeczy mogłaby ich wprawić w zachwyt, nie wcześniej jednak niż za jakieś pięć tysięcy lat. Tymczasem jednak dobry smak mieszkańców domu nieustannie był obrażany. Jedynie las, który zastąpiłby drogę wiatrom, ciesząc oko swym pierwotnym pięknem, które niepodwładne jest wpływom abstrakcjonizmu, mógłby zapewnić nowym lokatorom sto lub więcej procent równowagi duchowej. Idea zasadzenia lasu unosiła się w powietrzu, dyskutowano ten problem na każdej z sześciu klatek schodowych i na chodniku przed domem, w zimie, wiosną i na początku lata. Było nawet w tej sprawie zebranie, ale nikt go nie protokołował, nie podjęto też żadnej uchwały, w każdym razie nikt jej nie pamiętał. Tymczasem nadeszło lato. A wówczas niemłoda już nauczycielka historii, Lidia Pietrowna, kobieta towarzyska i zapobiegliwa, przypomniała sobie, że na trzecim piętrze mieszka naukowiec Chromosomow. Jest ponoć nawet profesorem i pracuje w jakimś ogrodzie botanicznym. Skoro już za późno, by posadzić topole, klony, akacje czy jakiekolwiek inne drzewa, to może poradziłby, co jeszcze dałoby się zasadzić. Niezwłocznie wdrapała się ze swojego parteru na trzecie piętro. Rozmowa nie trwała długo, następnego dnia na wszystkich klatkach pojawiły się ogłoszenia: „Jutro sadzimy las. Prosimy o stawienie się z łopatami o dziesiątej rano”.
    Ludzie czytali i dziwili się — któż to widział, by w czerwcu sadzić drzewa? Ale skoro tak jest napisane, to znaczy, że ma to jakiś sens. Stawimy się oczywiście.
    Samochód osobowy przejechał kilka metrów po trotuarze. „Przyjechaliśmy” — powiedział do kierowcy Chromosomow. Obaj wysiedli. Kierowca otworzył bagażnik, wyjął worek, podniósł go. Na chodnik posypały się cieniutkie, delikatne gałązki. „Dziękuję — powiedział Chromosomow — jesteście wolni”. Kierowca odjechał, Chromosomow zaś przykucnął i zaczął przebierać badyle. Ze względu na tuszę bardzo było mu w tej pozycji niewygodnie, ale tylko chrząkał. Po obu stronach łysej czaszki uczonego kręciły się resztki włosów, wyglądało to jak bokobrody, przeniesione nagle na skronie. Okulary spadały mu z nosa, przytrzymywał je jedną ręką, a drugą sortował gałązki według wielkości.
    Zebrani patrzyli z niedowierzaniem na rozsypane na asfalcie badyle. Przygotowani byli na to, że nadjadą przynajmniej ze dwie ciężarówki wyładowane drzewami, których rozpostarte korzenie wraz z ziemią poowijane będą workami. Wielkie te drzewa należałoby ostrożnie pozdejmować z ciężarówek, potem kopać pod nie doły, jak to się zawsze robi. A tu tymczasem… Nawet małe dzieci, które ze swoimi łopatkami do piasku przyszły pomagać dorosłym, były naprawdę zdziwione.
    Chromosomow rozprostował się i zwykłą uczniowską linijką, którą wymierzał patyki, donośnie poklepał się po dłoni. Był to sygnał, wszyscy się ucieszyli.
    — Roślina ta — Chromosomow wskazał posortowane kupki — pojawiła się przed paroma laty w dżunglach Ameryki Południowej. Czy pamiętacie ten olbrzymi wybuch na Słońcu? — Było coś takiego — głośno przytaknął stojący obok profesora mniej więcej czterdziestopięcioletni człowiek.
    Szarooki, o prostych włosach, z dolną szczęką tak potężną, że mógłby nią gnieść orzechy, jako jedyny spośród obecnych nie miał łopaty.
    — Potok cząsteczek o kolosalnej energii przeniknął do atmosfery i nie wiadomo, czy to dzięki temu, czy też kilka okazów jakichś roślin — teraz już nie sposób ustalić, jakie to pierwotnie były rośliny — było szczególnie dobrze przygotowanych do mutacji — nagle wyrosły drzewa o zgoła zdumiewających właściwościach. W specjalistycznych czasopismach ukazało się na ten temat zaledwie kilka artykułów, dlatego też mało kto o tym słyszał. Stajecie pod takim drzewem — jego wysokość zależy od długości sadzonki, dlatego właśnie je sortowałem — w bardzo złym nastroju. Macie za sobą męczący dzień, jesteście podenerwowani, przygnębieni, rozdrażnieni. Mija kilka minut i w waszych myślach zaczyna panować ład, zaczynacie odczuwać spokój, błogość. Wydajecie się sobie cząstką przyrody i społeczności ludzkiej, bez żadnego, ma się rozumieć, uszczerbku dla waszych cech indywidualnych. Skąd się bierze szczególna właściwość tych drzew, jaki tu działa mechanizm — nie wiadomo. Przyroda nie tworzy niczego specjalnie na użytek człowieka, przyroda nie jest ani dobra, ani zła, jest po prostu celowa. Jest w tym jakiś sens… Zresztą to moja sprawa, nie wasza. Nazwano te drzewa „drzewami radości”. Przysłano nam kilka okazów, nad którymi prowadzimy badania. A te nam pozostały. Rosną szybko, o tej porze roku można je jeszcze sadzić, dobrze znoszą klimat umiarkowany — za miesiąc będzie tu szumiał zagajnik.
    — Hura! — zawołała siwa nauczycielka, z okazji niedzielnego czynu społecznego przyodziana w granatowy strój narciarski. — Nie będą nam nawet potrzebne duże łopaty. Weźmiemy łopatki dzieci. Albo nie. Niech dzieci same je zasadzą. To będzie takie symboliczne, uroczyste…
    — Chwileczkę, chwileczkę — Chromosomow oddał dziecku łopatkę, którą to mu ufnie podało, pogłaskał je po głowie. — Drzewa radości muszą mieć bardzo głębokie doły. Im głębszy dół, tym wyższe, tym potężniejsze wyrośnie drzewo. Im większy jest opór początkowy, tym aktywniej zaczynają działać utajone siły, które drzewo zachowa także i potem, po ustąpieniu oporu. A zatem — zaczynajmy kopać.
    I pod naciskiem jego stopy łopata zagłębiła się w ziemię.
    Rozpoczęto pracę o dziesiątej rano, a przed dwunastą ludzie, dla których kopanie dołów było równie codziennym zajęciem, jak rozniecanie ognia za pomocą pocierania dwóch kawałków drewna, zupełnie opadli z sił. Po plecach spływały im strumyczki potu, słone krople zalewały oczy. — To nie będzie las, lecz trawa bagienna — mruczał zmartwiony Chromosomow.
    Lidia Pietrowna ruszyła od mieszkania do mieszkania w poszukiwaniu posiłków.
    Zakończywszy obchód ogarnęła spojrzeniem pustkowie i koło maleńkiej, drewnianej, obitej blachą budki garażu zobaczyła samochód i sterczące spod niego czyjeś nogi. To było wyzwanie — niezwłocznie podeszła do samochodu, schyliła się i popatrzyła na człowieka, który sprawy osobiste stawiał wyżej niż interes ogółu. Pod samochodem leżał mężczyzna, który tak solidnie przytaknął relacji Chromosomowa o wybuchu na Słońcu. Chyba spod osiemdziesiątego szóstego, zdaje się, że jakiś inżynier, nazywał się bodaj Machorkin. — Pan tutaj? — zapytała życzliwie. — Dlaczego nie z nami?
    Mężczyzna nic jej na to nie odpowiedział, było tylko słychać, jak stuka ześlizgujący się z mutry klucz.
    — Jakże to tak? Wszyscy są już tacy zmęczeni.
    — Przeprowadzam wielki eksperyment naukowy — powstrzymując z wysiłku oddech powiedział inżynier Machorkin. — Ale przecież dziś niedziela… — W poznawaniu prawdy nie może być żadnych przerw.
    Milczała zbita z tropu. Teza o kolektywnej pracy, o obowiązkach wobec społeczeństwa zdawała się nie znajdować w tym wypadku zastosowania, podniosłość bowiem pobudek, którymi kierował się inżynier Machorkin, biła na głowę motywy kierujące Lidią Pietrowna. Ale przecież szkoda jej było, aby tak silny fizycznie mężczyzna marnował się bez pożytku dla społecznej sprawy. Powiedziała więc:
    — Chromosomow jednak kopie. A podobno jest profesorem…
    — Może być nawet członkiem Akademii Nauk — głos spod wozu brzmiał jak wyrok — to nic nie ma do rzeczy i niczego nie dowodzi. Chromosomow przeprowadza swój eksperyment i oto znalazł stu dobrowolnych pomagierów. Gdyby było inaczej, nie daliby mu tych sadzonek! Na pewno kupujemy je za dewizy. A ja mam wytkniętą własną ścieżkę badawczą i niczyim laborantem nie będę. — Wygramolił się spod samochodu, ściągnął brezentowe spodnie i kurtkę, okazało się, że ma na sobie elegancki jasny garnitur. Lidia Pietrowna patrzyła na niego w milczeniu, nie wiedziała, co powiedzieć. Tak głębokie myśli nie przychodziły i — dobrze o tym wiedziała — nigdy by nie mogły przyjść jej do głowy. Ale cóż robić, w kołach naukowych lepiej się zna rzeczywiste motywy postępowania członków Akademii Nauk i laborantów. Inżynier Machorkin wsiadł do samochodu, wykręcił wóz, ruszył i zniknął. To oczywista nie jest zwyczajny samochód. Gdzieś tam w jego głębiach, wśród całkowicie niepojętych pokrętnych żelastw kryje się eksperyment. Ludzie, którzy mają coś wspólnego z kastą pracowników nauki, stają się trudni do zrozumienia. Może inżynier Machorkin jest człowiekiem nie mniejszego formatu niż sam profesor Chromosomow.
    Lidia Pietrowna podeszła do leżącej na asfalcie kupki badyli, podniosła gałązkę, wzięła łopatę, wróciła do garażu. Tu właśnie, o trzy metry od ściany garażu, zasadzi drzewko radości. Skoro człowiekowi będą przychodziły do głowy wyłącznie dobre myśli, to odkrycia naukowe posypią się jak z rękawa. Spod łopaty Lidii Pietrowny poleciały grudy.
    Słowa Chromosomowa rychło potwierdziły się w całej pełni. Ustawione w pięciometrowym dole — lokatorom nie starczyło sił, by kopać głębiej — sadzonki przysypane ziemią już po dwóch tygodniach przebiły się na powierzchnię i wyzierały z gruntu niczym młode pędy szczypiorku. Z każdym dniem były wyższe.
    Wkrótce drzewa radości dorównały wysokością młodym topolom, które jakimś cudem przetrwały niszczycielską działalność maszyn budowlanych. Ludzie, którzy jeszcze w tydzień po owej niedzieli nie mogli rozprostować pleców, pełni byli najtkliwszych uczuć dla tych drzewek.
    W środku lata przed domem szumiał już zagajnik. Najwyższe i najbardziej rozrośnięte drzewa osiągnęły pięciometrową wysokość. Sprawdzało się co do joty wszystko, o czym donosili w pisanych do Chromosomowa listach jego zagraniczni koledzy, a co potwierdzały i wcześniejsze doświadczenia przeprowadzone przez niego samego. Sprawdziło się również i to najważniejsze.
    Nigdy i nigdzie człowiek nie czuł się równie dobrze, nigdy i nigdzie nie był tak beztroski i szczęśliwy, tak mądry i tak przenikliwy jak wtedy, kiedy przebywał w cieniu tych drzew. Nikt nie miał nigdy tak bezstronnego sędziego, jakim każdy stawał się sam dla siebie, kiedy siadał w trawie pod drzewem. Zwyczajne, leniwie płynące myśli ze zwyczajnego wieczornego spaceru ustępowały nagle miejsca analizie własnego życia, zrozumieniu prawdziwego jego celu.
    Często zapytywano Chromosomowa, czym tłumaczyć takie oddziaływanie drzew radości, nie dające się przecież porównać ze skutkami kaukaskich wód mineralnych, kąpieli morskich i wysokogórskiej wspinaczki. Może to sprawka ultradźwięków? Albo jakichś nieznanych promieni. Cząstek kosmicznych?
    — Proszę mi powiedzieć — zastanawiał się szesnastoletni wunderkind spod piątego, niewątpliwie przyszły student matematyki — czy to nie może być efekt neutrino — kwarkowy? Skłonny byłbym skorzystać z moich kontaktów z uniwersytetem i przynieść kwarkometr scyntylacyjny. — I okulary nieruchomiały na jego okrągłej buzi.
    — Dziękuję, to zbyteczne — delikatnie odpowiadał Chromosomow — tym bardziej że sam tylko blocking — generator hamowania w kwarkometrze waży piętnaście ton.
    — Oszczędzajcie się mówił do żądnych wiedzy emerytów, pilnie czytujących czasopisma popularno — naukowe dla młodzieży — i nie rozmyślajcie nad mechanizmem efektu. Przecież spacerując po zwykłym lesie nie zastanawiacie się nad zjawiskiem fotosyntezy. Korzystajcie nie analizując.
    I ludzie korzystali. Nie tylko mieszkańcy ich domu. Z całej ulicy schodzono się wieczorami do młodego zagajnika. Proszono Chromosomowa o sadzonki. Ale nowa partia sadzonek nie nadchodziła, a resztki ze starego transportu potrzebne były do eksperymentów. Więc w maleńkim zagajniku wieczorami niekiedy bywał po prostu tłok. Wielu takich, którzy mieszkali w zupełnie innych dzielnicach, po jednym tutaj pobycie wracało potem z rodzinami lub ze znajomymi. Nikt oczywista nic przeciwko temu nie miał, bowiem przebywając pod drzewami ludzie stawali się życzliwi i uprzejmi dla bliźnich i uczucia te nie opuszczały ich przez czas dłuższy.
    Któregoś wieczora inżynier Machorkin odstawił samochód do garażu. Słońce przeświecało przez szpary pomiędzy deskami, niektóre jednak szpary były ciemne — ocieniało je drzewo rosnące nieco na uboczu, ów ślad czułej troski Lidii Pietrowny. Z zagajnika dobiegały głosy przybyłych z bliska i z daleka. Inżynier Machorkin burknął coś pod nosem. Był w fatalnym humorze i nic tego humoru nie mogło polepszyć — w odległości półtora metra od korony drzewa oddziaływanie drzew radości ustawało. Inżynier Machorkin długo się krzątał, zamykając po kolei najpierw wszystkie drzwiczki wozu, potem bagażnik, potem wrota garażu. Sprężystym krokiem, wyrzucając stopy nieco w bok i patrząc wprost przed siebie ruszył w stronę domu. Lidia Pietrowna szła mu naprzeciw.
    — Dzień dobry — powiedziała, pełna szacunku. — Czemu nigdy nie widać pana w zagajniku? Może krępuje się pan, że nie udało się panu popracować ze wszystkimi? Ależ wszyscy rozumieją, że jest pan bardzo zajęty…
    — Inżynier Machorkin nigdy niczym się nie krępuje — głośno i stanowczo oświadczył inżynier
    Machorkin. — Wszystkiego, czego wymaga, wymaga sprawiedliwie, a działając w słusznej sprawie nie ma się czego krępować. A jeśli inżynier Machorkin do czegoś nie rości sobie pretensji, to nie dlatego, że się krępuje, tylko dlatego, że wie, iż jeszcze na to nie zasłużył…
    — O, przepraszam — powiedziała nieco oszołomiona tymi argumentami Lidia Pietrowna — chciałam po prostu, żeby pan sobie odpoczął w naszym zagajniku. To budzi tak dobre uczucia! Tak…
    — Nie potrzebuję ich — wyrąbał inżynier Machorkin — jestem pracownikiem naukowym, muszę być nieustępliwy, by skuteczniej tropić moją ideę, by ścigać ją bezlitośnie. A tymczasem, co pani narobiła z tym pani zagajnikiem? I pod oknami, i koło garażu włóczą się jakieś indywidua, a w garażu stoi przecież eksperymentalny samochód, a w samochodzie są takie części, o których nawet mówić nie wolno. Gdybyż to przynajmniej byli ci, co sadzali, znam ich przecież z widzenia. Ale przychodzi tu cała ulica, przychodzą ludzie z wszystkich krańców miasta, a wkrótce zaczną się zjeżdżać iż innych miast. Czy po to dorobiłem się wreszcie własnego mieszkania, żeby pod moimi oknami spacerowały jakieś osobniki i przerywały mi wątek myśli? Myśl jest płochliwa. Zaledwie zacznę wszechstronnie rozważać nową hipotezę, już — bach! — pojawia się za oknem czyjaś twarz. Twarz niby taka sobie, ale nie spodobała mi się, i już po hipotezie. Czyja to wina, że państwo zostało pozbawione tej hipotezy? Ja jestem pokrzywdzony, bo nie dałem z siebie tego, na co mnie stać. Straciło na tym państwo. A kto na tym skorzystał? Wrogowie? Oto do czego prowadzi nieodpowiedzialne zalesianie.
    — Ale przecież Chromsomow pracuje — wargi Lidii Pietrowny drżały.
    — Prosiłem już, żeby mnie z nikim nie porównywać. Dla Chromosomowa to eksperyment, na którym dorobi się doktoratu…
    — On już jest doktorem…
    — Więc tym bardziej…
    I zmęczony tak długą — po pracy — rozmową kontynuował swoją wędrówkę w kierunku domu. Lidia Pietrowna zaś nie mogła zrozumieć, dlaczego mianowicie „więc tym bardziej” i wydało jej się, że niechcący zrobiła przykrość porządnemu człowiekowi. Męczyło ją to, póki nie weszła w zagajnik, wówczas nagle poczuła się swobodnie, nie odczuwała już potrzeby zastanawiania się nad sensem tych tajemniczych słów. Zobaczyła, że inżynier Machorkin stoi w oknie drugiego piętra, i posłała mu napowietrznego całusa. Nie było w tym nic płochego. Lidia Pietrowna po prostu szanowała inżyniera i współczuła mu z powodu jego dotychczasowego niełatwego zapewne życia. Ale oddziaływanie drzew radości nie sięgało domu, inżynier jeszcze bardziej się naburmuszył i zaciągnął firankę.
    Niebawem na spacery do zagajnika zaczęto przyprowadzać dzieciarnię z pobliskiego przedszkola. Skoro łagodnieją tu zatwardziałe serca dorosłych, serca dziecięce należy zawczasu chronić przed zatwardziałością. „Ach, o iluż więcej dobrych ludzi będzie teraz na świecie!” — marzyła kierowniczka przedszkola w swoim gabinecie. Ten sztuczny środek pomaga dorosłym wyzbyć się zła, dzieci zaś czyni odpornymi na zło już z góry. Małe istotki zmieniały się w oczach, na szczęście zatwardziałość nie zdążyła się jeszcze zadomowić w ich sercach. Zwroty w rodzaju „Pawka-szczypawka, gdzie moja zabawka?” a nawet jeszcze bardziej ekspresywne ustąpiły miejsca takim: „Pawełku, bądź tak dobry i podaj mi szufelkę, ja także chciałbym trochę pokopać”. O ile na zamkniętym terenie przedszkola częste były zwady między dziećmi, o tyle tutaj dzieciaki stawały się wzorem grzeczności, zachowując zresztą całą swoją żywość. Nabywane pod drzewami cechy nie zanikały, kiedy dziatwa opuszczała zagajnik. W ten sposób powstawały podstawy przyszłej charmonii duchowej. „Tych dzieci nic już nie będzie w stanie zdeprawować” — mówiła z dumą kierowniczka przedszkola. I rodziły się w jej głowie projekty, jeden bardziej imponujący od drugiego. Budowa nowego gmachu przedszkola w pobliżu zagajnika drzew radości tak, by serca dzieci ulegały niewidzialnym rozkosznym wpływom w czasie poobiedniej drzemki. Spacery całego przedszkola po zagajniku, zapraszanie innych przedszkoli z całej dzielnicy, a nawet z całego miasta… Były i inne jeszcze plany. Ale ich realizacja napotykała pewne trudności.
    Inżynier Machorkin często spotykał przed domem Chromosomowa. Mieli o czym rozmawiać, tylko oni dwaj w całym domu pracowali naukowo.
    — Z pewnością rozmyśla pan — mówił bez cienia wątpliwości w głosie inżynier Machorkin. — Ja także zawsze rozmyślam chodząc. My, pracownicy nauki, nie możemy uronić ani jednej cennej sekundy. Hipotezy naukowe nie wiedzą, co to jest normowany czas pracy.
    — W jakiej dziedzinie nauki pan pracuje? — uprzejmie zasięgnął informacji Chromosomow. — Zajmuję się problematyką małej energetyki — raźnie mówił Machorkin. — Ale, proszę sobie wyobrazić, ta krzątanina pod oknami to wróg numer jeden hipotez naukowych. Ludziom przyziemnym to, być może, nie przeszkadza, ale ja w tych warunkach nie mogę pracować. A pan…
    — Ja, cóż, nie specjalnie… Jako taki… — jak gdyby usprawiedliwiając się mówił Chromosomow.
    Inżynier Machorkin rozmawiał z Chromosomowem jak równy z równym. — Wobec nauki wszyscy są równi — mówił — i laborant nie jest gorszy od członka Akademii Nauk. Prawda jest tak wielka i tak wszechogarniająca, że w jej obliczu rozmaite nasze tytuły i honory nie znaczą nic. Tak się złożyło, że muszę przeprowadzać moje eksperymenty w dzielnicowym klubie automobilistów. Ale sam pan rozumie, że błahe prywatne namiętności kierowców-amatorów nie mają nic wspólnego z problemami o ogólnoświatowym znaczeniu, problemami, które zamierzam rozwiązać. Niestety, na to potrzebne są pieniądze, a ci niegodni miłośnicy motoryzacji…
    — Ale przecież, zdaje się, pan także ma własny wóz? — nieśmiało przerwał mu Chromosomow.
    — Eksperymentalny — skandował inżynier Machorkin. — Nie wolno mi zdradzić nic ponadto. Cofnięto mi dotację, musiałem przerwać prace. Teraz jednak rozważam nad nową hipotezą i przeprowadzam nawet pewne doświadczenia kontrolne. Skoro tylko doprowadzę je do końca, kierownik klubu nie będzie wiedział, gdzie oczy podziać — będzie musiał załatwić dla mnie etat samodzielnego pracownika naukowego i przedstawić Radzie Naukowej Instytutu Silników Jonowych moją kandydaturę, wtedy otrzymam doktorat. Zapewne „honoris causa”. A jeśli będą się domagali, żebym napisał pracę — to cóż, proszę bardzo, będę wiedział, co napisać…
    …W każdym razie — mówił inżynier Machorkin do wybitnego uczonego, profesora Chromosomowa — będzie pan pierwszym, którego zaproszę na bankiet z okazji doktoratu. Może pan również przyjść na obronę pracy. Scharakteryzuje mnie pan jako naukowca. — Bardzo dziękuję — odpowiadał dobrze wychowany Chromosomow i zaczynał się spieszyć. — Myśl leci niczym ptak — wznosząc oczy ku niebu deklamował inżynier Machorkin — nagle napotyka potencjalnego darmozjada, włóczącego się pod drzewami, i — płoszy się, ucieka…
    — Dlaczego: darmozjada? — dziwił się Chromosomow — to z pewnością jakiś człowiek pracy. — Każdy, kto pracuje od godziny do godziny — wyjaśniał inżynier Machorkin — jest potencjalnym darmozjadem. Gdyby mu na to pozwolono, w ogóle przestałby pracować, wolałby pójść do kina. Natomiast ja i pan — głos drżał mu, kiedy to mówił — pracujemy, ponieważ pragniemy poznać prawdę. Ale ten zagajnik okropnie przeszkadza… Nie mogę patrzyć na ludzi, którzy o niczym nie myślą. Myśl moja wyrywa się do podobłocznych lotów i nagle zjawia się jakiś drobnomieszczanin. Diabli, oczywiście, biorą całą koncentrację umysłu… Wie pan co, wyrąbmy ten zagajnik!… Żeby się tu nikt nie włóczył… — Ale przecież on jest ludziom potrzebny… — oponował Chromosomow.
    A inżynier Machorkin długo jeszcze rozprawiał o odkryciach naukowych.
    Szczególnie ostro zareagował inżynier Machorkin na pojawienie się w zagajniku dzieci. Drzewa radości wpływały na dzieci kojąco. Niemniej jednak nie stawały się one mniej figlarne. Biegały, skakały, goniły się wzajem. I oczywista szopa, w której garażował eksperymentalny automobil, wystawiona była na wściekłe ataki dzieciarni. Dzieciaki właziły na dach, odzierały szopę z blachy, którą była obita, podważały deski, by móc zajrzeć przez szparę, targały za kłódkę. Wszystko to sprawiało, że z takim trudem osiągana przez inżyniera Machorkina równowaga duchowa, obracała się w nicość, uniemożliwiało dokonywanie odkryć naukowych. Któregoś dnia inżynier nie wytrzymał. Miarowym marszowym krokiem przemierzył przestrzeń dzielącą dom od zagajnika. Kierowniczka przedszkola przyszła akurat, by popatrzyć na swoją dzieciarnię.
    — Hmm — zwrócił się do niej inżynier Machorkin — jestem wybitnym pracownikiem nauki. Ale to nie ma nic do rzeczy. Dzieci to nasza przyszłość, a o przyszłość troszczyć się powinni wszyscy. Przyprowadza je pani tutaj po to jakoby, by wpoić im dobre uczucia. Jest to wychowanie za pomocą czynników zewnętrznych i dlatego nie można go uważać za pełnowartościowe. Ale przejdźmy do najważniejszego — gdzie jest samo wychowywanie? Gdzie, pytam?
    Kierowniczka patrzyła na inżyniera onieśmielona. Była dopiero na czwartym roku pedagogiki i zdawała sobie sprawę, że zbyt mało ma wiedzy, by dyskutować z tym tak stanowczym człowiekiem.
    — Jako przyjaciel dzieci — ciągnął tymczasem inżynier Machorkin — domagam się kategorycznie, by opuściły one ten zagajnik i nie przychodziły tu, dopóki Akademia Nauk nie udzieli pozytywnej odpowiedzi w sprawie możliwości sztucznego działania na centra nerwowe, a także na systemy i emocje retikulodiencefaliczne i rinencefaliczne, i dopóki nie otrzymacie drogą służbową dokumentu, który by oficjalnie zezwalał na odwiedzanie tego ogrodu — nawiasem mówiąc, ogrodu eksperymentalnego — przez dzieci w wieku do lat siedmiu… — Ależ…
    – Żadnych „ależ”. W przeciwnym razie pani bezpośredni zwierzchnicy zostaną zawiadomieni o karygodnym naruszaniu podstawowych zasad nauk pedagogicznych.
    Dzieci nie trzeba było skrzykiwać, cisnęły się, wylęknione, wokół swojej wychowawczyni. Wyprowadzono je.
    Ta akcja inżyniera Machorkina wywarła wielkie wrażenie na mieszkańcach domu. Nie została dobrze przyjęta. Świadkowie tego wydarzenia utrzymywali, że inżynier Machorkin posunął się aż do wymachiwania rękami, a nawet podniósł głos, co w rozmowie z kobietą jest niedopuszczalne. Natomiast inżynier Machorkin zdecydowanie dementował te pogłoski jako oszczercze.
    Przepędzenie dzieci okazało się łatwe. Niepomiernie trudniejsze było zadanie następne — uniemożliwienie włóczącym się bez celu darmozjadom, a przecież mogli wśród nich być i wrogowie, zbliżania się do szopy, w której stał eksperymentalny samochód, a jeśli się da — przepędzenie ich wszystkich z zagajnika, a w ideale — wy karczowanie wszystkich drzew. Wszakże człowiek energiczny, który w dodatku nade wszystko umiłował poznanie prawdy, nie lęka się przeciwności. Inżynier Machorkin opracował kilka wariantów realizacji planu przepędzenia przybłędów.
    Siedząc przy biurku inżynier Machorkin szkicował schemat promieni słonecznych odbitych od Ziemi, urządzenia, które przekształcałoby to promieniowanie w energię kinetyczną, i transmisji przenoszącej energię z tego urządzenia na koła napędowe samochodu, bądź na koło zamachowe obrabiarki czy też na jakąkolwiek inną maszynę. Było późne popołudnie, do pokoju wpadały ukośne promienie słońca i wędrujące po nich myśli inżyniera Machorkina sięgały aż do słońca. Nagle do uszu inżyniera dobiegł skrzyp odrywanych desek. Było w tym odgłosie coś przejmującego, coś przerażającego. Inżynier Machorkin podszedł do okna. Jakiś siedmiolatek wczepił się w rozchwierutaną deskę w ścianie garażu i usiłował ją oderwać. Być może, że przydałaby mu się jako miecz, a może po prostu chciał ułatwić sobie dokładne obejrzenie samochodu. Przez szparę było już widać lakierowaną karoserię. Inżynier Machorkin zdołał się opanować na tyle, że nie wyskoczył przez okno, znalazł się jednak na dole równie błyskawicznie jak gdyby był skoczył z drugiego piętra. Chłopiec widząc pędzącego doń olbrzyma odskoczył od ściany garażu i kurczowo objął pień drzewa. Inżynier Machorkin oderwał jego ręce i zdrowo huknął w kark, a potem popchnął. Malec co sił w nogach umknął w nieznanym kierunku. Inżynier Machorkin otrzepał dłonie i zawrócił do domu. Z klatki schodowej wyszedł mu na spotkanie Chromosomow. Profesor zerwał z nosa okulary i wymachiwał nimi zadzierzyście. — Co pan zrobił temu dziecku? — zapytał gniewnie.
    — Uczyłem rozumu tych łobuzów, którzy włażą, gdzie ich nie proszono, i będę uczył nadal — jeszcze dobitniej odparł inżynier Machorkin. — A rodziców pociągnę do odpowiedzialności administracyjnej… — Niech pan popatrzy — powiedział groźnie Chromosomow.
    Inżynier Machorkin obejrzał się. Z drzewa, pod którym przed chwilą złoił malcowi skórę, opadały liście, te zaś, które pozostały na gałęziach, żółkły w oczach. Pień ciemniał, gałęzie dygotały…
    — Więdnie! — zawołał z rozpaczą Chromosomow. — Przepala się jak przeciążony silnik. To drzewo za pomocą swego nie wyjaśnionego dotąd promieniowania pokonuje złe uczucia człowieka. Ale w panu tyle tego, że nie dało rady…
    — Niech pan to wpisze do swego dziennika eksperymentów — lodowato powiedział inżynier Machorkin. — Przecież po to pan je tu zasadził, żeby robić doświadczenia na ludziach. Zabroniono panu robić to w ogrodzie botanicznym, ponieważ jest to niezgodne ze współczesnymi poglądami naukowymi, więc postanowił pan przenieść się z nimi tutaj? I kontynuować doświadczenia, że tak powiem, konspiracyjnie. Pod pozorem miejskiej zieleni. Miał pan nadzieję pociągnąć za sobą najbardziej zacofane elementy — wskazał na ludzi stojących przed wejściem na klatkę schodową i patrzących nań z dezaprobatą. — Ale ja panu pokażę — wrzasnął na cały głos inżynier Machorkin. — W szeregach pracowników nauki nie ma miejsca…
    — Jest pan bardzo niedobrym człowiekiem — cicho powiedział Chromosomow, włożył okulary, odwrócił się i poszedł.
    Inżynier Machorkin ruszył naprzód pewnym jak zawsze krokiem. Stanęła przed nim Lidia Pietrowna, społecznica i entuzjastka. — Tak, niedobry z pana człowiek — powiedziała i zaczerwieniła się.
    Inżynier Machorkin nie zwrócił najmniejszej uwagi na ten wyskok Lidii Pietrowny. Wszedł na ganek, odwrócił się do wszystkich.
    — Nie obchodzi mnie, czy to drzewo uschnie, czy też nie. Ale uprzedzam, że tak czy owak nie dopuszczę do tego, aby rosło w bezpośrednim sąsiedztwie laboratorium, w którym znajduje się obiekt o wielkiej dla nauki wadze, i w dodatku tajny.
    I wszedł do domu. Przez otwarte okna klatki schodowej słychać było jego miarowe kroki, kroki człowieka, który wie, czego chce. Tak, inżynier Machorkin był zdolny do tego, by przeciwstawić się niesłusznym nastrojom, które chwilowo owładnęły ludźmi. Nie brakło mu odwagi cywilnej ani uporu.
    Minęło kilka dni. Drzewo miało widocznie ogromnie zasoby sił witalnych. Pożółkłe liście nie opadły, ale zazieleniły się na nowo. Poszarzały pień znowu zbielał. I znów, jak dawniej, zjawili się pod drzewem spacerowicze, wielu z nich przechodząc tamtędy opierało się ręką o ścianę garażu — laboratorium. Inżynier Machorkin nie reagował na to. Społeczność klatki schodowej doszła do wniosku, że inżynier nie zamierza zrealizować swoich gróźb.
    Zbierało się na burzę. Przed wieczorem postukując i dygocąc zaczęły nadpełzać nad miasto ciężkie jak walce drogowe chmury. Połać czystego nieba była coraz to mniejsza, coraz mniejsze były odstępy między chmurami, aż oto ciężkie brzegi chmur zaczęły się ze sobą zderzać. Skrzesana w takim zderzeniu iskra rozdarła połowę nieba i połowę ziemi. Powiał silny wiatr, liście zaczęły się ze sobą sprzeczać.
    W domu zatrzaskiwano okna. Najpierw słychać było stukot pojedynczych kropel po liściach, potem niebiosa się przechyliły, wywróciły, szum wodospadu zagłuszył wszystko. Deszcz lał i lał… Ściemniło się, ale nie zrobiło się mniej mokro. Aż wreszcie nastała noc.
    Krzyki i wołanie o pomoc dało się słyszeć o trzeciej nad ranem. Pierwsza obudziła się nauczycielka. Bała się burzy, spała przy zamkniętych oknach, ale jej wrażliwe serce mimo tych przeszkód dosłyszało sygnały cudzego nieszczęścia. Otworzyła okno i od razu stało się oczywiste, że nie na darmo powiał wiatr niepokoju. Na dole ktoś jęczał.
    Lidia Pietrowna narzuciła na szlafrok płaszcz i wybiegła na dwór, gotowa swą zdecydowaną postawą odstraszyć złoczyńców. W powietrzu była wilgoć, krople wody czyhały na nieostrożnego ryzykanta. Lidia Pietrowna biegła wzdłuż ściany domu, szukała złoczyńców. Zgaszone latarnie drzemały na szczytach kolumn, na pustych klatkach schodowych paliło się światło. Gdyby nie to, że w życiu Lidii Pietrowny nie pierwszy to był przypadek, w którym potwierdziły się w całej pełni jej niedobre przeczucia, uznałaby, że to halucynacja. Miała się jednak utwierdzić w swej wierze w przeczucia. Z tego miejsca, w którym znajdowało się laboratorium inżyniera Machorkina, dobiegało wyraziste, wypowiedziane z niejakim odcieniem godności wołanie: „Na pomoc!” Lidia Pietrowna pobiegła. Pod drzewem, które zasadziła nie opodal ściany garażu, widać było sylwetkę człowieka. Był to inżynier Machorkin, prawym ramieniem mocno obejmował pień. — Co się panu stało? — zapytała zdumiona nauczycielka. — Czy to pan krzyczał? Źle się pan czuje? Niech pan puści to drzewo. Proszę się oprzeć na mnie. Pomogę panu dojść do domu. — Nikt tu nie potrzebuje paninej idiotycznej pomocy. — Inżynier Machorkin targnął ramieniem. — Gdybym mógł puścić to drzewo, to bym sam stąd poszedł. Och, jak boli! — zawołał nagle i zadygotał — zupełnie jak gdyby mnie trzepnął prąd!…
    Nauczycielka oświetliła jego ramię. Granica między ramieniem a drzewem zatarła się. Pień przechodził w ramię równie płynnie jak w konar. — Pan… nie może oderwać ręki? — zapytała osłupiała. — Sama pani widzi — smętnie odparł inżynier Machorkin.
    Nauczycielka straciła głowę, pobiegła budzić Chromosomowa. Stała rozdygotana na podeście schodów, a spoza zamkniętych drzwi ciągle jeszcze dopytywano się, a kto, a co, a dlaczego tak późno. Wreszcie Chromosomow wyszedł. Zaledwie zobaczył, w jakim stanie znajduje się inżynier Machorkin, senność przeszła mu jak gdyby ręką odjął. Uważnie obejrzał pień szukając na nim jakiegoś śladu lepkiej żywicy, która znienacka uwięziła inżyniera Machorkina. Pień jednak był czysty, tu i ówdzie szorstkawy, ale bynajmniej nie lepki. Dla profesora był to zupełnie nowy fenomen przyrodniczy i choć w głębi duszy cieszył się, że ma oto do czynienia z tak interesującym faktem, zarazem współczuł inżynierowi Machorkinowi, który znalazł się w tak dziwacznej sytuacji. Oczywista, najlepiej by było pozostawić wszystko tak, jak jest, zaprowadzić dziennik obserwacji i niechby Machorkin wolną ręką odnotowywał w niej wszystkie najdrobniejsze nawet szczegóły związane z jego niecodziennym położeniem. Symbioza drzewa i człowieka — przecież to odkrycie stulecia! Ale chyba nic z tego się będzie, Machorkin się na to nie zgodzi. Gdyby jednak spróbować… Niezmiernie nieśmiało, gęsto uciekając się do aluzji, kładąc nacisk na to, że dla prawdziwego naukowca nieistotna jest sytuacja, w której on sam się znajduje, istotna jest tylko możliwość nieustannego poszukiwania prawdy, Chromosomow zaproponował swój wariant.
    — Gdyby mnie się to przydarzyło — dodał — nie przepuściłbym szansy, uczyniłbym wszystko, by wydrzeć naturze jeszcze jedną jej tajemnicę.
    — Proszę, niech się pan sam przylepia. A mnie niech pan puści. Bo zrobię taki zamach — powiedział inżynier Machorkin, posługując się żargonowym wyrażeniem z rzędu tych, jakich dawniej nie spotykało się w jego słownictwie — że się wszyscy znajdziecie w ciupie. Chuligaństwo, zła wola. Nagonka na wybitnego uczonego!
    Zapomniał najwidoczniej, że znajduje się obecnie w szczególnej sytuacji, a może jeszcze się do niej nie przyzwyczaił, w każdym razie przez jego ciało przebiegły jakieś fale, zaczął się skręcać z bólu. Ostrzyżony na jeża profesor pobiegł po siekierę. Nauczycielka świeciła latarką, Chromosomow zamachnął się i rąbnął siekierą w pień. Ale natychmiast rozległ się taki krzyk, jak gdyby Chromosomow ugodził inżyniera Machorkina w nogę. Z okien wysunęło się kilka głów, ale nikt nie zauważył w ciemności trzech znieruchomiałych ludzi. Chromosomow zrozumiał, że sprawa inżyniera Machorkina wygląda gorzej, niż by się mogło wydać na pierwszy rzut oka.
    — Proszę powiedzieć — zaczął Chromosomow — po co pan tu przyszedł w nocy i po co dotykał tego drzewa?
    — Wydało mi się po ciemku, że ktoś się dobiera do samochodu. Wybiegłem — nikogo. Więc rozwścieczony tym, że muszę biegać po deszczu, chwyciłem pień i zacząłem trząść drzewem. Prawdę mówiąc chciałem je wyrwać. Od kiedy ono tu rośnie, ciągle mi się wydaje, że coś zagraża samochodowi. A to samochód ekspery… O, Boże, za jakie grzechy tak mnie pokarałeś!…
    Znów nim potrząsnęło. Kiedy się uspokoił, powiedział: — Proszę pojechać po lekarza…
    — Czym pojechać? — zdziwił się Chromosomow. — Jest czwarta nad ranem.
    — Moim samochodem. Dam panu kluczyki…
    — Ale to przecież samochód eksperymentalny…
    — Tylko ja wiem, gdzie w tym samochodzie są części eksperymentalne. Proszę go traktować tak, jakby to był najzwyklejszy wóz.
    Chromosomowowi nie dane było zasnąć tej nocy. Przywiózł lekarza dyżurnego. Lekarz obszedł drzewo parę razy, powiedział: Wypadek bez precedensu. Być może konieczna będzie interwencja chirurga’’ — i poszedł sobie. Odwiózł go tym samym samochodem Chromosomow. I już nie wrócił. Na prośbę inżyniera Machorkina pojechał organizować ochronę obiektu. Wczesnym rankiem podjechała pod dom półciężarówka wyładowana świeżutkimi deskami. Dwóch cieśli zabrało się do budowania płotu wokół inżyniera Machorkina. Skierował ich tu wydział budowlany ogrodu botanicznego, postawiony na nogi przez Chromosomowa. Około południa zjawił się milicjant i zajął stanowisko przy nowo wzniesionym płocie. A wieczorem już cały dom wiedział, że pod czujną ochroną otoczony tajemnicą państwową inżynier Machorkin prowadził tam niezmiernie ważne i śmiertelnie niebezpieczne eksperymenty. Lidia Pietrowna takich właśnie udzielała wyjaśnień na prośbę inżyniera Machorkina, którym raz po raz wstrząsały paroksyzmy bólu.
    Minął miesiąc. Lokatorzy przyzwyczaili się do płotu, ale nie zbliżali się doń — obawiali się promieniowania. Obcy zresztą także. Natomiast Chromosomow co wieczór otwierał furtkę. Milicjant uprzejmie usuwał się na bok, profesor wchodził za parkan. Pod drzewem, opierając przywarła do drzewa rękę na specjalnym stole, siedzi inżynier Machorkin. Przed inżynierem leży gruby brulion dużego formatu. Inżynier Machorkin lewą ręką notuje w tym brulionie swoje spostrzeżenia. Chromosomow bierze księgę, podnosi ją do oczu, czyta:
    …„18 lipca. Bardzo wysoko przelatuje stado ptaków. Liście zaczynają dygotać i drżą aż do chwili, kiedy stado znika”. — Dobrze — wzdycha Chromosomow i odkłada brulion — ale to za mało. To spostrzeżenie mógłby uczynić każdy człowiek nie związany bezpośrednio z obiektem. Na przykład ja. Pan zaś powinien wykorzystywać wszystkie zalety niecodziennej sytuacji. Proszę, niech się pan wsłuchuje w swój świat wewnętrzny, niech pan rejestruje swoje doznania. Zresztą nie muszę pana pouczać, sam pan jest naukowcem. Może zrobimy analizę krwi, analizę soków trawiennych? Nie możemy przecież ogłosić tego wszystkiego w czasopiśmie naukowym — gorączkował się Chromosomow — ograniczając się tylko do gołego faktu, który zesłał nam sam los? Naszym zadaniem jest wyciśnięcie z tego faktu wszystkiego, co się zeń da. Tak, tak, to nasze zadanie, pańskie także, ponieważ pod artykułem w „Biuletynie Nauk Biologicznych” znajdzie się także i pańskie nazwisko…
    I zagrawszy w ten sposób na próżności inżyniera Machorkina Chromosomow pochyla się i zagląda swemu rozmówcy w twarz. Inżynier Machorkin milczy, uśmiecha się i jest to jakiś dziwny, nieobecny uśmiech, tak uśmiechają się pogrążeni w swoich chybotliwych rozmyślaniach niewidomi. Chromosomow ma do siebie pretensję — był niedelikatny. — Niech się pan nie niepokoi — mamrocze — komunikat o tym, co tu zaszło, rozesłany został do pięćdziesięciu instytutów botaniki na całym świecie. To nie do pomyślenia, by przynajmniej w jednym z tych instytutów nie spotkano się już z analogiczną sytuacją, z pewnością ktoś nam podpowie, jakie jest wyjście. Proszę się nie niepokoić, już wkrótce pana stąd wyzwolimy. Człowiek nie może być przedmiotem eksperymentów. Jeśli nie jest pan w stanie się skoncentrować, to proszę tego nie robić. Znajdziemy inne sposoby. Czy Lidia Pietrowna dostatecznie dba o pana? Karmi pana, przynosi czystą bieliznę?
    — Dba, karmi — opowiadał szczegółowo inżynier Machorkin. — Uszyła mi specjalną koszulę, którą mogę wkładać nie przesuwając ręki przez rękaw…
    — Oczywiście zajmiemy się panem, proszę się nie niepokoić. Do jutra… — I Chromosomow odchodził, przepraszająco oglądając się jeszcze od furtki.
    Ale inżynier Machorkin z dnia na dzień coraz dokładniej zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego znalazł się w tej sytuacji, skąd ta symbioza. Wiedział także, że gdyby nawet Chromosomow rozesłał te listy nie do pięćdziesięciu, ale do pięciuset instytutów naukowych na całym świecie, to jemu, Machorkinowi, i tak to nic nie pomoże. Aż do jesieni, do listopada, do zimnych deszczów będzie tu siedział, a potem nagle wstanie, przeciągnie się rozkosznie, wzniesie ku niebu obie ręce i wyjdzie za furtkę, wprawiając w przerażenie stojącego tam milicjanta. Stanie się tak, ponieważ wszystkie siły witalne drzewa cofną się głęboko w rdzeń pnia, może nawet do korzeni. Inżynier wie o czymś, o czym nie wiedzą w żadnym z pięćdziesięciu instytutów biologicznych świata, jeśli oczywiście nie ma tam drugiego takiego jak on. Drzewo się boi. Każda żywa istota na Ziemi musi walczyć ze swymi wrogami; gdyby zaniechała tej walki, wyginąłby cały gatunek. Drzewa wraz z ich sposobami obrony i ataku ukształtowały się na długo przedtem, nim pojawił się na Ziemi człowiek. Żyły sobie niczego się nie obawiając. Cóż dla nich znaczyły choćby nawet najostrzejsze kły, choćby najpotężniejsze trąby słoni! Drzewa umierały śmiercią naturalną. Jak jednak mają się bronić przed piłą tarczową? Gdzieś w głębi ich komórek kształtowały się nowe cechy, nowe właściwości, strumień promieniowania wzmocnił je, spowodował nagły skok mutacyjny, do którego wszystko już od dawna było przygotowane. Każdy, kto wchodzi do lasu, musi stać się życzliwy. Człowiek powinien zacząć współczuć wszystkiemu, do żyje, powinien poczuć się cząstką przyrody, wchodząc do lasu musi być spokojny i zrównoważony. Nie robi się tego dla ludzi, przyroda bowiem nie jest ani dobra, ani zła; jak wiele jednak ludzie mogą skorzystać, dzięki tej nowej właściwości drzew!
    — Dobrze, niech drwale mają za swoje! — o mało co nie wykrzyknął na głos inżynier Machorkin, kiedy po raz pierwszy zaczął, niewyraźnie jeszcze, zdawać sobie sprawę z tego, co zaszło. — Cóż za pretensje drzewa mogą mieć do mnie?…
    Mijały dni. Powoli, jakby zgodnie z rytmem obiegu soków w drzewie, soków, które niewątpliwie krążyły również i w inżynierze Machorkinie, doznawał on nowych wrażeń, przekładał te wrażenia na język myśli.
    — Cóż ukrywać, teraz całe moje życie wewnętrzne jest na widoku. Chodziłem wściekły i jeszcze bardziej wściekałem się dlatego, że musiałem ukrywać to, że jestem wściekły. Strumień promieniowania — a jest on z pewnością proporcjonalny do ogólnej powierzchni listowia — nie mógł przemienić mojej wściekłości w dobroć. Niewiele brakowało, a drzewo by uschło. Nie jest istotne, kim jest człowiek wchodzący do zagajnika, inżynierem, drwalem czy klownem. Wszedłeś do zagajnika pełen niedobrych przeczuć i z tymi samymi uczuciami stamtąd wyszedłeś. I na tym kończy się pierwsze stadium…
    A skoro pierwsze stadium nie pomaga, zaczyna się stadium drugie. Polega ono na stworzeniu takiej sytuacji, w której drzewo i jego wróg zlewają się w jeden organizm, żyjący jednym życiem. Drzewo i jego wróg muszą moknąć na tym samym deszczu, oddychać tym samym wiatrem, przykrywać się tym samym niebem. Jeśli ktoś uderzy w drzewo — zaboli to i drzewo, i jego wroga. Kłamliwa czy zła myśl wroga jak sygnał wielkiego niebezpieczeństwa wywołuje natychmiast ból, który odczuwa drzewo, i co za tym idzie, jego wróg.
    „Ale dlaczego to właśnie ja?” — myśli niekiedy inżynier Machorkin w momentach, gdy przelatuje wielkie stado ptaków. Drzewo wówczas staje się czujne, związki łączące je z człowiekiem ulegają osłabieniu — jestem najzwyklejszym obywatelem, niczego nadzwyczajnego nie dokonałem. Podskakiwałem, to prawda, rozpychałem się łokciami, gardłowałem o nieistniejących wynalazkach. Przytwierdziłem do drzwi mosiężną tabliczkę: „Inżynier Machorkin, wynalazca. Konsultacje z dziedziny konstruowania urządzeń o całkowicie nowych zasadach działania w soboty od 9.00 do 12.00”. A kiedy przyszedł do mnie ten chłopak, to cudowne dziecko, i przejęty zaproponował wykorzystanie przekształceń obrotowych pola magnetycznego do napędzania dźwigów wysięgnikowych, napinałem mu na karteczce: „PV=GRT”. Długo łamał sobie nad tym głowę, nie podejrzewając, że jest to elementarny wzór termotechniczny i przy przypadkowych spotkaniach patrzył na mnie z jeszcze większym szacunkiem uniż przedtem. Ale nie sadza się przecież za małostkowość; za to, że człowiek chciałby się wydawać kimś lepszym, niż jest w gruncie rzeczy, kimś, kim chciał zostać, ale kim nie został, także nie karze się więzieniem. A ja siedzę niewinnie. Sąd by mnie nie skazał, moraliści niewiele mieliby mi do zarzucenia, takich jak ja jest wielu. „Ale cierpię właśnie ja”.
    Ptaki odlatują, dzieci idą spać, dobroduszni dorośli wracają ze spaceru do domów. Drzewo jest spokojne. Inżynier Machorkin śpi. Nic mu się jednak nie śni. Drzewo czuwa i człowiek nie snuje własnych snów, tylko doznaje tych wrażeń, których doznaje drzewo.
    Jest to drugie stadium. A jesienią, kiedy liście opadną, funkcje życiowe drzewa zostaną przyhamowane, zasoby energetyczne okażą się wystarczające tylko dla organizmu podstawowego, człowiek stanie się niepotrzebnym obciążeniem i, przeobrażony, będzie wreszcie mógł odejść.
    Przez całe życie inżynier Machorkin marzył o dokonaniu odkrycia naukowego. Postanowił, że jeśli mu się to nie uda, to w każdym razie zrobi wszystko, aby udawać, że go dokonał. Ale oto jego odkrycie — wielkie odkrycie, co się zowie — zostało dokonane, a on, inżynier Machorkin nie kwapi się z ogłoszeniem go, nie marzy o zajęciu miejsca w prezydium. Uważa, że za wcześnie jeszcze rozgłaszać, jakie są słabe miejsca przyrody. Mogą się bowiem znaleźć tacy, którzy wymyślą coś w rodzaju maski gazowej zabezpieczającej przed promieniowaniem dobroci. Niechże te drzewa zostaną zasadzone wszędzie tam, gdzie żyją ludzie, niechże uczeni badają je stosując swoje normalne metody. Niczego się nie dowiedzą! Inżynier Machorkin zaś to wszystko ogłosi, kiedy odzyska wolność i upewni się ostatecznie, że został przeobrażony.
    Inżynier Machorkin siedzi za wysokim drewnianym parkanem z ciemniejących powoli desek i lewą ręką zapisuje w brulionie swoje spostrzeżenia. Dotyczą one najrozmaitszych mało istotnych wydarzeń. Wygląda na to, że drzewo darzy go zaufaniem — w każdym razie inżynier nie odczuwa już tych nieustannych, to słabszych, to mocniejszych wyładowań. Tylko z rzadka w nowym inżynierze dochodzi do głosu stary Machorkin, podnosi głowę, chichocze. Cieszy się ze złośliwą satysfakcją, uszczęśliwia go to, że inżynier Machorkin raz jeszcze okazał się mądrzejszy od wszystkich. Przecież za to, że sobie tu najspokojniej w świecie siedzi, za to, że będzie mógł złożyć swój podpis pod komunikatem o jednym z najdonioślejszych odkryć naukowych wypłacą mu jeszcze w dodatku zasiłek chorobowy. Ale ta radość nie trwa nigdy dłużej niż trzy minuty. Drzewo czuwa — sinusoida bólu przenika ciało inżyniera Machorkina. Inżynier dygoce i natychmiast przestawia się na rozmyślania o występach wielkiej orkiestry symfonicznej Filharmonii z Bostonu.
    Przełożyła Irena Lewandowska

III. Fakty, hipotezy, zagadki


Józef Szkłowski
Cłowiek, Ziemia, Kosmos

    Uważa się powszechnie, że przewidywanie przyszłości jest wyłączną domeną pisarzy-fantastów. Ale ich wyobraźnia nie zawsze mieści się w ścisłych rygorach naukowej logiki. Zresztą sam rodzaj uprawianej przez nich literatury zwalnia od odpowiedzialności za prawidłowość ukazywanych wizji.
    Dzisiaj jednak coraz częściej przepowiadaniem dróg rozwojowych ludzkości zaczynają się zajmować uczeni. Oddajemy głos znanemu radzieckiemu astrofizykowi, członkowi-korespondentowi Akademii Nauk ZSRR, Józefowi Szkłowskiemu.
    Na początku wieku XIX angielski duchowny Thomas Robert Malthus stworzył teorię głoszącą, że ludność Ziemi rośnie w postępie geometrycznym (1:2:4:8:16:32 itd.), zaś produkcja dóbr materialnych — w postępie arytmetycznym (1:2: 3:4:5 itd.). Malthus utrzymywał dalej, że wobec tego nieuniknione jest postępujące zubożenie ludzkości i że głód, choroby, wojny i inne klęski zmniejszające liczbę mieszkańców Ziemi należy uznać za błogosławieństwo boskie.
    Malthus wyliczył, że ludność Anglii podwajając się co 25 lat osiągnie w roku 1950 siedemset cztery miliony osób, zaś wyżywić w tym czasie będzie można zaledwie 77 milionów ludzi. W rzeczywistości liczba angielskich poddanych zwiększyła się w owym czasie tylko do 51 milionów odżywiających się przeciętnie lepiej niż 11 milionów ich przodków żyjących 150 lat wcześniej.
    Oczywiście „nie samym chlebem człowiek żyje”. Na pojęcie poziomu życiowego składa się wiele innych czynników. Jak należy je łącznie ocenić?
    Można dla porównania posłużyć się poziomem rozwoju energetyki. Bez zużycia bowiem energii nie do pomyślenia jest zarówno produkcja żywności i wyrób odzieży, jak i budowa mieszkań, ogrzewanie ich i oświetlanie, i wreszcie panowanie człowieka nad żywiołami. Badając sprawę pod tym kątem przekonamy się, że poczynając od końca wieku XVIII do naszych dni produkcja energii zawsze wyprzedzała wzrost liczby mieszkańców globu. Innymi słowy, ten przykładowo wybrany „wskaźnik dobrobytu” wbrew pesymistycznym proroctwom Malthusa nieustannie się podnosił.
    Ale czy tak będzie się dziać również i w przyszłości?
    Obecnie ludność Ziemi zwiększa się średnio o 2 % rocznie. Zdaniem fachowców z ONZ za 35 lat (około roku 2000) ludność ta się podwoi i przekroczy liczbę 6 miliardów osób. A tymczasem zasoby energetyczne planety mają swoje granice i w niektórych okolicach mogą się wyczerpać już za jakieś 15–20 lat.
    Co prawda energetykę może uratować paliwo jądrowe. Bądźmy optymistami i załóżmy, że uda się rozwiązać wyjątkowo złożony problem kontrolowanej reakcji termojądrowej (synteza lekkich pierwiastków z wodoru i jego izotopów). Wówczas surowiec energetyczny będziemy czerpać ze zwykłej wody, a przecież mamy jej na Ziemi pod dostatkiem, całe oceany.
    Ale…
    Łączna moc reaktorów jądrowych też nie może przekroczyć określonego pułapu. Laureat nagrody Nobla Mikołaj Siemionow, wiceprzewodniczący Akademii Nauk ZSRR, uważa, iż ten pułap wyznaczony jest niebezpieczeństwem przegrzania powierzchni Ziemi i otaczającej ją atmosfery.
    Gdyby ciepło wydzielane przy spalaniu paliwa jądrowego osiągnęło wielkość 10 % energii promienistej Słońca padającej na naszą planetę, to taki skromny pozornie dodatek do strumieni kosmicznego ciepła wywoła powszechną zmianę klimatu. Średnia temperatura na Ziemi wzrośnie przypuszczalnie o 7 °C. Rozpocznie się gwałtowne topnienie lodowców arktycznych i antarktycznych, a później może nawet nastąpi światowy potop. Gwałtowne zachwianie istniejących warunków geofizycznych kryje w sobie niebezpieczeństwo trudnych do przewidzenia katastrof.
    Niektórzy autorzy zagraniczni sądzą, że trzeba będzie zamrozić energetykę na jakimś niezmiennym poziomie i jak najsurowiej zakazać jej dalszego rozwoju. Wątpię jednak, aby to było możliwe. Myślę, że społeczeństwo, w którym zahamowano ilościowy i jakościowy wzrost sił wytwórczych, skazane jest na zagładę.
    Przypuśćmy teraz, że produkcja energii i dóbr materialnych będzie wzrastać tylko o 1/3 procent rocznie. Ale nawet przy takim żółwim tempie rozwoju globalna produkcja po 100 latach się podwoi, po upływie 1000 lat wzrośnie 20 tysięcy razy, a za 2500 lat — 10 miliardów razy!
    Co do energii, to jej sekundowa produkcja osiągnie potworną wielkość, równą stukrotnej ilości ciepła i światła otrzymywanej przez Ziemię od Słońca.
    Pomińmy na razie niebezpieczeństwo przegrzania atmosfery i zastanówmy się, czy oceany z ich, zdawałoby się, niewyczerpanymi zasobami wodoru, zdołają zaspokoić to energetyczne pragnienie.
    Gdyby wszystek deuter zawarty w wodach planety chciano spalić w urządzeniach termojądrowych, to uzyskana w ten sposób energia wystarczy (zakładając to nieprawdopodobnie niskie tempo rozwoju energetyki 1/3 procent rocznie) ludzkości nie dłużej niż na 2550 lat. Nawet jeżeli do tego czasu ludzie nauczą się spożytkowywać w reakcjach syntezy zwykły wodór, a nie tylko jego ciężkie izotopy, to i tak „spalenie” całej wody zawartej we wszystkich oceanach świata (a dalsze osuszanie Ziemi wydaje się niecelowe) dostarczy energii zaledwie na jakiś dalszy tysiąc lub dwa tysiące lat.
    Co się tyczy promieniowania słonecznego padającego na Ziemię, to nawet przy jego stuprocentowym wykorzystaniu pokryłoby ono zaledwie jedną stutysięczną potrzeb energetycznych ludzkości w wieku XLV.
    W roku 1895 ukazała się w Rosji książka Konstantego Ciołkowskiego „Tęsknoty do Ziemi i nieba”. Autor zwracał uwagę czytelników na bezsens sytuacji, w której Ziemia przechwytuje zaledwie jedną dwumiliardową całkowitego strumienia słonecznej energii, i wyrażał przekonanie, iż ludzie winni zawładnąć „wszystkim słonecznym ciepłem i światłem”. Ciołkowski wierzył, że ludzkość wcześniej czy później zacznie osiedlać się w kosmosie, gdzie znajdzie pod dostatkiem nie tylko energii, ale również zasoby materialne i przestrzeń życiową.
    Przebudowa przestrzeni okołosłonecznej zajmie według Ciołkowskiego setki tysięcy, a nawet miliony lat. Zagospodarowany kosmos dostarczy wszystkiego co niezbędne praktycznie nie ograniczonej liczbie ludzi.
    „Tęsknoty” Ciołkowskiego wydawały się na początku naszego wieku jałowym marzycielstwem, nieszkodliwym dziwactwem prowincjonalnego nauczyciela. Jakże się czasy zmieniają! Niedawno radziecki kosmonauta Aleksy Leonów i amerykański kosmonauta White dowiedli, że człowiek może pracować w pozbawionej powierzchni przestrzeni wszechświata. To doświadczenie stało się nowym krokiem na drodze realizacji marzeń Ciołkowskiego.
    Zagospodarowanie przestrzeni kosmicznej pozwoli pomyślnie rozwiązać wiele podstawowych problemów wysuniętych przez Malthusa w jego pesymistycznych proroctwach.
    Przełożył Tadeusz Gosk

Borys Lapunow
Zamieszkany kosmos

Czy jesteśmy samotni?
    Dążenie do niezwykłości, żądza zobaczenia czegoś nowego, nie zbadanego, jest prawdopodobnie jedną z najważniejszych cech natury ludzkiej. Dlatego właśnie w romantyce odkryć zawsze tkwiła doza fantazji, która — co prawda — czasami nie wytrzymywała konfrontacji z życiem, z realnymi faktami. Kiedy więc nie zostało miejsca dla fantastycznego świata, jaki spodziewano się znaleźć na Ziemi, znikło, zdawałoby się, wszystko, co romantyczne.
    Nie ma już prawie żadnej nadziei znalezienia na naszej planecie osobliwych istot, zagubionych światów, oaz życia przedhistorycznego. Nie zostały żadne „białe plamy” na k